82. I Have Called You

Młody francuz wczesnym rankiem zszedł do salonu, w którym siedziała nad filiżanką kawy starsza kobieta. Czytała gazetę i najwyraźniej była tym bardzo pochłonięta. Co chwilę jej chuda, pomarszczona, przyozdobiona dwoma złotymi pierścieniami, dłoń sięgała po czarny napój. Pierre usiadł na żakardowym krześle, sięgnął po niewielki imbryczek nalewając sobie poranną dawkę kofeiny. W tym samym momencie do salonu weszła kobieta w średnim wieku i bez słowa położyła przed mężczyzną paterę na której leżało śniadanie co najmniej dla kilku osób. Była na niej jajecznica z szynką parmeńską, twarożek z rzodkiewką, kilka gatunków sera, parę winogron, różne gatunki pieczywa i inne wspaniałości. Pierre ze zdziwienia uniósł znacząco brwi. Kobieta opuściła gazetę, zmierzyła go wzrokiem, zerknęła na śniadanie i w asyście niewielkiego uśmiechu upiła kolejny łyk.

-Schudłeś. Musisz dużo jeść i dbać o siebie, Pierre.

-Nic mi nie jest! – zagryzł jajecznicę bułką pełnoziarnistą. – Jestem w szczytowej formie!

-Artur chce jechać dzisiaj do Paryża na dwa dni.-  ignorując go podeszła i zasłoniła ciężkie, welurowe zasłony. – Pojedziesz z nim… – dodała cicho, obracając na palcu okazały pierścionek.

-Nie mam czasu… Przywiozłem Gwen, miałem zadbać, żeby była bezpieczna i jest. Teraz musze wracać do…

-Do niej?- smutno spojrzała na mężczyznę.

-Tak właśnie. – zacisnął szczęki. – Obiecałem jej. Jestem tam potrzebny.

-Jesteś potrzebny tutaj! – podniosła głos nerwowo układając poduszki na dużej kanapie. – I zrób coś ze sobą, źle wyglądasz a to nie pasuje…

-Dość Edith! – w drzwiach stanął Artur. Jego twarz wykrzywiona była w nieodgadnionym grymasie. Powoli, podpierając się laską podszedł do stołu, na którym od razu pojawiło się skromne śniadanie. Artur bez słowa, ignorując oczekującą w pokoju dwójkę, rozsiadł się w pokaźnym, miękkim krześle. Przekroił bułkę i zamyślony smarował ją powoli masłem. – Nie warto się spieszyć… wszystko spotyka nas w odpowiednim czasie.- Na te słowa Edith i Pierre spojrzeli na siebie i spokojnie usiedli obok Artura.

-Kochanie, powiesz nam co sie stało?- Kobieta położyła rękę na zimnej dłoni mężczyzny.

-Manuel miał zawał…

-O Boże! – powiedziała piskliwie, zasłaniając usta dłonią.

-Jak sie czuje?- Pierre oddychał głęboko próbując zapanować nad eocjami.

- Źle. – po raz pierwszy spojrzał Pierrowi w oczy. – Musimy do niego jechać, jak najszybciej. Przestań gapić się bezmyślnie i dopijaj kawę. Jedziemy od razu…- spojrzał w bok, na widok za oknem. – Może zdążę…- odchrząknął – Pożegnać się z przyjacielem… – błękitne, stare oczy zaszkliły.

-Jedziemy natychmiast! – Pierre zerwał się z krzesła sięgając po skórzaną kurtkę.

-Poczekaj, Pierre!

-A daj mi spokój! – wyszedł przed dom odpalając papierosa. – Kurwa…. Manuel… – poczuł ścisk w gardle. Zaciągnął aromatyczny dym do płuc, bazsilnie opadł na ścianę budynku. Zatrzymywał wzrok na przypadkowych elementach ogrodu. Wodzony emocjami wyciągnął z kieszeni telefon. Przeszukał kontakty. Wybrał numer i czekał na połączenie.

-Halo?

-Paddy? Tu Pierre.

-Wiem. Coś się stało? Po co do mnie dzwonisz?Miałeś być we Francji…

-Jestem. Chciałem jedynie…-zawachał się- Wszystko u was dobrze?

-U nas tak. Poza stałymi problemami a o których wiesz to nic nowego nie wydarzyło się.

-Jak Dominika?

-Jedzie do Gliwic. Właśnie u nich jesteśmy…. – zamyślił się. – Może chcesz Polę do telefonu…W sumie dziwne, że dzwonisz do mnie. Poczekaj, dam ci ją. Pola!! – Paddy krzyknął, przywołując kobietę.

-Pierre…- pomarszczona dłoń delikatnie spoczeła na ramieniu młodego mężczyzny. -Musicie jechać…

-Muszę kończyć Paddy. Pilnuj jej. – szybko rozłączył połączenie i z wysiłkiem przełknął ślinę ptrzez zaciśnięte gardło. – Już idę po auto. -dodał już spokojniej, butem gasząc papierosa. Podszedł w kierunku garażu.

-Pierre…- Kobieta mrużyła oczy i wpatrywała się w młodego francuza, który na te słowa zatrzymał się w pół kroku nie patrząc za siebie. – Kochasz ją już?

-Nie ma znaczenia co ja czuje… – postawił kołnierz. – Najważniejsza jest ona. – zniknął za budynkiem. Chwilę później prowadził samochód. Z tyłu siedział Artur. W milczeniu oboje jechali w kierunku szpitala

 

 

 

 

 

 

-Bezkofeinową mi rób! Bez, tłumacze ci! Jak wypije jeszcze jedną z kofeiną to nie usnę przez następne trzy dni! – Pola przekrzykiwała tłum przyjaciół tłoczących się w kuchni.

-Cos ty taka marudna?- Fiona wbiła spojrzenie w przyjaciółkę, kiedy z kubkiem kawy wychodziła do salonu.

- Śnią mi się jakieś dupiate rzeczy! Spać nie mogę!

-Te co zawsze?

-Żeby! Teraz biegam po jakiś bagnach. – mieszając w kubku szła za przyjaciółką. – lasach… mordują mnie! Masakra, mówie ci!

-To ja ci mówię! Odstaw te horrory!

-Nie oglądam…Paddy się boi. Chowa głowę pod kocem!- zaśmiały się serdecznie siadając obok zaspanej Dominiki.

-Dajcie mi kawy! – Blondynka tarła oczy.

- A wolno ci?- Fiona spojrzała znacząco na Polę.

-Przecież mnie to nie zabije! – na kilka sekund zapadła w pokoju cisza, którą przerwał gromki śmiech Dominiki. – Taki… rakowy dowcip! Wyluzujcie!

-Trzymaj kochanie. – Adam wręczył Dominice kubek i usiadł obok Mikołaja.

-Możecie mi do cholery wyjaśnić, co się między wami dzieje?!- Iglesias zalewał kolejne kubki wrzątkiem. – Nie trzeba być debilem, żeby zobaczyć jak zgrabnie siebie unikacie, panienki!- w kuchni poza Pawłam zostali Paddy i Jim.

-Nie twoja sprawa! – Jim podbierał lodówkę ze spuszczoną głową.

- Iglesias… chyba mamy poważniejsze sprawy niż nasze rodzinne niesnaski…- Paddy wsypywał cukier do kubka.

-Niesnaski… dobre! – Jim prychnął śmiechem.

-Wiecie co, mam was w dupie! Jesteście rodziną a zachowujecie się jak banda kretynów! Ale faktycznie, nie mam teraz czasu na was i wasze małe problemiki…

-Jim spał z moją dziewczyną…- wywrócił oczami- …poprzednią.

