ZMIANA ADRESU BLOGA!!!!!! PRZENOSIMY BLOGA!!!

UWAGA WAŻNE!

Drogi blogerze / Droga blogerko

Informujemy, że 31 stycznia 2018 platforma blog.pl zostanie zamknięta.

 

Tak, taką treść otrzymałam na maila. A to znaczy, że z dniem 31 stycznia mój blog, jak i inne przestaną istnieć…. Tutaj!

Przeniosłam się, zmieniłam adres. Chcecie dalej czytać historie trzech panów P? Przekonac się czy Marek dopnie swego i zabije Polę? A może Paddy wyjedzie po śmierci Dominiki? Te i inne wątki możecie czytać tutaj:


https://greenbreathblog.wordpress.com/

Jest to ten sam blog z tymi samymi odcinkami i to tam kontynujemy naszą przygodę. Można nas tam zasubskrybować a w górnym prawym rogu odnośnik go grupy facebooka i instagrama gdzie odpowiem na wszystkie pytania i wątpliwości.

Zachęcam was do klikania w powyższy link, do zapisywania się się do grupy fb i do obserwowania bloga. (dostaniecie maila o nowym odcinku)

Miło było przeżyć z wami tą przygodę tutaj i liczę na ciąg dalszy w nowym miejscu.

Pozdrawiam, Fiona

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | Skomentuj

101. Sometimes goodbye’s the only way

-Nic panu nie jest? – nad Patrickiem pochylał się nieznajomy mężczyzna, najwyraźniej o coś pytając.

-Słucham?- odrobinę uniósł powieki, spoglądając na swego rozmówcę. Zapytał z grzeczności, nie słuchał, kiedy mężczyzna próbował zaoferować pomoc, posługując się łamanym angielskim. Zauważył, że siedzi na niskim murku, coś jakby wyższym krawężniku. Był cały mokry. Uniósł głowę, spoglądając w niebo. Ciepły, wiosenny deszcz, w pośpiechu spływał po jego włosach, by następnie wsiąknąć w całe ubranie. Ciężki oddech zdmuchiwał niewielkie krople zbierające się nad jego wargą.- Nic mi nie jest. Dziękuję… chyba…

-Może wezwać pomoc? Do kogoś zadzwonić?- mężczyzna nalegał.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Proszę mnie zostawić! Dziękuję. Jest pan bardzo miły… – wyszeptał ze spuszczoną głową, kiedy mężczyzna powoli oddalał się od niego. – Boże… co ja mam zrobić?- poczuł zimno wdzierające się w jego kości, odruchowo zapiął i tak już przemoczoną kurtkę. Schował skostniałe dłonie do kieszeni. Z jednej wyciągnął czarne pudełeczko, spojrzał jeszcze raz na pierścionek. Rozpłakał się nagle, gwałtownie przyciskając biżuterię do piersi. Zaczął lekko kiwać się, próbując opanować atak paniki. Kiwał się coraz gwałtowniej nie panując nad sobą.  Poczuł jak traci grunt. Nie wiedział gdzie jest ziemia, gdzie zachmurzone niebo. Poczuł silne zawroty głowy. Wsparł się na dłoniach, zanurzając je w rozmokłym gruncie. Chciał wstać. Czuł się niczym pijany. Odrętwiałe nogi odmawiały mu posłuszeństwa. Łzy zalewały mu oczy. Ponownie zatoczył koło, w ostatniej chwili opierając dłonie o maskę zaparkowanego obok samochodu. Poczuł, że coraz mniej panuje nad swoim ciałem. Pochylił głowę i wyrzucił z siebie całą treść żołądka. Zwymiotował jeszcze kilka razy, kurczowo trzymając się czerwonej maski Opla. – Boże, pomóż mi! Błagam cię… postawiłeś ją na moje drodze… pozwoliłeś ją kochać…- charczał – Nie zabieraj mi jej…Ona jest całym moim życiem… Ja…- pociągnął nosem, przygładził mokre włosy oklejające jego równie mokre czoło. – Ja nie mogę jej stracić! Nie mogę! Nie wiem co zrobię, ale ci jej nie oddam! Nie oddam, rozumiesz?! – krzyczał spoglądając w niebo. – Tym razem się nie poddam! Nie oddam jej! – poczuł jak mała iskierka, niczym odpalona jedna, niewielka zapałka, rozgrzewa jego marznące serce. – Coś zrobię…Cholera jasna! – kopnął niewielki kamień, zauważając, że coraz łatwiej utrzymuje pion. – Gdzie ja jestem? – przyjrzał się zarysom  budynków i ulic, lekko oświetlonych przez uliczne latarnie.
Po minucie zorientował się, był z drugiej strony swojego budynku. Spojrzał w okna. Wszędzie było ciemno. Poza jednym sąsiadem, ale on pracował nocami. – Cholera, ile tu siedziałem?- próbował włączyć telefon, na próżno. – Chryste, pewnie się zamartwia. – powoli, krok za krokiem, obszedł budynek. W sypialni, w rogu, paliła się niewielka lampka – Śpi… – wyszeptał.

Ostatkiem sił opadł na ścianę windy, wciskając piąte piętro. Wchodząc do mieszkania zostawiał za sobą mokry ślad z kapiących ubrań. Najciszej jak potrafił wszedł do łazienki natychmiast zrzucając z siebie całe ubranie. Przepłukał usta wodą, na więcej nie miał siły. Założył ciepły, miękki szlafrok i powłócząc nogami podszedł do barku, w którym trzymali alkohole. Minął lekko uchylone drzwi sypialni. Uległ pokusie i delikatnie je pchnął zaglądając do wewnątrz. Spała niespokojnie, co chwilę przekręcając się na drugi bok. Podszedł bliżej i wtedy zauważył, że spała ubrana w koszulę w czerwono czarną kratę i obcisłe, czarne spodnie, przykryta niedbale kocem. Podszedł bliżej, czule pogłaskał jej policzek, przez chwilę obserwując twarz. Wciągnął nosem powietrze rozszerzając klatkę piersiową. Dłonie lekko mu zadrżały, więc szybko odsunął się od łóżka. Czując zaciskające gardło szybko wyszedł z pokoju zamykając za sobą drzwi.

Całą szklankę zapełnił czystą whisky. Pierwszą wypił nim doszedł do kanapy. Nalał następną i bezsilnie opadł na szare obicie. Po kilku chwilach nalewał kolejną porcję alkoholu. Zrobiłby wszystko, żeby nie myśleć o tym, co się wydarzyło, nawet jeśli znaczyło to upicie do nieprzytomności. Nie wiedział co robić, otępiały umysł zawodził go z każdą sekundą. Podświadomie, gdzieś głęboko, ukrywała się myśl, obawa… Jedynym wyjściem będzie ją zostawić… Ilekroć tylko zbliżał się do tego wyobrażenia, czuł jak serce powoli rozrywa się kawałek po kawałku, by na końcu pozostawić go z pustą, dymiącą dziurą w której kiedyś mieszkała jego miłość.
Wypijając kolejne hausty whisky pozwalał by sen i zmęczenie odbierało mu świadomość. Zasypiając opadł głową bezwładnie na zagłówek, a szklanka wypadając z dłoni potoczyła się pod stół, wylewając resztę płynu.

 

 

-Paddy! Paddy, cholera, obudź się! – -Ktoś nim potrząsał w wyjątkowo irytujący sposób. – Paddy! Wstań! Kurde, do pracy się spóźnię, a chce się z tobą pożegnać! I gdzie żeś był całą noc?!

-Jakie pożegnać? – wybełkotał domykając szeroko otwarte usta.

-Kelly, kurwa mać! Obudź się! Za…- spojrzała na zegarek. – No pięknie! Za półtorej godziny przyjedzie po ciebie Will z chłopakami!

-A po jaką cholerę?!- powoli docierały do niego słowa wypowiadane przez Polę.

-Skarbie, skup się! – ścisnęła jego policzki, tworząc z ust „dzióbek”. – Jedziesz w trasę na trzy tygodnie, a wyglądasz jak z krzyża zdjęty! Musiałeś pić?!

-Pić?- docierały do niego wydarzenia wczorajszego dnia. Skupił wzrok na podnoszonej przez Polę szklance po whisky. -Faktycznie, piłem wczoraj…- starał się kłamać, nie okazując emocji.

-Chodź, pomogę ci…- chwyciła jego dłoń i delikatnie zaprowadziła do łazienki. Rozebrała go i pół przytomnego wsadziła pod letni prysznic. Sama usiadła na brzegu wanny, czekając aż Paddy odezwie się choć słowem.

Stał przez kilka minut próbując opanować tępy, rozsadzający ból całej głowy. Bał się spojrzenia jej w oczy. Bał się rozmowy z nią, niczego nieświadomą. Powoli przypominał sobie, że to właśnie dziś jedzie do Zwickau. Dziś wyjedzie, zostawiając ją na dwa tygodnie.

-Dojedziesz do mnie?- uchylił szklane drzwi prysznica lekko mrużąc oczy.

-Za dwa tygodnie. No może uda się w weekend.- bawiła się bransoletką na nadgarstku.

- Cieszę się. – zniknął za szybą.

-Paddy… z kim piłeś?

-Sam.- odpowiedział krótko, czując oblewający go pot i przyspieszone bicie serca.

-Dlaczego aż tyle?- westchnęła.

- Ze stresu? Z żalu?- wymyślał, choć czuł, że nie do końca mija sie z prawdą. -Tyle czasu mnie nie będzie…Będę… – wystawił ponownie głowę spod prysznica- … tęsknił za tobą. – coś mocno ścisnęło go w gardle.

- Ja skarbie też. Ale muszę pracować. Obiecuję przyjechać w piątek do Koloni, to chociaż weekend spędzimy razem. – pocałowała go ostrożnie. – wykąp się. Zaczekam. Zrobię ci kawę może?

-I tabletki na ból… wszystkiego! – krzyknął za wychodzącą Polą.

-Będę tęsknić.- pogłaskała jego policzek, kiedy oboje siedzieli nad kubkami aromatycznej kawy. -Chociaż może na dobre wyjdzie nam ta chwilowa rozłąka…- pakowała dokumenty do obszernej, czerwonej torebki. – To działa podobno dobrze na związki. – zaśmiała sie odrobinę na siłę.

- Nie wiem z której strony ma działać dobrze na związek! – opierał głowę o chłodną ścianę.- O jak dobrze.

-Zleci Paddy. Nie rozstajemy się przecież na zawsze!

-Nie no oczywiście… jakie zawsze?! Oszalałaś?! -ledwo znosił jej słowa.

-Poza tym mam co robić. Pracy dużo, zaniedbałam Dominikę i Fionę. No i Adaś…

-A ja będę sam, w cichym pokoju hotelowym…

-Jak będzie ci smutno….- pochyliła się nad nim, wspierając dłonie o jego uda i lekko dotykając jego ust. – Możemy poświntuszyć przez telefon… – przygryzła dolną wargę.

- Poświntuszyć?

-Wideo-rozmowa w tym przypadku jest zbawieniem…. zaufaj. – czułą chwilę przerwał im dzwonek telefonu Poli. Szybko zerknęła na ekran. – Cholera, poganiają mnie! Muszę jechać. – gwałtownie wbiła się w jego usta. – Paddy… -spojrzała mu głęboko w oczy.- Kocham cie najmocniej na świecie, mimo, że dzisiaj wyglądasz jak rasowy menel spod sklepu. Kocham cię w każdym wydaniu! Jesteś moim mężczyzną. Moim! Mimo tego tłumu rozkrzyczanych fanek wdzierających się na scenę…- zarzuciła mu ramiona na szyję.

-Bez przesady… nie rzucają się na scenę. – przyciągnął ją bliżej do siebie.

-Jesteś jakiś nie swój…Coś się stało? – przyglądała mu się.

- Nie… nic. Ja tylko… nie lubię cię zostawiać, no i ten nieszczęsny kac. -masował czoło.

-I nic poza tym? Na pewno wszystko gra?

- Na pewno. – skłamał, wytrzymując jej spojrzenie. – Kocham cie Pola. Cokolwiek się nie wydarzy, pamiętaj, że nic tego nie zmieni!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-A co ma sie wydarzyć? – zaśmiała się serdecznie. – Chyba już wszystko się wydarzyło? – zarzuciła na ramiona marynarkę a w dłoń chwyciła kluczyki od samochodu.

-Pierre nie przyjedzie?

-Pojechał do Edyty. Ryzykant. – jeszcze raz objęła jego szyje i wbiła się w jego gorące usta. Instyktownie przylgnął do niej całując coraz najmiętniej.

-Musi to nam wystarczyć na dwa tygodnie…- zamruczał.

-Może wcześniej…- puściła mu oczko. – Tylko nie pij już tak dużo… I nie zdradź mnie…

-Wiesz że to głupi żart?! Nie potrafiłbym!

-Kocham! Zadzwoń! – drzwi trzasnęły i już jej nie było. Paddy siedział jeszcze chwilę sam, w ciszy dopijając kawę. W głowie bez przerwy wirowały mu słowa Marka. Podświadomie wiedział, że będzie musiał z kimś o tym porozmawiać, poszukać rady, pomocy, czegokolwiek. Będzie musiał, ale nie teraz. Był już spóźniony. Za niedługo przyjedzie Will a on siedzi w koszulce i bokserkach. Zerwał się na równe nogi, zbierając swoje podstawowe rzeczy.

 

 

 

Czarne Audi sunęło z zawrotną prędkością poza granice miasta. Mężczyzna siedzący za kierownicą był skupiony, ale i pełen wątpliwości. Ostatnie wydarzenia mogły w dużej mierze zachwiać jej wiarą w niego. Pierre wiedział o tym doskonale, i co najdziwniejsze, czuł żal. Tak, żal to było to uczucie, jakie w nim teraz dominowało. Nie chciał się do tego przyznać, nawet przed samym sobą, ale chyba najzwyczajniej w świecie za nią tęsknił. Ciekawiła go jej historia, jej dziwaczny, wynaturzony charakter. Momentami odnosił wrażenie, że mało jest w stanie ją wystraszyć, przerazić, zatrzymać oddech w połowie drogi. Była dla niego, z dnia na dzień, coraz ciekawsza, intrygująca…- Kurwa mać! – przeklął w głos i zjechał na pobocze drogi. Wysiadł natychmiast, oparł biodra o zamknięte drzwi auta, sięgnął do kieszeni spodni i odpalił papierosa. Obserwował otwartą przestrzeń falujących traw. Zawahał się w swej decyzji. Powinien jechać? Był blisko. Kilka kilometrów dzieliło go od Edyty. Może powinien wycofać się, pozwolić jej odejść, zniechęcić ją do siebie, tak jak robił z większością kobiet, które chciały być blisko niego? Ale teraz jest inaczej, to on chce być blisko niej! Nie znał tego uczucia, tej emocji. Znał natomiast ryzyko, jakie niesie ze sobą ta znajomość. Narazi ją, a siebie wystawi. Będzie dokładnie tak, jak zawsze powtarzał Artur. „Nie wolno nam kochać. Miłość niesie ze sobą jedynie nieszczęście. Miłość krzywdzi.” Jeśli nie on, to zapewne ona poniesie konsekwencję jego decyzji. – Kurwa mać! – powtórzył i sięgnął do drugiej kieszeni, wyciągając telefon. Szybko wybrał numer z listy kontaktów.

-Co chcesz? – męski głos zapytał sucho.

- Paddy… jak to jest kochać?- zapytał wprost.

-Co? – zapytał odrobinę głośniej.- Ale ciebie, czy tak ogólnie? Bo jak ciebie to trochę jakby przytulać wkurwionego jeża.

-Poważnie pytam…- szczęki pulsowały. Raz za razem zaciągał się odpalonym papierosem.

- Cóż…Nie wiem…- Zająknął się. Chwilę zastanawiał się w milczeniu, a po kilku sekundach zaczął mówić-  To chyba trochę tak, ze martwisz się bardziej o nią niż o siebie. Stawiasz ją na pierwszym miejscu. Kochać to znaczy czuć w sercu każdą jej łzę, każdy jej ból… – westchnął głęboko, jakby te słowa zadawały mu fizyczne cierpienie.

<b>Move over, every other British man that exists.</b>

-Niezbyt to optymistyczne…

-Bo nie zawsze jest. Pierre… miłość nie jest kolorowa, gdzie dominują kwiaty, misie i cukierki… Czasem jest trudno…- zaśmiał się pod nosem.- Już cie w tym widzę…

-Niedoczekanie!

- To chyba też trzymanie za rękę, kiedy jest chora, głaskanie jej spoconego czoła podczas gorączki. To czas jaki poświęcamy tej osobie. Nie musisz jej imponować cały czas, czasem wystarczy być…- głos załamał mu się lekko, co nie uszło uwadze Pierra. -A jak jej nie ma… czujesz się niekompletny, kogoś ci brakuje… tak najogólniej to chyba właśnie znaczy kochać…Zresztą, nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem….- próbował zażartować.

-Kto jak kto, ale facet od romantycznych tekstów chyba najlepiej wie, o co w tym wszystkim chodzi? – butem zgasił papierosa.

-Pierre… kochać to znaczy chronić ją za wszelką cenę…- powiedział to cicho, poważnie, zniżając głos do aksamitnego szeptu. – Za każdą cenę…- ile znaczeń miały dla niego te słowa.- Ucz się być szczęśliwym tu i teraz, nie jutro! Bo możesz nie zdążyć, może nie być żadnego jutra….

-Padd? Coś jest nie tak, stary? Mam dziwne wrażenie… coś sie stało? – Pierre momentalnie wyprostował się jak struna.

-Ja…- zawahał się. Przez ułamek sekundy chciał mu powiedzieć, tak bardzo chciał zrzucić na kogoś ten swój ciężar. Jeśli teraz mu powie, on rozpęta coś, nad czym nikt nie bedzie potrafił zapanować. On wtedy będzie daleko. Szybko analizował. – Nie… nic mi nie jest. Chciałem tylko cię o coś prosić.

-Zadbam o Polę. Nie musisz prosić. Możesz spokojnie koncertować. Możesz mi zaufać…

- W tej jednej kwesti?

-W tej jednej, jedynej kwestii… możesz mi zaufać. Nic jej nie będzie, Paddy.- wsiadł do auta.- Jadę do Edyty…chyba zrobię z siebie kretyna…

-Nie szkodzi. Kobiety to lubią. – uśmiechnął się lekko.

-Tylko jak komuś powiesz to…

-Nie powiem o twojej chwilowej słabości. Możesz być spokojny.

-Czyli oboje musimy sobie zaufać? Możesz zrobić dla mnie coś jeszcze?- odpalił silnik. – Zagraj tak, aby tym panienkom majtki z tyłków spadły!

-Pierre! Ale z ciebie kretyn!

-Licz się ze słowami, bo cię obsmarujemy w gazecie! Załatwię ci okładkę i nagłówek, że się moczysz w nocy!

- Jedz już do tej Edyty. Trzymaj się. – rozłączył się.

-Dalej sądzę, że to powalony pomysł…- zamruczał sam do siebie. – Durne ba… – zatrzymał się w półsłowie. – kobiety! – wcisnął gaz i zniknął pozostawiając za sobą chmurę kłębistego kurzu.

 

 

 

 

-Na coś jednak przydaje się ten Filip…- Jimmy włożył kawałek papryki do ust.

-Zabrał chłopców na cały dzień. Tyle chociaż może dla mnie zrobić.

-To są też jego dzieci. – zrzucił do gotującej się potrawy kawałki pokrojonej przed chwilą papryki. – Po węgiersku będzie! – puścił Fionie oczko, chwycił za dużą drewnianą łyżkę i zaczął mieszać w gęstym gulaszu. – Zauważyłaś, że my bez przerwy gotujemy? Albo pijemy? Albo robimy to i to, naraz?

-Kawał faceta jesteś, to jeść musisz…- opłukała dłonie i wycierając je w ściereczkę, podeszła do pleców Jima.

Poczuł dwie krągłości na swoich plecach. Starając się nie zwracać na to uwagi dalej mieszał gulasz, choć już odrobinę wolniej. Smukłe, długie place skradały się po skórze na jego brzuchu. Wtuliła się w jego plecy jeszcze mocniej. Ciepły oddech drażnił płatek ucha. Odchylił głowę do tyłu i przekręcając na bok zostawił na jej ustach delikatny pocałunek. Łyżka wypadła mu z dłoni, kiedy Fiona powoli uwalniała jego skórzany pasek z metalowej sprzączki. – Co ty robisz? Tak tu?

-Cii… Nic nie mów. – całowała jego kark coraz namiętniej, on poddawał się tym pieszczotom odchylając głowę na boki. Podniecenie rosło w nim w ekspresowym tempie. Nie mógł jej dotknąć, nie mógł rozebrać. W dalszym ciągu stała za nim i nie miała zamiaru przesunąć się przed niego. Jednym ruchem rozpięła zamek spodni, powoli zanurzając dłoń w jego bokserkach. Zacisnął dłonie na rancie kuchennego blatu, powstrzymując się przed zerwaniem z niej wszystkich ubrań. Jej dłoń niespiesznie zaciskała się na gotowej męskości, jedynie lekko zsuwając spodnie z bioder mężczyzny. Rytmiczne, falujące ruchy już po chwili wstrząsały kolejnymi falami rozkoszy. Poddawał się jej całkowicie. Panowała nad nim, był posłuszny i cierpliwy, choć to ostatnie sprawiało mu największą trudność. Zaciskała dłoń coraz mocniej, jej ruchy były coraz bardziej pożądliwe i agresywne. – Kochaj się ze mną…- wodziła ciepłym językiem po jego karku.

-Skarbie, zrobię z tobą co tylko będziesz chciała!- jednym, zgrabnym ruchem chwycił ją w pasie i posadził na blacie, niedaleko gotującego się gulaszu. Chwycił jej kark i władczo przyciągnął do siebie. Warknął, kiedy poczuł zapach skóry połączony z delikatną nutą jej perfum. Zanurzył dłonie pod koszulką, natychmiast odnajdując nabrzmiałe sutki. – O, jak ja za wami tęskniłem! – zanurzył głowę pod bluzką zatapiając się w dekolt.

- Kelly, bez gry wstępnej….- wyjęczała. – Ja dużej nie wytrzymam! – prawie zsuwała się z kuchennego blatu.

-Szybki seks?! Jak ja cie kocham! – zacisnął dłonie na szerokim, elastycznym pasie od spodni, natychmiast je zsuwając, sekundę później pozbył się również majtek. Przesunął jej biodra bliżej siebie i przy zalewającej fali rozkoszy wszedł w nią natychmiast, szybko, władczo przyciągając do siebie.  Zaśmiał się, tak jak potrafił najpiękniej, kiedy w trakcie Fiona musiała trzymać się szafki, aby nie spaść na podłogę.

-Czasami szkoda czasu na grę wstępną… – po wszystkim siedziała dalej na blacie, wymachując wesoło nogami, przypominając bardziej figlarną dziewczynkę, niż dorosłą kobietę.

-Powiedziała kobieta. To trzeba gdzieś zapisać! – Jimmy opierał się biodrami, tuż obok niej.

-Czasami tak trzeba….Jak się ma takiego podniecającego faceta obok siebie.

-Mów mi tak częściej…- zaśmiał się. – Cholera, gulasz! – podskoczył jak poparzony, szybko mieszając w gotującym garnku.

-No tak, najpierw seks, potem jedzenie! – westchnęła, sięgając po butelkę wody

-Ciesz się, że nie odwrotnie! Przez chwilę się wahałem… – usłyszeli dzwonek do drzwi.

- Jak za chwilę powiesz, że marzy ci się wanna gulaszu, a w środku ja, to przysięgam, rzucę cię natychmiast! – wyszła otworzyć drzwi.

- Hmm… Ale bez liścia laurowego! – krzyknął, a po chwili dodał cicho do siebie. – Można się pokaleczyć, ostre cholerstwo!

Otworzyła drzwi, dalej śmiejąc się z niedawnego żartu. Przed nią stała posągowa, niezwykle piękna kobieta. Była wysoka, przerażająco zgrabna, co podkreślały jej przylegające do ciała ubrania. Długie, kasztanowe włosy miękko opadały na średniej wielkości piersi zaznaczone pod delikatnym, różowym swetrem. Uśmiechała się serdecznie, przyglądając się Fionie.

-Pani do kogo? – poprawiła dłonią brązowo- złote włosy.

-Do Jima.- odpowiedziała spokojnie, pewnie. – Fiona, jak sadzę? Sławna była żona, obecnie aktualna dziewczyna?- uśmiechała się serdecznie

-Słucham? Była żona, aktualna dziewczyna?- zamrugała szybko.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Poszperałam. Muszę wiedzieć o kliencie jak najwięcej. – schowała telefon do eleganckiej torebki.

-O kliencie? – Fiony oczy przypominały ogromne spodki.

-A to pewnie o mnie mowa…- zza Fiony wychylił się Jim. – Elle, witaj! Miło cię widzieć.

-A redaktorka! – Fiona zamruczała sama do siebie. – Oczywiście!

- Wybacz, jestem za wcześnie? – wskazała na Fionę.

-Odrobinę, ale nie szkodzi. Już się zbieram.- Jim pobiegł w głąb domu.

-Wejdź, proszę. – Elle przekroczyła próg domu.

-Pięknie pachnie, czy to?

-Gulasz… Jim gotował. -  Fiona skrzyżowała ramiona na piersi.

-Potrafi gotować? Imponujące.

-Tak. Wiele… potrafi. – zmrużyła odrobinę oczy. – Gdzie wychodzicie?

-Na kolację. Chcę omówić plan, początkowe rozdziały, zakres historii… Takie tam.- wzruszyła ramionami.

-I po to ta kolacja, tak? – podejrzenie i niepokój narastały w umyśle Fiony.

-Pomyślałam, że Jim poczuje się swobodnie. Lepiej współpracuje się z wyluzowanymi klientami…Nie martw się, odstawie go do domu przed północą.

-Yhy…. karetą z dyni?- Fiona uniosła jedną brew.

-Dobry żart. – zaśmiała się perliście.- Jesteś zabawna!

-Staram się.

-Gotowy. – Jim wrócił do holu.-  Możemy iść!

-Poczekaj chwilę. – Fiona chwyciła mężczyznę za rękę.

-Poczekam w samochodzie. – Elle dyskretnie, bez słowa opuściła dom.

-Zdurniałeś? Miałeś zamiar mi o tym powiedzieć?! – Fiona warknęła

-O czym?! Co jest?! Przecież mówiłem ci, że poznałem redaktorkę. – zapinał skórzaną kurtkę.

- A o kolacyjce to już nie wspomniałeś!- wytykała go palcem.

-A fakt. Zapomniałem o tym wspomnieć. Wybacz! – pocałował jej zaciśnięte usta. – No nie mów, że jesteś zazdrosna?- odchylił się by przyjrzeć się jej nadąsanej twarzy.- Jesteś?!

-O co?! – prychnęła. – O tą panienkę?! Oszalałeś?! – wzruszyła ramionami.- Bez przesady!

-Czyli jest ok? – pomasował jej ramiona.

-No jest! Jest! Co ma nie być?! – przekonywała sama siebie. – Oczywiście, że jest!

- Służbowa kolacja. Nic więcej. Będę niedługo. Poczekasz?

-Chyba nie. Może wyskoczę na spotkanie z Polą i Dominiką. Tak w babskim stylu…

-Świetnie! Super pomysł…Kocham cię! – pocałował ją namiętnie. – Do jutra! – wyszedł z domu.

-Tak… do jutra…- westchnęła.  Sięgnęła po telefon. – Pola? Wyskoczymy na drinka?

 

 

 

Podjechał pod niewielki dom w kolorze złamanej bieli i czarnymi ozdobami. Otaczał go zadbany ogród, pełen kwiatów i krzewów. Na podjeździe stał zaparkowany samochód Edyty. W jednym pomieszczeniu paliło się światło. Nie zważał na to czy jest sama, czy może drzwi otworzy któreś z rodziców. Chciał ją zobaczyć, chciał żeby znowu była jego! Chciał znowu panować nad sytuacją i musiał to zrobić natychmiast. Otworzył bramkę i przebiegł kilkanaście metrów do drzwi wejściowych. Zdenerwowanie mieszało się z podnieceniem, tworząc wybuchową mieszankę, nad którą ledwo co panował. Nie poznawał siebie, nie poznawał swoich emocji. Nie wiedział co się z nim dzieje. Poczuł dziwny ucisk z klatce piersiowej i szybko zapukał do drzwi.

- Ty?- Stała przed nim, ubrana w czarne obcisłe spodnie, błyszczącą, cekinową bluzkę i z kopertówką w dłoni. – Pierre, co ty tu….

-Posłuchaj…- dyszał jakby przebiegł co najmniej kilkanaście kilometrów. – Nie jestem w tym dobry…- podpierał dłonią ścianę.

-W biegach przełajowych?- zauważył lekkie drgnięcie kącików jej ust.

-Rzadko kiedy dopuszczam do siebie kogoś na tyle blisko, ale…- zawahał się zatapiając się w jej przenikliwym spojrzeniu.

-Ale?- trwała bez ruchu.

-Nigdy nie czułem czegoś takiego…Jesteś irytująca, namolna, bezczelna i cholernie zalazłaś mi za skórę.

-Jak mam to rozumieć? – zmarszczyła brwi.

-Chcę… ja… – wypuścił głośno powietrze z płuc. – Ja muszę mieć cię koło siebie. jak cię nie ma to… Nie umiem tego nazwać… Nie mogę przestać…- spojrzał na nią jeszcze raz.- Nie wytrzymam dłużej! – zrobił krok w jej kierunku, wyciągnął torebkę z jej dłoni i rzucił na bok. Chwycił ją za kark i namiętnie wbił się w jej karminowe usta. Przycisnął ją do ściany, zrzucając z etażerki pojemnik z długopisami i plik małych karteczek. Nogą oplotła jego biodro, oddając pocałunek.

-Rodziców nie ma…- wyjęczała, kiedy jego dłonie pieściły jej płaski brzuch.

-Wybornie.- jednym gestem przekręcił klucz w zamku. Wrócił klękając przed nią. Jednym, silnym gestem bez słowa rozerwał jej zamek w spodniach. Szarpnął i zsunął je z kobiecych bioder. Nie było czasu, nie było cierpliwości. Przycisnął ją mocno do ściany zamykając w dłoni jej kobiecość. Jęknęła na cały dom osuwając się po kwiecistej tapecie. Dłonią ścisnął jej pośladki, drugą zanurzył w niej. Była ciepła, wilgotna i chętna. Nie czekał dłużej. Rozpiął spodnie, zsunął z siebie do wysokości kolan. Jej majtki odsunął na bok osadzając ją sobie na biodrach. Wszedł w nią z całej siły, przylegając do niej i zaciskając dłoń na nadgarstkach nad jej głową. – Nigdy więcej nie uciekaj ode mnie! Nigdy! – całował ją z całych sił.

Opublikowano paddy kelly | 2 komentarzy

100. the voice

Krążył po pokoju hotelowym, niczym dzikie zwierzę, zamknięte, pozbawione wolności. Przy niewielkim stoliku Artur smarował kolejnego tosta dżemem z gorzkich pomarańczy. Alex niespiesznie popijał poranną kawę z odrobiną mleka. Przyglądał się przyjacielowi, nie komentując jego zachowania. Pierre co chwilę siadał na łóżku, podchodził do okna, siadał na krześle, a kiedy już nie mógł wytrzymać, wychodził na balkon wypalić pół papierosa.

-Pojebie mnie zaraz od tych kobiet! – po raz kolejny wykręcał połączenie do Edyty.

- Kobiety to zło, stary…- Alex obserwował mały wir na środku filiżanki.- Cholerne zło!

-Odbierz, do cholery! – warknął do aparatu. – Dlaczego, kiedy chcesz je przeprosić, one zawsze nie odbierają.

-Pakuj dupę do auta i jedź do niej. – Artur w końcu zabrał głos.

-Ona na prawdę jest nam potrzebna? – Amerykanin zwrócił się do Artura.

-Teoretycznie, nie!-spojrzał chłodno na Alexa.-  Ty też przez pewien czas nie byłeś potrzebny, a… nadal żyjesz, czyż nie?- wsypał łyżeczkę cukru do filiżanki herbaty. – Ona może jeszcze się przydać, o  ile Pierre będzie potrafił utrzymać związek…- powstrzymywał uśmiech. – Kobiety są najbardziej niebezpieczne, kiedy są złe i kiedy kochają… – spojrzał na syna. – A ty masz i jedną i drugą. Tyle emocji w tak małym, kobiecym ciałku…

-A może obmyślmy inny plan? Taki, który nie uwzględnia i Polki i Edyty obok mnie?- usiadł przy stoliku, owładnięty tą myślą. -Rzucę prace i udam, że wyjeżdżam. Będę jej pilnować, po cichu….

-Z przyczajki?

- Głupi jesteś!? Tak się nie da, i wiesz o tym doskonale! W jej życiu pojawił się Paddy. Doprowadziliśmy go do niej. Masz być przy niej. Koniec kropka! – upił łyk herbaty, delektując się jej smakiem. – Zostałem sam. Nie możemy teraz tego spieprzyć. Tu idzie o za dużą stawkę. Przecież wiesz o tym, Pierre!

 

 

 

 

 

 

-Wiem, no! Wiem! Dobra, to wy sobie siedźcie i plotkujcie, a ja pojadę, naprawiać mój udawany związek z psychopatką! – wychodząc dodał pod nosem – Ja pierdole…

-Tylko nie daj się znowu postrzelić! -Alex krzyknął za przyjacielem.

-Zamknij się!