-No pięknie! Teraz będziesz chwalił się tym na wszystkie strony?- JIm burknął

- Ty się pochaliłeś całej rodzinie! – po raz pierwszy tego dnia Paddy spojrzał bratu w oczy.

-Bzyknąłeś Andree?!- Iglesias zrobił ogromne oczy. – Na miejscu Paddiego, dałbym ci solidnie w pysk!- stanął przodem do Jima.

-Dostał w pysk…- odezwał się drugi z braci i tym razem Paweł odwrócił się do Paddiego.

-I dobrze! Zasłużył!

-Ale dlaczego nie chcesz mnie wysłuchać?! – Jim podniósł głos.

-Przestańcie gadać mi  za plecami bo czuje się jak na meczu tenisa! Obracam się w kółko jak głupek! Pogadajcie Kelly! Jesteście braćmi… kretynami ale jednak bnraćmi! Wyjdę teraz… moja chora kobieta mnie potrzebuje! – kilkoma krokami wycofał się z pomiesczenia.

-Paddy…- Jim zrobił krok w kierunku brata.

-Nie! – warknął lecz po chwili dodał spokojniej, panując nad sobą. – Nie dzisiaj Jim. Nie teraz!- chwycił kubek i przecząc głową wyszedł z kuchni.

- Uparty knypek! – straszy brat westchnął, zostając sam w kuchni. Po chwili i on wszedł do salonu siadajac obok Fiony.

- To kiedy jedziesz do Gliwic?- Pola dopytywała.

- Jak dostanę wolne…. – blondynka przyglądała się swoim paznokciom w kolorze głębokiej czerwieni.

-Jakie wolne? Skąd?- Mikołaj szybko zamrugał, nic nie rozumiejąc.- Przecież „Chill” spłonęło do połowy

-Właśnie Domi? O co chodzi?- Fiona odłozyła kubek na stół.

-No powiedz im, mądralo… proszę bardzo! – Iglesias wbił gniewne spojrzenie w ukochaną.

- Ale tu nie ma o czym mówić. – speszona spuściła wzrok.

-Dominika, nie poznje cię… – Paddy pochylił się w kierunku przyjaciółki.

-Ona chce wracać do pracy. Natychmiast!

-Ale… jak? – Mikołaj rozłożył dłonie jednocześnie kiwając głową.

-Skarbie, rozmawialiśmy o tym tak długo wczoraj. – Paweł masował skronie powstrzymując nerwy.

-Nie zrezygnuje z pracy! Nie! To jedyna chyba normalna rzecz jaka została mi ze stabilnego życia. Coś stałego!- krzyczała.

-Domini ale fizycznie cię nie będzie. – Mikołaj mówił spokojnie jak na lekarza przystało. – Będziesz głównie w szpitalach… przykro mi ale Paweł ma rację.

-Poza tym, zawsze możesz poszukać nowej pracy jak staniesz na nogi.

- Ale ja nie chce być zależna od kogoś.

-Do cholery i tak będziesz! Jesteśmy razem! I w tym wszystkim też jesteśmy razem! Nie zostawię cię! Oni też nie! Dociera do ciebie, że jesteś chora i musisz swoje życie zawiecić na jakiś czas?! – zdenerwowany Paweł krążył po pokoju.

-Nic nie muszę!

-To akurat muszisz! Jeśli chcesz żyć! – krzyknął na cały pokój. – Nawet jakbym miał siłą cię tam zaciągnąć! – stał chwilę nad płaczącą kobietą. Cały aż dyszał ze zdenerowania. Spojrzał w jej oczy – Cholera, Domi! – chwycił jej delikatną dłoń i pociągnął do siebie, zamykając w ramionach. – Przepraszam!- stali tak kilka minut przy milczeniu reszty przyjaciół.

- To kiedy jedziecie do tych Gliwic w końcu?- Adam odezwał się jako pierwszy.

- Za dwa dni. Planowo zostajemy do poniedziałku. – Paweł dalej przytulał Dominikę.

-Sprawdzą czy nie ma przerzutów…

-Może dostanie już pierwszą chemię.

-Nie będzie was w weekend?- Paddy wymienił znaczące spojrzenie w Polą.

-Nie. Na pewno nie! – mężczyzna pokiwał głową.

-Chyba,że Paweł sam wróci.

-Oszalałaś?! Nie zostawi cię! Wariatka! -Fiona wywracała oczami.

-A czemu pytasz?

-Chcieliśmy zorganizować spotkanie u nas w domu. Taka kolacja z winem wśród przyjaciół.  Spotkać się razem…Ale bez was…

-To nie to samo…- Pola dokończyła. – Ale spokojnie, zrobimy za tydzień.

-Mam wtedy wywiad… – Paddy poprawił włosy. – Nowy kawałek promuje, puszczam go za niedługo w sieć… mam wywiad do… – spojrzał po wszystkich.- A zresztą to mało ważne. – uśmiechnął się odrobinę sztucznie.

-Wywiad masz rano. Kolację zrobimy wieczorem.

- Nawet z VIPem. Czerwony dywan rozłożymy po tym wywiadzie. – Adam śmiał się.

-No… Przez całą klatką, aż do windy!- Fiona podchwyciła żart.

-I znowu ze mnie! Jak wy to robicie?!

-Bo z nami, jesteś taki… – Dominika objęła muzyka za plecami a ten ścisnął jej dłoń. – Taki „Padzik-Tadzik”. My mamy gdzieś, że jesteś taka duża – mała gwiazda!

- Padzik Tadzik? Mała duża? W jednym zdaniu dwa razy mnie obraziłaś! Masz szczęście, że cię kocham!- pocałował wierzch jej chłodnej dłoni.

 

 

-Mam złe przeczucie….-Pierre wraz z Arturem przechodzili szpitalnym korytarzem. Ich długie, czarne płaszcze falowały przy każdym kroku dając niepokojący efekt.-Coś wydarzy się. Mam wrażenie, że coś nam umyka… coś strasznego!-  Do sali weszli oboje. Na środku stało jedno, samotne łóżko. Na nim spoczywał starszy, schorowany mężczyzna. Był blady, wręcz siny. Pierwszy podszedł Pierre i ścisnął dłoń Manuela. Jego oczy nabrały smutnego wyrazu. Odgaranął siwe włosy ze spoconego czoła przyjaciela. Manuel na ten gest otworzył oczy.

-Zdążyliście…- wyszeptał przez zaschnięte usta.

-Zawsze…Tym razem tez nam się uda…- głos grzązł mu w gardle.

-Nie, Pierre. – Manuel ścisnął jego dłoń. – Ja już mam dość… jestem zmęczony. Chcę spotkać się z moim przyjacielem, matką i ojcem….- na jego ustach pojawił się mały uśmiech.- Chcę już odejść…to wam zostawiam wszystko, czego nie skończyliśmy. A Pola…ona… musi być szczęśliwa…- zaczął kaszleć z ledwością wypowiadając słowa. Artur podał mężczyźnie kubek wody ze słomką. Pociągnął kilka łyków. – To jest nasza pokuta, nasze zadośćuczynienie! Tylko tak nasze grzechy zostaną odpuszczone.

-Dbam o to Manuel… – Pierre szepnął mnichowi do ucha. – Często uśmiecha się… urodzi śliczne dziecko… będzie tak jak chcieliście… takie życie, jakie jej wybraliście. A ja dopilnuje, żeby takie było… zawsze. Obiecuje ci to!

 

 

 

 

 

 

 

 

-Obiecujesz komuś na łożu śmierci. Pierre, głupi młokosie! Nie obiecuj jeśli nie dotrzymasz słowa.

-Dotrzymam! – Pochylił czoło dotykając dłoni Manuela.

-Zostaw nas samych. – Artur, do tej pory milczący, usiadł na miejscu młodego mężczyzny, który natychmiast wyszedł z sali opierając się o zamknięte drzwi.

-Artur mam mało czasu. Jestem już bardzo słaby…

-Masz jeszcze dużo czasu…- z błękitnych oczu poleciało kilka łez.

-Zostajesz sam. Nikogo już nie ma. Jesteś ostatni… i tak miało właśnie być. Historia zatacza krąg…- uśmiechnął się delikatnie.

-Nie tak chciałem. Wiesz o tym?

-Klucze do moich rzeczy… naszych spraw, schowane są w podłodze pod biurkiem, w gabinecie. – wciągnął głęboko powietrze, wydając przy tym ochrypły świst. – Wszystko, listy do Patricka, Poli, koperty… schowane jest za obrazem „zmartwychwstania”.

-Wiesz, że nigdy nie miałem takiego wyczucia i literackiej duszy jak ty przyjacielu… Nie umiałbym pisać im takich liścików jak ty…. Poza tym bez naszych rozmów… nie będę wiedział co on czuje, myśli…

-Musisz go poznać Arturze…Jest jej wart…Wierzył we wszystko, każdy liścik, bilecik… udało nam się.- jego powieki opadały coraz bardziej. – Powiedz im prawdę… prawda zawsze wyzwala…- ścisnął dłoń przyjaciela. – Na mnie już pora, kocham cię. Będę nad tobą czuwać. Umieram szczęśliwy, nareszcie…

-Poczekaj… jeszcze nie czas!

-Żegnaj. Do zobaczenia…- jego powieki opadły, ściśnięta dłoń delikatnie opadła na białą pościel a w sali rozległ się przeraźliwy pisk urządzeń monitorujących.

-Dobranoc…przyjacielu. – Artur pocałował chłodne, zmarszczone czoło i powoli wyszedł z sali mijając wbiegający personel szpitalny. Usiedli wraz z Pierrem na ławce obok wejścia i słuchali w milczeniu.

-Czas zgonu…11.08.- powiedział lekarz.

-Czas na nas…- Artur poklepał Pierra po kolanie, otarł chusteczką łzy i wspierając się o laskę powoli wyszli ze szpitala. – Zabierz mnie na wódkę. – wsiadali do samochodu.

-Jesteś pewien?

-Umarł mój przyjaciel… wszystko inne może poczekać. Teraz pojedziemy na wódkę Pierre. Jutro też jest dzień.

 

 

 

W zatęchłej restauracji, brudnego taniego hotelu było miejsce, gdzie od kilku dni schodził na późny obiad bądź wczesną kolację. Nie czuł głodu, jednak ilość spożywanego alkoholu zmuszała go do przyjmowania jakiekolwiek posiłku, które jakościowo takie właśnie były. Zamówił podejrzanie wyglądającego hamburgera, frytki smażone na tanim oleju, sałatkę aby stwarzać pozory zdrowego jedzenia i piwo z kieliszkiem wódki. Usiadł w swoim miejscu, zacienionym, mało rzucającym się w oczy. Czekając na zamówienie Filip zastanawiał się, jak i kiedy do tego doszło. Był przecież szczęśliwy, miał piękną żonę, dwójkę wspaniałych dzieci…. dom i pracę. Nie czuł jednak spełnienia, w głębi duszy wiedział, ze wszystko zawdzięcza Fionie. To dzięki niej mieli to wszytko. Chciał też sie wykazać, zarobić, dużo zarobić. Szybki i łatwy pieniądz… zapomniał, że taki nie istnieje. Chciał jedynie zaimponować żonie… ale ona tego nie widziała. Pochłonięta ich wspólnym życiem. A potem pojawiło sie to poczucie bycia niepotrzebnym… zbytecznym. Nie dostrzegała go a coraz częściej zerkała w stronę innego. Weronika była jak katalizator, dający upust jego frustracjom. Przy niej choć przez chwilę czuł się zauważony, atrakcyjny, męski… A teraz, dzięki swoim złym decyzjom musi chować sie w jakiejś dziurze i nie wie co dalej…- kelner ze znudzoną miną postawił przed nim zamówione jedzenie. Spojrzał z niesmakiem i wyszedł do toalety chcąc umyć ręce przed posiłkiem. Wrócił po chwili na sale i zamarł w momencie, zatrzymując się przy drzwiach łazienki. Przy stole siedział czarnowłosy mężczyzna, ubrany w elegancki, drogi, doskonale skrojony, garnitur. Na nadgarstku błyszczał platynowy zegarek, buty lśniły elegancką skórą. Siedział tyłem do Filipa, który chciał wykorzystać szansę i uciec niepostrzeżenie.

Zrobił krok w bok i stanął twarzą w twarz z uśmiechającym sie Aleksem.

-Zejdź mi z drogi albo…

-Albo co? – z uśmiechem uniósł brwi – Pobijesz mnie? Proszę cię, nie żartuj!

-Siadaj Filip… musimy porozmawiać.-Łukasz rzucił przez ramię.

-Ale…

-Siadaj, nie pierdol!- Alex położył dłonie na barkach Filipa i na siłę posadził przy stole.

-Jedź… marnie wyglądasz….- Łukasz wbił zmrużone oczy w wystraszonego mężczyznę.

-Jakoś… straciłem apetyt. Czego chcecie?

-Oczywiście zdajesz sobie sprawę, że dług który zaciągnąłeś, a od którego odsetki rosną z dnia na dzień, należy do Dębskiego…. a inaczej mówiąc byłego męża Poli…

-Teraz już wiem. – spuścił wzrok.

JENSEN ACKLES SUPER CUTE ♥️♥️♥️

-O widzę, że spokorniałeś…- Alex poklepał Filipa po plecach.

-Co wy macie z tym wspólnego? I czemu was to interesuje?

-Zasadniczo, mam to gdzieś czy wpakują ci kulkę między oczy czy nie… a tak się stanie Filip… gwarantuję ci.

-Chodzi nam o twoją żonę.- Alex skosztował podaną whisky i aż się skrzywił.

-Czego chcecie od Fiony? Ona nic nie wie! Zostawicie ją w spokoju! – wstał uderzając dłońmi w stół.

-Spokój. Siadaj i zachowuj się. – Łukasz mówił przerażająco spokojnie, nie wyrażając żadnych emocji. – Powiedź, bo tego nie rozumiem… dlaczego chcesz odebrać jej dzieci? Mało masz problemów.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-One są moja kartą przetargową. Jak będę miał przy sobie dzieci to liczę na to, że mnie nie zabiją i nie skrzywdzą.

-Ty gnoju! Dzieci wykorzystywać?!- Alex wymierzył jeden potężny cios w policzek Filipa, na co ten spadł z krzesła.

-Miałeś być grzeczny! – Łukasz posłał przyjacielowi gniewne spojrzenie.

-Wybacz…. poniosło mnie! Ale ten dupek chce ryzykować dziećmi!

-Nie chcę! – Filip wstał, masując twarz. – Ale nie mam innego wyjścia!

-Właśnie pojawiła się twoja szansa. A musisz zdawać sobie sprawę, że jak zostaniesz suką Dębskiego to dzieci i była żona będę twoim najmniejszym problemem kretynie. – szczęki Łukasza pulsowały.