Kupił bukiet 21 długich, herbacianych róż. Wykonał jeszcze kilka prób połączenia, ale Edyta uparcie nie odbierała telefonu. Mocno już zirytowany stanął przed drzwiami jej mieszkania. Zapukał mocno uderzając pięścią. Nie było jej. Poczekał jeszcze kilka minut, a kiedy nikt nie otwierał wycofał się w kierunku windy, kwiaty zostawiając na wycieraczce. Wsiadając do auta, usłyszał dzwonek telefonu. Szybko odebrał, nie patrząc jaki napis widnieje na ekranie.

-Edyta? W końcu! – opadł na siedzenie.

-Nie, Pola. Ale jestem pod wrażeniem, Romeo!

-Nie kpij! Co chcesz?

-Milej trochę! Do przyjaciół takim tonem! – chichotała

- Przypominam ci, że to ty jesteś mi winna to i owo…

-A ty mnie kochasz!

-Dobra, wygrałaś! Mów o co chodzi, bo za chwilę przestanę cię kochać!

-Wróciłam właśnie od Dominiki ze szpitala. Miała kolejną chemię.

-I? Dojdź do sedna, proszę!

-Dzwonili z zarządu. Podobno do ciebie też, ale masz cały czas zajęty telefon. Degradują nas, Pierre. Podobno nie wyrabiamy normy.

- Naczelny się zmienił, to nastał czas degradacji! Nie żadne niewyrabianie norm! Zresztą, czym się przejmujesz? Mniej pracy będzie! – Ruszył autem.

-Kiedy ja lubię swoją pracę, ty nie?

-No lubię, lubię! Jasne! Wręcz przepadam.

- Twoja ironia wylewa mi się przez słuchawkę. Ty rozumiesz, że to jest krok w tył w naszej karierze, głupku?!

-To niech ci Paddy napisze o tym piosenkę! – rzucił słuchawką.- przez kwadrans jeździł po mieście bez najmniejszego sensu i powodu. Zacisnął dłoń na telefonie komórkowym, powstrzymując się przed kolejnym telefonem do Edyty. Nie zadzwoni. Nie będzie się poniżał. W myślach analizował ostatnie wydarzenia. Przyjechała do szpitala. Przed dwie doby była przy nim. Potem zniknęła. Nie przyszła więcej. Nie poruszali tematu ich ostatniej rozmowy. Jego za bardzo bolało ramię, a ona… chyba nie do końca pragnęła usłyszeć jakiekolwiek słowa z jego ust. Może miała już dość? On by miał. Tyle kłamstw. Męczyły go, ciążyły mu, pochylając go coraz bardziej ku ziemi. Okłamywał nie tylko Edytę, ale również Polę. Uwierzyła, choć ledwo, że został postrzelony przez dłużników jego ojca. Prychnął śmiechem, lekko unosząc lewy kącik ust, kiedy przypomniał sobie jak Pola chciała dawać mu pieniądze. Pamięta jak rzucił jakąś niebotyczną sumę. Sądził, że ona nie zgodzi się na taką ilość. Zgodziła się. Bez wahania. Chciała wsiadać w auto i jechać do banku. Wariatka. Mała, niewinna, niczego nieświadoma wariatka, wokół której i przez którą, rozpętuje się piekło na ziemi i tyle ludzi umiera. Czy kiedy dowie się kim jest… żyłka na czole niebezpiecznie pulsowała, przyspieszając bicie serca. – Kurwa! – uderzył dłonią w kierownice i na rondzie zawrócił. Przyspieszył i już po chwili stał przed budynkiem swojej przyjaciółki.

 

Nie odsłuchała nagrań w szpitalu. Przyszedł lekarz, potem dwie pielęgniarki. Coś robili przy Dominice i wyprosili ją z sali. Jadąc do domu odebrała telefon z pracy, o którym tak niechętnie informowała Pierra. Teraz, kiedy zmyła z siebie zapach szpitala, założyła wygodne ubranie, mogła wreszcie odsłuchać zawartość nośnika. Zaparzyła ogromny kubek malinowej herbaty, ukroiła kawałek placka drożdżowego, smarując go konfiturą jagodową. Usiadła w salonie, na szarej kanapie, podkurczając kolana pod brodę. Uchylone okno wprawiało w ruch muślinową, białą zasłonę, lekko muskając jej włosy i policzek. Włączyła nośnik. Po raz kolejny czuła te same emocje co w szpitalu, tylko zdwojone przez otaczającą ją ciszę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Co masz mi do powiedzenia, Paddy? – mruknęła sama do siebie naciskając przycisk.

„…Nie potrafię tego zinterpretować. Znowu mi się śniła. Czy to grzech? A może mam tego nie robić? 

-Mówisz o wyświęceniach? 

-Sądziłem, że kiedy tam trafię to ten koszmar się skończy… Nie kończy się. Jest mi ciężko, Leonie. Czuje się zmęczony życiem i… zostałem sam.  A otaczało mnie tylu ludzi, tylu przyjaciół! 

-Masz rodzinę. 

-Czyżby? Oni pozakładali swoje rodziny,  są mniej lub bardziej szczęśliwi. Poza tym, jesteś dla nich, jeśli robisz to, co masz nakazane.  To było ciężkie życie i mroczne czasy… Wyłamiesz się, wypadasz.

-Mówisz o swojej próbie samobójczej?

- Umierałem w tamtym czasie. Tak jakby każda część mojego ciała powoli oddawała ostatnie tchnienie.

-Wtedy pojawiły się te sny? Od tamtego momentu?

-Tak. W rzeczywistości chciałem odebrać sobie życie , ale brakło mi odwagi… chociaż nie, to nie tchórzostwo było. To chyba był ostatni głos nadziei, która tliła się gdzieś we mnie, a o której nie miałem pojęcia. Tak, to chyba to…

-Albo zadziałał instynkt samozachowawczy.

-Może masz rację Leonie. Ale w snach… moje ciało się poddaje. Tonę w tym bagnie, czymkolwiek ono jest, i nie walczę. Czasami myślę, że to cholernie metaforyczne…

-Symbolika i matafory to główne instrumenty naszej podświadomości. A jak rozumiesz swoje?

-Ten las, gałęzie, które ranią moje ciało, ciemność, zapach zgnilizny i wilgoci… to chyba całe moje życie. Życie bez światła…. 

-Bagno?

-To jest to, co dzieje się teraz… To nad czym nie panuje już….

-Opowiedź mi dokładnie jak to wygląda? Jest tam ktoś jeszcze?

-Jest…

-Dziecko?

- Co? Nie. Kobieta…

-Paddy jesteś pewien, że nie słyszysz w tle płaczu dziecka? Kwilenia chociażby?

-Śnię o tym prawie codziennie. Nie ma tam żadnego dziecka. Co się z tobą dzieje? Dziwnie się zachowujesz…

- Wybacz. Masz rację, to było nieprofesjonalne. Przepraszam. Czasami… ee… takie schematy są powielane. Powiedź mi w takim razie o tej kobiecie. Kim ona jest?

-Nie mam pojęcia. Leon, jestem zakonnikiem, a śnię o jakiejś kobiecie, którą chyba mocno pragnę. To jakiś koszmar!

-Sądzę, że jeśli odzyskasz kontrolę nad własnym życiem, to i koszmary się skończą. 

-I co dalej? 

-Nic. Będziemy pracować nad tą kwestią. Nie spieszmy się…”

 

-Dlaczego ja to mam?! – Pola chwilę przygryzała dolną wargę. – Skąd to cholerstwo wzięło się w moich rzeczach?! – zachęcona kliknęła drugie nagranie o nazwie „Anna”. Najpierw usłyszała kilka trzasków, nieznany dźwięk, jakby szum fal, rytmicznie uderzanych o brzeg. Ktoś głośno oddychał, jakby biegł mając za sobą ogromny wysiłek. Po chwili usłyszała wśród podmuchów wiatru, kobiecy głos.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

„Wiem, że tego nie popierasz Leonie, wiem jak bardzo próbowałeś mnie zatrzymać. Ja… Nie potrafiłabym…. Nie mogłabym bez niego żyć. Uda mi się, zobaczysz! Ja… bardzo go kocham… wiem, zawsze powtarzałeś, że czasem miłość nie wystarcza. A mnie miłość nie uleczy…. A jeśli…Zaufałam mu i wyjechałam…
Tylko, że… teraz jest coraz gorzej… Już nie wiem, gdzie kończy się świat, a zaczyna sen. Boje się… nie biorę leków…Nie mogę. Zmusza mnie, ale wiem, że nie mogę ich brać. Nie teraz. Zacznę je łykać za kilka miesięcy, może wytrzymam…
Widziałam ostatnio mój las… Leon, ja go widziałam na żywo… te same ścieżki, ten sam zbutwiały konar, ten sam zapach wilgoci i smrodu. Nie wiem dlaczego tam byłam, nie wiem co ja tam robiłam, ale wiem, doskonale wiem, że tam byłam! Byłam tam, do cholery!
Uciekałam, nie pamiętam przed czym! Goniło mnie aż do polany. Tej polany Leon! Gdzie światło rozjaśnia każdy mrok, gdzie nie stanie ci się nic  złego! Tam zawsze kwitną kwiaty. Zebrałam ich kilka, maki, chabry, stokrotki, pierwiosnki…Chciałam zabrać je do domu. Pięknie wyglądały by na stole…. Ale gdzieś je zapodziałam… A potem zasnęłam…. Boże, tak bardzo się boję! Zasnęłam wśród kwiatów, było tak cicho i spokojnie…
Jakbym kiedyś umarła… pochowaj mnie wśród takich kwiatów… tam gdzie kwitną maki i chabry….

Obudził mnie płacz dziecka… kwilenie dzieciątka…. gdzieś w lesie… Biegłam… długo… goniąc ten krzyk…
Na brzegu leżało zawiniątko… w nim dziecko… piękne… pokochałbyś je…Miało różowe usteczka i lekko zadarty nosek… Utopiłam się w tym bagnie, powoli umierałam, patrząc w niewinne oczy dziecka… Wszystko się miesza!  Nie wiem… Tak bardzo cię przepraszam!”

Aż podskoczyła, kiedy po mieszkaniu rozległ się huk pukania do drzwi. Szybko wyłączyła nagranie i zamknęła laptopa. Przetarła twarz dłońmi, wyrywając się z otępienia, w jaki wprowadziło ją odsłuchane nagranie. Co chwilę po kręgosłupie przebiegał jej dreszcz, szarpiąc całym ciałem. Kolejne pukanie. Upiła łyk jeszcze ciepłej herbaty i podeszła do drzwi.

-Przepraszam… Niech Paddy nie pisze ci o tym piosenki, bo niezła szmira z tego wyjdzie! – Pierre dyszał podpierając się o futrynę drzwi.

-Nie gniewam się… chyba. Wejdź proszę. – otworzyła szerzej drzwi patrząc w podłogę.

-Co ci jest? Oczy masz tak duże, jakbyś zobaczyła ducha! – Pierre pochylił się aby spojrzeć na twarz Poli.

-Co? A to nic…. Zakraplałam sobie spojówki. Pieką trochę. Chyba w szpitalu sobie zatarłam. – skłamała szybko. – Co chciałeś?

-Zrobisz mi kawy? – bacznie przyglądał się przyjaciółce

-A kawy…. no oczywiście, że ci zrobię! Chodź!

-Na pewno dobrze się czujesz?

-Tak,Pierre! – powiedziała dobitniej, dochodząc do siebie. – Dużo się dzieje, jestem lekko zbita z tropu. Ta degradacja….

-A tym się nie przejmuj. – usiadł na wysokim krześle przy kuchennej wyspie. – Powołają nowego naczelnego to pewnie wszystko znowu ulegnie zmianie. A propo zmian, gdzie Paddy?

-Na piwie z braćmi. Jutro wieczorem większość wyjedzie. Jim odstawia córki..- postawiła przed Pierrem kubek pachnącej kawy. – A i chyba Jutro ma to spotkanie z wydawcą, książkę będzie pisać… Wspomnienia, cholera jasna! – Pola prychnęła śmiechem, na chwilę zapominając o odsłuchanym kilka chwil temu nagraniu.

-Przecież on mało co pamięta ze swojego życia. Większość na bani… A, gorąca! – zasyczał odstawiając kubek. – Ciekawe czy był świadom praw i obowiązków żeniąc się z tą…tym… brzydkim czymś.

- Dlatego właśnie tak bawi mnie ten pomysł. I Meike nie jest taka zła, nie przesadzaj. Pogubiła się, ale pamiętaj, ze ona też zdradziła Jima… Czyli ktoś ją jednak chciał….- upiła łyk herbaty. – Dwa razy!

-Plotkujemy jak baby. – spojrzał na telefon.

-Po pierwsze, znowu, jestem babą, ustalmy to raz na zawsze! Tak baby się zachowują! A po drugie, skoro jesteśmy przy ploteczkach…- pochyliła się i wydęła usta robiąc przy tym zabawny grymas. – Jak tam Edzia?

-Wyobraź sobie… babo… Nie ma jej w domu i za cholerę nie odbiera! Jak jesteś taka mądra, to czy możesz łaskawie powiedzieć mi, dlaczego ta pieprzona baba nie odbiera telefonu?!- również przechylił się przez kuchenną wyspę i wysyczał Poli w twarz.

-Po pierwsze! – pogroziła mu palcem. -Skończ z tymi babami! Ani to nie jest fajne, ani modne, a już tym bardziej nie pasuje do ciebie. – poklepała go po policzku. – I tak, wiem dlaczego nie odbiera! Ha! – chwyciła kubek i szybkim krokiem wyszła do salonu.

-No gadaj! Dlaczego? Az tak bardzo mnie nienawidzi?

-A za co tak właściwie?- usiadła

-Dowiedziała się, co ci powiedziałem. Że cię kocham… sezonowo… po pijaku…- wywrócił oczami siadając obok.

-Pocałuj mnie.- przybrała bardzo poważny ton.

-Co?!

-Skoro mnie kochasz, to mnie pocałuj. Tak jak potrafisz najlepiej. Jesteśmy sami… daje ci szansę. – niesamowita pewność siebie biła od niej w tym momencie.

-Zdurniałaś?! Nie pocałuje cię!

-Noooo daj buziaka! – szturchała go bosą stopą.

-Nie będę cię całować! Fuj!

-Fuj?!

-Wypsnęło mi się, przepraszam!- najeżył się.

-No to całujesz, czy nie?

-Nie!

-Gówno tam kochasz! -zaczęła śmiać się na cały salon. -Kochasz Edytę. Albo coś koło kochania, bo właściwie nie znam tematu…

-Blefowałaś?

-Oczywiście! Nie zrobiłabym tego Paddiemu!

-A jakbym cię pocałował jednak?

-Dostałbyś w pysk!

-Sama mnie zachęcałaś!

-No cóż…. baby, nie?! – przyjacielsko uderzyła jego ramię.

-Dlaczego nie odbiera moich telefonów?

-Pewnie ma wyciszony albo poza zasięgiem…- teatralnie spoglądała na swoje paznokcie.

-A kopnął cię ktoś kiedyś w ten kościsty zadek?!

-O, dziękuję za kościsty!

-Dobra, spróbujmy dogadać się inaczej…. Paddy wie już, że to Kathy odpowiada w dużej mierze za twoje poronienie?

-Edyta wyjechała do rodziców. Jakieś zadupie, ze słabym zasięgiem. – spuśiła ton i zwisiła głowę. – I to był cios poniżej pasa, gnojku!

-Wybacz…Poważnie, przepraszam…Pola…- szturchnął jej bosą nogę spoczywającą na kanapie. – Przepraszam skarbie. – przybliżył się do niej, a po chwili zamknął w swoich ramionach, całując czubek jej głowy.

-Co jest, do cholery, ja się pytam? Jakie skarbie? – w salonie cicho pojawili się Jim i Paddy.

-O szlak! A jednak nas nakryłeś! – Pierre zaśmiał się podchodząc do chłopaków.

-Ty mały… – Jim zrobił krok na przód i wymierzył w kierunku Pierra zaciśniętą pięść.

-Nie rób tego…Ostrzegam! – Zacisnął dłoń na pięści jednocześnie robiąc unik.

-Zostaw Jim. To nie tak… – Paddy czytał z oczy Pierra

-Mówił do niej „skarbie”! – JIm podniósł głos.

-Bo ty do jednej skarbowałeś! Święty się znalazł!- Pierre uśmiechał się tajemniczo.

-Pierre nie kocha Poli…Prawda?- Paddy wysyczał.

-Zgłupieliście już do reszty?!- Pola stanęła między mężczyznami. – Siadać wszyscy, ale już! -warknęła, uwalniając z siebie napięcie z całego dnia. -Co jest z wami, do cholery?! Mało mamy problemów? Mało się dzieje?! Panujcie nad swoim rozhulanym ego i testosteronem wylewającym się uszami! Pierre mnie pocieszał! Rozpłakałam się, bo niefortunnie wspomnieliśmy czas, kiedy ja… – spuściła głowę i mimowolnie położyła dłoń na brzuchu. Paddy natychmiast odwrócił wzrok. – Byłam w szpitalu. Tyle… I Jim, przyjaciele czasami mówią do siebie ” skarbie” bez podtekstów erotycznych! Zapamiętaj!

-Oby nie za często! – Paddy skrzyżował ręce na piersi.

-A ty! Paddy, odrobina zaufania! Zdradziłam cię kiedykolwiek? Choć raz? To nie jest tak, że za każdym rogiem czeka facet, który chce mnie poderwać. Odpuść choć odrobinę!

-Nie pochlebiaj sobie!

-Zamilknij Pierre! – wskazała palcem na przyjaciela. – Już dość powiedziałeś, a teraz morda!

-A powinna sobie pochlebiać! – Paddy spojrzał na Pierra.

-Edyta jest lepsza… – francuz rzucił jakby od niechcenia.

-E, nie! – Paddy z Jimem powiedzieli jednocześnie, po czym spojrzeli na siebie z nieskrywanym zdziwieniem.

-No i widzisz, nawet mój własny brat! – powiedział z wyrzutem. – Jak może ci się podobać moja Pola! Robimy powtórkę? Jeszcze mi powiedz, że się nią zaopiekujesz przez te dwa tygodnie co mnie nie będzie?! Taki jesteś?!

-To zaczyna przypominać jakąś groteskową komedię!  – podniosła dłonie do góry, wywróciła oczami, pokiwała głową, nie mogąc uwierzyć, czego właśnie jest świadkiem.- Idę zrobić kolację! – wyszła z salonu – A niech się pozabijają!

- Oni są boscy! Ja tu zostaję! – Pierre krzyknął za oddalającą się Polą.

-Mam was gdzieś! – warknęła.

-Przecież Pola nie zdradzi cię ze mną! Ty kretynie jeden!- uderzył Paddiego w ramię.

-A co, z innym może?!- Paddy aż wstał. – A ty co się śmiejesz, żabojadzie?!

-Żabojad, dobre! – Jimmy zaśmiał się dyskretnie.

-Jesteście fenomenalni. Kłócicie się… o nic…Jak baby… Kurwa, znowu „baby”.- syknął – Chociaż, do was inne określenie nie pasuje! – spojrzał na dwóch braci. -I co wy tu robicie, tak w ogóle? Mieliście być na kolacji?

- Idziemy za niedługo. Umówieni jesteśmy na później. Angelo miał problem wyrwać się, wiadomo.

-Dobrze, że się zjawiliśmy! – Jimmy nie odpuszczał.

- Uspokoisz się? – Pierrowi uśmiech nie schodził z twarzy.

Postanowiła, na chwilę chociaż, oderwać się, zebrać myśli. Zająć się czymś mechanicznym… Zaczęła obierać ziemniaki, pozwalając, aby myśli tworzyły kolejne teorie na temat nagrań, tego co łączy Paddiego z Anną. A jeśli Paddy jest chory? … Sięgnęła po pęto kiełbasy i krojąc na cienkie plasterki usilnie starała poukładać sobie nowe fakty. Wszystko wrzuciła do wysokiego garnka, podlała odrobiną oleju, wyciągnęła z lodówki kilka jaj i po chwili wbiła je do duszonej potrawy. Takie same sny… oboje widzieli to samo miejsce. Coś ich łączy? A może to czysty przypadek? Ludzie często śnią podobne obrazy, zobaczone w filmach, które są metaforą strachu i mroku. Tylko dlaczego psycholog Patricka łączył ich ze sobą? A może…to nie on za tym stoi? Może to ktoś z jej życia… Zdjęcie jej zniszczonego kocyka…A jeśli to ktoś kto jest blisko niej? Może Paddy lub Pierre?Może to właśnie oni za tym stoją?  Z tą myślą weszła do salonu, gdzie dalej siedziało trzech mężczyzn, zajętych ożywioną dyskusją.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-No i olała mnie i wyjechała do rodziców! – Pierre upił łyk kawy

-Powinieneś za nią jechać! – Paddy zabrał głos

-Głupi jesteś, pojedzie i co? Kretyna z siebie zrobi?!- Jim kiwał przecząco głową.

-I dobrze! Kobiety lubią, jak robimy z siebie kretynów! Znaczy, że mamy dystans do siebie. Nie znasz się bracie na kobietach!

-To ty masz dystans do siebie na odległość 2 kilometrów!- Jim zachichotał.

-Nie liczy się długość, tylko jakość! – Pierre zażartował

-O, widzisz! Ten to ma kompleksy! -Paddy wskazał na francuza.

- Jesteście idiotami! Ja to bym zaraz ją odzyskał. A już na pewno nie siedziałbym teraz z dwoma, starymi lowelasami… i Polą….

-Dziękuję Jimmy za ujęcie mnie w tej dyskusji!

-Tylko jechałbym do niej!

-Dojedzie w nocy. – Pola usiadła obok Patricka splatając palce z jego dłonią. – Dzisiaj to już bez sensu. Pierre, jeśli już chcesz po nią jechać, to jutro.

-Nie powiedziałem, że chcę jechać!- żachnął się.

-O jasne! To zastosuj metodę olania jej, może do ciebie przybiegnie!

-Niechętnie, ale zgadzam się z Paddym. Tylko, że ja bym nie jechał. Poczekałbym, jak wróci.

-Pojadę….- masował swój dwudniowy zarost.- Co się może stać… No kurwa pojadę! A co! Co mi szkodzi?!

-Poznasz ich rodziców…- Pola rzuciła z szyderczym uśmiechem.

-A to nie! To chyba Jim ma rację!

-Tchórz!

 

 

 

 

 

 

 

 

-Dobra towarzystwo, my tu gadu gadu, chińczyków przybywa, a Angelo z Johnem już czekają. – Jimmy wstał zbierając się do wyjścia.- Nie jedź stary. Daj jej odpocząć, spędzić czas z rodziną. Niech zatęskni. – zakładał na siebie brązową kurtkę.

-Gówno prawda. Jedź, zrób scenę, otwórz się, powiedź co leży ci na sercu, o ile je masz.- Paddy wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

-Ty tak zrobiłeś?

-No przecież widzisz! – pocałował Polę

-Nie popisuj się! – zażartowała

-A mieliście pomóc!

-Kelly się nie słucha! – Pola usiadła obok Pierra. – Ilu ich jest, tyle opinii.

-Idziemy. -Paddy spojrzał na telefon- Angi sygnały puszcza.

-Mógłby chociaż zadzwonić, a nie sygnały puszczać! Skąpiec! – Jimmy z Paddym wychodzili z mieszkania. – Może do Szkocji przeprowadzi się ostatecznie, pasowałby tam!

-Idź już, marudo! – Paddy westchnął.

 

 

 

Wypijali może drugie piwo. Zaszyli się w ciemnym kącie niewielkiego baru. Angelo związał włosy i schował kucyk pod czarną koszulę, nawet John spiął swoje przycięte już włosy. Wszystko, aby nie zostać zaczepionym, zauważonym. Chcieli w spokoju spędzić czas razem. Paddy opowiadał ostatnie wydarzenia w jego życiu, starając się podkreślać głównie pozytywne aspekty. Opowiedział również o śmierci Manuela, o podróży z Polą do Francji, o ich wizycie na cmentarzu i w zakonie. Skrupulatnie pomijał aspekty tajemnicy, która, niczym cień, wlecze się za nim i Polą od kilku miesięcy. Opowiedział o chwili w której znajdowali się na skarpie, na której wielokrotnie wątpił w swoje szczęście, w swój los, i jak często zadawał pytania Bogu o dalszą swoją drogę. Historia zatoczyła koło i po ponad roku ponownie siedział na tej właśnie skarpie. Już nie zadawał pytań. Opowiedział ze szczegółami, jak to zgodził się zostać mężem. Oczywiście został po raz kolejny wyśmiany, ale nie przejął się tym zbytnio.
Angelo opowiedział, że z końcem kwietnia rusza w trasę z całą rodziną. Mają nagrane kilka koncertów, resztę zorganizują w drodze. Nie będzie ich kilka miesięcy, może pół roku. Spotkał się z silnym sprzeciwem ze strony braci. Uważali za głupi i nieodpowiedzialny pomysł pozbawiać dzieci szkoły na tak długo. John próbował tłumaczyć, Jimmy krzyczał, a Paddy próbawał przebić się przez nakładające się na siebie głosy.

-Cicho! Cicho! Coś dzwoni! – Jimmy nasłuchiwał.

-To twój, głupku! – Angelo uderzył Jima w czoło. Ten natychmiast odebrał i wyszedł przed bar.

-Ciekawe kto…- Angelo upił łyk piwa. – Dobre to piwo! Jaka marka?

-Nie wymówię stary! Już próbowałem, Kaztelen?-  Paddy pokazał kufel z napisem „kasztelan”.- A do Jima, pewnie Fiona. Tęskni…

-Jimbo taki papuć się zrobił? Nie gadaj?

-Czasami go nie poznaje! – Paddy wstał od stołu, zabierając puste kufle. – Kolejka?

- Najgorsze, że ten papuć to nie koniecznie cały Jimbo…. – John zastanowił się obserwując powracającego brata.

-Bardzo niekoniecznie! – Paddy usiadł z nowymi kuflami zapełnionymi po sam brzeg. – Jim chyba zmienił się… osiadł…

-Pytanie tylko na jak długo? – John zanurzył usta w złotym napoju.

-Poczekamy… zobaczymy… Nie spieszy nam się….

-Nie uwierzycie! – Jimmy usiadł przy stole. – Ta panna zaraz tu będzie!

-Co nas ominęło? Jaka panna?

-No ta z wydawnictwa. Przyleciała dzisiaj do Polski. Zadzwoniła, że może spotkać się nawet dzisiaj… No to ją zaprosiłem…- podrapał się po głowie.

-Jimbo ale….- Paddy zmarszczył brwi i zacisnął usta

-No ale po co? – Angelo skończył za brata.

-Nie wiem, tak rzuciłem! Zapoznamy się. Co? Źle?

-W barze pełnym pijaków? Nieodpowiednie miejsce dla damy.-John zauważył.

-Trudno cholera!  Zaraz przekonamy się, co to za dama. Będzie tu za piętnaście – dwadzieścia minut.

-Pięknie! A ty walisz jak okoliczny browar podczas Oktoberfest! – Paddy załamywał dłonie

-A co u ciebie John? Opowiadaj, bo cały czas gadamy tylko o tych głupkach! – Angelo wskazał braci, ignorując ich całkowicie. John opowiedział o nowych projektach z żoną, o planowanej trasie po Hiszpanii i o wielu spełnieniach w swoim życiu. Choć w odbiorze było to nad wyraz smutne, to reszta braci cieszyła się, że John zdaje się być szczęśliwy.
Przez chwilę Angelo opowiadał o swoim nowym wozie w stylu rasowego campera. Mówił o nowościach technicznych w jakie wyposażony jest samochód i kiedy był przy opisywaniu kolejnej skrytki, w drzwiach baru stanęła kobieta. Chwilę rozejrzała się. Zauważyła siedzących przy stole braci, dyskretnie pomachała i powoli przeciskała się w kierunku Jima i reszty.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Ooo ja pierdole! – Jimowi kufel prawie wypadł z dłoni.

-Normalnie powiedziałbym inaczej, ale chyba go popieram…- John nie potrafił oderwać wzroku od kobiety.

-Ale laska! – Paddy dyskretnie obserwował z lekko otwartymi ustami. – Dawno takiej nie widziałem!

-Ja w życiu takiej nie widziałem! – Angelo poprawił okulary i przygładził włosy.

-Boże proszę, żeby to nie była ona! – Jim zaczął szeptać kolejne słowa niczym mantrę. – Żeby to była jakaś nawiedzona fanka! Żeby to nie była ona, proszę!

-Może nie idzie do nas?!- Paddy lekko przymknął usta.

-Znając Jima i jego szczęście to wali na nas niczym taran! – Angelo prychnął lekko opamiętując się.

-Upominam was! Macie żony! Kobiety! -John syknął cicho.

-A ty mądralo wytrzyj ślinę, bo ci trochę pociekło!

-Jimmy Kelly?- odezwała się aksamitnym głosem.

-Witaj. – wstał podając jej lekko spoconą dłoń. – Wybacz okoliczności.

-Nic się nie stało. Nie powinno mnie tu być. To moja wina, ale chciałam spotkać się jak najszybciej. Nazywam się Elle Montesori.

-Włoszka? – John zauważył

-Od dawna jedynie z nazwiska. – uśmiechnęła się promiennie.

-Wybacz, to moi bracia. Paddy, Angelo i John.

-Wiem. Znam. Odrobiłam pracę domową i sądzę, że będzie nam się bosko współpracować.- lekko przymknęła powieki.

-Ee, może napijesz się czegoś? – Paddy zapytał, kiedy usiadła przy stole.

-Whisky z lodem i cytryną, jeśli to nie problem. Dziękuje. – na te słowa Paddy prawie zadławił się piwem.

-Uważaj… bo ci Oktoberfest nosem pójdzie! – Jimmy łypał na brata.

 

 

Następnego dnia wieczorem Paddy przechadzał się spokojnie ulicami Warszawy. Obserwował mijane osoby. Uśmiechnięte, zagadane, smutne, spieszące się gdzieś. W dłoniach przekładał małe, czarne pudełeczko. Przepełniała go radość. Nie mógł dłużej czekać. Jutro jedzie w trasę. Pierścionek chciał kupić po powrocie. Do jubilera wszedł trochę od niechcenia, chcąc jedynie rozejrzeć się. Cały jego plan legł w gruzach, kiedy po kilku sekundach zobaczył obrączkę z białego złota na szczycie której dumnie prezentował się mały brylant otoczony koroną mniejszych kamieni. Przypominał mu Polę. Nie potrafił oderwać od niego wzroku. Kilka minut później z radością płacił za zakup.
A więc teraz jego kolej, oświadczyć się, zaskoczyć ją i zrobić kolejny krok w drodze do swojego wymarzonego życia.
Otworzył pudełko aby jeszcze raz spojrzeć na pierścionek.  Nie słyszał za sobą nic szczególnego. Nagle silne dłonie zacisnęły się wokół jego ramion, obok niego zatrzymał się czarny wóz, drzwi otworzyły się i ktoś cisnął go na siedzenie limuzyny.
Bał się. Nie wiedział czy właśnie został porwany, napadnięty, co się z nim dzieje?! Ktoś zamknął za nim drzwi i samochód natychmiast ruszył. Przez chwilę wzrok przyzwyczajał się do światła wewnątrz. Na wprost niego siedziało dwóch mężczyzn. Ubrani w drogie, czarne garnitury, między nimi, na siedzeniu, spokojnie spoczywała srebrna broń. W pierwszym momencie Paddy chciał uciec. Jak najszybciej wydostać się z tego samochodu, ale zobaczył go. Siedział,uśmiechając się szyderczo. Bał się, a kiedy spojrzał w jego oczy, miał wrażenie, że spogląda w głębie samego diabła. Samochód przyspieszył. Strach paraliżował Patricka, zaciskając jego struny głosowe.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Ty?! Czego chcesz?!

-Sądząc po twojej minie, wiesz kim jestem…

- Nie sposób pomylić cię z nikim innym Marku… – Paddy zdołał wykrztusić. Nie ukrywał strachu, nie potrafiłby.

-Zatem…. – pochylił się, świdrując granatowe spojrzenie muzyka. – Porozmawiajmy o twojej miłości do mojej żony….

-Nie mam o czym z tobą rozmawiać!

-Owszem, masz…. Powiedz, jesteś pewny jej uczuć do ciebie?

-Jestem!

-Umarłbyś za nią?-Marek uniósł lekko kąciki ust. Czuł ekscytacje oczekując odpowiedzi. Położył dłoń na zimnej broni spoczywającej koło jego uda.

-Umarłbym! Ty tego nie zrozumiesz! – dziwne ciepło zalało ciało Patricka. Uczucie strachu ustępowało miejsca pewności siebie. W kieszeni czuł pudełeczko z pierścionkiem niefortunnie wbijające się w udo.

-Raz już prawie to zrobiłeś, prawda? Widoki muszą być niesamowite, kiedy tak stoisz na parapecie i tylko jeden krok….- pochylił się. – Jeden mały, pieprzony krok dzieli cię od skończenia z tym wszystkim!

-Czego chcesz?! – zacisnął szczęki. Samo wspomnienie tamtych chwil sprawiało mu fizyczny i duchowy ból.

-Widzisz, Patricku…Znam cię bardzo dobrze… Długo śledzę twoje poczynania, a odkąd jesteś z moją żoną, zainteresowałem się tobą na poważnie. Jesteś bardzo ciekawą i barwna osobą. Aż szkoda będzie cię zabić… No ale przecież sam kiedyś chciałeś to zrobić, więc w sumie chyba nie bedzie problemu?

-Co ty mówisz? Dlaczego chcesz mnie zab….