 

-Ło matko powiedz mu i chodźmy na jakąś normalną whisky bo ta tutaj to jakieś szczyny! -Alex odwrócił się i posłał kelnerowi uśmiech śnieżnobiałych zębów.

-Umorzymy twój dług. Zapłacę całość, łącznie z odsetkami. Uwolnisz się od Marka i jego psów. Ale mam warunek.

-Właściwie to kilka warunków, drogi przyjacielu.

–Jakie to warunki?- Filipowi rozświetliły się tęczówki.

-Oddasz prawa rodzicielskie Fione. Odstąpisz od próby zabrania jej dzieci.

-I tak pewnie sąd by mi ich nie dał… – wygiął usta w podkówkę

- Zostawisz jej dom, samochód i zgodzisz się na zawyżoną kwotę alimentów na dzieci.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Domyślam się, że Fiona nie będzie o nie wnioskować.

-To sam zaproponujesz! -Alex śmiał się. – Co ty taki mało domyślny robaczku, co?

-Będziesz wzorowym ojcem…- Łukasz pochylił się bliżej Filipa. – Bo cholernie nie lubię jak zaniedbuje się dzieci!- wysyczał przez zęby. – Będziesz na każde ich zawołanie! To chyba nie jest za wysoka cena za… twoje życie? No i oczywiście weźmiesz winę na siebie za rozwód. Ale to chyba oczywiste, czyż nie?

-Tak. Rozumiem… – Filip spuścił głowę by po chwili spojrzeć na wstających mężczyzn.

- Jestem w redakcji jutro do szesnastej. Z tą godziną moja propozycja wygasa i będziesz radził sobie sam…. a nie dasz rady…

-To jest ogromna kwota….

-Wiem. Stać mnie.- Łukasz zakładał płaszcz, Alex stał już przy wyjściu. – Przemyśl to.- rozejrzał się na boki.

-Kim ty jesteś, że mi pomagasz, co?

- Filantropem… nikim więcej.Jedz kolacje.- uśmiechnął się tajemniczo i wyszedł pośpiesznie z budynku.

 

 

 

-Macie wszystko?- Pola ściskała blondynkę

-Jak nie to kupimy. Gliwice to nie jakaś dziura zabita dechami! Uspokój się!

-Najważniejsza ładowarka do telefonu, kasa i majtki na zmianę. – Jimmy uśmiechał się.

-Tak Jimbo… majtki, rzecz święta….-Paweł wywracał oczami.

- Zależy czyje…-Paddy mruknął pod nosem ściskając blondynkę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Cytrynka uspokój się! Pogadaj z bratem! Nie bądź bucem!- szeptała mu do ucha.

-Będziemy gadać godzinami! Ja ostatnio w pracy mam nudy i dużo czasu. – Fiona ścisnęła przyjaciółkę.

-Będziemy was informować. Jak tylko nadarzy się okazja to wrócimy do Warszawy. – Paweł zamknął bagażnik. – Wszystko spakowane. Jedziemy!

-Wszystko będzie dobrze!

-Adam… szykuj mi dobrą perukę…- próbowała na siłę zachować uśmiech.

-Skarbie taką ci  załatwię, że będziesz golić się na łyso już zawsze! – Pocałował blondynkę w usta.

-Mikołaj pilnuj go! Jego trzeba pilnować bo się rozbestwia i szaleje!

-Dobra kochani jedziemy! – wymienili jeszcze kilka uścisków i ruszyli przed siebie, machając i trąbiąc.

-Pojedziemy do nich, prawda?- Fiona wytarła z policzka łzę.

-Jak tylko będzie okazja to zaraz! – Jimmy objął kobietę i podeszli do auta. Reszta poszła za ich przykładem i każdy rozjechał się do swoich obowiązków.

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 1 komentarz

81. My spoon, your pants

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Promienie słoneczne nieśmiało przebijały się przez gałązki świerków, sosen, dębów i innych większych bądź mniejszych krzaków okalających niewielką, leśną polanę. Słońce sięgało zenitu, był środek letniego dnia. Słyszała szum traw, który do złudzenia przypominał dźwięk fal zazdrośnie otaczających  złoty piasek gdzieś na plaży. Trawy były dzikie, wysokie, przyozdobione bladozłotymi pióropuszami, które co jakiś czas uwalniały swoje cząstki pozwalając unosić się na wietrze. Przypominały stada małych motylków goniących się między drzewami, aż na końcu osiadających na wilgotnych paprociach chowających się w cieniu. Otaczał ją jedynie odgłos lasu, przerywany co chwilę świergotem ptaków bądź łamaniem niewielkiej gałązki pod naciskiem jeża, wiewiórki lub niewielkiej sarenki. Ciepło słońca ogrzewało i rozświetlało kolorową polanę w środku lasu. Mimo zamkniętych powiek do jej oczu docierało światło tworząc kolorowe majaki. Była sama. Zatapiała się w błogą nicość. Tutaj czas zwalniał swój bieg. Tutaj nikt do niej nie mówił. Wciągała słodki zapach ciepła, połączony z aromatem żywicy i odrobiną wilgoci, która co jakiś czas wkraczała na kwiecistą polanę. Leżała nieruchomo, unosząc jedynie piersi przy każdym głębokim oddechu. Dłonie spoczywały na jej płaskim brzuchu. Źdźbła trawy zalotnie pieściły jej bose stopy. Znajdowała się na samym środku. Dookoła niej panował mrok. Las był gęsty, ciemny. Tak jakby uwięził w sobie granat nocy, nie pozwalając jej uciec.

 

-Polaa!! – Usłyszała przeciągły męski głos. Pełen cierpienia, bólu i smutku. Mężczyzna rozpaczliwie wzywał ją do siebie. Gwałtownie otworzyła oczy, z początku oślepiona promieniami słonecznymi.

-Paddy… – wyszeptała a z oczu spłynęły dwie łzy. Nie potrafiła znaleźć w sobie siły, żeby wstać, iść do niego, poszukać go w zaroślach z których dochodził głos. – Idę! Boże, już idę!- zacisnęła zęby i jakby ostatkiem sił udało jej się usiąść. Podniósł się wiatr, który targał jej czarne długie włosy.

-Polaaa!! Szybciej! – Głos wydawał się oddalać i zatapiać w jeszcze większym smutku.

-Idę! Poczekaj! Czekaj na mnie! – krzyczała w stronę ciemnej ściany lasu. Chwyciła kilka długich trwa i z ich pomocą podniosła się na równe nogi. Wzięła głęboki oddech, otrzepała białą, koronkową sukienkę z liści i resztek mchu. Wzrok utkwiła w jednym punkcie. Najciemniejszym, skąd dochodził jego głos.

-Nie poradzę sobie bez ciebie. Błagam cię! – Usłyszała ostatni raz. Najpierw powoli, jakby dopiero uczyła się chodzić, krok za krokiem podeszła do krzaków paproci rosnących na skraju.

-Nie zostawię cię! – szła coraz szybciej. Odchylając od siebie niewielkie gałązki pozbawione liści. -Poczekaj! Nie odchodź! – biegła już z całych sił. Poczuła zimny podmuch na swojej skórze. Wilgoć wdzierała się do jej nozdrzy, z ust unosiły się obłoki pary. Przedarła się przez ostatni mur krzaków i zarośli.

Jej oczom ukazało się niewielkie jeziorko a raczej coś co po nim zostało. Teraz przypominało raczej bagno niż coś co kiedyś było piękne. Odkleiła z twarzy mokre pasma włosów, nerwowo rozglądając się na boki. Nikogo nie było. Była sama.