-Bo ona jest moja! MOJA ROZUMIESZ?! – wykrzyczał na cały samochód. Mężczyzna obok Marka nawet nie drgnął, cały czas obserwując Paddiego. Marek ponownie opadł na oparcie, poprawiając klapy marynarki. – Zawsze lubiłem posiadać. Mieć, ale niekoniecznie używać. Żałuje, że wtedy między mną i nią tak się stało…- zaśmiał się. – Zniszczyłbym zabawkę!

-Marek, ona nie jest rzeczą…- Paddy wyszeptał przerażony obsesją socjopaty, jakiego miał na wprost siebie

-A właśnie, że jest rzeczą! Niczym więcej! I jest moją rzeczą….A teraz przejdźmy do konkretów… – wycelował w kierunku Patricka broń. – Jeden ruch palca i lądujesz z kulką w czaszce! Dokładnie tak, jak mój ojciec…- zacisnął szczęki, na ustach Marka pojawiła się pogarda i odraza. Serce Paddiego zatrzymało się.- Chociaż…- rozchylił lekko usta, jednocześnie mrużąc oczy.- Będę mieć dla ciebie inną ofertę…  Nigdy nie chciałem cię zabijać!- odłożył broń na swoje miejsce.- Możesz ponownie zacząć oddychać. Będziesz żył Patricku, długo! Chciałem zabić Polę, jednak zrobimy inaczej. Ponieważ lubie mieć kontrole nad tym, co posiadam to daruję Poli życie po jednym warunkiem.

-Jakim?

- Do końca życia będzie… sama…- uniósł brwi.

-Co?!

-To proste. Jeśli dalej z nią będziesz, i w dalszym ciągu będziesz starać się ją uszczęśliwiać, jak to robisz do teraz, to ona zginie. Ale obiecuje ci jedno! – wyciągnął w kierunku Patricka grożący palec. – Jeśli będzie sama, włos jej z głowy nie spadnie. Będzie wieść spokojne, pozbawione jakiejkolwiek miłości,nudne życie… długie życie…Jeśli będzie z tobą, to to życie skróci się dosyć szybko. A teraz wrócę do pytania… czy umarłbyś za jej miłość? Odpowiedziałeś, że tak… A ona zrobiłaby to dla ciebie?

-Mam ją rzucić?

-Skrzywdzisz ją bardziej niż ja, kiedy byliśmy małżeństwem! Pięknie! – klasnął zadowolony w dłonie.

-Chyba bardziej się nie da…Jak to jest stracić własne dziecko?- sądził w swej naiwności, że to dotrze do sumienia sopocjopaty, więc zagrał jedną kartą.

-Nie wiem, ty mi powiedz. Myślisz, że nie wiem, że ona była z tobą w ciąży? Podobasz mi się, masz pazur i grasz konkretnie. Za to dam ci kilka miesięcy. Powiedzmy, do końca sierpnia. Spędź z nią ostatnie wakacje, kochaj się ile sił a potem złam jej serce! – Paddy zamknął oczy, nie mógł już tego słuchać. -Koniec sierpnia. Tyle.

-Nie rzucę jej!

-To ona umrze. Z moich rąk!

- Kocham ją.

-Miłość jest dla słabych. Ci co kochają, sprowadzają na siebie dużo zła. Paddy, nie wolno kochać, nawet jeśli to nas kochają. – samochód zaczął zwalniać. – Przemyś sobie moją propozycję. A póki co, wynoś się! – drzwi otworzyły się i ktoś wytargał Patricka, ciskając nim w kałużę z padającego deszczu. – I pamiętaj, ona jest moja. Nawet spod ziemi ją wyciągnę! Znajdę ją wszędzie! A, zapomniałbym, nie mów nic Pierrowi! – drzwi trzasnęły i samochód odjechał, zostawiając Paddiego w tym samym miesjcu, kilkaset metrów od domu. Stał w kałuży a krople ciepłego deszczu mieszały się ze słonymi łzami na jego policzku.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 1 komentarz

99. Safe hands

-Więc już chyba pora na mnie. – Kathy przeczesała dłonią rozpuszczone, przyprószone siwizną włosy i bez słowa, mijając w drzwiach Patricka, weszła do salonu. – Słuchajcie, nie czuje się komfortowo i chyba pojadę do hotelu, odpocznę. – spoglądała po wszystkich zgromadzonych.

-Kathy, nie możesz teraz wyjść.- John podszedł do siostry. – Musisz odpuścić, zostawić tą sprawę.

-Masz rację John. Właśnie to robię. Zobaczymy się później…- ścisnęła dłoń brata, uśmiechnęła się smutno i podeszła do wyjścia.

-Kathy, czekaj! – Patricia poszła za nią.

Stali na tarasie. Przypominali posągi zastygnięte w momencie przykrego wydarzenia. Pola ostatnią nadzieją spoglądała na Patricka. Ten dalej podpierał futrynę, ramiona skrzyżował na piersi, a minę miał złą i niedostępną.

 

 

 

 

 

 

 

-Paddy…- wyszeptała. Lekko uniosła dłoń i zrobiła jeden, nieśmiały krok w jego kierunku.

-To nie tak powinno wyglądać, prawda?- spojrzał na nią, zanurzył się w jej oczy, jakby szukał w nich poparcia, ostatniej deski ratunku, odpowiedzi na nurtujące pytania.

-Nie wiem…- powiedziała cicho, zdając sobie sprawę, że autentycznie nie wie. Może tak właśnie to wygląda, kiedy człowiek jest szczęśliwy? Dla kogoś to szczęście zawsze będzie wielką zadrą na sercu? – Rodziny się nie wybiera…

-Ale wybiera się tych, których chce się kochać…- zobaczyła małą, złotą plamkę w jego oku, przypominającą iskierkę ledwo tlącego ognika. – Cholera! – uderzył lekko w drewno futryny, wypuścił głośno powietrze.- Kathy, poczekaj! – wszedł do salonu zostawiając Polę samą na ciemnym tarasie.

-Co to byłyby za święta bez jakiejś awantury i dramatu.- Na ramionach Poli spoczęła czarna marynarka w granatową kratę. – Zmarzłaś, wieczory jeszcze są chłodne. – John wsparł ramiona o drewnianą balustradę tarasu.

-Myślałam, że się pogodzą, że to będzie szansa, aby zakopali topór wojenny. Chciałam stworzyć im sytuację. – dalej obracała w dłoniach kryształowy, zdobiony kieliszek do wina. -Jestem naiwna? Czy jest szansa, aby Paddy odzyskał rodzinę? – oczy błyszczały jej w świetle jasnego księżyca, kiedy spoglądała na Johna oczekując odpowiedzi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Nie ma szans.- wytrzymał jej spojrzenie- Ne ma, bo nigdy rodziny nie stracił. To, że teraz kłóci się z Kathy, nie oznacza, że reszta już go nie kocha. Zobacz…- wskazał na okno, za którym widać było resztę osób kszątających się po salonie. – Są jeszcze oni. A Paddy z Kathy dotrą się w tej kwestii. Wcześniej czy później. – pogłaskał jej plecy.

-Mam nadzieję. Nie chcę być przyczyną. Nie chciałam, żeby tak to wyglądało…

-Pola, zrobiłaś coś cudownego! Nie możesz winić siebie za to wszystko co się stało. Tak jak powiedziałaś, możemy stworzyć sytuację, dać komuś szansę, ale nie od nas zależy jak dane osoby się zachowają. Gdyby Kathy wykazała odrobinę zrozumienia i pokory, a Paddy chciał jej wysłuchać to może byłaby szansa. Niemniej jednak, to nie jest twoja wina i nigdy nie była. – uśmiechnął się ciepło, ukazując zmarszczki wokół ust.

-Jesteś bardzo mądrym i cudownym człowiekiem, John. – oddała mu marynarkę.

-Dzięki. Żona powtarza mi to codziennie przy śniadaniu. – Trzymając dłoń na jej plecach powoli kierował do wejścia. – Chodźmy bo twój przyjaciel nie wie już, z którym Kelly ma rozmawiać najpierw.

-Adaś?- uniosła kąciki ust.

- Coś mu jest?- patrzył przed siebie, dyskretnie wypatrując reszty rodziny.

-Bardzo was lubił, kiedy występowaliście. A teraz chyba spełnia się jedno z jego marzeń. Prawie wszyscy Kelly w jednym miejscu.

-To może zagramy dla niego?

-Obawiam się, że zejdzie na zawał, jak to zrobicie. Ciekawe gdzie jest Paddy?- weszła do salonu rozglądając się po gościach, którzy wrócili do biesiadowania, picia i wesołych rozmów. Iglesias złapał spojrzenie Poli i kiwnął głową w kierunku wyjścia. – Przepraszam. – powiedziała zdawkowo i zdając sobie sprawę, że raczej nikt jej nie słucha, bez namysłu podeszła do wyjścia. Stojąc w ciemnym holu, obserwowała przez niewielkie okno drugą stronę domu.

Paddy rozmawiał z Kathy. Stanęli pod niewielkim drzewem rosnącym przy samej bramce. Przez maleńkie, dopiero rosnące liście padało na nich rozproszone światło. Zastanawiała się, czy powinna tu stać? Czy powinna widzieć ich miny? Doszukiwać się nastroju rozmowy po jakimkolwiek grymasie ze strony Patricka? Nie mogła jednak wrócić do salonu. Potrzeba bycia blisko niego była silniejsza.

-Dlaczego to robisz, Kathy? Dlaczego nie potrafisz odpuścić? – przed sobą miał jakby obcą osobę, nie poznawał swojej siostry, która całe życie była dla niego niczym matka. Ona i Patricia. Tym mocniej odczuwał żal i zdradę.

- Bo nie jesteś z rodziną! Wywiało cię najpierw do łysych czubków, a teraz do Polski, daleko od nas!

-Jestem z wami! Klasztor był rozwiązaniem moim problemów, próbowałem sobie jakoś poradzić! Dla was, do cholery! – przeczesał włosy dając sobie kilka sekund na uspokojenie emocji. -Dlaczego Pola tak cię boli? Przy Andreii nie miałaś takiego problemu?

-Bo byłeś z nami, bo tworzyłeś i grałeś! Razem pracowaliśmy, Andrea nie przeszkadzała w tym! I mogliśmy to robić dalej!

-Nie wierzę! – zaśmiał się ironicznie. – Tu wcale nie chodzi o Polę… O mnie też nie! Tu chodzi o ciebie!

-Słucham? – mrugnęła kilka razy zbita z tropu.

- Całe życie robiłem coś dla kogoś. Dla ciebie i rodzeństwa! Dla fanów! Dla wytwórni i wreszcie dla kasy! I nawet, kiedy trafiłem do klasztoru to zrobiłem to przez was, i o ironio dla was! – zaprzeczał głową sam nie wierząc w to co mówi. -Byłem taki głupi!

- Nie zwalisz klasztoru na nas! To była twoja decyzja!

- Zabraliście mi życie… Obdarliście ze wszystkiego co piękne w oczach małego dziecka…- mówił cicho, lekko przekrzywiajac głowę. – Dałem się zamknąć za murami zakonu bo chciałem się zabić, przez was. I to właśnie w zakonie stawałem na nogi… ZNOWU DLA WAS! – wykrzyczał.

-Paddy… Jak możesz mówić takie słowa.?- mina Kathy zmieniała się z każdym słowem Patricka. Powoli docierało do niej znaczenie jego słów. -Miałeś wszystko! Niczego ci nie brakowało. Zapewniałam ci co chciałeś!

-I do końca życia będę za to wdzięczny. Ale nie miałem tego co najważniejsze, Kathy…- spuścił smutno głowę, odwrócił się plecami i chwycił za klamkę.

-Czego nie miałeś? – zapytała czule.

-Wolności.

-Przy niej ją masz?

-Przy niej mam wszystko…- nacisnął klamkę.

-Paddy…- poczekała, aż odwróci wzrok, aż spojrzy jej w oczy. – Wszystkiego najlepszego bracie…

-Tobie również siostro…- wszedł do domu, stając twarzą w twarz z Polą. Wyciągnęła dłoń i czule stła z chłodnej twarzy kilka zastygłych łez. – Wszystko dobrze. Wszystko będzie dobrze…- pocałował jej dłoń. – …Obiecuje ci to!

-Mogę coś dla ciebie zrobić? – zieleń jej oczu błyszcząła w świetle migoczących świec.

-Nie zapraszaj więcej mojego rodzeństwa w tajemnicy przede mną.

-A jak cię poinformuję wcześniej? -wtuliła się w jego bok i powoli weszli do salonu.

-Wtedy będę skłonny przedyskutowąć tą kwestię.- pocałował jej skroń. -  Zostało jeszcze jakieś żarcie, czy gruby zjadł wszystko?!- Paddy krzyknął do reszty towarzystwa przy stole.

-Gruby nie zjadł wszytskiego, ale musisz się spieszyć! – Kira machnęła dłonią do szwagra.

-Jak możesz mówić na mnie w ten sposób?! Jestem twoim mężem! -Angelo udawał obrażonego.

-Takim mężem – kluseczką! – Kira przytuliła kręcącego nosem blondyna o długich włosach.

-Nazwij go jeszcze pulpecikiem, to rozwód masz gwarantowany! – Pola stuknęła kieliszkiem w szklankę Kiry.

-I co, sam do tej Irlandii pojedzie?! Przecież to to nie da sobie rady beze mnie!

-No poważnie?! Ja tu siedzę! I słyszę! I obrażam się! Czy ktoś to zauważa?! Paddy?

-Wybacz pulpecik, ale Kira ma rację! -Paddy otwierał butelkę wina. – A propo rozwodów.- wskazał brodą drugi koniec stołu. Tam obok Patricii i Denisa siedzieli i dyskutowali Fiona, którą obejmował ramieniem Jim. – Ładnie, co? – szeroki uśmiech znów powrócił na jego twarz.

-Wydają się być szczęśliwi. Jak Jimmy sobie radzi? – Kira zwróciła się do Patricka.

-Chyba normalnie…- wzruszył ramionami. – Mam ostatnio mało czasu i nie rozmawiałem z nim…Muszę to zmienić. – dodał jakby sam do siebie.

-Nie było nas kilka dni i troszeczkę nagromadziło się spraw i obowiązków. – Pola rozwijała myśl Patricka.

-Dobra, ludzie cicho! – Paddy wstał trzymając kieliszek w dłoni, ale nikt nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi.

-Ale jak widać Paddiemu to w ogóle nie przeszkadza! – Pola skończyła wypowiedź, rozkładając bezradnie dłonie.

-Ludzie! Rodzino! Przyjaciele! I ty, Jimbo! – Paddy wszedł na krzesło i stukał łyżeczką w szklany kieliszek.

-Dajcie mu powiedzieć bo w życiu się nie zamknie!

-Dziękuję Maite, moja wredna, wiecznie głodna siostro!

-Czy ty chcesz coś powiedzieć, czy leczysz kompleksy jedynie? – Jim pochylił się w kierunku  stojącego na krześle, brata.

-Tak, chcę! – odpiął guzik koszuli, robiąc odrobinę miejsca dla szyi. Wytrzymał kilka sekund oczekiwania, patrząc na pogodne twarze swoich najbliższych. Jedynie Adam, Paweł i Mikołaj wydawali się zbici z tropu, okazując subtelną pogardę dla wystąpienia swojego przyjaciela.

 

ARC Review: A Court of Thorns and Roses by Sarah J. Maas »

-Gadaj, bo zrzucę cię z tego kiepsko skręconego krzesła!

-Ej, Iglesias! – Fiona krzyknęła przez pół stołu. – Ja je skręcałam!

-No przecież! – brunet wywrócił znacząco oczami.

-Dobra, zamknąć się wszyscy! Już! – Paddy krzyknął ile sił w płucach.- Ostatnio dużo   działo się w naszym życiu…Przeszliśmy daleką drogę, aby być właśnie tu, z wami. Razem…- spojrzał na siedzącą obok kobietę. – Doświadczyliśmy momentów strasznych, bolesnych, w których odczuwaliśmy niewyobrażalny strach…- zacisnął delikatnie szczęki, spoglądając na Pawła i Dominikę przytulonych do siebie. – Były też piękne, pełne miłości uniesienia i chwile od których zapiera dech. – sięgnął po dłoń Poli i mocno ścisnął.- Są tu wszyscy, których kochamy, lubimy i szanujemy…- wzruszenie łamało mu głos. -Powiem tylko… pobieramy się! – spojrzał na twarze pełne wątpliwości i zaskoczenia. Nie rozumiał, skąd taka reakcja.- A wy co?! Mówię takie piękne słowa, oświadczam, że się pobieramy, a wy nic?

 

 

 

 

 

 

 

 

-Właśnie, jeśli mowa o pobieraniu…- Patricia zerknęła na Polę. – To chyba zapomniałeś o czymś bracie?

-O czym? – Paddy mrugał szybko, zdezorientowany, ale po chwili dostrzegł skrywane uśmiechy wśród towarzystwa.

- No gdzie ona ma pierścionek, do cholery? – Maite wskazała na Polę, wyraźnie udając oburzoną.

-Nie stać cię czy co? Pożyczę ci… – Angelo podchwycił żart siostry.

- Cicho ludzie! – Pola wstała unosząc dłonie, próbując uciszyć gości. – Ja mu się oświadczyłam! – Na te słowa Paddy uniósł rękę, podwinął mankiet koszuli i pokazał  bransoletkę spoczywającą na nadgarstku.

-Oni nic nie rozumieją….- spuścił zabawnie głowę.

-Jesteś w ciąży!!! – Fiona prawie upuściła miskę z sałatą.

-Co?! Jezu, nie!

-Czyli tak po prostu?  – Dominika wtrąciła.- Z miłości?

- Tak po prostu! – Paddy z Polą powiedzieli jednocześnie.

-No to… – Kira spojrzała po reszcie, która ledwo powstrzymywała emocje i śmiech.

-GRATULACJE!!! – zabrzmiało chóralnie w całym salonie.  Wszyscy wznosili toasty, ktoś podchodził i przytulał na zmianę Paddiego i Polę.

-O rany, rany! Kieckę ślubną ci kupimy! – Maite nie potrafiła usiedzieć w miejscu. – Ale zadzwonicie po mnie? Bo ja przyjadę! Ja chcę z wami! Koniecznie!

-Podzielicie się z nią zabawkami w piaskownicy?- John mierzwił włosy siostry.

-Mniejsza o kieckę….- Dominika machnęła dłonią, udając znudzoną.

-Co? Dlaczego? – blondynka posmutniała momentalnie.

-Jaki będzie wieczór panieński!!- przyjaciółki przybiły piętkę.

-Może chociaż raz coś zapamiętam! – Fiona przytulała dwie młode kobiety.

-Tak imprezujecie?- Maite siedziała naprzeciwko.

-Wcale nie! Tylko tak się chwalą! – Jim rzucił przez pół pokoju.

-Napijemy się kawy? Przyniosę ciasto. -Fiona wesoło podskoczyła do kuchni w przelocie całując usta Jima. – Nie mogłam się powstrzymać. – zachichotała.

-Nie powstrzymuj się częściej… – odprowadził ją wzrokiem.

-A co z jej byłym? – John również spoglądał na Fionę.

-A chyba dobrze… Gdzieś tam jest. Co za różnica?-  splótł dłonie za głową i odchylił się na krześle.

-I w ogóle ci to wszystko nie przeszkadza? – John warzył słowa. – Prawie mieszkasz u niej… na miejscu męża…Fiona nie byłaby zachwycona, sypiając w łóżku Meike.

-Ja nie byłbym zachwycony gdyby ona spała w łóżku Meike! – dalej uśmiechał się.

-Wiesz o czym mówię.

-Wiem stary! Kupiliśmy nowe łóżko. Rzadko tu nocuję. Jej dzieci, moje dzieci…. – westchnął odrobinę zakłopotany. – One jeszcze oficjalnie nie wiedzą. Dopiero co rozwiedliśmy się. Robimy to powoli, stopniowo.

-Mądrze. – John upił łyk wina.

-Tylko czasami szlak mnie trafia!

-Czekałem na to… cały Jim… – pokiwał ze zrozumieniem.

-Te wszystkie ograniczenia, konwenanse. Zgłupieć od nich można! Wiesz o czym mówię? Seks na stole, jazda motorem, taniec do rana….

-Nie masz motoru….

-Ale mógłbym! – gwar i muzykę przerwał głośny dzwonek do drzwi.

-Jim? Możesz?! – Fiona oblizywała palce z czekoladowego kremu.

-Widzisz, o tym mówię! – poklepał brata po plecach i poszedł otworzyć. – Chwili spokoju…- zażartował i nacisnął klamkę. -Ty?!

- Tak, ja. Miło cię widzieć, Jimmy… chyba. – Filip wyszczerzył zęby w sztucznym uśmiechu. – Zawołasz moją, już byłą żonę? Chyba, że mogę wejść?

-Nie wiem… to nie jest dom żadnego z nas, prawda? – podpierał futrynę uniemożliwiając Filipowi przejście. – Mamy gości, poczekasz?

-Chyba nie mam innego wyjścia. – Stał w holu. Pewny siebie, ubrany elegancko i dostojnie. Jego twarz promieniała arogancją i czymś jeszcze, czego Jim nie potrafił nazwać, ale wiedział jedno, po dawnym Filipie nie było śladu.

-Kto przyszedł?- do pokoju weszła Fiona, dzierżąc w dłoni duży nóż cały w czekoladowym kremie. – Co ty tu robisz? – ręce jej opadły, zbladła, jakby zobaczyła ducha

-Chciałem zobaczyć synów… tęskniłem. Robisz imprezę? – przechylił się, próbując dojrzeć gości zza Jima i Fiony.

-Już ci mówiłem, mamy rodzinne spotkanie. – Jim wyciągnął nóż z dłoni Fiony,warknął odrobinę, czym wywołał delikatny uśmiech na twarzy Filipa. – I halo, tęskniłeś?!

-Za synami, skup się Kelly.

-Taki jesteś? – zrobił krok naprzód zaciskając przy tym pięści. Fiona mocniej ścisnęła jego ramię. Filip stał niewzruszony, dalej trzymając ręce w kieszeniach spodni.

-Co jest grane? – koło przyjaciół stanął Iglesias. – Ty szmato! – zmierzył Filipa wzrokiem.

-Tak witasz przyjaciela? – złapał spojrzenie Pawła.

-Od dawna już nimi nie jesteśmy! Wynoś się!

-Chcę zobaczyć się z synami. Chyba mogę, prawda Fiona? – przerzucił ciepłe spojrzenie na byłą żonę.

-Jutro Filip. Dzisiaj i one mają gości. Nie czas i nie miejsce na takie sceny. Wyjdź.

-Wyjdź bo… – Jim zaczął.

-Dostaniesz w pysk! – Iglesias skończył.

-Wyrzucacie mnie? To takie niekulturalne! – zaśmiał się, lecz po chwili na jego twarzy ponownie pojawił się pochmurny grymas, kiedy podniósł wzrok, spoglądając za Jima i Pawła.

-Słyszałeś co powiedzieli… – Za nimi, w ciemnym kącie pokoju, stał Pierre. W dłoni trzymał papierosa, drugą dla rozrywki odpalał i gasił srebrną zapalniczkę. Intensywne wpatrywał się w mężczyznę. Czuł satysfakcję, kiedy w końcu dojrzał w oczach Filipa strach.

-Może faktycznie… Nie będę wam przeszkadzał. Z tego co widzę, jest to rodzinna impreza…Zadzwonię jutro, dobrze?

-Dobrze. – Fiona powiedziała cicho.

-Napijemy się kawy?

-Tak. – powiedziała odrobinę od niechcenia, bardziej dla osiągnięcia spokoju i pozbycia się nieproszonego gościa.

-Nie! – Jim zareagował momentalnie.

-Co? -Fiona i Iglesias spojrzeli zdziwieni na Jima.

-Zazdrośnik! Pięknie! – Filip wysyczał unosząc zadziornie brwi.

-Mogę mu raz przywalić? Dla zasady?- Iglesias przestępował z nogi na nogę.

-Nie możesz! Filip, dość! Wyjdź! Jutro porozmawiamy! – tak właśnie zrobił, zostawiając resztę ekipy samą w holu. -Zdurniałeś Iglesias?! Za niedługo masz sesję! A jakby coś ci zrobił! Nie wszystko przykryje tona tapety! – Na tą złość kobiety cała trójka mężczyzn popłakała się ze śmiechu. -No co?! – weszła jako ostatnia do salonu.

-On i zrobienie komukolwiek… czegokolwiek! Proszę cię, nie kpij! – Paweł rozsiadł się na krześle triumfalnie upijając solidny łyk wina.

-Cokolwiek to on robił… ale innej, nie tobie! – Jim rzucił, nie zastanawiając się nad znaczeniem tych słów.

-O stary…- Angelo pokiwał głową masując jednoczenie czoło.

-Jakiś ty głupi!- Paddy przyłożył czoło do blatu stołu.

-Przepraszam was…- Fiona zakłopotana poprawiła włosy – pójdę zerknąć do dzieci…- najszybciej jak potrafiła, uciekła na górę.

Przez kolejną godzinę reszta dopijała wino, dojadała ostatnie kąski na talerzu aż w końcu powoli zaczęli zbierać się do wyjścia. Paddy z Polą kulturalnie pożegnali wszystkich, dowiadując się, że rodzeństwo zostanie jeszcze kilka dni w Polsce. Paddy od razu zaproponował obiad lub chociaż kawę. Jimmy siedział zasępiony i w zamyśleniu wodził palcem po brzegu kieliszka z winem. Co chwilę spoglądał przed siebie, upijał łyk by po chwili, nie zwracając uwagi na innych, wrócić do zamyślenia. Fiona nie zeszła do końca wieczoru. Dominika weszła cicho do sypialni. Zastała przyjaciółkę wtuloną w młodszego synka. Oboje spali chrapiąc w najlepsze.

-Jim…- Paddy usiadł obok brata. – Wszyscy poszli…

-Wiem. Wy też już idźcie. Odpocznijcie…uprawiajcie dziki seks na stole… cokolwiek, co chcecie.

-Mogę zostać. Pogadamy…

-Nie Paddy. Jest ok. Prześpię się na kanapie. Moje córki śpią na górze.- poklepał dłoń brata.

-Fiona też tam śpi…- za Paddym stanęła Pola kładąc dłonie na ramionach ukochanego. Ten ujął je momentalnie, odruchowo.

-Myślę, że bezpieczniej dla mnie będzie jeśli położę się na kanapie.No…. kanapa jakaś przyjemniejsza sie wydaje na daną chwilę. Idźcie! -machnął dłonią jakby próbował ich przegonić.

-Jesteś pewny?

-Tak Paddy! Nie trój dupy! Nic nam nie będzie. Idźcie!

-Opiłeś się?- Pola mrużyła oczy.

-Tak. A ty?

-Dobra chodź. Nic mu nie będzie! – założyła płaszcz, pocałowała policzek szwagra i wyszła zamawiając taksówkę. Kilka minut później dołączył do niej również Paddy i oboje odjechali do domu, zostawiając Jima śpiącego na kanapie.

 

 

 

 

Iglesias przesuwał żyletką po ciemnym policzku goląc kolejne partie twarzy. Był zły, bardzo zły. Pech, a może jakaś drwina losu, wyznaczyła im tą samą datę. Dominika pakowała rzeczy do szpitala. Jechała na kolejną chemię. Paweł nie mógł z nią jechać. Dzisiaj miał stawić się w agencji, gdzie miał zacząć nowy projekt. Przeklinał pod nosem na swoją pracę, kalendarz i na co tylko mógł.

-Przestań się tak denerwować. Chyba mogę jechać na jedną chemię sama? – naciągała na pupę szare luźne spodnie.

-Możesz oczywiście. Tylko ja nie chcę, żebyś sama jechała. – wycierał gładką twarz w ciepły ręcznik.

-Może to i dobrze…- podeszła do niego, wtuliła się w jego plecy obejmując wysportowany brzuch. -Jedna z pielęgniarek chyba odrobinę za mocno uśmiecha się do ciebie.

- Nie wygłupiaj się. – ujął jej dłoń spoczywającą na jego ciele. – Już taki nie jestem. – odwrócił się i zamknął ją w swoich ramionach. – Poza tobą nie widzę nikogo innego. – Pocałował czubek jej gładkiej głowy. – No może poza moją matką.

-Wiedziałam, że spalisz nastrój! Cały ty! – dała mu prztyczka w nos.

-Kochałbym się z tobą nawet tu na wannie! Ale skarbie, ty szpital, ja praca! Wiem, że mnie pragniesz, no wiadomo, ale nie da rady. – żartował w najlepsze.

-Ależ ty masz kosmiczne ego! – zaśmiała się wracając do pakowania.

-Ale w jakim opakowaniu! – zakładał koszulę.

- Poza tym…- pojawiła się w drzwiach z zadziornym uśmiechem.- Na brzegu wanny byłoby niewygodnie! Zimno w tyłek. I mam inne plany.

-Jakie masz plany?I dlaczego ja o nich nie wiem. – zakładał skarpetki

-Spędzimy wieczór jak starzy przyjaciele? Konsola? Pizza? Znowu złoje ci tyłek.

-To zagramy w „Assassin’s Creed”. – Pakował do czarnej torby kilka rzeczy.

-Tam też cię pokonam. Ładowarka. – wskazała na sprzęty leżące na biurku.

-A ty masz wszystko?

-Tak. Kurtka i możemy jechać. Ciekawe jaka będzie ta nowa szefowa… – przemieszczali się ulicami Warszawy.

-Karolina jakaś tam. Bez znaczenia. – podjechali pod szpital.

- Może będzie cię podrywać, skoro tak jej zależało na twojej osobie.- otworzyła drzwi samochodu.

- Mniejsza o nią. Masz wszystko? Może wejdę z tobą?

-Paweł, wtedy spóźnisz się na pierwsze spotkanie. Leć! Poradzę sobie!

-Właśnie! Poradzi sobie! – zza plecami Dominiki pojawiła się uśmiechnięta Pola.

-A ty co tu robisz?-oboje byli mocno zdziwieni widząc swoją przyjaciółkę rano pod szpitalem.

-Paweł wspominał, że dzisiaj masz chemię. Pomyślałam, że może pogadamy, spędzimy trochę czasu razem. Dawno nie miałyśmy jakoś czasu….- spuściła głowę zasłaniając wstyd jaki malował się na jej twarzy.

-Poważnie, nic nie wiedziałem! Ona sama! – Iglesias uniósł dłonie do góry robiąc minę małego pieska. – W sumie dobrze, ciągle tylko Paddy to, Paddy tamto! A my?!

-No właśnie wy! Jestem! Obiecuję, że nie powiem słowa o Patricku! Słowo harcerza! – z tymi słowami Paweł zamknął drzwi i ruszył przed siebie, zostawiając kobiety na parkingu.

-Nie byłaś w harcerstwie! – Dominika zapięła zamek bluzy.

-Ale Iglesias o tym nie wie. – przerzuciła torbę przyjaciółki przez ramię.

-I tak powiesz mi o cytrynce. Zresztą… ja chcę usłyszeć o tym twoich głupich zaręczynach! Feminizm aż się wylewa uszami!

-Opowiem ci wszystko. Mamy cały dzień! – objęła Dominikę przytulając ją mocno do siebie i obie weszły do budynku.

 

Miał kilka minut spóźnienia. Szybkim krokiem wszedł do budynku, rozpinając po drodze skórzaną kurtkę. Ta sama kobieta o białych włosach ponownie przywitała go rozbrajającym uśmiechem. Przeprosił za spóźnienie. Albinoska zabrała od niego kurtkę, na szyi powiesiła przepustkę i zaprowadziła pod drzwi gabinetu, na których złotymi literami wyryte było nazwisko „Karolina Grechowicz”. Czekał chwilę podpierając ścianę. Czuł spokój i cieszył się, że Pola była teraz z Dominiką. Jego sumienie zostało uśpione. Miejsce, w którym się znalazł nie wpływało na niego w żaden sposób. Nie angażował swoich myśli, nie odczuwał żadnych emocji. Przyjechał zrobić swoje. To była jego praca, miną godziny, wyjdzie stąd a jutro ponownie tu trafi i znowu bez emocji zrobi swoje. Kobieta o białych włosach wyszła i poprosiła Pawła o wejście do gabinetu.

Za biurkiem, pochylona nad dokumentami siedziała zgrabna kobieta o długich, czarnych włosach. Piersi zarysowane wyraźnie pod obcisłą bluzką zasłoniętą marynarką, rysowały piękne zagłębienia. Na dłoni spoczywał błyszczący pierścionek z białego złota, a obok grawerowana obrączka. Paznokcie miała długie i banalnie czerwone.

-Witam. Paweł Skolan. My się jeszcze nie znamy. – Podszedł do pochylonej kobiety wyciągając serdecznie dłoń.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Ależ znamy się, skarbie…- podniosła wzrok i wtedy ją poznał.

-Karolina?  Ty? Tyle lat…

-A uczucie wciąż takie same…- uśmiechnęła się.

-Ale nazwisko… – wskazał na drzwi.

-Po mężu. – pokazała obrączkę.

-Dlatego nie skojarzyłem. Dobrze cię widzieć. Ostatni raz…

-Kiedy wyszedłeś ode mnie nad ranem, zostawiając liścik na poduszce?

-Taaak….. I nie zadzwoniłem…- poczuł niebezpieczne gorąco w żołądku.

-Niestety…- zmrużyła lekko oczy.

 

 

Opowiadały sobie ostatnie wydarzenia. Pola opowiedziała o zakonie, Manuelu i o smutku Patricka nad grobem przyjaciela. Kiedy tak rozmawiały o ostatnich wydarzeniach i rodzinie Kelly, Dominika lekko pobladła.

-Niedobrze mi. – wciągnęła kilka razy powietrze do płuc.

- Co mogę zrobić? – ścisnęła dłoń przyjaciółki.

-Odrobinę wody. No chyba, że masz gumę miętową. Ja chyba nie zabrałam.

-Mam! Jasne, że mam! – puściła dłoń i nerwowo zaczęła przerzucać rzeczy w torebce. – Cholera, jak czarna dziura!

-Wariatko, nie rozśmieszaj mnie tylko szukaj tej gumy!

- Brzmisz, jak mój były facet! – Pola mruknęła pod nosem, chcąc odwrócić uwagę przyjaciółki. – Ha! Mam! – wyciągnęła zieloną paczuszkę. – Trzymaj! – podała przyjaciółce trzy drażetki. – zamykając torebkę kątem oka zobaczyła błyszczący, czarny nośnik pamięci, który wrzuciła do kieszonki będąc w pralni.

-Co to?- Dominika wyraźnie zainteresowała się znaleziskiem.

-Nie wiem. Nawet nie pamiętam skąd go mam. Nie wiem co na nim jest. – mówiła zamyślona.

-Dawaj laptopa!

-E, może nie teraz? Skupmy się na tobie. – Pola szybko schowała nośnik do kieszeni.

-A na czym tu się skupiać. Leżę pod kroplówką! Dawaj laptop z moje torby i podpinaj. Jestem mocno zaintrygowana!

- Tylko nie skacz po sali! – Pola sięgała po laptopa.

-Nie mogę. – pokazała na kroplówkę. – Smycz mam za krótką.

-Nie masz Iglesiasa na tapecie?! No wiesz!

-A ty masz cytrynkę?

-Na telefonie…. – zalała się rumieńcem.- No co?!

-Dobra. Co tam jest?!

-Poczekaj… – otworzyła zawartość. -  Nagranie dźwiękowe. Pliki „Anna” ,”Paddy”. Obraz o nazwie „Pola”

-Jaka Anna? -Dominika wbiła spojrzenie w bladą przyjaciółkę.

-Chyba do końca nie wiemy…- warzyła słowa.

-A zdjęcie?

-Podpisane „Pola” . – drżącą dłonią otworzyła plik i zrobiła kilka kroków do tyłu.

-Co? Co ci jest?- Dominika przerzucała spojrzenie z ekranu na kobietę. -Co to jest? Na co patrzę?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

- Jak byłam mała… Ale tak bardzo mała. Miałam swój ulubiony kocyk. Przytulałam go, spałam z nim. Wszędzie z nim chodziłam.

-No rozumiem, rozumiem! I co?- Dominika niecierpliwiła się.

-No i to jest ten właśnie kocyk… Dokładnie ten sam….

-Ale to chyba nie jest takie straszne…

- Zgubiłam go jak miałam 10 lat…

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 1 komentarz

98. Can’t Hold Us

Musiał chwilę poczekać siedząc na szpitalnej ławce. Francuz nie wie, kto po niego przyjechał. Bawiła go tam myśl. Wyobrażał sobie minę Pierra, kiedy zamiast Poli stanie w drzwiach jej gorsza wersja. Nikt nie wiedział, dlaczego Pierre znalazł się w szpitalu. Wiedzieli, że został postrzelony, ale dlaczego, przez kogo i z jakiego powodu, nie było wiadomo. Pola nie pytała, nic nie mówiła Patrickowi. Ten podejrzewał, postanowił jednak poczekać, pomęczyć francuskiego przyjaciela i zmusić go do przyznania, co się wydarzyło tego dnia.

-Nie dotykaj mnie ty okropna, ruda kobieto!- Paddy usłyszał z sali, gdzie przebywał Pierre.

-Przestań się pan wygłupiać! Ostatni zastrzyk! Nie szarp się pan! Jakie te chłopy tchórze!

-Nie jestem tchórzem! Choć ty jesteś odrobinę przerażająca!

-To dawaj pan pośladek do ukłucia i po płaczu! - Paddy usłyszał skrzypnięcie łóżka i po chwili znowu pielęgniarkę. – No, tak źle było?

-Nie lubie takich kobiet!

-Nie musisz mnie lubić ślicznoto! Ja tylko wykonuje swoje obowiązki…

-Mogłabyś to robić milej! Jak Godzilla, dosłownie!

- Nie będziemy dyskutować o subtelnościach! – gruba pielęgniarka zarechotała, niewzruszona obraźliwymi uwagami. – Twój partner czeka na korytarzu, kochasiu! – puściła mu oczko i wyszła z sali.

- Witaj… skarbeńku! – w drzwiach stanął rozbawiony do granic możliwości, Paddy.

- Tylko nie ty! – Pierre opadł bezsilnie na seledynową poduszkę.

-Taaaak, jednak ja! – podrapał się po nieogolonej twarzy. – Gotowy? Jedziemy?

-Poradzę sobie!

-Nie poradzisz! Mam zadanie dzisiaj ci pomóc! Pola wykonuje twoją robotę…- Paddy podniósł niewielką, sportową torbę. – Pomóc ci?- zapytał, kiedy zobaczył jak Pierre schodzi z łóżka.

-Dam radę! – warknął. – Dzięki!- wyszedł z sali.

- Boli?

-Nie. Dostałem właśnie zastrzyk…- szli powoli w kierunku wyjścia.

-Nie przejmuj się, tez nie lubię igieł i boję sie zastrzyków… – Paddy wyszeptał, zaciskając pięści, aby tylko nie wybuchnąć śmiechem.

-Zamknij się! – podtrzymywał ramie wiszące na temblaku. – Nie lubię, jak kują mnie czymś tak małym…

 

 

 

 

 

 

-No, przerażające, fakt! Jedziemy do ciebie? – podchodzili do samochodu.

- Mam pustą lodówkę… nie będę miał czym cię nakarmić!

-Nie musisz!- Paddy obruszył się, wsadzając Pierra do samochodu.

-Nie? A wyglądasz, jakbyś jadł cały czas…

-Oo, jaki przytyk! Brawo! Wyrabiasz się! – ruszył.

Po ponad kwadransie podjechali pod apartamentowiec Pierra. Paddy przerzucił torbę przez ramię i ścisnął rękę przyjaciela, wyciągając go z samochodu.

-Jeszcze zakupy…- francuz wskazał na torby leżące

-Ty to robisz specjalnie?!- muzyk trzasnął drzwiami mocno już zirytowany całą sytuacją.

-Trochę…- cmoknął wargami z nieskrywaną satysfakcją.

-Taki jesteś mądry?! Drugą rękę masz sprawną! Bierz torby!

- Wszystkie? Zgłupiałeś?  Ciśnienie mi szwy rozwali!

-Zaraz ja cię rozwalę! – Paddy głęboko oddychał. – Weź chociaż jedną!

- Widzisz, od razu lepiej, jak jesteś taki miły!

-Jaja sobie robisz? – weszli do windy

-Pewnie! Nie często zdarza się, żeby gwiazda mi usługiwała!

-Pomagała!- wycedził

-Pomagała! – Pierrowi uśmiech nie schodził z twarzy.- Zawsze to ludzie nosili za tobą torby, co? Ty byłeś gwiazdor, a reszta skakała wokół ciebie?

-Absolutnie nie! To znaczy zdarzało się, ale nie była to stała tradycja! Nie miałem lekkiego życia!- oboje spoważnieli momentalnie. -Podobnie jak tobie, daleko mi do rozpieszczonej gwiazdy! – zmierzył wzrokiem zasapanego francuza odkładającego dwie plastikowe torby na stół kuchenny.- Jesteśmy całkiem do siebie podobni…

-Nie! Nie jesteśmy. Uwierz mi, nie jesteśmy!- pokiwał głową.

-Też boje się igieł i dużych, rudych kobiet!

-Przygniotła mnie! To nie jest śmieszne! Jakby na mnie usiadła to bym chyba zszedł na tamten świat! – spuścił wzrok z uśmiechem. – Czy ja ci wyglądam na geja?

-Co? Przedawkowałeś leki?

-Ta ruda… No ale wyglądam, czy nie?- Pierre drapał się po głowie zdrową ręką.

-Nie! -  Paddy rozpakował i schował do lodówki wszystkie produkty. Chwilę zastanawiał się – A… ja?

- Trochę…- Pierre usiadł na krześle, próbując rozsunąć zamek bluzy. – Chociaż do geja to ci w sumie daleko.

-Widzisz, a o mnie bez przerwy tak plotkowali! Nie pokazywałem się z laskami, to od razu byłem gejem! Internet pękał w szwach!

-Rysy masz delikatne… – wygiął usta w podkówkę.- I te szaliki…

-Teraz, odkąd pokazuję się z Polką, podobno przestali pisać takie bzdury. – otworzył puszkę piwa, a drugą podał Pierrowi i beznamiętnie rozpiął mu zamek bluzy.

-Zaczną gadać! Tylko teraz Pola będzie robić ci przykrywkę dla twojego uwielbienia męskości! – upił łyk piwa.

-Bierzesz leki. Nie wiem, czy powinieneś…- wskazał na puszkę telefonem trzymanym w dłoni.

-A to mało wiesz!  Takie coś mnie nie zabije!

-Za to kula z broni wymierzonej w ciebie, już tak!- Paddy wstukiwał coś w telefonie.

-Co robisz?

-Nie zmieniaj tematu! – przerzucał spojrzenie z Pierra na telefon i ponownie na mężczyznę. -I zamawiam pizze. Nie będę ci przecież gotować!

-Nie lubię pizzy.

-Dla ciebie zamówię ślimaki…- wpatrywał się w ekran telefonu.

-Nie wiesz co tracisz! Tylko pizza i piwo…

-Taa, już czuję, jaki to będzie cudowny dzień! – Paddy ironizował. – I to ty wychodzisz na geja przez takie gusta kulinarne!

- Dobra, zjem tą pizze…. – wywrócił oczami i przeszedł do salonu.

-Dalej będziesz tak marudzić to zostawię cię samego!- poszedł za francuzem.

-Nie, bo Pola cię zabije! Albo strzeli focha… na jakiś tydzień. Miałbyś w sumie chwilę spokoju. – wstał z kanapy. – Muszę się odlać!

-No i? -włączył telewizor i spojrzał wymownie na francuza.

-Musisz mi pomóc! – szyderczy uśmiech nie schodził z twarzy Pierra.

-Ty już chyba przesadzasz! Co, mam ci potrzymać, czy jak?!

-Może sobie poradzę! – wchodząc do łazienki krzyknął w kierunku Patricka. – Ale omija cię niezła impreza!

-Nie skorzystam! Kretyn!

GODZINĘ PÓŹNIEJ

-Jak powiesz komuś, że zapinałem ci rozporek to ci natłukę po pysku! – Paddy sięgał po kolejny kawałek pizzy

- Fajnie, że wpadłem na pomysł spodni dresowych, na gumie. Nie? – łyknął odrobinę piwa.

-Tak, świetnie! Szkoda tylko, że już po tym jak musiałem majstrować ci przy pasku i zamku! I powiesz mi w końcu, kto cię postrzelił? Trzeci raz się pytam!

-Nie wiem! Pewnie ktoś od byłego męża Polki! Dobra nawet ta pizza.

- I już? Dobra pizza i tyle?!  Nic z tym nie zrobisz? Zgłoś na policję!

-Nic nie zrobią, a tylko będę mieć zamieszanie! – uśmiechnął się sztucznie. – Zresztą w czym problem, nie zabił mnie przecież, prawda?- wyciągnął nogi na niskim stoliku.

- A szkoda! – zaśmiał się złośliwie.- Pola wie?

-Nie. I tak ma pozostać. Rozumiemy się, Paddy? Zacznie świrować, jak to baba! Będzie pchać się tam, gdzie nie powinna i narobi sobie problemów. Załatwię to, spokojnie.

-Musisz cos z tym zrobić!

-Powiedziałem, że załatwię! Jak tylko odzyskam sprawność, bo teraz czuje się jak jakiś cholerny Kapitan Hak! – rzucił za siebie pustą puszkę piwa. – Podasz kolejne? Teraz już sam się wysikam! – strzelił z gumy w spodniach.

-Pij! Może jak się narąbiesz, to wrócę do domu, albo złapię gdzieś Polę.- spojrzał na telefon. – Nie dzwoni, dziwne… Nikt nie dzwoni…

-Są święta, stary. No to w takim razie już nie pije!- Pierre odstawił puszkę i wziął kolejny kęs pizzy.

-Co? Dlaczego? – zmrużył podejrzliwie oczy. -Chcesz mnie tu zatrzymać? Lubisz mnie!

-Chcę pogadać, tak trochę…- spuścił głowę. Wydawał się odrobinę zmieszany, jakby zawstydzony, co lekko zbiło Patricka z tropu.

-O postrzale?

-Nie. Tak po prostu…o kobietach na przykład. Wiesz, przy piwku!

- Jeszcze chwilę tamu marudziłeś, że nic ci nie pasuje.

-No ale wychodzisz?

-E, chyba nie.

-To siadaj na dupie i opowiadaj! Pogadajmy Kelly!

-Pierre, ale co mam ci opowiadać?

- Faktycznie cały album napisałeś dla Poli? -spuścił nogi i usiadł bardziej wyprostowany, trochę jakby trzeźwiejszy.

-O niej, dla niej. Ale tak, to żadna tajemnica. – Paddy rozsiadł się ponownie na wygodnej kanapie, upewniając tym samym Pierra, że nigdzie się nie wybiera.

-A „Human”? To ty?

-I ty. – lekko speszony skubał kawałek kartoniku z opakowania po piwie. – Jeśli by obedrzeć nas ze wszystkiego, co nas identyfikuje i kształtuje to jedyne co zostanie, to właśnie człowiek! Każdy taki sam! Po prostu człowiek. A tak właśnie chcę. Zostawić za sobą tamto życie, być człowiekiem, który zakochał się, chce mieć żonę, dzieci i koncertować dla swojej grupy fanów. Ale nie mam zamiaru powtarzać tego cyrku, jaki był za czasów mojej rodziny. – wzruszył ramionami. – Taki album bez identyfikacji, zwykły człowiek.Nie gwiazda, gangster -spojrzał wymownie na przyjaciela. – Tylko zwykły człowiek, jak każdy inny.

-A jeśli już mówimy o rodzinie, jak Jimmy? Ostatnio, jak się widzieliśmy, śmialiście się jak gdyby nigdy nic. Przebaczyłeś mu to wszystko?- Pierre bacznie słuchał wypowiedzi, co jakiś czas przypominając sobie, aby udawać bardziej pijanego niż jest w rzeczywistości.

-Po pierwsze, dlaczego Pola o wszystkim ci mówi?

-Nie o wszystkim. O Andrei jedynie. No i o tym, że Jimbo ją posuwał. O reszcie nie mówiła!

-A po drugie, nie musisz mi przypominać, co takiego mu wybaczyłem, bo tak, zrobiłem to. Uratował Polę…- głos Patricka momentalnie złamał się, jakby ugrzązł w gardle, nie mogąc wydostać się na zewnątrz. – Serce mi pęka, za każdym razem, kiedy o tym pomyśle! Nie wiem co by było… Może gdyby nie Jim, to nie miałbym nie tylko dziecka….- brwi zbiegły mu się w grymasie ogromnego bólu, spojrzał Pierrowi prosto w oczy. -Mogłem ją stracić…Nie było mnie przy niej… w życiu sobie tego nie wybaczę!

-Dlatego wtedy, kiedy zostawiła cię i uciekła….

-Musiałem jej na to pozwolić.Nie mogłem jej narzucić, jak ma postąpić.  Musiałem dać jej wolność, aby uporała się ze stratą na swój sposób.

-Zrobiła to?

-Nie… Nigdy tego nie zrobimy. To chyba niewykonalne? To ogromna strata i ból.

-Wyobrażam sobie.

-Hej. Pomogłeś mi wtedy. Dzięki! – Paddy przechylił nad stół puszkę piwa stukając w drugą trzymaną przez Pierra.

-Robiłem to dla niej. Najważniejsze, że wyszliście na prostą. Reszta to pierdoła, nie mająca znaczenia. – zamyślony stukał palcami w rant kanapy wpatrując się w telewizor, w którym leciały kolejne teledyski przypadkowych zespołów.

-Zależy ci na niej, co Pierre?

-Tak jak tobie. Skąd takie pytanie? Dbam o nią i pilnuje jej bezpieczeństwa. To wszystko.

-Czujesz do niej coś więcej? -Paddy lekko podniósł głos i napiął mięśnie w oczekiwaniu na odpowiedź.

- Masz mnie za rywala?

-Nie odpowiedziałeś!

-A co za różnica?! Ona kocha ciebie, idioto! Niech kocha się w niej i pół kraju, jakie to ma znaczenie? Ona widzi tylko ciebie i koniec kropka!- strzepnął okruchy z kanapy. – Choć osobiście twierdzę, że Iglesias jest lepszym ciachem od ciebie!

 

 

 

 

 

 

 

-Ciachem? Lepszym? Co ty, masz piętnaście lat?

-Kurwa, opiłem się.

-Nie jest taki przystojny!  No może trochę… Oczy ma dziwne! W sumie to nie wiem!

-Wiesz, wiesz! Kobiety na jego widok mają mokro. A jak się do nich odzywa to są gotowe szczytować. – masował swój zarost na brodzie. – Muszę tego spróbować kiedyś…. Jak on to robi?- poprawił opatrzone ramię.

-Ja już nie pije. Jutro muszę jechać autem. -Paddy opróżnił puszkę i głośno beknął.

-Subtelnie jak baletnica. – Pierre opadł na oparcie kanapy

-A to ile masz zgniecionych puszek  za kanapą? Pimadonno!

-Idę się odlać. – Paddy wstał i powoli wychodził z salonu. – Dlaczego nie masz żadnych zdjęć? Jednej pieprzonej ramki ze zdjęciem rodziców, albo przyjaciela… Tu jest trochę jak w hotelu!

-Powiedzmy, że nie przywiązuje się zbytnio do ludzi. – powiedział od niechcenia. Poczekał, kiedy Paddy zniknie w łazience i szybko napisał wiadomość do Poli, informującą o stanie rzeczy.

-Znałeś Polę wcześniej?- zapytał ściągając bluzę i rzucając na brzeg białej kanapy.

-Nie. Poznałem ją we Francji. Była na kolacji z Łukaszem, no i ze mną … w pewnym sensie.

-Z Łukaszem? Na kolacji? Czy ja czegoś nie wiem?

-E co ty! – Pierre poczuł ciepło zalewające jego policzki. – Służbowa kolacja. Werbowali mnie do wydawnictwa. Te, Kelly musisz zluzować z tą zazdrością. Weź pod uwagę, że ona miała facetów przed tobą! Dziewicą Orleańską to ona nie jest!

-Wiem, że miała życie przed nami. Konsekwencję odczuwamy do teraz.

-Odezwał się! Sam miałeś więcej panienek, niż ona facetów i to ona powinna być zazdrosna!

-I była. O twoją Edytę.

-Nie jest moja! Właściwie to chyba się rozstaliśmy… Kurwa, o ile byliśmy razem! Byliśmy?

-Mnie pytasz? A skąd mam wiedzieć! Wiem, że myślałem, że ona do mnie startuje, dawno temu.

-Masz wybujałe ego, poważnie stary.

-Jestem wierny tylko jednej kobiecie! To jak jest z tobą i Edytą.

-Zamknij się. Nie będę z tobą o tym rozmawiać!

-Boli cię dalej ręka? – oboje wpatrywali się w telewizor.

- Teraz już nie. Piwo działa. Brakuje ci rodziny?- wyrzucali z siebie przypadkowe pytania z kilkuminutowymi przerwami.

-Mam Jima. Wystarczy…Reszta niech spada. Po ostatnich świętach…- otrząsnął się z zamyślenia.- A ty co? Jedziesz do domu rodzinnego?

-Nie. Fiona zaprosiła mnie do siebie. Nie pojadę z taką ręką!- wskazał ramię.

-Możesz lecieć samolotem.

-Jakby matka zobaczyła co mi się stało, to by mnie z domu nie puściła! Tak więc będę z wami, cieszysz się , nie?

-Spoko. Musze przyznać, że nieźle się z tobą gada. Nie jesteś taki zły na jakiego wyglądasz! A przyjdziesz z Edytą?

-Nie męcz bo w pysk dostaniesz! Idę do kibla! – dotarł do łazienki. Zamknął się na zamek, ściągnął temblak i rozprostował obie ręce, przeciągając się na wszystkie możliwe strony. – Jak mi ścierpła ręka! Głupie szwy! – przemył twarz, wytarł dłonie i w pełni sprawny założył temblak ponownie na ramię. Udając chorego wrócił do salonu. – A gdzie jedziesz jutro rano, że już nie możesz pić? – zagadał ponownie siadając na kanapie.

-Nie powiem ci! – uniósł tajemniczo brwi. -Niespodzianka dla Polki. W sumie dla mnie też, jakby tak się zastanowić.

-Cos ty taki tajemniczy? Przyznasz się, że jednak gejem jesteś i to będzie ta niespodzianka?!

-Do tego nie musiałbym jechać przez pół miasta. – wywrócił oczami.

-I akurat to jest twoim problemem?

-No przeciez kurwa nie jestem gejem! – rzucił w Pierra pustą puszką piwo. – Ile razy mam tłumaczyć?!

-Nie musiałbyś, jakbyś nie nosił tych szaliczków.Serio, Paddy… Polka na drutach nieudolnie je wydziergała, żeś taki przywiązany? A może to pończocha z twojego pierwszego razu i nosisz niczym amulet.

-Sam jesteś pończocha! Debil! – przełączył na kanał z filmami.

 

 

-Przywiozłam jedzienie! – do kuchni weszła mama Fiony obładowana torbami z jedzeniem na wynos. Obok niej przebiegły roześmiane dzieci i pobiegły na górę.

- Jadły?- Fiona myła naczynia.

-Tak. Ale powiem ci, że czwórka dzieci przez pół dnia to jednak za dużo. Czuje się wykończona.

-Zjemy i zrobię kawy. Zasłużyliśmy. Cały dzień szykowaliśmy wszystko. Wyszło pięknie.

-Wieniec z tulipanów też śliczny. Masz zmysł córeczko. Zjedz, ja zrobie kawę dla wszystkich. – kobieta pogłaskała włosy córki i wstawiła czajnik z wodą.

- Idę ich zawołać. Polka za niedługo przyjedzie. Przywiezie ciasto, ubrania z pralni i kilka skrzynek wina. – wyszła z kuchni. Po chwili cała ekipa wpadła do kuchni.

-Jedzenie! Nareszcie! – Adam rzucił się do pudełek.

-Chcecie talerze?! – Iglesias przepychał się w kierunku kuchennych szafek.

-Idę obudzić Dominikę. – Fiona stała w drzwiach kuchni.

-Myślę, że od tych krzyków już dawno wstała. A jak nie to dzieciaki ją obudziły. -Jim stał całkiem blisko.

-Na wszelki wypadek zajrzę do niej. – delikatnie musnęli swoje dłonie.

-A może wieczorem napijemy się wina? Tak dla zdrowia?- Mikołaj zajadał makaron

- My nie potrafimy pić dla zdrowia. – Iglesias zauważył.

-My pijemy przeciw zdrowiu. – do kuchni weszła Pola z pudłami ciasta. – Niech nikt mnie nie tyrpnie! Uwaga, uwaga! Baba z ciastem idzie! – krzyczała.

- Daj to skarbie. Zjedz coś. – Mariola zabrała od niej pakunki.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po jeszcze kilku chwilach zamieszania cała grupa siedziała przy ogromnym, drewnianym, ciężkim stole kuchennym, zajadajac sie pysznym posiłkiem. Nad nimi stała kobieta przykładając do ust filiżankę z gorącą kawą. Zamyślia się nucąc pod nosem melodie. Nie zauważyła, kiedy wszyscy zamilkli, wsłuchując się co takiego Mariola nuci pod nosem. Po chwili z drugiego końca stołu usłyszeli cichy śpiew Jima, który rozpoznał melodie.

Chwilę później śpiewał coraz głośniej. Kilka kolejnych sekund później „Stand by me” śpiewała cała kuchnia. Iglesias wstał i porywając mamę Fiony do tańca wywołał śmiech w całym domu.

-Wujek! Wujek przyjechał!- do kuchni wbiegła Aime.  Wszyscy pobledli.

-Jaki wujek?! Jimmy jest tutaj. – rzucali na siebie spanikowane spojrzenia. – Czyli to może być jedynie ….

-Cholera, Paddy! Szybko! – chaos zapanował w pomieszczeniu.

-Ale… Wujek… Ludzie! – nikt nie słuchał Aime. – Dlaczego nikt mnie nie słucha?!

-Ja otworzę! Coś wymyślę! – Jimmy doskoczył do drzwi, zanim usłyszęli dzwonek, gwałtownie otworzył.- Angelo? Nie jesteś Paddym…

- A od kiedy ty nas mylisz?!- na progu stał niski blondyn patrząc na zbitego z tropu Jima.

-Próbowałam powiedzieć, ale dzieci się nie słucha! Bo to jednego wujka mam, tato?!

-Cicho już. Angi! – bracia rzucili się sobie w ramiona. – Wchodź!

-Cieżko było tu trafić. – rozglądał się po pomieszczeniu ściągając kurtę. – Pięknie tu.

-Dobra, to później! Przedstawie ci kogoś. – objął brata ramieniem i weszli do salonu, gdzie na kanapie i fotelach, przy kubkach parującej kawy, gdzecznie siadziało mnóstwo osób.- Oficjanie przedstawiam wam mojego kolejnego brata, Angelo. A to… – wskazał na przyjaciół. – To jest najwyraźniej stado surykatek..

-Angi, miło cię widzieć. – Pola uściskała muzyka- gdzie jest Kira?

-Została z dziećmi w hotelu. Chciałem zobaczyć gdzie ta impreza będzie i jak daleko. Zobaczysz się z nią jutro. – pogłaskał jej plecy. – Miło cię widzieć, promieniejesz. Miałaś świetny pomysł.

-Mam nadzieję, że wszystko wypali. Pozwól. – wskazała resztę. – To jest moja przyjaciółka, Fiona.

-Widziałem cię u mnie. Wprawdzie nie weszłaś…

-Tak. Spotkaliśmy się w przelocie. – uścisnęła mu dłoń.

-A tam siedzi Paweł z Dominiką. Adam z Mikołajem i mama Fiony, przywiozła dzieci.

-Wesoło, tłoczno. Jak u nas w domu, co Jim?- klepnął brata w plecy.

-Wypijesz z nami kawę?

 

 

 

NIEDZIELA.

Stała podpierając ścianę, obserwując przez kuchenne okno budzącą się wiosnę. Był późny poranek. Pola wraz z Paddym zawsze spali dłuzej w niedzielne poranki. Jedli śniadanie w łóżku, czasem przenosili się na kanapę, chowając się pod ciepły, szary koc. Pili niespiesznie kawę z ogromnych kubków, jedli naleśniki z czekoladą a potem szli na spacer, albo jechali poza miasto. Ten jeden dzień był powolny, wspólny, spędzony razem.

-No to jak, jedziemy? – Paddy krzycząc wpadł do kuchni, czym tak przestraszył Polę, że odrobinę kawy wylało się na jej szlafrok.

-Oszalałeś? Gdzie? Co ty taki pobudzony? Cholera! – wycierała puchaty kołnierz, a po chwili weszła do łazienki i wrzuciła szlafrok do kosza na pranie. Wróciła ubrana w kusą piżamę. Paddy stał w salonie, praktycznie gotowy do wyjścia. Na stole stał ogromny kosz piknikowy. -Co ty? Paddy? Coś braliście z Pierrem? – nie potrafiła opanować jego euforii.

-Nie! Opiliśmy się jedynie! Jestem szczęśliwy i cholernie mocno cię kocham! – splótł dłonie na jej pośladkach i uniósł do góry.

-Postaw mnie, świrze! – śmiała się.

-Jedziemy!

-Gdzie? W piżamie mam jechać?

-Możesz jechać w piżamie! Możesz jechać nawet w tym brudnym szlafroku! Ale muszę cię gdzieś zabrać.

-Daj się chociaż ubrać. – śmiejąc się, uciekła do łazienki.

-Piękny dzień! – otworzył wszystkie okna wpuszczając świeże, rześkie powietrze do wszystkich wnętrz. -Pola, chodź!

-Planujesz jakiś plener? – wskazała szczoteczką do zębów  na kosz wiklinowy.

- -Może…- jego twarz przypominała twarz dziecka w wigilijny wieczór, na chwilę przed otwarciem prezentów. – Lubie być przygotowany.

-Czyli bardziej trampki niż baletki?

-Cokolwiek chcesz!

-Nic z tego nie rozumiem, ale kto by za tobą trafił! – wsadziła szczoteczkę w usta, pokiwała głową i weszła do łazienki.

-Pospiesz się! – zaniosę kosz do auta i zaraz wracam!- nie czekając na odpowiedź, wybiegł z mieszkania.

-Co się z tym chłopem dzieje?! – mówiła sama do siebie zakładając na biodra czarne spodnie. – A może wie? – krew jej spłynęła do pięt. -E, skąd? Niemożliwe! – podskoczyła, kiedy nagle rozległo się pukanie do drzwi. – No poczekaj! W staniku stoję!

-Widok piersi zawsze poprawia mi humor! – wpadł do łazienki.

-To możesz mieć jeszcze lepszy? – oczy jej błyszczały na widok szczęścia, jakie biło od niego.

Chwilę później siedzieli już w samochodzie, jadąc w miejsce, o którym Pola nie miałą bladego pojęcia. Po godzinie jazdy, zatrzymali się w przed niewielkim laskiem. Wysiedli. Patrickowi nie schodził uśmiech z twarzy. Pola dalej nie wiedziała, co tu robią. Chwycił jej dłoń i wszedł ścieżką między drzewa. Przeszli około 400 metrów i wyszli na dużą polanę. Otoczona była z trzech stron niskimi drzewami, z jednej strony tworzył się lekki spad i widok na malowniczą panoramę.

-Chodź! -wszedł między niskie trawy i pewnie przeszedł przez całą polanę, aż na sam skraj. Rozłożył koc i usiadł.

-Jak tu jest…. -rozejrzała się na każdą możliwą stronę. – Tu jest tak pięknie! Paddy, to jest…

-Twoje…- siedział tyłem do niej, skubiąc źdźbło trawy. – Cała ta polana i odrobinę drzew. To wszytsko jest twoje!

-Co? – odwróciłą się i spojrzała na plecy Patricka. – Co ty wygadujesz?

-Długo szukałem ten działki. Jest taka o jakiej mi opowiadałaś. I jest nasza. – sięgnął po kosz i wyciągnął z niego papierową teczkę, a w niej akt własności gruntu.

-Boże, coś ty zrobił?! – klękła przed nim.

-Nie podoba ci się?- na ułamek sekundy posmutniał.

-Czy mi się podoba?! Jest idealnie! – rzuciła mu się w ramiona.

-Świetnie, bo tutaj stanie nasz dom! – opadli oboje na koc, mrużąc oczy przed oświetlającym ich słońcem.

-Nasz dom?  Boże, nasz dom! – wtuliła się w niego.

-Tutaj, gdzie siedzimy, będzie nasz taras. Tam, na prawo, na piętrze nasza sypialnia. O a tam kuchnia. I ogród.

-A w nim kwiaty…- rozmarzyła się.

- I dużo owocowych drzew. – pocałował jej skroń.

- Nasz prywatny, mały raj.

-Nasz raj. – westchnął.

Spędzili tam cztery godziny. Zjedli lekki posiłek. Całowali się i tulili niespiesznie. Spacerowali po okolicy, dużo rozmawiali i planowali. Spojrzeli na zegarek i niechętnie podeszli do samochodu. Musieli wracać. Przebrać się i jechać do Fiony na świąteczny obiad.

-To był cudowny dzień. – podjechali pod dom przyjaciółki. Paddy zamykał samochód. Pola ujęła jego ramię, wtulając się w zagłębienie szyi.

-Cudowny, bo prawie cały spędzony z tobą. Powiemy im?- Paddy poprawił marynarkę.

-Jak będzie okazja.- uśmiechała się tajemniczo.

-Czekaj… – ścisnął jej dłoń stając przed samym wejsciem. – Kocham cię. -pogłaskał jej policzek. Jesteś idealna.

-Kocham cię. – weszli.

Paddy wszedł zaraz za Polą, od razu do salonu. Widok spowodował, że stanął w bezruchu. Przy dużym stole siedziała pawie cała jego rodzina i przyjaciele. Nie wiedział, kiedy zaczął ściskać Patricie a po chwili Maite unosiła go w powietrzu.

-Skąd wy wszyscy?- Ledwo wydobył z siebie piskliwy, wzruszony głos.

-Pola nas zaprosiła. – John podszedł przywitać brata. – Dobra z niej dziewczyna.

10 facts that you need to know about Ian Somerhalder :: Team TSD

- Najlepsza.- przerzucił spojrzenie po wszystkich gościach i zatrzymał na francuskim przyjacielu. – Ty! Wiedziałeś? -

-Nie bij posłańca. Kazali mi milczeć.

-Chodź, napij się. – Iglesias siedział obok Jima przywołując gościa do stołu.

-Dziękuję kochanie! – Paddy pocałował Polę. – To jest… nie do opisania. – przytulił ją i wyszeptał do ucha. – Jak ci się udało zaprosić Kathy?

-Do teraz nie wiem! Chodź, zjemy obiad.