-Gdzie jesteś cholera?! – dyszała. Przyjrzała się tafli luźnego błota przed którym klęczała. Zobaczyła kilka pęcherzyków powietrza unoszących się na powierzchni. -PATRICK!!!- jej rozdzierający krzyk rozszedł się po całym lecie, wzbudzając do lotu kilka czarnych kruków z okolicznych drzew. Zanurzyła dłonie do samych obojczyków, szukając po omacku ukochanego. Szarpała dłońmi na wszystkie strony. Nie było go. – Cholera jasna!- kropelki potu spływały po jej czole. Poczuła, że zaczyna brakować jej tchu. Gardło zaciskało sie coraz bardziej. Poczuła metaliczny, cierpki smak w ustach a po chwili przeszywający bój w klatce piersiowej. Spojrzała w dół. Po jej białej sukience, między koronką, powoli sączyła się czerwona stróżka świeżej krwi. Opadła z sił, wspierając się o pobliskie drzewo. Dusiła się. Kącikiem ust wypływała ciepła krew. Panika zaciskała jej gardło. Coraz mocniej… – PADDY! – krzyknęła ostatkiem sił.

-Pola! Skarbie! – mężczyzna delikatnie potrząsał kobietą. – Pola, obudź się! – w końcu kobieta otworzyła gwałtownie oczy, wbijając w niego intensywną zieleń.

-Boże co to było!- usiadła dysząc głęboko, z ledwością łapiąc oddech. – Paddy, co to było?- w jej oczach tańczyły kryształki łez.

-Koszmar! Zwykły koszmar! – zamknął ją w swoich ramionach. Bujał ją lekko, starając uspokoić.

-Nie było cię… utopiłeś się…- mówiła między głębokimi oddechami. – A ja… Boże… ile tam było krwi!

-Ciii….- głaskał jej włosy. – Nic się nie stało! Już dobrze kochanie. Żyjemy i mamy się całkiem dobrze.

-Ale skąd?! – wdychała zapach jego wody kolońskiej, jakiej używał zaraz po goleniu.

-Jesteś w ciąży, Dominika choruje. Martwisz się. Moze zebrałaś wszystko razem i stąd takie sny. – odchylił jej twarz aby spojrzeć w oczy. – Ale to był tylko sen Pola, tylko sen. Oddychaj i spróbuj się uspokoić.

- Tak, masz rację…- przetarła spocone czoło, rozejrzała się po pokoju i sięgnęła po szlafrok znajdujący się w nogach łóżka. – Już dobrze. Ten sen… – zawiązywała pasek. – Był taki realny…

-Nie mniej jednak… tylko sen. – podeszła do siedzącego na łóżku Patricka, który przytulił ucho do jej brzucha, gładząc dłonią pośladki. – Witaj okruszku. Mam nadzieję, że chociaż tobie dobrze się spało.- ucałował skórę w okolicy pępka.

-Ty też?- Pola wplotła palce w jego brązowo- złote włosy.

- Głowa mnie boli. Ale to nic. Śniadanie?

-Poproszę. – wyszła do łazienki. -Pamiętaj, że po śniadaniu jedziemy do Dominiki i Pawła.

-Pamietam oczywiście! Jak mógłbym zapomnieć. – Paddy otworzył lodówkę, podrapał się po pośladku, rozejrzał  po zawartości, pokiwał z niesmakiem głową, wyciągnął kilka jaj i resztę masła a biodrem domknął drzwiczki. – Musimy w drodze do domu podjechać na jakieś zakupy! Nic nie ma w domu do jedzenia!

-Zależy co się wydarzy u Dominiki! – Pola zanurzała się w wannie pełnej piany. – Dobry pomysł. Przyda się chociaż odrobinę normalności w tym naszym pokręconym życiu!

- A jeśli chodzi o twoją normalność. Masz dzisiaj być w redakcji?- kroił cebulę w drobną kostkę.

- Nie! Pierre wyjechał. Pracuje w domu!

-A to….

-Paddy, kąpię się! Nie będziemy krzyczeć do siebie. Kochanie, wyjdę to porozmawiamy.

-Dobra no… marudo! – w mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. – No przecież! -rzekł Paddy z ironią. – Chociaż raz, jeden poranek!- oblizywał palec z masła.

- Zapomnij! – Pola krzyknęła z łazienki.

- Czasami sądzę, że oni są jak jakieś cholerne wampiry, co nie śpią po nocach i tylko czekają pod naszymi drzwiami.

- Tak, na słodką krew dziewic! Otwórz te drzwi Paddy!

- Nie mów mi co mam robić! – żartował zamykając drzwi łazienki a otwierając te od mieszkania.

-Niespodzianka! – na wejściu stali Adam z Mikołajem.

- Krew, pot i łzy… jak Boga kocham! Wchodźcie.

-Nie! Żadnej krwi! Mam dość! – Mikołaj wzdrygnął się na samą myśl. – Kofeiny!- rozsiadł się przy stole podpierając się na łokciach.

-A temu co?- Paddy z Adamem stali nad zasypiającym Mikołajem.

-Dyżur miał. Ciężka noc.

-Zrobić ci kawy?- Paddy poklepał lekarza po plecach.

- Jeszcze pytasz?!

-A w dzbanku czy od razu wiadro przynieść?

-Zaraz nie będzie ci do śmiechu! Mądralo w rurkach! – Mikołaj uniósł lekko kąciki ust, powstrzymując śmiech.

- Co? Jakie rurki?- Paddy nastawiał właśnie ekspres na podwójne espresso.

- A kochany proszę bardzo! – Adam kliknął kilka razy w ekran telefonu i podstawił Paddiemu pod twarz.

-Co? Co to jest?- Muzyk zmrużył oczy.

-Twoja oryginalna strona mój drogi. A na pierwszym planie, ty i twoje rurki! A niżej setki komentarzy!

-Ha! A nie mówiłem!

-Zamknij się bo nie dostaniesz kawy! – Paddy trzymał filiżankę w dłoni nie odrywając spojrzenia od telefonu Adama.

-Dawaj, nie pierdol! – Mikołaj warknął.

- Jak jest niewyspany to taki burak z niego wychodzi! – Adam szepnął do Paddiego.- Daj mu kawę a jak to nie podziała, to wywieziemy go gdzieś do lasu na przykład. – wzruszył ramionami rozbawiony całą sytuacją.

-Żadnych kurwa lasów! -do kuchni weszła Pola. – Część kochanie. – pocałowała Adama. – Cześć zgredku! -zwróciła się do Mikołaja.

-”Paddy, jesteś niesamowity! Jak to dobrze, że wróciłeś na scenę….”- muzyk czytał na głos- Daj ten telefon na chwilę. – zaczytany usiadł przy stole.

-Ok… jajecznicy?- Pola przejęła stery w kuchni.

-”Kiedy znowu odwiedzisz Niemy? Kolonia tęskni. Wyglądasz świetnie, przytyłeś czy to te rurki?” No cholera! A ja myślałem, że tak lepiej wyglądam! – Paddy bawił się włosami.

-Mówiłam ci, że w takich nie jest ci dobrze, ale nie słuchasz kobiet.

- To posłuchasz geja! Zabiore cię na zakupy. – Adam zajadał śniadanie.

-O proszę! „I wcale nie starzejesz się! Jak ty to robisz?” Ha! I co głupio wam? Czekaj jest coś jeszcze…- przesunął kciukiem w dół ekranu. – Fakt, z tymi spodniami to trochę przesadził, choć pięknie podrkeślają… eee nie będę tego czytać. – na policzkach Paddiego pojawił się ognisty rumienieć

-Czytaj! Ja już i tak wiem. Polka niech usłyszy!