Iglesias, Adam, Jimmy i Mikołaj mając wcześniej przydzieloną misję, dolewali każdemu wina i wznosząc co chwilę toasty. Drzwi tarasu były otwarte i co jakiś czas ktoś wychodził chcąc przewietrzyć głowę od nadmiaru wina. Towarzystwo bawiło się wyśmienicie. Adam rozmawiał z Johnem o pielęgnacji włosów. Maite wdała się w ożywioną dyskusję z Fioną o pieczeniu ciast. Angelo, Jim i Paddy rozmawiali w kuchni przy otwieraniu kolejnych butelek wina.

-Głupio wyszło wtedy….w święta. – Angelo szturchnął brata. – Wybacz, że wtedy nie wstawiłem się za tobą i Polą.

-Nie potrzebuje adwokata. W sumie dobrze wyszło, dowiedziałęm się co kto myśli.

-Ale po tym co się stało… Mogłeś  powiedzieć, że Pola była wtedy w ciąży.

-Jimmy, ty dupku! – Paddy warknął na starszego brata.

-Powinni wiedzieć. Niech ich sumienie zżera!

-Ale nie ty o tym decydujesz do cholery! – uderzył dłonią w blat. -Koniec gadania an mój temat! Chcesz paplać to gadaj o sobie!- odszedł od braci kilka kroków, zatrzymał się i wrócił. – Wiecie co… nie zrobię jej tego. Za mocno ją kocham, żeby zepsuć jej to co tu zorganizowała. Tamto….- westchnął. – To już przeszłość. Ale jedno mogę wam powiedzieć. Zaufajcie mi chociaż odrobinę i do cholery, nie wtrącajcie się w moje życie! Koniec tej rozmowy.  Może pogadamy o czymś przyjemniejszym?

-Eee, ok…. – Angelo próbował odzyskać dobry humor.

-Powiedź Jim o swojej nowej pani…

-Właśnie, jak tam Fiona?- blondyn wpatrywał się w starszego brata.

-Widzisz, jakie to miłe.- Paddy zaśmiał się złośliwie.

- No miłe! A z Fioną… taka duża, włoska rodzina!

-A jej były mąż gdzie?

-Projektuje budynek w Szwecji. Mówiła, że jutro ma przyjechać na święta. – spuścił wzrok.

-Chyba go nie lubisz za specjalnie, co?

-Angi, głupio się pytasz! Wyrwał jego żonę, więc z definicji się nie lubią!  Tak jak Fiona z Meike. – Paddy usiadł przy stole i z satysfakcją wpatrywał się w braci.

-Czyli co, teraz masz dwie?

-Zawsze miałem jedną! Co z ciebie za kretyn! – Jim wpatrywał się w blondyna

- Taką wymienną? Raz Fiona raz żona?

-Zrymowało ci się. -Paddy wtrącił.

-Co ty sugerujesz? Ja nie zdradzam żony z Fioną, bo z tamtą nic mnie już nie łączy! Dotarło?- zapukał w czoło blondyna. -A Fiony w sumie też nie zdradzam.

-I to jest nowość! – Paddy z uśmiechem poderwał się na równe nogi. -Jimmy nikogo nie zdradza! Ciekawe, na jak długo!

-Podobno mi wybaczyłeś Andree, więc skąd ten atak?

-Nie atak, przecież ty taki jesteś. Zawsze zdradzałeś. To takie oczywiste. Jak śnieg w styczniu. – poklepał braci po plecach i wrócił do stołu. Rozejrzał się po półmiskach, chcąc nałożyć sobie jakąś przekąskę.

-Paddy… możemy porozmawiać? Chciałbym cię przeprosić, o ile jest to w ogóle możliwe…-Kathy spuściła wzrok. – Wydawała się jeszcze starsza niż zazwyczaj, mocniej przygarbiona i przytłoczona problemami.  -Nie powinnam była oceniać Poli tak pochopnie.

-Nie mnie przepraszaj. – nie spuszczał wzroku znad prawie pustego talerza. -Nie mnie skrzywdziłaś. – wypił kilka solidnych łyków wina i spojrzał na nią. – Tyle przeszliśmy, tyle razy odczuwaliśmy ludzkie okrucieństwo i bezwzględność wobec nas samych. – z każdym słowem podnosił głos. – A ty? Czym się różnisz od innych? Czym, co?! – krzyknął. Kilka osób zamilkło przysłuchując się całej rozmowie. – Straciłem dziecko. rozumiesz co to dla mnie znaczy?! – oczy Patricka zabłyszczały. -Prawie ode mnie odeszła. Mogłem stracić wszystko. Nie, Kathy. Tu zwykłe przepraszam nie wystarczy! To, że sama nie miałaś udanego małżeństwa, nie oznacza, że możesz niszczyć moje. – spuścił z tonu i teraz mówił najciszej jak tylko pozwalały mu emocje. – Ja ją kocham i spędzę z nią życie. Jeśli ona ci wybaczy, to ja również. Bo to ona jest najważniejsza.- Nikt nie zauważył, kiedy Pierre wyszedł za przyjaciółką na taras.

 

Podpierała drewnianą balustradę, kręcąc między dłońmi kryształowy kieliszek wina. Przyglądała się gwiazdom migoczącym na czystym niebie.

- Słyszałaś? – Pierre oparł sie obok, ramię w ramię z kobietą.

-Tak… Bałam się tam wyjść.

-Co tak na prawdę się stało Pola? Paddy tak się rzuca bo gruba nie zaakceptowała twojej osoby?

-Tak… – spuściła głowę. -Boli go to wszystko. Kto jak kto ale ona akurat nie powinna mnie tak oceniać.

-Nikt nie powinien, zacznijmy od tego! – upił łyk wina, spojrzał w niebo i mrużąc oczy, stanął bokiem wpatrując się w twarz Poli. – Ja wiem…

-Co wiesz?

-Tego dnia, kiedy poroniłaś… Ona tam była prawda?

-Nie wiem o czym mówisz! – oddech jej przyspieszył.

-Zaproponowała ci kasę? Nikt o tym nie wie? Paddy też nie, inaczej by z nią wtedy rozmawiał. Albo wcale by nie rozmawiał….-zastanowił się chwilę -Powinnaś mu o tym powiedzieć.

-Nie powiem mu. – zaciskała szczękę.

-Musisz o tym powiedzieć! – myślał intensywnie. – Musisz, do cholery!

-A kim ty jesteś, żeby mówić mi co mam, a czego mam nie robić?! To moje i jego życie. Nie do ciebie należy decyzja. Nie wtrącaj się!

-Polka, to cię zniszczy. Zabije cię od środka!

-Jeśli powiem to nie mnie zabije… tylko jego. Nie rozumiesz? Tym jednym zdaniem zniszczyłabym więź, jaka łączy go z rodziną. Nie zrobię tego. To nie przywróci życia mojemu dziecku, nie naprawi relacji. Zrozum, to jego by zabiło. Nigdy go tak nie skrzywdzę.

-Ale….

-Skończyłam Pierre. Więcej o tym nie będziemy rozmawiać! – warknęła ledwo panując nad emocjami.

-Ktoś taki zasługuje na konsekwencję. Wyrządziła ci krzywdę a ty bawisz się w dobrą samarytankę. Durna jesteś!

-Nie. Jest zakochana…- tuż za nimi stanęła Kathy. – Musimy chyba porozmawiać Pola…

-Nie tu! -odwróciła się gwałtownie. – Nie mam o czym z tobą rozmawiać!

-Zostawię was. – Pierre wycofał się zagadując Patricka aby nie wyszedł na taras za siostrą.

-Wybaczysz mi? – zrobiła krok w kierunku młodej kobiety.

-Nie.

-Nie wiedziałam o ciąży.

-A jakbyś wiedziała, to byś inaczej postąpiła?

-Pewnie tak…- kolejny krok. – Zrozum, chcę dla Patricka jak najlepiej. Ale skoro cię kocha… to niech już będzie z tobą.

-Niech już będzie?! Czy ty siebie słyszysz? Masz wyrzut tylko dlatego, że byłam w ciąży! Godzinę po tym jak wyszłaś poroniłam. Poroniłam Kathy! A ty mi mówisz, niech już z tobą będzie?! Zejdź na ziemię i zaakceptuj fakt, że Paddy jest dorosły i sam decyduje o sobie.

-Teraz już wiem. Nie wrócił do rodziny, został z tobą. To coś musi znaczyć.

-No…. może na przykład to, że mnie kocha. – spojrzała jej w oczy i z radością wysyczała przez zęby. – Zaręczyliśmy się… będziemy razem, czy ci się to podoba, czy nie.

-Najwyraźniej moje zdanie się nie liczy….

-Nie liczy się…- w drzwiach tarasu stał Paddy. – Powinnaś już iść Kathy! Dość tego! -krzyknął.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 3 komentarzy

97. Mr. P.

Miał rację. Od początku wiedziała, przeczuwała, że tak właśnie będzie to wyglądać. W sumie nie mogła mieć pretensji do Pierra, nigdy nie zwodził jej jałowymi obietnicami. Nigdy też nie zadeklarował swoich uczuć. Iskrzyło między nimi, jednak nie był to związek, jakich wiele. Mało o nim wiedziała. Pierre miał jedną cechę, którą poznawała na swojej skórze coraz mocniej… coraz boleśniej. Im bardziej go naciskała, tym mocniej przypominał magnes o odmiennym biegunie.

Czy coś do niej czuł? A może kocha tę drugą? Cóż, nie dowie się, jak sam stwierdził. Zaśmiała się smutno. Czuła się jak idiotka. Poniżona i wykorzystana.
Chciała zagłuszyć, utopić to palące uczucie, które wystawiało na torturę każdy centymetr jej ciała i każdą myśl, po tym jak trzasnęły drzwi i została sama, stojąc na środku pustego salonu.  Sięgnęła po butelkę czerwonego wina. Z szuflady wyciągnęła korkociąg. -Niech cię szlak, durny francuziku! – warknęła i z niebywałą siłą otworzyła butelkę. Nalewając wino do kieliszka usłyszała dzwonek telefonu, leżącego w kuchni. – Przestań! Oddzwonię! Nie chcę teraz z nikim gadać, do cholery! – telefon dzwonił nadal, co wywoływało jeszcze większą irytację. – Oby to było coś ważnego…- warknęła idąc do kuchni. Kieliszek prawie wypadł jej z rąk, kiedy zobaczyła, kto dzwoni. – A to dupek! Ma czelność…- czerwona ze złości, odebrała i nie czekając na jakiekolwiek słowa, krzyknęła. – Tobie chyba poważnie coś się w głowie poprzestawiało! Przeginasz! Po co do mnie dzwonisz?! – nie usłyszała odpowiedzi, za to szum aut i dźwięki ulicy. Pomyślała, że nie zablokował aparatu, a połączenie wykonał przypadkiem. Już miała się rozłączyć, lekko rozczarowana, kiedy w tle usłyszała, że ktoś biegnie i po chwili pyta zdenerwowany: „Nic panu nie jest? Jezu, on krwawi!” -Halo? Jest tam kto?! – krzyknęła. Krew spłynęła jej z kończyn, serce przyspieszyło rytm a ciało momentalnie opadło z sił. – Halo, kurwa! Niech się ktoś odezwie!

-Halo?- usłyszała głos młodego, spanikowanego mężczyzny.

- Żyje?- dyszała do telefonu.

-Nie wiem….Dużo krwi.

-Ja pierdole. – dała sobie kilka sekund na zebranie myśli.- Jest ktoś z tobą?

-Dziewczyna.

-Niech dzwoni na pogotowie! Sprawdź tętnice szyjną. Jak wyczujesz puls, to żyje. Gdzie jesteś?

- Na Warneńczyka.

-Co?!- w kilka kroków podskoczyła do okna. Zobaczyła leżącego bezwładnie Pierra tuż przed jej budynkiem, kogoś pochylającego się nad nim i ciemną plamę wokół. -Boże! – krzyknęła i chwytając kurtkę wybiegła przed dom.

-Żyje. Jest puls. Karetka już jedzie. To z panią rozmawiałem?

-Tak. Pierre? Pierre, skarbie? – dyszała klęcząc i trzymając jego głowę na kolanach. – Pierre, ty cholerny, francuski dupku! – głaskała czule jego zroszone potem czoło.

-Chciałbym zaznaczyć, że cholernie boli mnie ramię…- otworzył odrobinę oczy,chciał wesprzeć się na ręce, jęknął i opadł na kolana Edyty.

- Żyjesz! -zaśmiała się w głos,  pochyliła i złożyła na ustach mężczyzny pocałunek.

-Postrzelili mnie! Kurwa, jak kaczkę na strzelnicy! Nie mogę w to uwierzyć!

- Postrzelili cię jak zwykłego kretyna. Kto to był?

- Psy Marka, na bank! Muszę wstać!

-Leż!

-Wstaje!

-Leż, nie denerwuj mnie, bo za chwilę rana na twoim ramieniu będzie najmniejszym problemem!

-Brzydko ci w takiej agresji!

-Nie wymądrzaj się! Karetka jedzie!.

-Słuchaj! Zanim umrę…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Nie umrzesz!

-Wiem, żartuję sobie. – uśmiechnął się, a po chwili głośno zakaszlał.

-O, umierasz? A jednak…

-Chcę cię przeprosić za tamto… Nie umiem… Nie potrafię… – Nie dokończył. Sanitariusze położyli go na noszach i wsadzili do karetki. Przez ten cały czas nie odwracał spojrzenia od jej pięknych oczu. – Nienawidzisz mnie?

- Oczywiście. Ale cieszę się, że nie jest z tobą aż tak źle.

-Nie mów Poli o tym co się stało… Nie chcę, żeby się martwiła…- drzwi zamknęły się i karetka odjechała.
Stała chwilę na chodniku patrząc za odjeżdżającym pojazdem.

-Przepraszam, to chyba twoje? – męski głos zabrzmiał tuż nad jej karkiem.

-Słucham?- odwróciła zapłakaną twarz i cała dygocząc spojrzała w ciemne, diaboliczne oczy, lekki uśmiech odsłaniający błyszczące zęby, a po chwili dostrzegła całą twarz Marka na kilka centymetrów przed jej dyszącym oddechem.

-Ty…

 

 

 

 

 

 

 

 

-Tak, ja. Miło cię poznać, Edyto. To chyba twoje? – podał jej, jej własny telefon, lekko przytrzymując dłoń. Pochylił się w kierunku sparaliżowanej ze strachu, dziewczyny i wyszeptał. – Teraz powinnaś powiedzieć „O mój Boże”. Nie? – odchylił się i przyjrzał Edycie. – W takim razie, do zobaczenia…- prychnął tajemniczym śmiechem i niespiesznie oddalił się w kierunku zaparkowanych samochodów.

-Muszę…. Ja chyba… muszę…- dolna warga niekontrolowanie drżała.- Ubrać się i chyba…Tak, jechać do szpitala. Oczywiście, jadę do szpitala! – widziała plecy Marka oddalającego się od niej – Natychmiast, jechać do szpitala! – uciekła do budynku.

 

 

 

 

TRZY DNI PÓŹNIEJ

Był późny wieczór, kiedy dotarła do domu. Wyciągnęła z bagażnika kilka papierowych toreb z zakupami, z wieszaka ściągnęła swój formalny strój, który zmieniła zaraz po wyjściu z pracy, co przypomniało jej, żeby oddać ubrania do pralni, muszą być gotowe na święta. Chciała dodać sobie pewności siebie, nawet jeśli miałoby to być szykowne ubranie, to jeśli zadziała, niech tak będzie. Pierre jeszcze przez chwilę będzie w szpitalu. Zatrzymała się  na moment przy swoim samochodzie i spojrzała w czyste, czarne, rozświetlone milionami gwiazd, niebo. W duchu dziękowała i cieszyła się, że nic mu się nie stało. Kilkanaście szwów i wyjdzie z tego. Uśmiechnęła się, na wspomnienie, kiedy następnego dnia, chciał wyjść na własne życzenie i kłócił się z lekarzami. Mały pyskacz!

Był jej bliski, choć tak mało o nim wiedziała. Zresztą, on też nie wypytywał o jej przeszłość. Może o to w tym chodzi? Nie spoglądać za siebie, nie oglądać się na to co było, nie patrzeć na swoje demony, kroczące za nami każdego dnia. Liczy się tu i teraz! Wiedziała jak życie potrafi być ulotne, jak krucha jest istota stworzenia. Odczuła to nie raz. A teraz…
Z zamyślenia wyrwała ją wiadomość w telefonie. Paddy pytał czy wszystko w porządku. Uśmiechnęła się do telefonu. Kciukiem czule pogłaskała litery na wyświetlaczu. Wszystkie czarne myśli odleciały niczym zdmuchnięty płomień świecy zapalonej gwałtownym ogniem. Spojrzała w okna, skąd dochodziło ciepłe, złote światło. Był jej ostoją, wsparciem, nigdy się nie poddawał. Walczył o nią, kiedy inni dawno by odpuścili. Był jej miłością, jedyną, prawdziwą.

Wysiadła z windy. Szukając w torebce kluczy, spotkała się z sąsiadką, starszą kobietą o siwych włosach i okularach na czubku nosa.

-Pani Polu….

-Tak wiem, ale on jest artystą….

-Ale gitara o tej godzinie odrobinę zakłóca spokój lokatorom.

-Pani się cieszy, że nie mamy fortepianu… – zaśmiała się pod nosem, dalej szukając kluczy. – Albo wiolonczeli, na przykład.

- Wprawdzie są to ładne melodie i doceniam sztukę, ale czy może pani poprosić, żeby pan Patrick śpiewał w innych godzinach niż środek nocy?

-Jest kwadrans po dziesiątej, nie taki środek nocy. Cholera, gdzie te klucze!

- Niemniej jednak, proszę uwzględnić moją prośbę.

-Co się dzieje? – na korytarzu pojawił się Paddy.-Pola? Usłyszałem twój głos.

-Nie nic. Żartujemy sobie z panią…- uniosła kąciki ust. – Doceniamy fakt, że ja nie śpiewam.

-Nie potrafisz śpiewać…

-Dlatego to doceniamy.

-Młodzież! – sąsiadka westchnęła, uniosła bezradnie dłonie i wróciła do mieszkania.

-Chodź. – podniósł torby z zakupami.- Cały dzień cię nie było.

-Dużo pracy… szpital, odwiedziłam Dominikę i Pierra. – dreptała za Paddym. Buty rzuciła w kąt, ubrania do pralni niedbale położyła na kanapie w salonie, ściągnęła z siebie ciepły sweter i wchodząc do kuchni rozpuściła włosy. Paddy położył zakupy na stole i odwrócił się.

-O! Kobiety zmieniają się w kilka sekund, jak widzę. – spojrzał na nią zachłannie.

- Kocham cię…- szepnęła, zarzucając ramiona na jego szyję. – Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie! – musnęła jego usta. Przymknął oczy lekko mrucząc. Przycisnął ją do siebie.

-Nie musisz…Zrobiłem ci kolację. – całował jej policzek, żuchwę. – I otworzyłem wino…- drażnił płatek jej ucha.

-A deser? – wiła się rozkosznie w jego ramionach.

- Na deser to tylko ja zostanę!…- ujął w dłonie jej kark.

- Furiat Kelly?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Nawet nie wiesz jak bardzo! – jego dłonie muskały skórę jej nagich pleców.

- Zbyt kaloryczny jesteś na deser…- droczyła się.

- To nie dołożymy bitej śmietany…

-Wiedziałam, że z nią wyskoczysz… Ale chciałabym zmyć z siebie ten dzień. – pocałowała go głaszcząc po policzku. – Zaczekasz?

- Zawsze… Albo, jak za starych, dobrych czasów, postaram się to rozchodzić…

- Nie musisz. Zaraz wracam. -puściła mu oczko.

-Zagram na tobie jak na …. wiolonczeli.- zerknęła na niego wychodząc z kuchni. – Taaaak… to zrozumiałem… coraz lepszy robię się w tym języku…. Musisz uważać! – pogroził jej pęczkiem marchewek trzymanych w dłoni, kiedy wychodziła. – Jeszcze chwilę i obywatelstwo dostanę… – zachichotał. – Gdzie ja zostawiłem to wino?

Wzięła szybki prysznic, przeczesała mokre włosy, wklepała w ciało pachnący krem, kark zalotnie spryskała perfumami, ubrana w krótkie spodenki i obcisłą koszulkę wyszła z łazienki. W mieszkaniu panowała ciemność. W salonie, na stoliku, paliło się kilka grubych świec. Na podłodze dostrzegła jeszcze kilka jarzących się światełek. Ogień świec tańczył powolnego walca na szarych ścianach, w powietrzu unosił się zapach grzanego wina, pachnącego kardamonem, goździkami i odrobiną pomarańczy.

-Paddy? – szepnęła.

-Tutaj. – siedział na podłodze, opierając się o futrynę okna.

-Co robisz?- usiadła po drugiej stronie, opierając stopy o jego uda.

-Piszę… – podał jej porcelanowy kubek z parującym winem.

- Mogę? – wskazała na notatki.

-Za chwilę..- Przy blasku świec jego spojrzenie nabierało głębi, wyrazu, tajemniczości. Przyglądał jej się przez moment. Trwali tak w ciszy, po prostu patrząc na siebie. – Wszędzie bym cię znalazł…

-Wiem…- szepnęła.

- Chcę, żebyś została moją żoną.- przejechał palcem po jej bosej stopie.

-A ty moim mężem…- uśmiechnął się na te słowa. Upił odrobinę wina i bez słowa wrócił do pisania.  Sięgnęła po kartki rozrzucone wokół niego. Wśród kreśleń i przy nikłym świetle świec udało jej się odczytać kilka wersów.

Słowo za słowem…
Kolejny akapit upojony krwistym winem…
Kolejne westchnienie bezsilności nad martwą ręką…
Litery układające się w ciąg zdań…
Tak małych, samotnych i prozaicznych…
Niczym smutny jesienny liść, chodź piękny, lśniący złotem i czerwienią…
Tragiczny jego los….
Nie dozna już słońca, nie poczuje na policzku ciepłego, sierpniowego wiatru…”

-Paddy…

-To nic. Tak było kiedyś. Teraz.- uśmiechnął się ciepło, wydarł z notatnika kartkę i podał jej, sam wbił spojrzenie w nią, doszukując się chociaż jednego grymasu, bądź drgnięcia policzka. – To jesteś ty… W moich oczach. – na chwilę spuścił wzrok zawstydzony, jednak jej reakcja bardziej go kusiła.

Weszła w mój sen, otworzyła szeroko drzwi do mojego serca
Najwyraźniej miała klucz…
Wejdź w mój sen, kochanie…
Nie zbudzisz mnie, szukam cię w ciemności..

Szukam mojego światła, brzegu, do którego dobijam, tam gdzie jesteś Ty…
Szukam twojej miłości, upajam się każdym twym dotykiem, każdym twym oddechem.
Podaruj mi choć jedną godzinę swojego życia, jeden pocałunek skradziony przypadkiem, jeden taniec, wśród muzyki fortepianu… Jedną noc, jedno spojrzenie, jeden twój sen…
Moja miłości, moja wiaro, moja nadziejo, mój sensie istnienia, moja żono…”

-Boże…

-Nie płacz, proszę…- lekko pochylił się w jej kierunku. Odłożyła kubek wina na bok i trzymając kartkę w dłoni bez słowa usiadła na nim, całując jego usta. Pochylił się, odgarnął na bok włosy i lekko całował jej kark i szyję. Była ciepła, przyjemnie delikatna. Pachniała mieszanką kremu i odżywki do włosów. Obezwładniająco i słodko. Nie potrafił się powstrzymać, zsunął na bok jedno ramiączko koszulki i przejechał językiem wzdłuż obojczyka. Czuł ją całą, całą kobiecość skrytą pod cienkim materiałem koszulki i spodenek. Była coraz cieplejsza, pocałunki intensywniejsze, po chwili miał wrażenie, że jej skóra pali jego ciało. Wokół nich panowała cisza nocy, przerywana jedynie uderzeniami rozpędzonych serc. Dłonie wędrowały po jej udach, powoli, nieśmiało, zmierzając ku górze. Szerokie spodenki kusiły wystającą, nagą skórą. Powoli rozchyliła nogi o kilka centymetrów. Nie ma już nieśmiałości. Nie ma wstydu.

Splata palce na jej plecach i w kilka sekund leżą na chłodnej, drewnianej podłodze. Ich ciała mienią się przy blasku migoczących świec. Ściąga z niej spodenki, szybko pozbawia się koszulki. Dotyka jej nóg, wyżej, aż w końcu dociera do majtek, ślizgając się po czarnej satynie. Przesuwa palce coraz szybciej. Ma ochotę przesunąć je na bok i zaznać spełnienia. Nie. Zaczeka jeszcze. Spija z jej ust każdy oddech pożądania i miłości jakim go darzy. Czuje pod palcami wilgoć, jego męskość prawie przebija rozporek. Wstaje, rozpina pasek i ściąga spodnie. Wraca do niej, ledwo łapiąc oddech z rozsadzającej go namiętności. Jej ciało poddaje się dłoniom. Mruczy z zadowolenia. Dotyk sprawia jej przyjemność. Ciało wije się kusząco, kontrastując z jasną podłogą. Masuje jej piersi pozbawione koszulki. Powoli, choć palce niecierpliwie pragną znaleźć się w niej. Zanurzyć się w tej słodkiej wilgoci.
Nie czeka długo. Jej dłoń spoczywa na bokserkach i jednym ruchem odsłaniając to co ostanie było zakryte. Zatapia się w tym dotyku. Delektuje się każdym uciskiem i ruchem. Masuje coraz szybciej, zachęcająco unosząc biodra. Zanurza się w nią. Widzi, jak każdy milimetr wywołuje na jej twarzy przebiegającą emocję. Jej dłonie zaciskają się na pośladkach, wzmagając intensywność. Walczy ze sobą, jednak przyjemność i rozkosz, jaka wypływa z jego kręgosłupa jest silniejsza. Wygina się pod jego ciałem w piękny łuk i mocno zaciska uda na jego biodrach. W ostatniej chwili zanurza palce w jego włosy, przyciągając go do siebie i jęcząc mu prosto do ucha.

-Chryste! – Ocierał pot z czoła leżąc na chłodnej podłodze. – A jak napisze dla ciebie tomik poezji, to co?

- Płytę dla mnie napisałeś. – leżała na jego piersi, zataczając paznokciem kółka na brzuchu.

- A fakt… Jakoś ciężko myśli się po czymś takim. Za płytę co, w takim razie?

- Wyjdę za ciebie. Pasuje? – zachichotała.

-Pasuje.- smyrał jej nagie plecy.

-Piękne wiersze.

-Piękne zakończenie dnia. – pocałował czubek jej nosa.

 

 

SOBOTA, DZIEŃ PRZED KOLACJĄ ŚWIĄTECZNĄ.

Obudził się dość późno. Pracował w nocy. Pisał, a raczej próbował coś napisać, jednak nic co tworzył nie miało wyrazu, sensu i stylistyki. Kolejne kartki bez litości lądowały w plastikowym koszu. Opróżniając kolejną szklankę whisky doszedł do wniosku, że czas odpuścić. Spróbuje po świętach. Może poczuje inspirację? Rozebrał się do bielizny i cicho zanurzył pod ciepłą, pachnącą pościelą. Przytulił do siebie Polę i natychmiast zasnął.

Późnym porankiem wyszedł z sypialni. W mieszkaniu nikogo nie było.  Na stole w kuchni zobaczył żółtą, samoprzylepną kartkę. Czerwonym długopisem nakreślone kilak zdań. ” Skarbie bułki masz w szafce. Musiałam wcześnie wyjść. Pierre dzisiaj wychodzi to mu pomogę i odwiedzę Dominikę w domu. Popołudniu umówiłam się z Fioną za zakupy. Nie czekaj. Będę wieczorem. Kocham. P. Ps. zadzwoń jak wstaniesz.”

-No dobra…- nalał wodę do czajnika.  To mam wolne. – podrapał się po nagim brzuchu, ziewnął i wpatrują w żółtą karteczkę, dodał.- W takim razie prezent świąteczny pokaże ci jutro.  – Zrobił śniadanie, duży kubek kawy i rozsiadł się wygodnie na szarej kanapie w salonie. Wyciągnął nogi na stole i włączył telewizor. – Kurde, nudno…- chwycił za telefon. – Do kogo by tu zadzwonić? -wykręcił numer. – Jimmy? Zajrzysz? Jestem sam, Polka będzie do wieczora poza domem.

-Nie bracie. Nie da rady. Teraz jestem z Fioną, potem zabieram dzieciaki na basen.

-O, to może ja bym…

-No to, widzimy się jutro. Trzymaj się. – szybko się rozłączył, nie czekając na odpowiedź.

-Dziwne… Chciałem iść na basen. – wydął usta i lekko zniechęcony wybrał następny numer.- Iglesias, mordo! Spotkamy się?

-Wybacz Padzina, ale u rodziców jestem. Nie da rady kochanieńki.

-Pojechałeś z Dominiką? Czemu nic nie wspominałeś?

-Eee….- nastąpiła chwila ciszy. – No bo….matka po mnie zadzwoniła i musiałem jechać. Nie planowałem tego, wybacz. Dominika w domu została. Po tej chemii ostatnio słabo się czuje.

-Nie no jasne, rozumiem. Może ją odwiedzę? Pomogę coś?

-Pół nocy wymiotowała… no…a to pewnie będzie teraz spać.- chwilę zająknął się- Może jej rodzice przyjadą…

-Ok! Zostawię ją w spokoju. Trzymaj się i pozdrów rodziców. – rozłączył połączenie.- Jak Adam też mnie oleje to stracę wiarę w ludzi. – Adaś?- uzyskał następne połączenie.

- Skarbie ale szybciutko. Coś pilnego?- usłyszał w tle suszarkę do włosów.

-Nie, co tam?

-Urwanie dupy mam w pracy. Klientki to już sobie na głowach siedzą. Jak nic pilnego to zadzwonię wieczorem!

-No… dobra. To do usłyszenia.

-Też cię kocham!- rozłączył się.

-Co jest z tymi ludźmi?! – wykręcił ostatni numer wstając z kanapy.- Kochanie, w tobie cała nadzieja…Pola?

-Własnie miałam do ciebie dzwonić…. Słuchaj, bardzo mnie kochasz?

-Tylko mi nie mów, że jesteś mocno zarobiona! Pół miasta obdzwoniłem i nikt nie ma dla mnie czasu. Nudzę się. Nie przywykłem do takiego stanu.

-Serio? Były mnich i nie wie, co to samotność i nuda?

-Nie ironizuj! To co jest?

-Bo ja właśnie miałam dzwonić do ciebie. Jadę z Edytą na wywiad. Facet ma teraz czas, albo wcale.

-Nie! Nie zgadzam się! Zapomnij!- wiedział do czego kobieta zmierza.

-Proszę cię! Nie ma kto go odebrać ze szpitala!

-Nie możecie zabrać go ze sobą?  Zostawisz z tyłu w aucie i niech czeka. Tylko szybę mu uchyl…- prychnął ze śmiechu.

-Odbierz Pierra i zawieź do domu. Nie może jeszcze ruszać tą ręką. Musimy mu pomóc.

-Nie chcę. Za niańkę będę robić!

-Jeszcze chwila i sądząc po twoim zachowaniu, sam będziesz potrzebować niańki!

- Dużo miałem nianiek, jak dorastałem. Tyle sióstr….

-Paddy, proszę! – wyjęczała do słuchawki. – Nie mam jak, musisz mi pomóc. Obiecałam, no!

-Co z tego będę mieć? – czuł dziką satysfakcję z wypuszczania jej.

-Najlepszy seks w życiu! Leginsów na koncert nie założysz!

-Dobra. Seksem kupisz mnie zawsze i wszędzie.

-Jakiś ty tani! – zaśmiała się.

- Ty byś za mniej poszła! – zakpił.

-Dziękuję i kocham cię.

-Ja ciebie też. Zbieram się i jadę do niego. I bez seksu bym pojechał.

-Wiem.Ale też chcę coś z tego mieć. Buźka! – rozłaczyła się.

 

TEN SAM CZAS, DOM FIONY.

-Jak ja nie lubię go okłamywać! – Pola rozłączyła połączenie i aż się wzdrygnęła.

-Robisz to w dobrej wierze! – Iglesias podał jej kubek kawy.

-Basen…. co mi strzeliło do głowy… On kocha pływać!- Jimmy siedział przy stole w kuchni.

- Twój basen to pikuś! Ja suszarkę w łazience włączyłem. – Adam usiadł Mikołajowi na kolanach.

-I co wystraszył się?- Jimmy z Pawłem przybili żółwika.

- Jego grzywka i prostownica to niekończący się koszmar!- Adam wywrócił oczami.

- I to są jego największe problemy! – Mikołaj łyknął kawę.

-Dzieci! – Fiona krzyknęła w kierunku schodów. – A i po angielsku, Kids!

-Jacy my multi- kulti, ja pierdykam! – Dominika owinęła się ciepłym kocem.

-Dobra, są wszyscy? – Pola spojrzała na zegarek. -Edyta kryje mnie przed Paddym. Może dojedzie później. Iglesias z Jimem przynieście stoły i krzesła z garażu. Przesuńcie meble, tak żeby wszystko wlazło.

-Dzieci! Babcia zaraz będzie! – Fiona krzyczała dalej.

- Mikołaj z Adamem zrobią pisanki. Ok?

- Będą ozdabiać jaja? – Iglesias wybuchnął śmiechem stojąc obok Jima.

-Nie pluj mi na twarz! – muzyk ocierał policzek

-Faktycznie, trochę to homofobiczne!- Mikołaj udał oburzonego.

-Bo z plamy dostaniesz!- Fiona warknęła.

-Mój śliczny blondynku, chcesz z ukochanym nosić przez pół dnia stoły i krzesła?-Pola pochylała się nad Mikołajem.

-Nie…- spuścił głowę udając obrażonego dzieciaka. -To ja już wolę pomalować jaja.

-Pomogę wam. I tak, na nic nie mam siły, to chociaż do tego się przydam. -Dominika przytuliła Adama

-Moja sypialnia cała do twojej dyspozycji. Kiedy tylko chcesz.- Fiona puściła buziaka przyjaciółce

-Myślisz, że Pierre zatrzyma Padiego na cały dzień?

-Powiedział, że się postara. Jak nie, to wkroczymy do akcji. – Pola zerkała na telefon. – On myśli, że robimy kolację tylko dla nas. Nie spodziewa się…

-Niemieckiego szturmu na stolicę! – Jimmy wszedł w zdanie podpierając futrynę w kuchni.

-Wy to dopiero jesteście multi – kulti! – Dominika zaśmiała się podpierając głowę.

-Dostaje tremy! Wszyscy Kelly przy naszym stole…- Adam ujął w dłonie policzki. – Robię się czerwony?

-Tak. Pulsuje ci od czoła. Głupek!

-Oni są gorsi od was wszystkich, razem wziętych. – Jimmy uniósł przecząco dłoń.

-My nie jesteśmy tacy źli, pamiętaj! -Fiona objęła jego szyję wtulając się do pleców.

- No… Fiona nadrabia za nas wszystkich, jeśli wiesz o czym mówię.- Iglesias puścił oczko przyjacielowi.

-Oni zawsze wiedzą, o czym mówisz!. – Dominika zanurzyła usta w herbacie ziołowej.

- Dobra lecę po ciasta.- Pola zerknęła na zegarek. – Wskoczę jeszcze do pralni…

-Solidny peeling wystarczy, skarbie! – Adam zlustrował przyjaciółkę. -Daruj sobie tą pralnie!

-Poza tym sucharem, jakich mało… – westchnęła- ma ktoś coś do czyszczenia?

-Czekaj, ja mam garnitur, ale w domu.

-Igi, daj jej klucze po prostu.-Dominika wywróciła oczami.

-Własnie, wibrator Dominiki i tak już widziałam! – puściła oczko i wyszła z domu.

-Jaki? Co? Masz wibrator?Przy mnie?! Oszalałaś?! -Iglesias zmrużył oczy, wpatrując się w ukochaną.

-Temat akurat do porannej kawy…Jak nic…- Mikołaj nalewał sobie kolejny kubek czarnego napoju.

-Ktoś wspominał o kawie?- w drzwiach pojawiła się mama Fiony. – No to polejcie, rybeńki. Mamusia pragnie kofeiny.

-Ło Jezu, nie mów tak! – Fiona pocałowała rodzicielkę w policzek. – Jak z kiepskiego porno.

-Tak… bo w kiepskim porno występuje morze kawy….- Paweł przeniósł wzrok na Jima. – A ty coś się tak spiął? Aa, bo teściowa przyszła….

-Misiu złoty….- Fiona dodała od niechcenia. – Morda! – uśmiechnęła się sztucznie.

-Skarbie, ja rozumiem po angielsku, dlatego biorę wasze dzieci na cały dzień do siebie.

-Pani Mariolo…- Jim wysilił się na dokładne wypowiedzenie jej słów. Reszta oparła się o stół, wpatrując w tą osobliwą scenę.

-Mów mi jak wszyscy, Mariola.

-Problem w tym, że pani imię jest bardzo ciężkie do wypowiedzenia. – Jimmy silił się na uśmiech.

-To mów do mnie inaczej. Jak ci pasuje, złociutki?

-A może: „mamo”? – Adam wstał i uniósł dłoń.  Zobaczył jednak karcące spojrzenie muzyka. – A, nie? To nie, no dobra….- usiadł ponownie.

-Mów mi Marii. Dopóki nie nauczysz się wymawiać mojego imienia. – uśmiechnęła się, ale raczej chłodno, niż życzliwie.

-Uuuu, kraina lodu, jak nic…- Dominika nie odrywała spojrzenia od stojącej naprzeciw siebie, pary.

-Jak zaczniecie śpiewać „Mam tę moc” to wam nogi z dupy powyrywam! – Fiona warknęła pod nosem.

 

 

Wyrzuciła wszystkie komplety ubrań na ogromny kontuar pralni. Za namową pracownika sprawdziła jeszcze  kieszenie. W garniturze Iglesiasa znalazła wizytówkę klubu, paczkę gum do żucia i numer jakiejś kobiety. Sięgnęła do kieszeni płaszcza, w którym była na pogrzebie Łukasza. Wyciągnęła kilka zużytych chusteczek, a wśród nich mały, czarny nośnik pamięci. Nie poznała go. Nie był jej, u Paddiego też go nie widziała. Nie potrafiła przypomnieć sobie, żeby ktoś jej go dawał. Dzisiaj i tak nie ma na to czasu. Wieczorem, kiedy wróci do domu, sprawdzi zawartość.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 1 komentarz

96. Is falling on me

-Powinnam dać ci w pysk, za takie słowa! – wsiadła na miejsce pasażera.

-Powtarzam ci, byłem pijany! -westchnął.

-Po cholerę gadasz, że mnie kochasz?! – weszła w piskliwy ton.

-Kobieto, nie piszcz! Mam kaca giganta!

-O co tu chodzi, Pierre, co? Tak serio! Co miały znaczyć twoje słowa?- Na to pytanie szczęki mężczyzny zapulsowały niebezpiecznie, zacisnął dłonie na kierownicy i gwałtownie zjechał do pierwszej wolnej zatoczki, zatrzymując silnik.

-Tak poważnie, chcesz wiedzieć?

-Tak! Bo jeśli coś do mnie czujesz… rozłożyła bezradnie ręce – To bardzo dużo zmienia w naszej relacji… – zastanowiła się przez chwilę. – No i w twojej relacji z Edytą! – patrzył na nią, na jej nerwowe wymachiwanie dłońmi, na potok słów wylatujących z jej ust. Bawiło go to, czuł ciepło na sercu. -To jak? Halo, Pierre?! – strzeliła palcami przed jego twarzą.

-Nie, Pola. Nie kocham cię…. Oszalałaś?! Po prostu bardzo cię lubię mała, i za żadne skarby nie chciałbym, żeby coś ci się stało…Ale nie czuje do ciebie takiego uczucia jakim mężczyzna darzy kobietę.-uśmiechnął się nieśmiało. – Jestem takim trochę starszym bratem. – założył jej kosmyk włosów za ucho i delikatnie pogłaskał policzek. Nie drgnęła tkwiąc w zdziwieniu i zaskoczeniu przez to co właśnie robił i co mówił. – Taki anioł stróż bardziej…

-Tak, anioł! – prychnęła pełna sarkazmu chcąc jak najszybciej ukryć zakłopotanie.  – A diabelskie rogi i ogon gdzie chowasz?

-Rogów moja droga nikt mi nie przyprawia a ogon…. – uniósł zaczepnie jedną brew – W spodniach! Taki okaz, muszę go ukrywać!

-Jesteś obrzydliwy!

-Między nami gra?- dał jej lekkiego kuksańca w ramię.

-Gra…- przyjrzała mu się, kiedy ponownie ruszał pod redakcję. – A swoją drogą nie starszy brat…- skrzyżowała ramiona na piersi.- Jesteś młodszy!

-Ale nie dużo! To może umówmy się na tego anioła, co?- puścił jej oczko. – I nie krzycz już dzisiaj, błagam!

-Upadłego co najwyżej! – jechali przez kilka minut w ciszy, analizując słowa jakie właśnie padły w samochodzie.

-A jakby to była prawda? Z tą moją miłością do ciebie? – zapytał, kiedy parkował pod biurem.

- Przestalibyśmy się przyjaźnić.  To chyba… – spojrzała mu w oczy.- Byłby koniec…- wzruszyła ramionami i  wyszła z pojazdu.

-Tak myślałem… – mruknął sam do siebie, a po chwili również wysiadł i dołączył do kobiety.

 

 

 

Minęło kilka dni, kiedy wlewając w siebie kolejną porcję kofeiny zaparkował przy nowoczesnym, obitym szkłem, budynku. Był wczesny poranek, co pomagało Iglesiasowi utrzymać w miarę świeży wygląd i nie zmęczoną problemami twarz. Do Dominiki miał jechać po spotkaniu. Kolejna chemia. Kolejny wlew. Znowu będzie  trzymać jej chudą dłoń i uśmiechać się sztucznie, w myślach modląc się o to, by ani jedna łza nie uciekła spod jego powieki. Dopił resztę kawy z papierowego kubka, zgniótł go i wyrzucił na tyle siedzenie. Wysiadł, poprawił dłonią czarne, błyszczące włosy, zamek skórzanej kurtki zasunął pod samą szyję, wyciszył dzwonek telefonu i wszedł do środka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Paweł Skolan. Dzień dobry. Byłem umówiony na spotkanie w sprawie sesji, jaką chcą państwo wykonać.

-Tak, oczywiście. – Kobieta o białych włosach, porcelanowej mlecznej cerze i niewiarygodnie czerwonych ustach, uśmiechała się co przypominało bardziej reklamę pasty do zębów, w której powinna grać. – Niestety pani dyrektor musiała jechać na pilne spotkanie. Jest chwilowo nieobecna.

-Mogliście mnie powiadomić. – irytacja lekko brała nad nim górę.

-Ale spotkanie nie ulega zmianie, panie Skolan. Zastępca spotka się z panem. Ustalicie państwo szczegóły. – uśmiech nie schodził z jej sztucznej twarzy. – Proszę spocząć. – wskazała fotel w kolorze kanarkowej żółci.
Po kilku minutach młoda, stylistyczna albinoska zaprowadziła Iglesiasa korytarzem, pod gabinet dyrekcji. Zmierzyła go wzrokiem i cicho dodała pod nosem. – Spodobasz się jej.

-Co? Słucham?- zaskoczony, nie do końca rozumiał sens wypowiedzianych słów.

-Panie Skolan! Witam. Zapraszam. – młody, elegancki mężczyzna otworzył drzwi zapraszając do środka. – Rozumiem, że spotykamy się by uzgodnić warunki i doprecyzować umowę? Proszę spocząć. – wskazał fotel, jednocześnie zamykając drzwi. – Zasadniczo to czysta formalność. Szefowa zawsze sama wypatruje i łowi swoje zdobycze…- przyjrzał mu się uważnie.

-Zdobycze? Łowi? Jak mam to rozumieć? – Czuł się bardzo niekomfortowo. Mimo wszechobecnych uśmiechniętych, sztucznych twarzy, wokół panowała chłodna, wystylizowana atmosfera.

-Wybacz. Tak się mówi w niektórych kręgach. Ok, to może przejdźmy do spraw urzędowych?

-Chętnie. Przyznam, że odrobinę czas mnie goni. – wysilił się na zdawkowy uśmiech.

- Na następne spotkanie zarezerwuj sobie więcej czasu. Dzisiaj umowa lojalnościowa, a następne spotkanie będziesz miał już z  górą.

- Z nią będę pracować? Z szefową?

-Oczywiście. Ona osobiście zajmuje sie takimi kąskami, jak ty. Lubi trzymać dłoń na pulsie i pilnować swoich interesów. Myślę, że po świętach zaczniecie.- wpatrywał się w ekran zgrabnego komputera.

-Cieszy mnie to. Muszę pracować, nie chcę wypaść z obiegu.

-Oczywiście, że nie i gwarantuje, spodoba ci się….

-Ok, wszystko wygląda całkiem w porządku.

-Podpisz i jesteś nasz… – zmrużył oczy

-Wiesz, ze nie ułatwiasz tego takimi słowami?

-Takie żarty… Wybacz!- machnął dłonią wyraźnie zakłopotany. – Z przyzwyczajenia wprowadzamy w stres nowych modeli. Lubimy, kiedy są zestresowani. Zapomniałem tylko, że ty nie jesteś nowy w tej branży. Zazwyczaj goszczą u nas młodsi…

-I teraz jeszcze sugerujesz, że jestem stary?

- Nie sugeruje. Jesteś Skolan. W tej branży większość modeli idzie na emeryturę koło trzydziestki więc ty już jesteś weteranem i starym wyjadaczem. Jedak patrząc na ciebie, rozumiem co miała na myśli Karolina. Masz charyzmę i taką fajną twardość w sobie. Nadasz się idealnie. – splótł palce dłoni przykładając do ust.

-Dobrze. To stary wyjadacz jest wasz. – podsunął podpisaną umowę. – Tylko już nie mówmy o moim wieku. Jesteś w podobnym.

-Ale ja nie będę pozować z gołą klatą. – uśmiechnął się diabolicznie, ukazując rząd sztucznych, białych zębów. – Dziękuję i do zobaczenia Paweł. Będziemy bawić się wyśmienicie.

-Przestań. – uniósł zabawnie palec.

-Wybacz. Nawyk. – uścisnął mu dłoń. -Widzimy się po świętach.

 

 

 

Byli gotowi. Trasa wiosenna rozpisana. Po kilku burzliwych dyskusjach, wielu kreśleniach i kłótniach, mieli w końcu zaplanowane kawałki, jakie będą grać na najbliższych koncertach. Byli zrelaksowani i już nie mogli doczekać się wyruszenia w trasę. Siedzieli teraz w przyjemnej restauracji, jedząc pyszny obiad, popijając czerwonym winem, co chwilę wznosili toast. Wszystko było na dobrej drodze.Will żartował, że toast będą wznosić po skończonej trasie i tylko wtedy jeśli Paddy nie spadnie ze sceny.

-Do góry nie poleci, za ciężki! – Christian wkładał sobie do ust kolejną porcję makarony z grzybami.

- Upewnij się najpierw, czy są pod tobą ludzie jak już będziesz się rzucać! – Basti wtórował przyjacielowi.

-Tacy zabawni jesteście?! Basti jakby się rzucił to mało by fanów zostało! Ja… Ja tam zginę w tłumie, twierdzę nieskromnie….Ale skakać nie będę…

-Noo… w tłumie to byś nie przeżył!

-O ile go zauważą! – przy stoliku wybuchł gromki śmiech.

-Przepraszam, pan Paddy?- do stolika podeszła młoda dziewczyna, zawstydzona, onieśmielona i z czerwonymi wypiekami na policzkach.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-O, proszę! Zauważają mnie! – Pokazał Bastiemu język i przez chwilę serdecznie rozmawiał z dziewczyną. Zapytał skąd jest, ile ma lat. Dziewczyna była młoda, za młoda na wspomnienia Kelly Family. Nie pamiętała ich. Była na koncercie w Krakowie i została oczarowana, jak sama o sobie twierdziła. Paddy powiedział, że jest zaszczycony i oby więcej takich ludzi. Zrobili sobie zdjęcie. Dziewczyna przeprosiła, jeszcze raz podziękowała i ściskając dłoń Patricka odeszła z lekko wyłaniającym się uśmiechem na twarzy.

-Piękna… Gdybym nie miał żony…- Christian zamyślił się.

-No to co byś zrobił Casanovo? Ona mogłaby być twoją córką! -Basti szturchnął bok przyjaciela.

- Zboczeńce! – Will przewracał oczami. – To co, panowie. Po świętach jedziemy? Wszystko mamy dograne? O ile Pad nie zawali to wszystko powinno się udać.

-Dlaczego ja, do cholery? Czy ja wyglądam na kogoś kto zawala? – śmiał się. – Prędzej ty dasz ciała!

-Ja już nie daje! To się kończy wieloma rozwodami, bez sensu! – Will zanurzył usta w kieliszku wina. – Nawet na kacu pojawiam się w pracy….

-Faktycznie, masz się czym chwalić! Tylko po świętach nie daj plamy!

-Zależy z którą żoną je spędzę!

-Za możliwość wyboru! – Christian wzniósł kolejny toast.

-Zabierasz Polę, że tak zmienię temat?- Basti nachylił się w kierunku Patricka.

-Chciałbym. Teraz, po śmierci naczelnego, nie wiem czy to się uda. Możliwe, że ją przykują do kaloryfera i każą pracować na okrągło. – zacisnął wąskie wargi.

-Lubisz takie zabawy? – z drugie strony Patricka szepnął Will.

-Zamknijcie się! Świry!- dopił sok pomarańczowy.- Jadę do Poli, do redakcji. Zamów mi taksówkę.

-Sam nie potrafisz? – Will udawał znudzonego, nawet teatralnie ziewnął.

-Nikt nie robi tego tak doskonale, jak ty.

-Lizus!

-Zamknij się!

—————————————

Kilka minut później siedział już w taksówce, próbując przecisnąć się przez zatłoczone ulice Warszawy. Podjechał na kilka minut przed czasem, dał kierowcy napiwek, podziękował i wyszedł z samochodu.
Jadąc windą na piętro redakcji, napisał wiadomość do Pawła, Adama i Jima.  Chciał się z nimi spotkać. Nie powiedział w jakim celu, najpierw musiał ustalić termin, odpowiedni dla wszystkich bo chciał, żeby każdy z nich był obecny.

-Jak on mnie denerwuje! Co za typ! Takich terminów nie stawiał nam nawet Łukasz! – Pola warczała na pół redakcyjnego korytarza.

-Wiem, dupek jakich mało! – Obok niej kroczył Pierre wpatrując się w otwartą teczkę.

-Nie napiszemy tego, nie wyrobimy się! – nerwowo zapinała czarną marynarkę.

-Damy radę. Ogarnę to jakoś.

-A na święta jedziesz do Francji?

-A… Co? – zatrzymał się w półkroku. – Co to za zmiana tematu? Od dupka naczelnego po francuskie święta?

-A przypomniało mi się. To jak?- zatrzymała się gwałtownie powodując niewielką kolizję z Pierrem.

-Uprzedzaj kobieto! – przytrzymał się ściany

-Paddy! Jesteś już? Super!- momentalnie zmieniła nastawienie.

-Też się cieszę, że was widzę! – wstał z fotela przy recepcji.

-Powiedziałaś mu? – Pierre szepnął, kiedy zbliżali się do muzyka.

-Że niby mnie kochasz? Zwariowałeś?!

-Super. – szepnął, a po chwili głośno dodał. – Paddy, mój przyjacielu!- Podszedł i uścisnął mu dłoń. – Co cię tu sprowadza?

- Jadę z Polą na zakupy. Umówiliśmy się. Co jak co, ale tobie chyba nie muszę się tłumaczyć?

-A ty to chyba masz z kimś do pogadania…- Pola wtulona w Patricka wskazała na gabinet Edyty.

- A moglibyście mnie zabić najpierw?- brwi zbiegły mu się na czole.

-Chętny! – Paddy uniósł jedną dłoń.

-Idź z nią pogadaj! A najlepiej przeproś!

-Pierre? A za co ty masz przepraszać chłopie?- Paddy kpił w najlepsze.

-Mam ochotę rozerwać sobie twarz na dwa kawałki, a potem na następne i kolejne, aż zrobię pieprzone konfetti! – ostatnie słowo wykrzyczał i wszedł do gabinetu Edyty.

-A temu co?

-Hormony. Nie przejmuj się. Idziemy? – musnęła jego usta. – Sklepy czekają.

-A wieczorem czeka cię coś innego! – ugryzł delikatnie płatek jej ucha.

 

-Za mało czasu! Mamy za mało czasu i za mało rak do pracy, Fiona! Nie ogarniemy tego! – pola dyszała będąc krok od histerii. – Tyle ludzi! To jak wykarmić pół bataliony!! Potrzebuję papierowej torby…. Powietrza!

-Uspokój się i napij wina! – wsadziła w dłoń przyjaciółki kieliszek czerwonego płynu. – Ogarniemy, musimy tylko mieć plan i….- konspiracyjnie targała serwetkę na mniejsze kawałeczki.- Ludzi do pracy…

-Dobra, spokojnie. Kto nam został?- brunetka sięgnęła po notatnik i długopis. – I jeszcze wszystko trzeba utrzymać w tajemnicy przed Paddym! -zapiszczała

-Sama to wymyśliłaś! Przestaniesz w końcu panikować!? Chryste, jak baba!

-Jestem babą!

-Polka, kurwa weź się w garść. Chcesz wystawić te święta, czy faktycznie jądrówkę odpalić, jak twierdzi Jim?

-On zajmie się Paddym! Tak, to jest myśl!

-Iglesias siedzi na zmianę w szpitalu i w agencji. Nie dodawajmy mu jeszcze problemów.

-Masz rację. Dominika coraz gorzej znosi chemię. Szkoda, że nie możemy jej odwiedzać za często.

-Jak miałabym ją zarazić jakimś wirusem, to już wole gadać z nią przez wideorozmowe jedynie. – Fiona machnęła rękami.- Do wątku wróć! Iglesias i Domi odpadają.

- Mikołaj i Adaś.

-Oni będą. Mikołaj ma wolne, pomogą.

-No i my i… tyle…

-Do dupy nie przyjaciele… Mało nas.

- A Pierre i Edyta?

-Nie wiem… zapytać mogę. Nie wiem czy się pogodzili czy może… pozabijali…

-Powiedział ci, ze cię kocha, więc albo zrobi to z miłości albo zrobi to z wyrzutów sumienia…tak czy siak…

-Zrobi to?- zakpiła.

-A może ja pomogę? – w kuchni stanęła mama Fiony. – Przyda wam się doświadczenie, moje podlotki…

-Że ja nie pomyślałam o mamie! – klepnęła się karcąco w czoło.

-Podlo co? Może wina?- Pola sięgnęła po kieliszek.

-Jeszcze pytasz?!- mama usiadła koło młodych kobiet.- Na ile osób robicie tą imprezę?- zerknęła na listę wręczoną przez Fione.

-Ostateczna wersja będzie trochę inna… Liczymy na to, że Kathy i Joey nie przyjadą jednak…No i może Pierre z Edyta będą…

-Wam tu się małe wesele szykuje…- analizowała listę od góry do dołu.

-Mamo, dobijasz nas! – Fiona opadła czołem na blat stołu.

-Nie ma pani serca! – Pola upiła łyk wina

-Nie mam, alee…. – sięgnęła do ogromnej torby. – Mam to. -położyła na stole pokaźnych rozmiarów wizytownik.

-Numer do taksówki, która mnie wywiezie z miasta?- Pola ironizowała.

-Nie, głupie! Catering. Słuszne i jedyne wyjście z sytuacji. Wiele razy to mnie ratowało przed świątecznymi wpadkami.

-Mamo… – Fiona spojrzała z wyrzutem. – Całe dzieciństwo byłam oszukiwana…

-A ty głupia, jabłecznik sama pieczesz! – Pola uniosła znacząco brwi.

-Nawet jabłecznik był lewy?!Mamo?!

-Cukiernia na przedmieściach. Wybierałam najbrzydsze ciasto jakie było, czasem nawet lekko przypieczone. W domu posypywałam cukrem pudrem i już.

-Czuje się taka oszukana! – młode kobiety żartowały i kpiły w najlepsze.

-Szkoda czasu i życia…- mama dodała, kiedy odrobinę spoważniały. – Na stanie przy garach. Ludzie są ważni, atmosfera świąt… i nasz dobry nastrój, podlany odrobiną wina.

-A ty co? – Fiona zauważyła, że przyjaciółka skubiąc dolną wargę, przygląda się liście gości.

-Poza tym, że panikuje?

-No poza tym? Panika to u ciebie norma.

-Myślę, że Paddiego powinien zająć Pierre. Jimmy nam się przyda. Będzie koordynatorem między nami a Kelly, lotniskiem, hotelem…

-Ciekawe jak francuz zajmie tego twojego Patricka…

-Zaprosi go na ślimaki i żabie udka….- mama wtrąciła od niechcenia.

-Mamo… jesteś wspaniała….

-Sarkazm?

-A jak myślisz?

 

 

 

Kolejny raz pukał do jej drzwi. Był zmęczony i zniechęcony całą tą sytuacją. Przypominał sobie, jak takie sprawy rozwiązywał Łukasz. Zawsze dyplomatyczny, w białych rękawiczkach, z torbą pieniędzy. Nikt mu nie odmawiał. Teraz on, uwikłany między wściekłymi kobietami, próbuje wyplątać się z tego, z jak najlepszą twarzą.

-Edyta! Policzę do trzech i wejdę z buta do tego mieszkania! Otwórz! Musimy porozmawiać!W redakcji nie pogadaliśmy!

-Nie musimy! – doszedł go stłumiony kobiecy głos.

-Zachowujesz się niedorzecznie. Otwieraj te cholerne drzwi! Raz! Dwa! Trzy!

-Czego chcesz?- stanęła naprzeciw niego. Dumna, zła, ciskająca pioruny z oczu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Głupio się pytasz! – wszedł do mieszkania. – Przez chwilę miałem przeczucie, że ktoś mnie zastrzeli jak tu wejdę, a ciebie przetrzymują….

-Co? Bredzisz!

-To byłoby jedyne logiczne wyjaśnienie twojego głupiego zachowania!

-Mojego?! Twoja bezczelność sięga sufitu! Po to przyszedłeś? Wytykać mi?!

- Wyjaśnić!

-Nie ma co, Pierre! Możesz kochać kogo chcesz…

-Nie mów mi co mam robić i jak żyć. – najeżył się!

- O tym mówię! Nie mam na ciebie żadnego wpływu….W końcu, nie jesteśmy razem, prawda? – podeszła bliżej.

- Prawda…

-To co było między nami….- spuściła z tonu.

-To był tylko seks….-zbliżył twarz do jej ust. – Tylko seks…- patrzył w jej ciemne oczy.

-Wynoś się! – wymierzyła mu siarczysty policzek. -Natychmiast zejdź mi z oczu! Potraktowałeś mnie jak dziwkę!

-Ty tak twierdzisz…- podszedł do drzwi.

-Kochasz ją? – zapytała, kiedy prawie znikał na korytarzu.

-Tego nigdy się nie dowiesz…. – odszedł powoli.  Wyszedł przed budynek. Odpalił papierosa. Koło niego przejechał ciemny samochód, w którym pojawił się pojedynczy błysk, coś jakby wystrzał. Po chwili poczuł palący, kujący ból w ramieniu, który powoli rozlewał się na całe ciało. Przytrzymał się maski swojego auta. Zdążył jedynie wybrać ostatni numer w telefonie. Nie poczekał na połączenie. Tracąc przytomność, osunął się na chodnik, telefon wypał mu z dłoni. Na ekranie widniało połączenie z „Edyta”.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 3 komentarzy

95. Most of my days

Popołudniowe słońce drażniło jego zamknięte powieki. Ciepło światła paliło jego wyschnięte wargi, potęgując uczucie niebywałego pragnienia. Otworzył oczy, poczuł silny, pulsujący ból w skroniach. Przeklął po francusku, obrócił się na bok i naciągnął na głowę zielony koc.

-Dodaj jeszcze „Sacrebleu” jak rasowy muszkieter. -Alex odkręcił butelkę wody gazowanej, która wydała przy tym, charakterystyczny syk. – Wody? – zachichotał.

-Spierdalaj, bo cię zastrzelę. -Pierre wyjęczał spod koca.

-A wody byś nie chciał? Mokra… pyszna…

-I tabletkę? – Do sypialni weszła uśmiechnięta blondynka.

-Dobra, dawaj!-  Zrzucił z siebie koc siadając na łóżku.- Chryste, moja głowa!

-Przecież ty niewierzący jesteś? – Alex dalej pastwił się nad przyjacielem.

-Przy takim bólu głowy, chyba zacznę wierzyć… Ktoś kaca wymyślił, obstawiam, że ten tam, na górze! – wskazał palcem sufit i z wyraźną wdzięcznością, przyjął od Gwen dwie tabletki przeciwbólowe. – Dziękuję ci skarbie! Odwdzięczę się, jakoś!

-Nooo skowroneczku, gdzie to tak zabalowałeś? – Alex poczekał, aż Gwen zostawi ich samych i wróci do szykowania śniadania. – I najważniejsze, z kim? Chyba nie powiesz mi, że piłeś sam….- podał mu butelkę wody.

-Sam piłem… musiałem! Potrzebowałem resetu. Chociaż na chwilę, na jeden dzień.

-Sprawa Artura?- Alex zacisnął wargi.

-Też. Właściwie, to jego temat najbardziej mi ciążył i chyba dobił mnie po ostatnich wydarzeniach. Odreagowywałem.

-Z?

-Jakaś blond-cośtam! Co za różnica?- podrapał się po piersi i przeciągnął łańcuszek, który przesunął mu się na plecy.

-Sprawdź dobrze łóżko… zazwyczaj obok ciebie leżało coś, przypominające zwłoki, bądź ledwo przytomną panienkę a dzisiaj… nic! Co jest, kondycja ci „opada”? Czy wcześniej kończysz i wywalasz je za drzwi?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Czasami zastanawiam się, czy możesz być jeszcze głupszy, czy to już szczyt twoich umiejętności… Dzisiaj pokazałeś… że jednak szczytu nie osiągnąłeś…- spojrzał na zanoszącego się śmiechem mężczyznę.- I zanim powiesz coś o szczytach, to nie! Wróciłem do domu sam… mam przynajmniej taką nadzieję…

-Widzę,że pamieć wraca ci powoli…- odchrząknął, wyciągnął swój telefon, wcisnął kilka klawiszy i włączył na głośnik. – Bo chyba do kogoś zadzwoniłeś…

„Pola? Halo? Polka ja mam takie pytanie… dlaczego sikacie na siedząco? Co jest? Kurwa, nie ten numer!”

- Polka….- chwycił się za głowę i opadł na poduszkę.

-No Polka. Nie wnikam, dlaczego kwestia kobiecego sikania aż tak cię interesuje, ale powiedz mi po co do niej dzwoniłeś?

-Bo nie mogłem przelecieć tamtej laski… Ona mnie moralnie blokuje…Ja pierdole!- zamknął twarz w dłoniach. – Co ja zrobiłem Alex?! Co ja zrobiłem?!- oddychał głęboko.- Ona mnie zabije!

-Przecież nie zabrałeś blondyny ze sobą, więc chyba raczej nic nie zrobiłeś…Zwykły pijacki bełkot, nic wielkiego!-odwrócił sie w kierunku kuchni. – Gwen zrobiłabyś mi kawę?

-Nie drzyj się, kretynie! Mózg mi zaraz wypadnie!- Pierre masował obolałe skronie.

-No to co jeszcze zrobiłeś? Chwal się, misiaczku!

- Powiedziałem Poli, ze ją kocham!

-Że co ty ją?- Alex aż podniósł się z krzesła.

- Co zrobiłeś?!- w drzwiach sypialni stanęła Gwen, a w dłoni trzymała telefon Pierra.- Edyta do ciebie… – dodała cicho, wpatrując się w mężczyznę na łóżku.- Zostawiłeś telefon w kuchni…

-Może być jeszcze gorzej?-zacisnął szczęki, wyciągnął dłoń w kierunku Gwen, po chwili przykładał aparat do ucha. -Halo? Edyta?

-Kochasz ją?- usłyszał szept.

- Nie w ten sposób…

-A można w inny?! – rozłączyła połączenie.

-Dobra, słuchajcie! Nie było tematu, ok? Jakoś wyplącze się z tego… W gorszych tarapatach bywałem…To tylko dwie babki… ogarnę to.

-No nie wiem… Dwie wkurwione babki… Stary, będzie ciężko! Ja ledwo ogarniam jedną.

-Tylko, że ja się nie  denerwuję, inaczej chodziłbyś już bez ręki…-Gwen zmierzwiła włosy Alexa

-Albo ze stygmatem na czole….- puścił buziaka w kierunku kobiety.- Zadzwoń najpierw do Poli, dowiedź się, jak ona to odebrała…

-Jak mogła to odebrać?Tak jak powinna chyba…

-Pierre, byłeś nawalony w trzy dupy! Żadna laska nie powinna brać takiego gościa pod jakąkolwiek uwagę, a już na pewno mu wierzyć! Ale Alex ma rację, zadzwoń do niej! -wskazała brodą na telefon.

-Ale co, tak zaraz?

-Aaaa, bo wy potrzebujecie intymności…no zapomniałem!- na te słowa w kierunku Amerykanina poleciała poduszka.

-Wynocha! Już! Idźcie męczyć kogoś innego albo siebie nawzajem! Zostawcie mnie!- ponownie nakrył się zielonym kocem czekając, aż wszyscy wyjdą i kiedy został sam, dodał…- Ja pierdole!

 

 

Paddy, w wyjątkowo dobrym humorze, pogwizdując przekładał omlet na drugą stronę. Dawno nie biła od niego taka radość i dziwny spokój. Nucił pod nosem jakąś nieznaną melodię. Na sobie miał jedynie białe bokserki, w dłoni kubek z gorącą kawą a nogą tupał do rytmu.

–Na twoim miejscu, nie tańczyłabym tak z gorącą kawą, będąc prawie gołym… Poparzone sutki muszą cholernie boleć… – Pola podpierała dłonią brodę, wpatrując się w ekran nowego laptopa.

-A skąd możesz wiedzieć? Taka niegrzeczna byłaś?- uniósł brwi z szyderczym uśmiechem.

-Nie byłam… jestem Kelly, jestem! – Nie odrywała wzroku od ekranu.

- Zostaw tą pracę, napij się kawy i pogadaj ze mną! – Usiadł naprzeciwko niej. Spojrzała na niego i odruchowo na jej twarzy zagościł promienny uśmiech.  Przypominał młodego chłopca, podskakującego z entuzjazmem. Na jego głowie panował niekontrolowany chaos, jego szyję ozdabiał niezmiennie niewielki różaniec, na nadgarstku dumnie spoczywała bransoletka z niebieskich koralików. Nie potrafił jednak dostatecznie ukryć swojego wieku. Zmarszczki wokół oczu, choć wynikające z wielu chwil radości, dodawały mu lat. Kiedy usiadł, niewielki brzuch lekko zarysował się tuż nad linią bokserek.