-Tyłeczek! Tyłeczek? Ja nie mam „tyłeczka”

-No trochę masz! – Pola z Adamem wychylili się, próbując zerknąć na pośladki Patricka.

- Powinieneś rzucać się w tłum z takim… tyłeczkiem! – Mikołaj wtrącił. – O, proszę, kawa działa!

-Daj się ponieś, Paddy!

-A zamknijcie się! Banda imbecylów! – wyszedł z kuchni.

-Gdzie idziesz?! Spodnie zmienić?! – Adam krzyknął za przyjacielem.

-Ej, serio, musimy przestać nabijać się z niego bo w końcu obrazi się na poważnie! – Pola kończyła pić kawę.

- Kiedy to samo wychodzi. – wszytscy powoli poważniejli.

-Pośmialiśmy się a teraz do rzeczy… coś wiecie? Dzwonili?

-Tak, ale tylko po to żeby nas zaprosić na dziś. Żadnych konkretów.

-Nie będą mówić przez telefon o takich rzeczach ale jak znam temat to pewnie już ma rozpisaną chemię i zaplanowany wyjazd do Gliwic. – Mikołaj zakładał kurtkę.

- Jedziemy naszym autem czy dwoma?- Adam również ubierał się.

-Dwoma. Później mamy coś do załatwienia z Paddym. – Pola zapinała zamek z kozakach.

- Myśleliśmy, zanim wyszło to wszysto z Dominiką, żeby zrobić imprezę. U nas. Ale teraz, skoro jest jak jest…-Paddy zamyślił się na chwilę zamykając drzwi mieszkania. – Może po prostu kolację zwykłą…

- Nie wiem czy to dobry pomysł teraz. – Adam trzymał drzwi windy. – Zapytaj Pawła.

- Jeśli ona dostanie szybko chemię, to możliwe, że jej nie będzie w Warszawie. – Mikołaj mówił spokojnie, rzeczowo- A jeśli będzie to wątpię, żeby czuła się na tyle ok aby imprezować. No chyba że pierwszy wlew zniesie dobrze, ale tego nie wiem….-wzruszył ramionami.

-Boże…. jak możemy im pomóc. – Pola opierała się o ściankę windy, którą jechali.

- Być przy nich ale nie użalać się. Tego nikt nie lubi.- Mikołaj otwierał samochód.

- Trzeba żyć dalej, jednym słowem. – Paddy przytrzymywał Poli drzwi. – Do zobaczenia na miejscu.

 

 

Przywiozła chłopców ze szkoły. Wstawiła obiad, który zrobiła dzień wcześniej i zamyślona obierała ogórki, patrząc wyczekująco na bramę przed domem. Jim nie nadjeżdżał. Martwiła się. Ale musiała trzymać nerwy na wodzy. Musiała, bo miała dla kogo.

-Bruno! – krzyknęła w kierunku schodów. – Weź brata i schodźcie na obiad.

-A co jest?- usłysząła po chwili

-A co za róźnica?

-Bo jak niedobre to nie schodzimy.

-To wtedy nie dostaniecie czekolady… – użyła zelaznego argumentu

-To pół!

-Licytujesz się a nawet nie wiesz co jest do jedzenia?!

-Ee no chyba tak…. To co jest?

-Bruno! Liczę do trzech i ide po was! Jeden…

-Dobra no, już!

-Ale ja nie chcę zupy! Nie lubię!- młodszy chłopiec marudził.

-Chodź Igor… zjemy trochę bo nam mama nie da spokoju. A potem zbudujemy garaż z tych pudeł!- usłyszała cichą rozmowę.

W takich momentach zapominała na chwilę o tym, co ją przytłacza i przeraża. Zerknęła na kalendarz wiszący na kuchennej ścianie. Za 10 dni miała kolejną sprawę rozwodową. Wraz z adwokatem spędzali długie godziny na opracowaniu skutecznej linii obrony jak również na zebraniu dowodów. Teraz jednak martwiła się o Filipa… W co się wpakował. Przypomniała sobie jego zachowanie dzisiejszego poranka w hotelu. Wyglądał jak ktoś borykającym się z ogromnymi problemami. A jeśli to on sam pił, zarzucając jej to samo aby odsunąć od siebie takie zarzuty? Tylko co on robił w tej dziurze? Ukrywa się przed kimś? Przed matką? Byłoby to zrozumiałe ale wybitnie nielogiczne. Jego słowa o dzieciach… to wszystko było dla Fiony mocno niezrozumiałe. Wie jedno…. ktoś lub coś zmusza Filipa do takich zachowań. Nigdy nie był wobec niej agresywny. Mimowolnie dotknęła swojego ramienia na którym powoli wychodziły sine ślady. I nagle zobaczyła… pod domem z piskiem zatrzymał się ciemny samochód.

-Boże, Jim! – Tak jak stała, z łyżką w dłoni, wybiegła przed dom. – Jesteś!- rzuciła mu się w ramiona, przewracając go na bok auta.

-Fiona, Chryste! – mocno ją przytulił – Co ty?! Co się stało? – urywał zdania. – Dlaczego miałem wracać? – chwycił jej ramiona, zobaczył mały, dziwny grymas na jej twarzy lecz ignorując go, dodał. – I dlaczego nie jesteś ubrana? Zaziębisz się! Chodź do domu.

-Kocham cię Jim. – stała przed nim cała dygocząca z zimna. – Nie powinnam cię oceniać… sama nie jestem kryształowa ale… my właśnie tacy jesteśmy! Nie jak para nastolatków, którzy dopiero zaczynają chadzać na randki! My już mamy wszystko za sobą i to jest w nas cudowne! Te przejścia, te wady, ten cały syf z którym musimy się zmierzyć. Wybacz moje słowa. Nie jesteś jak…

- Poczekaj! Tak się trzęsiesz, że zaraz rykoszetem z tej łyżki dostanę. Chodź do domu i porozmawiamy! – delikatnie uśmiechał się.

-Nie! Poczekaj. Muszę ci to powiedzieć! – zaciskała zęby z zimna, które potęgował silny wiatr.

-Możesz powiedzieć mi w domu… – mówił spokojnie.

-Możesz mnie posłuchać?! Próbuję romantycznie wyznać, jaki jesteś dla mnie wazny i jak cie kocham, baranie jeden!

-Tak, tak wiem kochasz mnie i inne takie! – Machnął na zdziwioną kobietę dłonią, zrobił krok do przodu, pochylił się i przy ostrym sprzeciwie Fiony, zarzucił ją sobie na barki. – Chociaż jedną rozmowę przeprowadzimy nie na tym cholernym tarasie! Już jakaś tradycja się z tego robi!- śmiał się.

-Puść mnie głupku! – biła go łyżką po pośladkach odznaczających się pod obcisłymi jeansami.

Jim nie zwracał na nią uwagi i spokojnie wszedł do domu. Zatrzymał się w półkroku. Przed nim stało dwóch chłopców ubranych w kolorowe dresy i w skarpetkach na wpół naciągniętych na stopy. Stali z lekko uchylonymi buziami i łyżkami w dłoni.

-Co jest z tymi łyżkami?! Przywiązani jesteście do nich czy co? Rodzinny zwyczaj? Chodzę po domu z łyżką u pasa?- Postawił kobietę na podłodze.

-Mamo… wołałaś na zupę a tu nic nie ma! Robisz nas w konia!