-Tyjesz… tatuśkowaty brzuszek ci się robi…- przechyliła się i dała mu kuksańca w nos.

- Lubie te nasze poranki. Jest cicho, nikogo więcej, poza nami.. Żadnych ludzi wokół…

-A właśnie a propos ludzi… Święta…

-Nic nie robimy! Spędźmy je we własnym gronie…- najeżył się lekko.

-Paddy, a twoja rodzina?

-Nie po tym, co ci zrobili…- lekko zacisnął dłonie na kubku kawy choć starał się zachować spokój.

-Angelo i Kira też? A Pati? Nie wsadzaj ich do jednego worka….- spojrzała w ekran i po chwili dodała. – To nie sprawiedliwe i krzywdzące.

-Ciebie skrzywdzili mocniej…- spojrzał w jej zielone oczy.

- Ok. – podniosła dłonie w geście poddania.- Nie będę naciskać.

-Tak już? Nie ma jęczenia, Paddy a może jednak… – przedrzeźniał ją. -Paddy, bądź rozsądny… To twoje rodzeństwo… i inne bzdury.

-To nie bzdury! – rzuciła w niego kawałkiem omleta powstrzymując śmiech. – To twoje sprawy i tyle. -kuchnie wypełnił dźwięk przychodzącego maila. Zobaczyła szybko pocztę. Jedna wiadomość od Kiry i jedna od Pati. – Masz już rozpiskę koncertów? – zmieniła temat.

-Tak. Czekaj. O tu. – pokazał jej telefon, a w nim zdjęcie z tabelą koncertów po kolei.

-Niemcy i Polska… Pięknie. Prawie jak Grunwald.- wywróciła oczami. – Omlety ci się przypalą kuchmistrzu!

-O cholera! – podbiegł do patelni. – Pierwszy koncert mam w Polsce, zaraz po świętach. Początek trasy wiosennej…- poprawił włosy i lekko zasępił się. – Promowanie „Shake Away”… – wzruszył ramionami. – Trochę tego jest.

-Ale co, nie cieszysz się?- Pola była wyraźnie zdziwiona. – Nie takiej reakcji spodziewałam się po tobie Kelly.

-Właśnie bardzo się cieszę! Ruszam z robotą, a to lubię najbardziej…

-To w czym rzecz?

-W tobie…. nie chcę zostawiać cię na tak długo samej. Nie lubię, kiedy nie ma cię obok..

-Taka to już rola przyszłej żony gwiazdy…- musnęła jego usta, ten wydał z siebie ciche mruknięcie.

-Czyli to ja jestem narzeczoną, skoro to ty się oświadczyłaś?- Paddy machał łopatka od placków.

-Ale to chyba bardziej wynika z płci, nie sądzisz? – zaśmiała się.

-Uwielbiam, kiedy tak się śmiejesz… jesteś wtedy taka beztroska, pozbawiona wszelkich trosk…

-A skoro o tym mowa. Co zrobisz z Manuelem i tą wiedzą?

-Nic.- wzruszył ramionami. – Nie mam kogo zapytać, Wiktor jakby zapadł się pod ziemię, nawet nas nie pożegnał…

-Tak, to było przykre…

-Jak sama widzisz…Nie bardzo mam co z tym zrobić. – wsadził do ust porządny kawałek placka. -Teraz chcę skupić się na nas, na muzyce i na byciu szczęśliwym.

-Mieliśmy się odchudzać….- wskazała brodą na talerz po brzegi wypełniony.

-Dobra tam, jutro!  Teraz jestem szczęśliwy!

-Nie wymawiaj tego słowa! Zawsze kiedy mówimy o szczęściu to coś się wydarza!

-Co się może jeszcze stać?!- usłyszeli dzwonek do drzwi wymownie spoglądając na siebie. – A jednak może się stać! Otworzę, ciekawe kto to?- Pola podeszła do drzwi. – I od kiedy zamykamy dom?

-Nowy nawyk! – Paddy krzyknął z kuchni.

-Jimbo! Witaj skarbie! – Pola ucałowała muzyka. Od czasu poronienia ona i Jim zbliżyli się do siebie, nawiązując nowe porozumienie, co stanowiła grunt do pięknej przyjaźni, tak przynajmniej sądzili.

-Cześć mała. Przyjechałem na kawę. – przechylił nos przez uchylone drzwi – Zaczęliście beze mnie?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Nie byłeś przewidziany w dzisiejszym poranku! – Paddy przechodził właśnie z kuchni do sypialni.

-Ubierz się! Na taką słoninkę zlecą się zaraz wszytskei sikorki z okolicy! -puścił Poli oczko, wchodząc do mieszkania.

-Omleta? – nałożyła mu na talerz i podała kubek kawy.

-Oczywiście! Chętnie!- Jimmy powiedział to zdecydowanie za głośno i mało naturalnie. Pola usiadła obok niego i z tajemniczym uśmiechem popijała kawę. Jimmy w ciszy pochłaniał kolejne porcję placków. Po krótkiej chwili usłyszeli zamykane drzwi od łazienki i odkręcony prysznic. – Czy ty wiesz co robisz mała?! Pogrzało cię?!

-Skąd już wiesz?! Fiona! No przecież!

-Patka! -warknął konspiracyjnie pod nosem. – I nie sądzę,żeby to był dobry pomysł!

-Dlaczego nie?! Ucieszy się!

-Nie, nie! To nie o grubaska w leginsach nam chodzi! Wszyscy Kelly przy jednym stole, plus rodziny… Plus wy wszyscy… To może od razu lepiej jądrówkę odpalmy?!

-E tam! Będziemy im dużo polewać! Alkohol zawsze działa, rozluźnia.

-Dobra, pomogę wam…

-Nie masz innego wyjścia za specjalnie, ty…pisarzu ty!

-Powiedziała ci?! -Jimmy udał oburzonego

-Trochę. I uważam to za wyśmienity pomysł, o ile nie ty będziesz pisać…

-Bo? Co ci się nie podoba….

-Nie potrafisz! Musisz mieć kogoś, kto to spisze i pomoże wydać. Prześle ci kilka namiarów na wydawnictwa.

- Dzięki mała.

-I tak ci to nie pomoże.Zamknij się i wcinaj omlety!

-Dżem jagodowy by się przydał….

-Nie przeginaj! – zmierzwiła mu włosy i wyszła do sypialni.

Po kilku minutach w kuchni pojawił się Paddy, gotowy do wyjścia. Dopił resztę swojej kawy i spojrzał na jedzącego brata.

-Z dżemem jagodowym byłyby lepsze! – uniósł kubek do ust

-Prawda?! A Polka się złości! – zaśmiał się, jednocześnie spoglądając na nadgarstek młodszego brata.- Za mało się z ciebie nabijamy? Teraz zaczynasz biżuterię nosić?

-Świetna nie?

-Kiedy to już nie te czasy…- odłożył talerz obok zlewu. – Lata 90 minęły bezpowrotnie bracie i żadna bransoletka, ani cienki szaliczek tego nie zmienią.

-Ani odmładzanie się na siłę, nosząc skórzaną kurtkę i kowbojki! – wywrócił oczami. – Jedziesz ze mną do studia? Będę dzisiaj pracował do późna.

-Jadę. Posłucham… może coś zgapię od ciebie…

-Nie masz takiego głosu jak ja…-Paddy wzruszył ramionami.

-Mylisz się.Mój głos brzmi lepiej, niż twoje skrzeczenie niczym przejechany kot! – Ubierali się koło wyjścia.

-Kot przejechany już by nie skrzeczał, kretynie! Pola! Wychodzimy!

-A z tym kotem…- weszli do windy.

-Po co my w ogóle prowadzimy tą rozmowę?!

-Bo może go przejechali ponieważ nosił takie beznadziejne bransoletki? – Jimmy udawał, że intensywnie myśli.

-To bransoletka zaręczynowa…Pierwszy raz mówię to na głos…- z ciepłym uśmiechem pogłaskał nadgarstek.

-Jaka?! – Jim stał jak wryty.-  To ty nie wiesz jak należy się oświadczać? Nie uczyliśmy cię tego?! Jaka łajza!

-Ona się oświadczyła…-Powstrzymywał śmiech.

- Ale… – uniósł dłoń z wyciągniętym palcem, ale nie wiedział co powiedzieć. – Ale…

-Ale, co? – drzwi rozsunęły się i Paddy wyszedł zostawiając zszokowanego Jima w windzie. – Chodź, bo pojedziesz z powrotem na górę!

-Nie spodziewałem się tego…Ona… Ale uklękła?

-Nie powiem ci! Nie twoja sprawa. – uśmiechnięci, z rękami w kieszeni, swobodnie wychodzili z budynku. – Ale mam dla niej mega niespodziankę! Nie mogę przestać się uśmiechać ilekroć sobie o tym pomyślę!

-Niespodziankę? To się chłopie zdziwisz! – Jim parsknął śmiechem.

-Nie zepsujesz mi tego! – szturchnął brata odpychając go na pół metra. – O cześć Pierre!- zza rogu budynku wyszedł, prawie się z nimi zderzając, francuz. – Przyjechałeś po Polę?

-Po nią, do niej… wszystko jedno. Cześć Kelly razy dwa!- uścisnęli sobie dłonie.

-Wchodź śmiało. Szykowała się do pracy, jak wychodziliśmy.

-Dzięki. – odszedł kawałek.

-A i Pierre…- Paddy krzyknął za oddalającym się mężczyzną. – Nie dzwoń do nas po pijaku i to w środku nocy…Spać ludziom nie dajesz! – zaśmiał się serdecznie.

-Gwarantuje, że więcej to się nie powtórzy! – machnął dłonią i zniknął w budynku.

-Dzwonił do was? Co chciał?- Jimmy zapytał.

-A nic. Pijany był. Pierdoła jakaś…

-Po pijaku dzwonimy zazwyczaj do tych, kogo nosimy w sercu…-wsiadali do samochodu

-Dlatego właśnie zawsze dzwonisz do mnie, świrze! – odjechali w kierunku studia.

 

 

 

Zaparkował na strzeżonym parkingu koło agencji. Był zmęczony, strach, który towarzyszył mu od dłuższego czasu, teraz czuł ze zdwojoną siłą. Wmawiał sobie, że wszystko będzie dobrze. Niczym mantrę powtarzał w myślach, że Dominika wyzdrowieje. Dokopywał się w swojej świadomości ostatnich pokładów siły, aby nie pokazać jak bardzo się boi.
Przy każdej chemii, kiedy trzymał jej dłoń, czytał na głos książkę bądź przytuleni oglądali jakiś film, czuł że powoli ulatuje z niego życie, że jakaś mała część, gdzieś za obojczykiem, rozpada się powoli. Jadąc, jego myśli dryfowały katując jego duszę. Zjeżdżał wtedy na pobocze, kiedy łzy przeszkadzały mu prowadzić. Płakał kilka minut. czasem wył z rozpaczy.
Co zrobi, jeśli ona przegra? Jeśli jej serce przestanie bić? Jak ma dalej żyć? Jak ma to przetrwać i wrócić do dawnych czynności, tak prozaicznych i bezsensownych?
Po kilku minutach ocierał chusteczką oczy i mokrą twarz, wyrzucał ją przez uchylone okno, opierał głowę o zagłówek i głęboko oddychał przymykając powieki. Kolejny raz powtarzał, że wszystko będzie dobrze! Musi być dobrze! I jeszcze raz, i znowu! Przecierał twarz z głośnym warknięciem wynikającym z ogarniającej go bezsilności, wrzucał pierwszy bieg i wracał do dalszych zajęć, nie dając po sobie niczego poznać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przekroczył szklane drzwi, przywitał kilka modelek całusem w policzek i spokojnie wszedł do gabinetu jej agentki.

-Chryste Paweł! Jak ty wyglądasz?! – kobieta lekko zbladła na jego widok.

- Źle sypiam ostatnio. Wybacz.

-Co ja mam z tobą zrobić chłopaku, co? – podała mu filiżankę kawy z ekspresu stojącego w jej gabinecie. – Mam zlecenie…- przesunęła po biurku teczkę z papierami.

-Dobrze…- zerknął na pierwszy akapit. – Jeśli chcesz, wezmę to…- ziewnął- Przepraszam.

-Tu nie chodzi o to czy ty chcesz! Oni chcą ciebie. I tylko… ciebie! Inaczej nie ma mowy o sesji! Nie mam innego wyjścia! Jak chcemy podpisać kontrakt, to tylko na ich warunkach!

-To podpisz. Przyda się trochę kasy.- zanurzył usta w czarnym napoju.

-Ale nie z tym, co teraz sobą reprezentujesz, do cholery!

-Przecież do tego czasu będę w szczytowej formie, jak zawsze!

-Paweł… tak źle było z tobą, kiedy twoja przyjaciółka była w szpitalu…

-Walczyła o życie! Możesz wykazać się odrobiną empatii?

-Nie mogę! Nie w pracy, kiedy w grę wchodzą tak duże pieniądze! Wiem, że macie problemy, wiem jak bardzo przeżywasz chorobę Dominiki i prywatnie cholernie ci współczuje…Ale nie mogę odwiesić twojej osoby na półkę na tak długo. I tak masz taryfę ulgową Paweł! Chłopaki przejęli część twoich sesji. A to jest twoja praca, a w pracy się zarabia!

-Wiem, że chodzi o kasę! Wiem to! Zaufaj mi, ostatni raz! Dawaj warunki. – zabrał teczkę leżącą przed nim. – Mam termin. Dzień przed zobaczysz mnie, niczym młodego Boga! Podpisuj kontrakt, będę cały ich! I będę zajebisty! – zmrużył oczy. – Jak zawsze, zobaczysz… – podszedł do drzwi. – Jeszcze ci za mnie dopłacą!

-Iglesias….- spojrzała chłodno w jego zmęczone oczy – Jeśli to zawalisz, zwolnię cię.

-Nie zawale! – zamknął za sobą drzwi. Idąc długim korytarzem, którego ściany ozdobione były artystycznymi fotografiami modelek w najróżniejszych pozycjach. Minął kilka osób, jedna dziewczyna z którą często pracował zapytała o zdrowie Dominiki, jakich chłopak z długimi, przerażająco prostymi włosami, poklepał go pocieszająco po plecach. Sięgnął do kieszeni kurtki. Wyciągnął telefon. Wiadomość od Dominiki: „Jestem w szpitalu. Przyjęli mnie na salę. Przyjedź jak skończysz. Tylko spokojnie, jest ze mną Fiona. Całuje” . Odpisał, że już jedzie i przyspieszył kroku.

 

 

Odpisała jeszcze szybko Patricii a do Kiry wykonała telefon, jednocześnie zakładając buty. Serdecznie pożegnała się i wróciła do pokoju po jedną teczkę z materiałami o których o mały włos by zapomniała. Ktoś zapukał. Pola, odrobinę zaskoczona, otworzyła.

 

 

 

 

 

 

 

-No proszę… Kogo ja widzę! – zlustrowała zawstydzonego Pierra. – Sądziłam, że spotkamy się w pracy?

-Możemy jechać razem? Porozmawiamy?

-O czym? O moim sikaniu na siedząco? – zamykała drzwi od mieszkania.

-Pijany byłem. Nie powinienem. – weszli do windy.

-Kochasz mnie, Pierre? – spojrzała prosto w jego oczy.

-Nie. – odpowiedział chłodno, wytrzymując jej wzrok na sobie.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 3 komentarzy

94.I won’t change

Siedział pochylony nad kubkiem parującej kawy z odrobiną mleka. Masował dłonią pomarszczone czoło i zaspane oczy. Do ucha przyciskał srebrną słuchawkę telefonu komórkowego. Co chwilę sapał, stękał i próbował coś powiedzieć. Od kilku minut zapamiętale mieszał kawę, obijając łyżeczką ściany kubka.
Po drugiej stronie kuchennej wyspy siedział Mikołaj. Krojąc kajzerkę jednocześnie zerkał na artykuł w magazynie medycznym. Przy każdym uderzeniu łyżeczki zerkał wymownie na Adama. Ten z kolei zaciekle dyskutował, gestykulując przy tym na połowę pomieszczenia.

-Nie przyjadę na święta. A już na pewno nie na waszych warunkach! Ale ja nie jestem sam! – machnął dłonią.

-Mlecznik. – Mikołaj spokojnie zauważył, zabierając przedmiot spod machających dłoni Adama.

-To nie jest byle kto, mamo! – wsparł czoło o blat, wydając przy tym zmęczone westchnienie.

- Liczę się w niektórych kręgach! – Mikołaj żartował zagryzając bułkę posmarowaną twarożkiem.

- Mam postawić ultimatum? Albo z nim albo wcale?- wsypał kolejną porcję cukru do kubka i ponownie zaczął mieszać coraz szybciej.

-Cukier… -zamknął magazyn. – A zresztą…- machnął dłonią.

-Przecież mówię, że nie chcę z tobą tak rozmawiać, ale ty mnie nie słuchasz!

-Wezmę to…- ostrożnie wyjął z dłoni Adama łyżeczkę i podał mu drugą połowę bułki posmarowanej twarożkiem z rzodkiewką. Otworzył gazetę i podjął próbę ponownego przeczytania artykułu.

-Nie dawaj taty do telefonu! No nie dawaj! Wiesz, że nie potrafię się z nim dogadać! Tak jakby z tobą potrafił!- wypluł część okruszków bułki na blat i gazetę Mikołaja. -Nie chcę z nim rozmawiać! – odczekał chwilę. – Cześć tato!

-Teraz się zacznie…-  blondyn zrzucił okruszki na talerz.

-Rozumiem… acha… no tak, ale… No to nie przyjadę! – Adam wzruszył ramionami wstając z krzesła. – No i co z tego, że święta?! Tak, retorycznie pytam!

-Zna takie słowo?- blondyn szeptał pod nosem przysłuchując się całej rozmowie.

-A wiesz gdzie ja mam słowa ciotki?!- chwilę milczał. – Tak, właśnie tam mam!

-A teraz będzie nakazywanie… – mruczał dalej, wpatrując się w artykuł, popijając kawę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Nie możesz mi kazać! Dlaczego? Ty tak serio pytasz, dlaczego? Bo jestem dorosły i umiem o sobie decydować! I jako dorosły, mówię ci, przyjadę albo z Mikołajem albo wcale…- wysłuchał tyrady jeszcze kilka sekund po czym dodał. – To nie przyjadę. Mam to w dupie! Pozdrów ciotkę! – z niebywałą agresją rozłączył połączenie.

-I co? Już mnie kochają? – Wyszczerzył ironicznie zęby.

-Tak… Jak Hitler żydów! Łooo Boże! – usiadł. Wyglądał na bardzo zmęczonego i zniechęconego.- Co roku to samo…

-Nie co roku…. Teraz masz mnie. – pocałował Adama i wsadził kubek do zlewu

-Co tak kawa taka słodka?!- skrzywił się po pierwszym łyku i bacznie przyjrzał się przeczącemu głową mężczyźnie.

- Idę do pracy. – Mikołaj zakładał kurtkę. – A o święta się nie martw. – Pojedziemy do mojej rodziny.

-Jasne….- wstawił wodę na drugą kawę. Chwilę później drzwi trzasnęły i Adam został sam.- Jak do jego rodziny? Co? – poczuł zimny pot spływający po plecach.

 

 

 

Znowu tu był. Znowu  podmiejski szpital. Na końcu korytarza, za drzwiami bloku operacyjnego Artur walczył o życie. Siedział na białym, plastikowym krześle, skupiając wzrok na czarnej fudze między dwoma szarymi kaflami. Trwał bez ruchu.
Wspomnieniami sięgał do lat, kiedy pierwszy raz go zobaczył. Był dzieciakiem. Naiwnym, stęsknionym, rozchwianym dzieckiem. Poznał Artura. Jego obraz kłócił się z wyobrażeniem idealnego ojca. Dużo z nim rozmawiał, imponował mu inteligencją, był władczy i tak niesamowicie opanowany. Z biegiem lat stawał się taki jak ojciec.On, owoc krótkiego romansu, oszukiwany przez matkę tyle lat, wyszkolony przez własnego ojca, zdolny do najgorszych czynów.Teraz modlił się jedynie o jego życie.
Przeciwną ścianę podpierali Alex i Gwen. Wszyscy czekali. Minuty dłużyły się w nieskończoność, wszystko jakby zwolniło swój bieg. Cierpienie wydłuża chwile oczekiwania, paliło go od środka, doprowadzało do chęci zakończenia katuszy, bez względu na finał.

-Nie wytrzymam tego oczekiwania! Idę zapalić! – Pierre gwałtownie odsunął od siebie krzesło. W tym samym momencie na korytarzu pojawił się chirurg, z lekkim uśmiechem na twarzy. – Jak operacja? Czy wszystko dobrze?

-A pan jest? Rodzina?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Jestem jego synem. To są moi przyjaciele. – wskazał na Alexa i Gwen. – Proszę powiedzieć, jak operacja?

-Wszystko się udało. Rana nie była groźna, nie weszła głęboko. Niewielki krwotok, poszarpane tkanki i mięśnie. Sytuacja opanowana, dojdzie do siebie.

-Dziękuję. – wyszeptał ściskając dłoń lekarza.

-Pan zdaje sobie sprawę, że pański ojciec został postrzelony?

-Na ulicy, facet uciekł. Nie zdążyliśmy się przyjrzeć….- Alex pojawił się obok Pierra.

-Wysoki, ciemne włosy. -Gwen machnęła dłonią, próbując bagatelizować sprawę.

-Będę musieli państwo złożyć zeznania na policji. To nie kwestia lekarzy…

-Tak, pójdziemy na policję… powiemy im wszystko. – Alex mówił bardzo poważnie i tylko Gwen i Pierre wiedzieli jaka ironia kryje się w tym zdaniu.

-Jeszcze raz panu dziękuję. Mogę go zobaczyć?

-Nie. Jest nieprzytomny. Proszę przyjechać jutro. – spojrzał na drzwi gabinetu. – Proszę wybaczyć, muszę iść. Do widzenia.

 

 

 

-Nie zastanawia cię, dlaczego rano Wiktora nie było? Dziwne,że musiał pilnie wyjechać…- Pola wsiadała do auta obok milczącego, zasępionego Patricka.

-Nic mnie już nie zdziwi. Mówię tak za każdym razem, a potem wychodzi coś takiego!- pokazał na kopertę na szczycie teczek zabranych z pokoju Manuela.

-Może Manuel nie był aż tak szczery, ale zależało mu na tobie i dbał o ciebie. A to, że miał tajemnice przed tobą coż… miał prawo.

-Pola, on mną manipulował! To nie jest w porządku. I co to za Anna?! Co ja mam z nią wspólnego poza tym, że chodziliśmy do jednego psychiatry?!

-Manuel ratując cię niejako odkupił swoje winy. Tak wynika z treści listu.

-Ale dlaczego ja?

-Podejrzewam, że miałeś takie same sny, jak ta cała Anna…No i…ja.- dodała cicho odwracając głowę w stronę okna.

-A jeśli oni znali też ciebie i z jakiegoś chorego powodu wybrali cię dla mnie?

-Albo odwrotnie…Choć nie wydaje mnie się. Nie znałam Manuela wcześniej…

-Ja też nie. Poznałem go, jak tu trafiłem. Czego oni ode mnie chcieli?

-Z listu wynika… żebyś znalazł miłość swojego życia…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Podstawili mnie? Wszystko było kłamstwem!

-Twoja miłość też?! – podniosła głos.

-Wiesz, że nie o to mi chodzi. Moja miłość do ciebie i uczucie, jakim cię darzę jest prawdziwe i szczere, wiesz o tym doskonale.

-Więc jakie ma to znaczenie? Znalazłeś mnie i…

-No właśnie! Znalazłem! Z jakiejś przyczyny cię szukałem! Dlaczego?!- wykrzyczał

-Może dlatego, że mnie też śni się ten pieprzony las i cholerne polany i Bóg wie co jeszcze! Może to jest właśnie to, co nas łączy?! Przyszło ci to do głowy?!

-Ale jaki to ma związek?!

-A czy ja wyglądam na jasnowidza?!

-Masz rację. Musimy uspokoić się i odpocząć. – chwilę milczeli. – Zjemy coś? Znam niedaleko fajną knajpkę.

-Francuskie śniadanie to coś czego potrzebujemy po nocy pełnej wrażeń.

-Pola…. przepraszam. -  ścisnął jej dłoń.  – Nie powinienem być taki szorstki.

- Rozumiem cię. Tez miałabym mętlik w głowie. – ziewała.

-I tak bym się w tobie zakochał.

-Nie znalazłbyś mnie. – zakpiła.

-Przyszłabyś w końcu na mój koncert. Dojrzałbym cię w tłumie.

-Taa, na bank! Może jakbym miała taką ogromną, świecącą strzałkę nad głową z napisem „TO ONA” no to może wtedy, ewentualnie…

-Tak ewentualnie wtedy! Wariatka! – zmierzwił jej rozpuszczone włosy.

- I jak ja się pokażę z taką fryzurą, co?!

-A co się przejmujesz?! To Francja! Adasie tu nie ma!

 

 

 

 

Umówili się na wieczór. Jim zrobił zakupy i w asyście córek, podjechał pod dom Fiony. Dziewczynki zabrały torbę wypełnioną słodyczami i pobiegły od razu na piętro, gdzie był pokój chłopców.  Jim sprawdził jeszcze czy kupił wszystko i powoli wszedł do domu.

-Jesteśmy. Fiona? – krzyknął w głąb ciemnego salonu.

-W kuchni! – usłyszał a po chwili dobiegł go dźwięk obijanego o siebie szkła.
Zobaczył ją, siedzącą przy stole. Przed nią stał kieliszek napełniony czerwonym winem. Obok leżała teczka, a w środku mnóstwo papierów przyozdobionych czerwonymi pieczątkami.

-Co się stało? – zmrużył brwi kładąc torby na kuchennym blacie.

-A nic takiego…- westchnęła. – Sprzedałam firmę…. I teraz mi jakoś smutno… – podpierała brodę i wpatrywała w swój podpis na dole arkuszy.

-Przecież tego chciałaś?- usiadł obok niej. Nalała drugi kieliszek i podsunęła Jimowi pod nos.

-Chciałam. I chyba dobrze zrobiłam, niemniej jednak czuje sentyment i jakiś taki dziwny żal…To takie pożegnanie ze starym życiem…

-Tęsknisz za starym życiem? – poczuł lekkie ukłucie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Nie… teraz jestem szczęśliwsza, spokojniejsza. – pogłaskała jego policzek. – To trochę takie uczucie, jakie miałeś, kiedy rozpadał się wasz zespół.

-O nie kochanie… Formalnie Kelly Family dalej istnieje.- z zawadiackim uśmiechem opadł na oparcie krzesła.

-Wiesz o co mi chodzi. Nie drocz się…Coś się kończy i mimo, że tego chciałeś to jednak trochę smutno.

-Tato! Tato! – do kuchni wbiegły nagle dziewczynki.

-Co? Co się stało?

-Możemy?- z dzikością w oczach pokazały trzymane w rączkach kolorowe lakiery do paznokci.

-Rozmawialiśmy już o tym. Żadnych kolorów. Potem śmieją się z taty.

-Kto się śmieje tatusiu?

-Wujek Paddy na przykład… o Albo ciocia Fiona. – Puścił jej oczko.

-Ciociu! – udały obrażone.

-A możemy umówić się tak, że za chwilę przyjdę do sypialni i pomalujecie mi paznokcie? Każdy na inny kolor? – klasnęła w dłonie na co dziewczynki roześmiały się i uciekły na piętro.

- Co będziesz teraz robić skoro nie masz już pracy?- zostając sami wrócili do poważnej rozmowy.

-Sprzedałam udziały, więc mam kupę kasy. Swoją drogą, ciekawe skąd Filip miał tyle pieniędzy…

-Oszukiwał cię, to się dorobił…

-Przecież nie kręcił całe życie… Chyba…

-Sama nie do końca w to wierzysz… – kręcił palcem po brzegu kieliszka.

-Teraz to już nie wiem jak było, ale nie ma to znaczenia! – wyzerowała kieliszek. -Fakt jest taki, ze jestem bezrobotna i cholernie dobrze mi z tym! Tyle możliwości! Wiesz co mogłabym robić…. jakie to niesamowite!

-Tak? A co na przykład?

-No… – podrapała się po głowie. – Nie wiem jeszcze, ale coś wymyślę. Tymczasem będę mieć dużo czasu dla ciebie…- podniosła się, przechyliła przez stół i namiętnie pocałowała

- Mmm bosko. Ale za kilkoma ścianami mamy czwórkę dzieci…. Nie da rady… A tak bym cię… Tu na tym stole… i krześle…

-I gdzie jeszcze byś mnie? – zatoczyła językiem kółko wokół jego ust.

-Teraz? Gdziekolwiek. Nawet zaraz! – przeciągnął ją przez stół i usadził na sobie. Zanurzył palce w jej gładkie, chłodne rozpuszczone włosy. Smakował jej usta, zabarwione czerwonym winem. – Cudownie smakujesz! – przylgnęła do niego. Rozpinał jej spodnie, guzik za guzikiem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Co ty?!  A dzieci?- wyjęczała, kiedy muskał jej szyje.

-Ciii… nic nie mów! – rozpiął jej rozporek. Lekko uniosła biodra pozwalając zanurzyć dłoń w jej bieliźnie.

-Cicho… O kurwa mać! – Jęknęła odchylając się na blat stołu. Drażnił ją coraz szybciej, mocniej, przygryzając jej wargi i całując do utraty tchu. Zaplotła nogi wokół krzesła, na którym siedział Jim, zaciskając je coraz mocniej. Palce zatopiły się w niej, potęgując uczucie rozkoszy. Jeszcze szybciej. Obserwował jej twarz, na której malowała się namiętność i rozkoszy. Pociągnęła go za włosy, odchylając jego nagą szyję, po której przesunęła językiem, aby dotrzeć do ust.

-Mamoooo?- usłyszeli nagle na schodach.  Natychmiast, niczym poparzeni odskoczyli od siebie. Fiona szybko poprawiła włosy, zapięła guzik bluzki i jak gdyby nigdy nic, rozsiadła się na swoim miejscu. Jimmy zapiął pasek spodni i przysunął się bliżej stołu zasłaniając nogi i biodra.

-Słucham cię kochanie?- z pokerową miną upiła łyk wina

-Dlaczego zawsze ktoś nam przerywa?- Jim warknął w stronę kobiety.

-Jak masz tyle dzieci, to jest to całkiem prawdopodobne!

-Mamo bo Aime chciałaby popcorn z karmelem… no i my w sumie też. Zrobisz nam? Bajkę oglądamy.

-A takie małe pizze? Robiłaś ostatnio… – Bruno pojawił się tuż za bratem.

-Jak spokojnie poczekacie i będziecie grzeczni to zrobię.

-Bo fajna jest ta Aime i Marie… może będę częściej przyjeżdżać…

-Własnie! Jak będziesz robić pizze na kolacje, ale często, dobra?

-Za młody jesteś, żeby stawiać mi warunki….- Fiona zagroziła palcem.

-Mamo, dlaczego masz taką czerwoną buzię? Poparzyłaś się?- Bruno bacznie przyglądał się mamie.

-Te pizzerinki to z podwójnym serem chcecie? – szybko zmieniła temat, oblewając się rumieńcem

-Taaak! – z wesołym okrzykiem chłopcy uciekli na piętro.

-No co? Nie patrz tak na mnie! Cel uświęca środki! – dopięła spodnie i podeszła do kuchni.

-I ser zniweczył orgazm… – westchnął. – A jeśli już mowa o celach uświęcających środki, to mam pewien pomysł… – zwiesił głowę zawstydzony. – Tak sobie myślałem…

-O, czuje się zaintrygowana? – usiadła ponownie koło Jima, przewiercając go wzrokiem.- Kelly zawstydzony? Mów proszę!

- Nie czuje ostatnio natchnienia. Mało komponuje, mało pisze….

-To nie powód do wstydu…. Trzeba czasem zrobić sobie przerwę… Nic wielkiego.

-Chcę napisać książkę… O sobie… O… zespole, trochę. – wypuścił z ulgą powietrze i upił solidny łyk wina. -Ale jeszcze nie wiem… Może to głupi pomysł…

-Jimmy… To cudowny pomysł! – Przytuliła się do jego pleców i objęła go ramionami. -Nie potrzebnie masz tyle wątpliwości. Możesz pisać, a w międzyczasie tworzyć i komponować.

-Tylko, że nie będę mógł napisać książki tylko o sobie…

-A o kim?

- Ja, to też… Paddy… Kelly… cała ta machina, która tyle lat układała nam życie… To Meike, dziewczynki… Ty…- musnął jej usta.

-Pisz! Zacznij od początku… Resztę ustalisz w trakcie pisania, jak dużo będziesz chciał pokazać ludziom. Ja będę cię wspierać i uważam, że to świetny pomysł!

 

 

 

Powłócząc nogami, ledwo przytomni wytoczyli się z hotelowej windy. Przeszli kawałek jasnym korytarzem. Zatrzymali się przed pokojem 327, dotknął kartą magnetyczną zamka i weszli do środka. Pola powoli idąc w kierunku łóżka ściągała z siebie kolejne warstwy ubrań, ziewając przy tym niemiłosiernie.
Paddy położył na niewielkim stole kluczyki od samochodu, portfel i telefon. Ściągnął skórzaną kurtkę, cienki szalik a na końcu czarny sweter. Kopertę z listem położył obok telefonu. Usiadł na łóżku i przetarł dłońmi zmęczoną twarz.

-Zamówię może jakiś obiad? -spojrzał na półprzytomną Polę. – Za kilka godzin?- zerknął na telefon, który podświetlając się, informował o nowej wiadomości.- Will, przesyła rozpiskę koncertów.

-Idę pod prysznic a potem prześpię się chwilę. Może…- spojrzała znacząco na drzwi łazienki.

-Muszę chwilę pomyśleć. Zaczerpnę powietrza, przejdę się. Za niedługo wrócę, bądź spokojna. – pocałował najczulej jak potrafił jej dłoń, uśmiechnął się i ściskając w rękach telefon oraz list Manuela, wyszedł z pokoju.
Została sama. Odczekała dłuższą chwilę, upewniajac się, że Paddy nie wróci w najbliższym czasie i drżącą dłonią wykręciła numer.

-Patricia? Tu Pola. Ja też się cieszę,że cie słyszę. Mam do ciebie ogromną prośbę. Pomożesz mi? Chcę zrobić Patrickowi niespodziankę. – szybko wyjaśniła swój plan nie wdając się w szczegóły. – Z domu zadzwonię i powiem ci więcej. A mogłabyś zadzwonić jeszcze do Kiry? Wiem, że się wyprowadzają, ale może dadzą radę i przylecą?- skubała nerwowo odstającą skórkę na dolnej wardze. Do Kathy? – poczuła jak zimny pot oblewa jej ciało a serce nienaturalnie zaczyna galopować. -Zadzwonię do niej. Jakoś… dam radę i zaproszę ją na święta. Bardzo ci dziękuję, odezwę się później. Co? Tak, u niego wszystko w porządku. Wygląda na szczęśliwego. Muszę kończyć Pati. Zadzwonię, jak Paddy będzie w studiu. Całuje! – rozłączyła się i otrzepując nerwowo, pobiegła pod prysznic.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Stała z pochyloną głową pozwalając, aby ciepły, subtelny strumień wody pieścił jej skórę. Musi do niej zadzwonić. Czy może ją pominąć, kierując się egoistyczną niechęcią?Jeśli stchórzy, dowiedzą się. Paddy będzie podejrzewać, będzie musiała przyznać się, wtedy skrzywdzi go, jak nikt inny. Wmawiała sobie, że jeśli chce dać choć cień szansy… możliwość, a może po  prostu, stworzyć okazję do tego, aby Paddy mógł być bliżej rodziny, by znowu poczuł się częścią czegoś wielkiego, musi to zrobić. A może nie połączą faktów? To było tak dawno. Kathy zapewne nie wie, co stało się tuż po jej wyjściu. W zasadzie wie tylko ona, przysięgła sobie,ze nigdy nie zdradzi tej tajemnicy.Da radę! Zaprosi ją i jeśli przyjedzie, to powita ją z uśmiechem i nie da po sobie nic poznać. Zdaje sobie jednak sprawę, że będzie w swoim prywatnym piekle, gdzie nikt nie będzie mógł jej pomóc. Miłość do Patricka była silniejsza, to ona napędzała jej działanie. To ona zmuszała ją do wybrania kolejnych opcji w telefonie i wykonania połączenia. Robiła to dla niego, zawsze dla niego…

 

 

 

-Dlaczego jesteś taka zamyślona? Coś cię trapi?- Paddy obejmował ją ramieniem. Jechali na lotnisko. Po krótkim pobycie we Francji, musieli wracać. Próby, terminy i koncerty nie mogły czekać. Teraz zmierzali wprost na lotnisko.

Wszyscy odpowiedzieli na wezwanie Poli. Przyjadą. Spojrzała przed siebie nieobecnym wzrokiem. W pamięci dźwięczała jej rozmowa z Kathy z przed kilku dni. Była oschła, formalna. Bardziej przypominała wymianę informacji w biurze numerów. Momentami wyczuwała lekki niepokój i zażenowanie ze strony starszej Kelly. Obie chciały skończyć jak najszybciej tą rozmowę, więc po krótkim namyśle, zgodziła się okraszając to głębokim westchnieniem. Zrobiła to, zaprosiła ją. Zadanie wykonane, a przynajmniej łatwiejsza część… zdecydowanie, łatwiejsza.

-Nie nic. Wszystko ok. Trochę smutno mi, że opuszczamy Francję. Lubie to miejsce…

-Ja również. Od teraz, kojarzyć się będzie tylko z jednym…- pogłaskał koraliki na nadgarstku.

 

 

 

Bujał się do rytmu soulowego kawałka puszczanego przez DJ’a.  W jednej dłoni trzymał ciężką szklankę, w której tańczyła złota whisky. Tuż obok wiła się ponętna, wyzywająco ubrana, blondynka o nogach do samego nieba.  Po chwili tańczyli już razem. Zacisnął szczęki i wciągnął do płuc zapach jej perfum. Pachniała dziwnie, a zarazem przyjemnie orzeźwiająco. Coś jakby w pełni rozwinięta róża w połączeniu z ciepłą od letniego słońca cytryną. Ujął ją w pasie i władczo przyciągnął do siebie. Whisky krążyła w jego żyłach, zabijając trzeźwy osąd.

-Jak masz na imię, przystojniaku?- blondynka zachichotała.

-Pan doskonały. Odpowiada ci takie imię?

-I wszystko robisz tak, doskonale? -była łatwa, za łatwa. Wprawdzie darmowa, ale nie stanowiła dla Pierra żadnego wyzwania i mimo zamroczenia alkoholem nie czuł ekscytacji. Zaciągnięcie jej do łóżka a potem wystawienie za drzwi, byłoby dla niego niczym kupienie kilku piw w okolicznym sklepie. Niemniej jednak, mógłby to zrobić. Odreagować te kilka dni, kiedy Artur walczył o zdrowie i dochodził do siebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Doskonałość uczy się ode mnie techniki… – wbił się w jej różowe usta. Smakowała banalnie. Na ten wieczór jednak wystarczyło. Pocałował ją jeszcze raz, czuł jej zachęcający dotyk, jej język tańczący w ustach.

-Pokaż mi swoją doskonałość….- wyjęczała do jego ucha.

-Nie. Nie dzisiaj. – powiedział krótko, oschle. Zostawił ją na środku parkietu i przy kilku słowach oburzenia, wrócił do baru. Czuł się bardzo pijany. Z każdą chwilą alkohol coraz mocniej uderzał w jego świadomość. Nie wiedział, która godzina, ale podejrzewał, że bliżej tej nocy do rana, niż do samej północy.
Wyszedł przed klub, odpalił papierosa, wyciągnął telefon i wybrał numer z szybkiego wybierania. Długo czekał na połączenie. Nie liczyło się, że on a może spać. Dzwonił bez przerwy.W końcu usłyszał jej wściekły głos. Fala ciepła rozlała się po jego sercu.

-Czego kurwa chcesz o trzeciej nad ranem?! Obyś teraz był w pierdlu albo szpitalu, bo to jedyne wytłumaczenie, za które cię tam bezpowrotnie nie pośle!- Pola warczała wściekła do telefonu.

-Pola, skarbie! Aże sie ciesz sie że ja ciebie słyszę!

-Co? Po jakiemu to było?

-Ale sie opiełemem…

-Opiełełeś? Yhy…- nastąpiła chwila ciszy, po której rozległ sie kolejny wrzask. – Opiłeś się? Czy ciebie już pogrzmociło kompletnie?!

-Mogłem grzmocić! Ale pomyślałem o tobie i mi przeszło!

-Nagrać cię muszę, bo jak już będziesz przytomny to mi nie uwierzysz!

-Drzewo w tym, że ja ci we wszystko wierze! Nawet jak kłamiesz!- prychnął śmiechem.- Oplułem się, no masz no….

-Nie drzewo a sęk, jak już! Gdzie jesteś głupku?

-A klub jakiś…Co za różnica!

-Pomóc ci? Taksówkę zamówić? Przyjechać po ciebie?

-Nie! Nie musisz mi pomagać! To ja od tego jestem! Ja mam cie chronić i dbać o te twoje śliczne oczka!

- Jakie znowu oczka!?

-Muszę powiedzieć ci dwie rzeczy, bardzo ważne! A w zasadzie to trzy…Po pierwsze…mój tata jest w szpitalu.

-Chryste! czemu nic nie mówisz?!

-Aaaa abo to pierdoła. W sensie schorzenie a nie mój stary…. chociaż on też taka…- zaśmiał się w głos. – Taka kurwa popierdółka!

-Nie mów tak o swoim ojcu! Nawet na bani…ostrej bani.

-Nie przerywaj mi! Zostaw no! Całe życie mnie ograniczasz!

-Jakie kurwa życie?! Rok się znamy! -Pola próbowała zapanować nad złością.

-Po drugie. I zamknij się, teraz ja mowie! Uważam, że wy kobiety, przez to, że sikacie na siedząco, to coś musi być z wami nie tego! Serio…. pół wieczoru o tym myślałem.

-Jesteś nieprawdopodobny, jak jesteś pijany…- westchnęła.

-Kto jest pijany?! Ja? A faktycznie, ja! Wybacz. No… – jęknął co oznaczało, że wstał z ławki na której siedział. – A po trzecie….- i zamilkł na kilka minut.

-Jesteś tam? Pierre? Halo? – nie rozłączyła się, słyszała jego oddech w słuchawce.

-Po trzecie jesteś dla mnie cholernie ważna! Zrobiłbym dla ciebie wszystko, wiesz? I bardzo cie kocham! Bardzo… – rozłączył się.

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 4 komentarzy

93. My way.

Na operowej scenie stała kobieta posągowa, o anielskich blond włosach, w jasnokremowej długiej, olśniewającej sukni. W asyście orkiestry wykonywała przepiękny utwór „Ave Maria”. Podpierał dłonią skroń, powieki miał lekko przymknięte, wsłuchując się w przeszywający głos sopranistki. Jej śpiew trafiał do najciemniejszych zakątków jego mrocznej duszy. Kciukiem dyskretnie otarł jedną, samotną łzę wzruszenia, błądzącą po policzku.
Otworzył ponownie oczy, spojrzał w bok, gdzie pod osłoną przygaszonego światła i mroku cierpliwie czekał młody mężczyzna w eleganckim garniturze. Bez emocji utkwił spojrzenie brązowych oczu w eleganckim młodzieńcu. Kiwnął głową przywołując go, wtedy tamten zbliżył się, szepcząc mu do ucha krótką wiadomość. Skinął dłonią i dopiero kiedy „Ave Maria” dobiegała końca wstał, zapiął guzik czarnej marynarki i dyskretnie wyszedł z sali.
Za drzwiami stał mężczyzna o kwadratowej szczęce, w dłoniach trzymał czarny płaszcz, który zarzucił Markowi na ramiona, kiedy tylko ten pojawił się. Nie zatrzymywali się. Szli powoli, pewnym krokiem. Kolejny mężczyzna, w podobnym do Marka wieku, zrównał z nim krok. Po chwili jeszcze jeden, podał Markowi niewielki pistolet z tłumikiem  i bez słowa zwolnił. Teraz, koło szefa szedł starszy od niego o kilka lat, rosły jegomość.

-Nie lubię, kiedy przerywacie mi koncert… – zrugał go gniewnym spojrzeniem. -Oby było to coś pilnego. – schował pistolet za pasek spodni, zakrywając marynarką.

-Przyjechał kurier…- przypominał trochę lokaja. Postawę miał sztywną, wyprostowaną, język nienaganny i składnie też nie wyniósł z rynsztoka. Dłonie miał czyste i zadbane, co mogło świadczyć o roli rozkazującego niż wykonującego niechciane zadania.

-Który?- Marek zapytał krótko, nie patrząc na towarzysza. Najwyraźniej ufał mu, czego nie robił nagminnie.

-Brylanty. – cicho stąpali po bordowym dywanie, którym wyścielony był korytarz opery.

-Kasa?- Postawił kołnierz.

-W aucie, ale kurier nie będzie chciał współpracować. Chcą udziału od obrotu.

-To się jeszcze okaże. Gdzie on jest?- Marek zaśmiał się szyderczo.

-Na parkingu, pod….- wskazał na podłogę.

-Diego?

-Cisza. Weronika zostanie odwieziona, mam rozumieć?

-Jak będzie chciała. Zajmij się tym. I poszukaj Diego. Jeśli nie ma z nim kontaktu, to albo spierdolił, albo ma go Pierre z Arturem.

-Wtedy już po nim…

-No mówi się trudno….Show must go on!- zaśmiał się. Było w nim coś szatańskiego, podszytego dużą pewnością siebie i ogromną charyzmą. Był wysokim mężczyzną o czarnych, krótkich włosach, lekkim zaroście, i jeśli trzeba było, nienagannych manierach. Jednak, kiedy pozwalał swoim demonom dochodzić do głosu, zmieniał się w bestię, niezdolną do współodczuwania na zadane krzywdy. Teraz spokojnie schodził do podziemnego parkingu, pogwizdując pod nosem.

Przy niewielkim samochodzie dostawczym stało dwóch facetów, pilnując drzwi. Podszedł do nich powoli, z dłońmi schowanymi w kieszeniach płaszcza.

-Co my tu mamy… panowie?- przeszywał spojrzeniem ochroniarzy, którzy natychmiast otworzyli drzwi z tyłu dostawczaka. Oczom Marka ukazała się para skutych i zakneblowanych mężczyzn. -Ale wpadliście, co?- uniósł brwi, a irytacja w nim rosła z sekundy na sekundę. – Ty… – wskazał brodą na jednego z nich. – Jesteś kurierem. Gdzie towar? – w odpowiedzi usłyszał jedynie jęk i niewyraźne słowa.- A tak… nie powiesz nic, ze szmatą w gębie! – w momencie wskoczył na pakę auta, wyszarpał z ust mężczyzny kawałek materiału, chwycił za ubranie i z całej siły przycisnął do zimnej blachy. – Gdzie jest towar skurwysynie? Gadaj!

-Szefie….

-Czego?- warknął spoglądając na jednego z ochroniarzy.

- Ten co zajebał diamenty… to jest w bagażniku… tam.- wskazał na czarne audi zaparkowane niedaleko.

- Okradł mnie! Próbował uciec! Musisz mi uwierzyć!

-Nic nie muszę! Zapamiętaj to!- Marek przyciskał dalej mężczyznę.

-Okazuje się, że ten obok i ten w bagażniku działali w zmowie. – koło samochodu pojawił się starszy jegomość, który towarzyszył Markowi na korytarzu opery. – Próbowali wywieź towar z kraju i upłynnić…- mówił cicho, opierając się o otwarte drzwi i przyglądając swoim spinką od mankietów.

-Mnie się nie okrada! – przyciskając kuriera do ściany auta, wyciągnął zza paska broń i szybkim strzałem trafił siedzącego obok mężczyznę w środek czoła, zostawiając na ścianie solidny ślad krwi. – Zrozumiano?! Powinieneś skończyć tak samo, gnoju!

-Nic nie zrobiłem! -szeptał histerycznie. – Okradli mnie!

-I właśnie za to powinieneś dostać po ryju! – puścił go, schował broń za pasek, wysiadł z samochodu. – Jeśli coś jest moje… to moje pozostanie! Bardzo przywiązuje się do rzeczy mi bliskich… I nie lubię, jak ktoś próbuje mi je odebrać…- poprawił płaszcz i marynarkę.- Załatwcie to. – powiedział do ochroniarzy, którzy wsiedli na pakę auta, zamknęli drzwi i szybko odjechali. – Dawaj tego drugiego.

-Tutaj. – asystent przyciskiem na kluczykach otworzył bagażnik.

-Nikt nie lubi być oszukiwany…. Nikt nie lubi być dymany na taką ilość kasy… Jak chciałeś to zrobić?

-Tak…- przed oczami ukazał się worek z dużą garstką świecidełek. -Fałszywe. Mieliśmy się zorientować, kiedy oni będę już za siedmioma górami i lasami.- asystent schował woreczek

 

 

 

 

 

 

 

 

-Okraść złodzieja… Ironia, czyż nie? Dwa minusy dają plus? Otóż nie! Obrażasz mnie, sądząc, że nabiorę się na tak stary i naiwny numer. – ponownie wyciągnął zza paska broń i wrzucił ją na przednie siedzenie Audi. Po kilku chwilach wrócił, a w dłoniach błyszczała mu srebrna stal. – Zawsze bardziej od broni palnej lubiłem broń białą. A już najbardziej lubię noże. Ten moment, kiedy zanurzają się w miękką tkankę, a spod nich wypływa ciepła krew…- warczał nad bagażnikiem.- Kiedy powoli odbieram życie, nie jak pistolet, który zabija prawie natychmiast… I powiem ci jeszcze coś… Nóż jest cichy…Jest precyzyjny… nie rządzi nim przypadek…Tak jak teraz…Z chęcią poderżnąłbym ci gardło…

-Szefie, nie tu… Będzie widać.- cicho szepnął towarzysz Marka.

-Masz rację, tracę rezon, kiedy ktoś próbuje przywłaszczyć sobie coś mojego… – uśmiechnął się złowrogo. – Zatem przejedźmy się…- Zamknął bagażnik zostawiając przerażonego mężczyznę w środku.

-Chcesz go zlikwidować? Moze ktoś to zrobi za ciebie….- wsiadali do auta

-Nie. Wolę sam. Lubię to uczucie. Mieć władzę, trzymać w rękach czyjeś życie…- spojrzał przez szybę.- Mieć panowanie nad tym co twoje i mścić się za to, co ci zabrano…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Otulał ją ciepłym kocem, kiedy chowała się w jego ramionach. Położyła głowę na jego ramieniu i z lubością wąchała zapach jego szyi, pachnący tak przyjemnie słodko, ciepło, bezpiecznie, męsko. Spod przymkniętych powiek dostrzegła półokrągłe księżyce wokół jego ust. Uśmiechał się. Niesforne kosmyki włosów, szarpane wiatrem, co chwilę wchodziły mu do oczu. Szybkim gestem dłoni przygładzał je, aby już po chwili trzymać jej dłoń. Kciukiem gładził kawałek jej gładkiej skóry. Chwyciła w palce kilka koralików w bransoletce, na jego nadgarstku. Uśmiechnęła się.

- Nie mam pojęcia skąd się wzięła. „Love”- przeczytała napis układający się z kolejnych białych kostek, wśród niebieskich koralików, – Podobno należała do Manuela a raczej do części jego zbiorów.

-Nigdy jej nie widziałem…- przycisnął ją mocniej do siebie.

-Zgnieciesz mnie Paddy…- zachichotała lekko.

- Wciąż nie mogę w to uwierzyć…- pocałował jej chłodny policzek. – Jeszcze chwilę temu myślałem, że cię stracę, że to już koniec. Teraz jesteśmy tu… – odchylił głowę do tyłu i spojrzał w niebo.- Oświadczyłaś mi się, wariatko! – zaśmiał się w głos. – Oświadczyłaś się!

-I zrobiłabym to drugi raz. I trzeci… – spojrzała w głęboki granat jego spojrzenia. Ich usta dzieliły milimetry. – I nieskończenie wiele razy… gdybyś za pierwszym razem się nie zgodził… – uniosła kąciki ust.

-Nie potrafię ci odmawiać… – pukiel włosów zawinął za jej ucho. Delikatnie dotknął jej ust. Palcem pogładził jej lekko rozchylone wargi. Spojrzał w jej oczy, by po chwili znów patrzeć tylko na jej usta. – Tak długo na to czekałem…. Kocham cię skarbie…- pocałował ją. Miał wrażenie, że całuje ją pierwszy raz. Najpierw nieśmiało, byle poczuć jak smakuje. Potem łapczywie spijać tą słodycz, którą tak kochał.  Przylgnęła do niego całym ciałem.- Teraz nic nam się nie stanie… Teraz wszystko będzie dobrze….

-Nie chcę przeszkadzać…- Niedaleko nich stał Wiktor, najwyraźniej mocno zawstydzony sceną, jakiej był świadkiem.- Sala Manuela czeka…. Jeśli dalej chcecie… Mogę was zaprowadzić.

- Oczywiście! Po to przyjechaliśmy…- Paddy objął Polę ramieniem i powoli skierowali się w stronę przygarbionego mnicha.

-A ja myślałem, żeby się zaręczyć…

-Mamy jakiś limit czasowy? Wieczorem musimy opuścić budynek?

-Nie. Sala jest do waszej dyspozycji tak długo, jak długo będziecie potrzebować. – spojrzał Poli wymownie w oczy.- I to nie jest statek piracki, gdzie kobieta przynosi pecha.

-Ale nie powinnam tu być po zmroku… prawda? – wtulała się w uśmiechniętego i spokojnego Patricka.

-Nikomu nie powiemy… Nie przewiduję jakiegoś buntu na okręcie… Chodźcie za mną.- skierował się w stronę dziedzińca, a potem klucząc wśród ciemnych, niskich korytarzy, doprowadził ich przed wielkie, podwójne, zbrojone drzwi. Wsadził w zamek jeden z pęku kluczy i wpuścił gości do środka.

-Po co nas prowadziłeś? Na pamięć znam gabinet Manuela i drogę do niego.- Stali na środku ciemnego pokoju.

-Bo widzisz, Patricku…- Wiktor dołożył polano do przygasającego ogniska. – Zazwyczaj, to co widzisz, niekoniecznie jest do końca tym, co widzisz…- zza habitu wyciągnął zwisający na srebrnym łańcuszku dość skomplikowany klucz. – To wszystko jest tylko dla waszych oczu… -Przy oniemiałym z wrażenia Paddym i Poli, ściągnął ze ściany obraz za którym krył się niewielkich rozmiarów sejf. Wstukał odpowiedni kod, uchylając metalowe drzwiczki. W środku nie było nic poza drugim, podobnym kluczem przyozdobionym czerwoną, satynową wstążką. – Ten jest dla ciebie – Podał Poli klucz z sejfu. – A ten na łańcuszku dla ciebie.- podał drugi muzykowi.

-Czuję sie jak w jakimś filmie szpiegowskim!- Poli drżały dłonie.

-Właśnie, co to ma być? Co to za komedia? – Paddy zmrużył oczy. Nie podobała mu sie cała ta sytuacja, w której totalnie nie orientował się, podobnie zresztą jak Pola.

-To nie jest komedia! To jest…- Wiktor odsunął szafę, najwyraźniej na kółkach, bo zrobił to bez większego wysiłku.- To była ostatnia wola Manuela…- za szafą zobaczyli drzwi z dwoma zamkami. – Pola, twój klucz pasuje do górnego zamka. – Podszedł bliżej pary. – Gratuluje zaręczyn. -uścisnął jej dłoń.

-A ja ci ufałem… dzieliłem z tobą cele przez cztery lata…

-Dalej możesz mi ufać przyjacielu. – patrzyli sobie prosto w oczy. – Odrobinę wiary. – poklepał go po plecach, po czym w pośpiechu opuścił pokój polecając, aby zamknęli za nim drzwi na zamek, dla pewności.

-Paddy… Co to ma być?- Pola zamknęła drzwi i podeszła do ukochanego stojącego przed sekretnym zamkiem.

-Nie mam najmniejszego pojęcia, i nawet gdybym chciał coś wymyślić, to nie potrafię! -wzruszył ramionami.- W moich oczach Manuel zawsze był zwykłym mnichem, moim przyjacielem a jak widać, nie za dobrze go znałem…Ale…- spojrzał na klucze w ich dłoniach. – Musimy się o tym przekonać.

-Jesteś pewny? Nie wiem czy chcę wiedzieć…

- Co się może stać? – wsadził klucz w dolny zamek.- Nie bój się.

-No nie wiem… – przekręcili klucze, drzwi ustąpiły. Paddy delikatnie pchnął i ich oczom ukazał się mały pokoik.
Ściany pokrywała tapeta w kolorze ciemnej pomarańczy. Pokoik był mały, mierzył zaledwie sześć może osiem metrów kwadratowych. Nie było w nim okien, jedynym źródłem światła była żarówka luźno zwisająca z sufitu. W kącie stał duży fotel obity wytartym materiałem w brązową kratkę. Na bocznej ścianie stał niewielki regał a na nim kilka grubych teczek, obok których stało pudełeczko cygar i butelka napoczętej szkockiej. Zrobili krok do przodu blokując zapobiegawczo drzwi.

-Patrz… – cicho wyszeptał wskazując na stoliczek a raczej małą szafkę wyłaniającą się zza fotela. Na jej półkach leżała mlecznobiała papeteria, obok wieczne pióro misternie inkrustowane. Na niedbałym stosiku piętrzyły się koperty, na których zaległa luźno  rzucona czerwona, satynowa wstążka.

-Te same koperty….

-Możliwe? – Spojrzał na kobietę pochyloną nad półeczką. – Powiedz, że to nie Manuel wysyłał te liściki?- zrobił krok do tyłu a w oczach stanęły mu łzy. – Wszystko było kłamstwem! Fałszem! Powiedz, że to nie prawda?!Wszystko wiedział…- rozejrzał się po pomieszczeniu.- Manipulował mną. Wszystko było ukartowane?

-Nie do końca…- odezwała się cicho, delikatnie. – To dla ciebie…- klęcząc na podłodze, odwróciła się, podając Patrickowi kopertę z jego imieniem. -Zobacz napis na odwrocie.

-Confession?  Co to znaczy? Co chce mi powiedzieć…

-Spowiedź? Manuela?- usiadła pod ścianą podkurczając nogi pod brodę. – Otworzysz?

-Tak. – usiadł w fotelu, obok Poli i otworzył kopertę…

-Może powinnam cię zostawić?

-Nigdy mnie nie zostawiaj!- powiedział machinalnie, odruchowo, nie odrywając wzroku od kolejnych słów na papierze.


Michaelu…

Wiedziałem, że kiedyś nastąpi ten dzień, gdzie los niejako przymusi mnie do napisania do ciebie tych kilku skromnych słów, ale sądzę, że będzie w nim wszystko to, co chciałem ci przekazać i co czułem przez ostatnie cztery lata.
Nigdy nie miałem dzieci, nie żałuje. Nie chciałbym przywoływać niewinnej istoty do mojego świata, w którym było tyle zła, cierpienia i śmierci. Tam, gdzie przez cały swój podły czas walczyłeś o przetrwanie, o każdy oddech…Nie. Moje życie nigdy nie było usłane różami…nawet maków nie doświadczyłem. Było za to pełne krętych i zawiłych dróg. Miałem w swoim życiu jedynie dwóch przyjaciół, którym ufałem i to jeden z nich wyciągnął do mnie pomocną dłoń. „Możesz być inny…. możesz ratować zagubione dusze, nawet dla ciebie nie jest za późno…Gdzieś jest dusza, którą uratujesz…” Nie wiedział, jak prorocze były jego słowa.
W dniu, kiedy byłeś na samej krawędzi, kiedy chciałeś zrobić ten jeden, przekreślający wszystko, krok wtedy podjąłem o ciebie walkę. I chyba wygrałem, skoro tu jesteś. Pamiętaj, w naszym życiu, mało rzeczy jest dziełem przypadku i nic nie dzieje się bez przyczyny.
Każda krzywda, jakiej doznałeś, umacnia cię i hartuje na nowo. Każda jej łza wylana w twojej obecności czyni cie bardziej doświadczonym i wrażliwym człowiekiem. Wszystko to, czego doświadczyliście, umacnia wasz związek i czyni waszą miłość nieskończenie wielką, pamiętaj moje słowa w chwili zwątpienia.
Wybacz, że wiele razy cię  oszukałem, robiłem to z potrzeby chronienia i dbania o ciebie. Tak jak pisałem, mało rzeczy dzieje się z czystego przypadku. Wiem, że odkryłeś już koperty i papier, na którym kreśliłem do ciebie i Poli te kilka zdań co jakiś czas. Nie miej mi za złe. Czasem trzeba losowi pomóc, a ty musiałeś przecież spotkać miłość swojego życia, czyż nie? A ja znam cię bardzo dobrze, lepiej niż ty sam siebie….Może myślisz sobie teraz, ze w takim razie, nie ma na świecie magii i czegoś czego nie potrafimy wytłumaczyć własną logiką. Mylisz się Patricku. Twoje wizje, mała dziewczynka, twoje sny… to właśnie coś, czego nie potrafimy wyjaśnić.
Jesteś tak bardzo do niej podobny. Kiedy pierwszy raz opowiedziałeś mi swój sen, który nawiedzał cię prawie co noc, wtedy wiedziałem… jesteś taki jak ona.
Kochali ją wszyscy, bez wyjątku.  Anna była… iskrą rozjaśniającą każdy ponury dzień. Teraz jest gwiazdą rozświetlającą niebo… Ona przegrała, ty nie musisz i nie możesz przegrać. Leon nie zdołał  jej pomóc, ty trafiłeś do mnie…. Teraz pewnie, dziwisz się, skąd wiem o Leonie? To dzięki niemu trafiłeś pod moją opiekę. Poza twoimi opowieściami cóż, on był moim przyjacielem..A Anna jego pacjentką…Tyle powinieneś wiedzieć.
Masz cieszyć się życiem, czerpać z niego jak najwięcej… co najmniej jakby jutra miało nie być. Dbaj o Polę, bez niej twoje życie będzie niepełne i bez wartości. Razem przetrwacie wszystko, z czymkolwiek przyjdzie wam się mierzyć.
Jeszcze raz bardzo przepraszam cię za wszelkie oszustwa i kłamstwa jakich dopuściłem się na twojej osobie. Mam nadzieję, że mi wybaczysz…Dzięki nam spotkałeś miłość swojego życia. Wiem, że teraz możesz czuć się skołowany od nadmiaru informacji… pamiętać musisz jedno, to co czujesz teraz w głębi duszy  jest prawdziwe! To ciepło, jakie oblewa twoje serce, kiedy spoglądasz w jej piękne oczy, ta tęsknota, kiedy nie ma jej obok a pod dłonią jedynie pusta, chłodna poduszka. Ta radość, kiedy słyszysz jej śmiech… To jest miłość Patricku i jest ona jak najbardziej prawdziwa.
Zapewne masz wiele pytań, na które nie mogę już ci odpowiedzieć. Mogę dodać, jako podsumowanie swojego chaotycznego, podsyconego chorobą, listu, że twoje przekroczenie progu gabinetu Leona, było twoim ratunkiem, ale i twoją zgubą, bo to od niego i waszych wspólnych z Anna snów, wszystko się zaczęło. Twoje drugie życie…Decyzja należy do ciebie, jak je przeżyjesz. Ja za swoje jestem wdzięczny i dziękuję Bogu, że pozwolił mi, cię spotkać i że mogłem zobaczyć,że jesteś szczęśliwy. Spełniłem swoje zadanie.. Kocham cię. Manuel.”

Złożył kartki na pół i wsadził ponownie do koperty, zaklejając brzeg. Bez słowa odłożył list na stoliczek koło fotela, podszedł do półki i nalał solidną szklankę szkockiej. Podał ją Poli a sam przechylił butelkę i pociągnął kilka solidnych łyków.

-Co… Co to ma wszystko znaczyć? Ale.. O co chodzi?! Nic z tego nie rozumiem…- Pola nie ruszyła się z miejsca i teraz obracała szklaneczkę w dłoniach.

- Nie mam pojęcia… Ja… Ja nawet nie wiem jak mam to skomentować…Kurwa mać! – opadł bezsilnie na fotel zamykając twarz w dłoniach.

-Może zobaczmy co jest w tych teczkach?-Ostrożnie wskazała na pozostałe dokumenty.

-Nie! Nie chcę już nic więcej czytać. Nie chcę już niczego więcej wiedzieć! Nie ogarnę kolejnej porcji informacji! Mam dość! Co za cholerny cyrk!

-Już dobra, cicho. Uspokój się!- Natychmiast otoczyła go ramionami.

-Oszukał mnie… Był moim przyjacielem!

-Może musiał. Nie oceniaj go zbyt pochopnie. Mimo tego wszystkiego Manuel był twoim przyjacielem i to powinieneś zapamiętać! – gładziła jego plecy.

 

 

 

Na przedmieściach Warszawy, między zakładami produkcyjnymi, gdzie po godzinach pracy raczej nikt nie chodzi, stał mały, blaszany bunkier. Przypominał trochę pomieszczenie pracownicze, w jakich mieszkali ludzie na budowach. Z Zewnątrz nie rzucał się w żaden sposób w oczy. W drzwiach, które swoją drogą, były jedyną drogą ucieczki, stał Pierre, leniwie popijając kawę wyczekiwał ostatniego gościa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niepozorny, szary Citroen podjechał niedaleko bunkra. Wysiadł z niego Artur i podpierając się laską, wszedł do pomieszczenia witając się ze wszystkimi. Nad skutym Diego pastwiła się Gwen wymierzając mu razy, prawie siedząc na nim okrakiem. Alex niedaleko zajęty był jakąś lekturą i porządną porcją kawy. Artur z Pierrem stali na środku bunkra, lekko rozbawieni, przyglądając się całej scenie.

Nie zdążyli zareagować, kiedy Diego zrzucając Gwen z siebie, jednocześnie wyciągnął jej zza spodni broń i mając wolne ręce, wystrzelił trafiając Artura w klatkę piersiową.

Pierre natychmiast jedną ręką objął upadającego starszego mężczyznę, sam odwracając się w wyprostowanej ręce trzymał glocka. Strzelił cztery razy. Trafił Diego dwa razy prosto w serce, raz w dłoń i raz w udo zabijając go na miejscu.

Odrzucił broń, i ze łzami w oczach pochylił się nad ledwo przytomnym Arturem. Alex uciskał ranę, Gwen dzwoniła po karetkę a Pierre trzymał dłoń Artura zaciśniętą na swojej piersi. Parzyli sobie w oczy, prowadząc niemą rozmowę.

-Nie umieraj! Nie umieraj, tato! Błagam cię… Nie teraz ojcze! – wyrwało się z przepełnionych przerażeniem płuc Pierra.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 1 komentarz