-A ja nie rozumiem co mówi wujek Jim!- Igor wygiął usta w podkówkę

-Ha, ja zrozumiałem kilka słów! – prężył się Bruno. – No dwa dokładnie… ale zrozumiałem!

-Wujek przyszedł na obiad. Zje z nami, ok?- Fiona poganiała chłopców do kuchni, pozwalając Jimowi rozebrać się z kurtki i butów. Kiedy prawie zniknęła za rogiem wymienili ze sobą ciepłe spojrzenia.

-A damy mu też łyżkę?- Igor śmiał się dziecięcym głosikiem.

-A jak będzie jeść? Widelcem? Jaki ty głupi jesteś! – Bruno odpowiedział bratu. Na to Fiona roześmiała się perliście, a Jimowi zrobiło się ciepło na sercu.

-Wujek chodź… – Igor chwycił muzyka małą rączką i ciągnął w kierunku kuchni.- Mamusia zrobiła pieczarkową. Niedobra to zjesz więcej.- Jimmy starał się wyłapać jakiekolwiek słowa ale nic nie rozumiał.

-Fiona, ratunku. – podniósł chłopca na ręce i razem z nim wszedł do kuchni.- Ja go nie rozumiem!

-Wołał cię na obiad. Mówił, że jest pyszna zupa…- Fiona powstrzymywała śmiech.

-No, akurat! Jak ktoś lubi pieczarki!- Bruno podpierał głowę łokciem.

-Cicho bądź i jedz.

-Jak na niego patrzę to mimo, że nie rozumiem, jakoś podejrzewam, że nie zaspecjalnie dobra ta zupa…- JIm zmruźył oczy chwilę zastanawiając się i łypiąc po chłopcach spojrzeniem. -No ale polej! Zjem ze smakiem! Maite też źle gotowała, ciężkie dzieciństwo…Ej nie bij! – dostał w nogę zwiniętą ściereczką kuchenna.

-Nie przesadzaj! Aż tak źle to nie gotuję!

 

Po skończonym obiedzie i śmiesznych rozmowach, przy których Fiona musiała robić za tłumacza, Chłopcy odnieśli talerze na blat i uciekli na piętro budować garaż z pudeł po butach. Fiona zrobiła kawę, Jim w tym czasie umył kilka talerzy i… łyżek.  Usiedli w salonie, puścili głośniej muzykę i Fiona opowiedziała Jimowi o swoim spotkaniu z Filipem. Pominęła jednak fakt, że mąż był wobec niej agresywny. Opowiedziała również o swoim spotkaniu z teściową i że wydaje jej się, iż to ona właśnie za tym stoi.

-A to dupek! Kawał gnoja, nie facet! – Jim był czerwony ze złości i ledwo siedział na kanapie. Utwierdziło to Fione, że dobrze zrobiła nie mówiąc mu o wszystkich szczegółach.

-No ale może ma powód…- powiedziała zamyślona a widząc minę Jima, dodała. – Nie tłumaczę go, ależ skąd! Nie patrz tak na mnie! Zastanawiam się jedynie!

-Nie masz co się zastanawiać! Łeb trzeba mu urwać przy samej dupie!

-Jim, uspokój się. Nawet jeśli zrobimy, jak ty chcesz, to powiedz mi, mądralo, co nam to da?

-Kurwa, satysfakcję!

-Chcę dowiedzieć się, w co się wpakował. To wszystko.

-Wiem skarbie. – położył sobie stopy Fiony na kolanach.-Powiesz adwokatowi o tym spotkaniu?

-Chyba nie powinnam…- zanurzyła usta w gorącym napoju.

-Maaamoo! – do pokoju wbiegło dwóch, małych chłopców. – A wujek Padzik to mógłby nas nauczyć grać na gitarze?

-I na perkusji! Na perkusji chcę!- Igor podskakiwał w miejscu

-Ty Padzik, a masz perkusję?- Fiona szybko tłumaczyła Jimowi jednocześnie rozmawiając z synami.

-Nie. A to trzeba mieć?

-No tak. – Fiona śmiała się serdecznie a i Jim rozchmurzał się choć serce kuło go braterską miłością.

- To kupisz? Mamo… prosimy?

-Co? Perkusję? Oszaleliście? Chwili spokoju już nie będzie w tym domu! Ale gitarę mogę.

-Ja was mogę nauczyć…-mały Igor usadowił się na kolanach Jima.

-A to też umiesz grać  na gitarze wujku?

-Trochę!- puścił oczko do kobiety. -Coś tam umiem… Nie tak jak wujek…Paddy ale jednak.

-No to dobra. To nauczysz, ale jutro bo dzisiaj to już nam się nie chce…- przy akompaniamencie gromkiego śmiechu dzieci uciekły do swojego pokoju. Jim zmarkotniał, zamyślony wodził palcem po brzegu czerwonego kubka.

-Jim… co jest?Paddy?

-A… nieważne. Nie chcę o tym rozmawiać…-westchnął

-Ok. Nie zmuszę cię…- powiedziała od niechcenia. Pozwoliła mężczyźnie na chwilę zadumy. Nie musiała długo czekać.

-Zawsze go podziwiałem, wiesz… zazdrościłem mu. Miałem wrażenie, że panuje nad swoim życiem. Miał charyzmę, ludzie go uwielbiali. Zazdrościłem mu… – zaczął krążyć po pokoju.- Nie sądziłem, że tak cierpi… że jest taki pusty i nieszczęśliwy. Sądziłem, że zawsze tego chciał. Ja również nie radziłem sobie… piłem… próbowałem wyrwać się z tego dziwnego, rodzinnego interesu. Paddy… on…- prychnął śmiechem. – Milczał… pisał, komponował i kurwa cierpiał w samotności. Znalazł sobie tą całą Andree…- zerknął na Fionę. – Wiedział, że on jest interesowna… wiedział, że jest z nim z błahych powodów ale… – wypuścił głośno powietrze. – wolał taką fałszywą miłość niż żadną. – usiadł obok kobiety i wplótł palce we włosy. – Zawsze go podziwiałem… był moim przyjacielem, bohaterem w moim oczach…tyle razy mnie ratował…krył przed żoną i rodziną…a teraz nie chce mnie znać… spieprzyłem to Fiona… straciłem brata i przyjaciela! Jak mogłem mu to zrobić?!

- Gówno prawda!- warknęła. – Użalasz się nad sobą! Zawaliłeś ale możesz to naprawić. Paddy znowu może ci zaufać. Tylko… – zastanowiła się chwilę. – Musisz być szczery,  próbować i nie odpuszczać! – chwyciła jego dłoń. – Nie odpuszczaj, rozumiesz?  Zbierz się na odwagę i pogadaj z nim sam na sam. W końcu… – uśmiechnęła się serdecznie. – wybaczy ci.

 

W pewnym niewielkim, francuskim klasztorze pewien stary mnich łapie się za klatkę piersiową. Jego twarz wykręca grymas bólu, który pulsuje aż za łopatki. Delikatnie opada na pobliską, chłodną, kamienną ścianę. Oddycha coraz ciężej, zachłannie łapiąc oddech. Czuje jak powoli drętwieją mu mięśnie, jest zmęczony… powieki powoli opadają… Ostatkiem sił widzi dwie postacie biegnące w jego stronę…

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 2 komentarzy

80. Brave women

Blondynka przeklinając pod nosem w pośpiechu pakowała ubrania do walizki. Niedbale składała kolejne części garderoby. Co jakiś czas nakładała na twarz sztuczny uśmiech i podchodziła do bawiącego się synka. Chwilę mówiła do niego słodkim, delikatnym głosem, poprawiała niedbale pospinane włosy i z agresywną miną odwracała się do dwóch siedzących przy stole mężczyzn. Łukasz z Alexem pili kawę i zajadali drożdżówki z dżemem różanym.

-Dalej uważam, że to najgorszy z waszych pomysłów! Mam uciekać jak wystraszona suka z podkulonym ogonem! Bez sensu!

- Nie bez sensu Gwen! – Łukasz zerkał na gazetę. – Chodzi o ciebie….

-Umiem o siebie zadbać!- przerwała mu.

-I o Arona.- Łukasz dokończył wypowiedź.

-Zgarnęli mnie spod marketu! – Alex lekko podniósł głos. – Jeśli trafią na ciebie, na przykład na placu zabaw, to co zrobisz? Nie uda ci się ich pokonać, jednocześnie dbać i pilnować dziecka. Do cholery, myśl rozsądnie.

- Dopiero co tu przyjechaliśmy! A teraz co… mam wracać do starego? Spierdalać stąd?

-Tak właśnie masz zrobić!- Alex wstał.

-Nie ty o tym decydujesz!- warknęła.

-Ty również. -Łukasz powiedział spokojnie. – Takie są wytyczne. Musisz się dostosować.

-Ale…

-Koniec rozmowy. Pakuj się. Pierre za niedługo będzie. Zawiezie cię do Artura.

-Tam będziecie bezpieczni dopóki nie załatwimy Diega. – Alex objął kobietę – Nie dąsaj się. Wiem, że lubisz dać po pysku i skopać kilka jaj ale to jest ważniejsze. Poza tym czeka na ciebie żona Artura, Edith. Pomoże ci, zostanie z Aronem. Jak…

-Jak babcia…- Łukasz uśmiechnął się na te słowa.

-Dobra! Ok! Da mi coś, jak dalej będę się sprzeciwiać?- położyła dłonie na biodrach i spojrzała na mężczyzn, którzy jednocześnie pokiwali głową. – Dupki!

 

 

 

 

W gabinecie panował zaduch. Nikt od dłuższego czasu nie otwierał okien. W powietrzu unosiły się drobinki kurzu. Pola ściągnęła czarny płaszcz zawiesiła na stojaku w kącie pokoju. Skórzane rękawiczki i dużą, bordową torbę rzuciła na niewielką sofę, sięgnęła po pusty kubek i bezsilnie, wolnym krokiem poszła do biurowej kuchni, gdzie znajdował się automat do kawy. Mogła zejść do kawiarni, spotkać się z Klarą ale nie miała siłyi ochoty na sztuczne, nic nie znaczące rozmowy, które nic nie wnoszą do życia, nie prowadzą do zmian a jedynie zabierają czas. dzisiaj chciała być sama.Kilka godzin tu spędzi, popracuje. Dominika z Pawłem wrócą popołudniu od onkologa, wtedy wszyscy spotkają się na miejscu. Wyciągnęła z kieszeni czerwonej marynarki telefon, sprawdzając czy nikt nie napisał bądź przypadkiem nie dzwonił. Aparat milczał. Czuła niepokój. Nie dawali znać.

Każdy z przyjaciół wykonywał swoje obowiązki, pracował tak jak Pola i Fiona. Paddy komponował w domu. Jim właśnie zmierzał w kierunku Kolonii, zastanawiając się nad  swoim dalszym życiem. Dominika z Pawłem wysłuchiwali jaka czeka ich najbliższa przyszłość. Każdy telefon trzymał w dłoni bądź miał w zasięgu wzroku. Wszyscy czekali…

- Cześć delfinku! – Pierre stał w drzwiach z rozbrajającym uśmiechem

-Chryste, Pierre! -Pola podskoczyła. – Nie strasz ludzi, kiedy robią sobie kawę! Gorącą! – zlustrowała jego ubiór. – Jak ty wyglądasz? Nie garnitur? Jak nie ty! Do pracy mógłbyś ubrać się lepiej! – uśmiechnęła się zadziornie.

-Mogłabyś schudnąć! – zabrał jej kubek.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Ej, to moja kawa!

-Zrób sobie drugą! – wszedł do małej kuchni, zamykając za sobą drzwi. – O, pani się denerwuje? Boisz się być ze mną zamknięta w tak ciasnym pomieszczeniu? – uniósł kilka razy brwi. – Poocieramy się? Jak dwóch obcych… w autobusie?

- E, co? Dostałeś po pysku i ci się klepki przestawiły?A chociaż, ty masz tylko jedną! – wsypywała cukier do kawy. – Musisz skończyć z takimi żartami!

-E tam! Lubię jak Paddy czerwienieje ze złości! To trochę tak, jak wkurwiony ratlerek!- oparł się o blat, blisko Poli.

-Odpuść mu przez najbliższy czas… – raptownie posmutniała. – … przechodzimy ciężki okres.

-Ja wiem, wiem! – westchnął teatralnie. – Ciąża nie rozpieszcza! – upił łyk napoju – Bezkofeinowa?!

-Dominika ma raka…- wyszeptała.

It's Time To Give Chuck Bass All The Recognition He Deserves

-Co?! – prawie zakrztusił się łykiem kawy. – Jakiego raka? Dlaczego teraz mi mówisz?! Przecież była tylko w szpitalu!-krzyczał

-Nie było cie! Latasz cholera wie gdzie! Poza tym nie wiedziałam, że powinnam ci mówić o takich rzeczach!

-Powinnaś mówić mi o wszystkim!

-Dlaczego?- zmrużyła oczy.

-Bo… – zawahał się.- Tak robią przyjaciele.

-Za dużo się dzieje Pierre! – potarła zorane zmarszczkami czoło. – Wszystko się pieprzy! Dominika choruje i nie wiadomo jak to się skończy. Próbowałam coś czytać na temat tego chłoniaka ale wybucham płaczem i nic z tego nie ma.

-Chodź stąd! Bierz kawę i idziemy do gabinetu. Nie będziemy gadać  w kuchni, jak jakieś przekupy.

- Paddy pokłócił się z Jimem. – usiedli na skórzanej sofie. – Jim spotyka się z Fioną. Nie wiem, jak ich pogodzić i czy to w ogóle jest możliwe! Uparci jak dzieci! Chociaż Jim by chciał ale Paddy…- westchnęła kiwając głową. – Wziął nawet kilka dni wolnego, po tym jak spadła na nas rakowa bomba, ciężko jest normalnie funkcjonować…

-A jak Fiona z tym swoim cudownym mężem?-zapytał udając obojętność.

-Okazał się dupkiem ponad swoją miarę. Chcę zabrać Fionie dzieci. Na najbliższej rozprawie jego adwokat chce udowodnić, że Fiona źle się prowadzi, ma romans z Jimem i że jest złą matką.

-Bywa wrzodem na tyłku ale żeby zaraz złą matką! A po cholerę temu Filipowi dzieci?!

-To są jego dzieci?- rozłożyła dłonie, nie rozumiejąc.- Chyba oczywiste?

- No wiem, ale w dalszym ciągu pytam, po co mu one?! Rozwodzi się. Może odzyskać status kawalera! Świadomie uwiązywać się w roli tatuśka? Bez sensu!

-Filip jest dobrym ojcem. Za chłopcami jest bardzo, no ale…

-A co z ich firmą?

-Nie wiem. Fiona chyba będzie chciała ją zatrzymać. To jej takie trzecie dziecko. Razem ją tworzyli.

-Będzie musiała spłacić Filipa….- skubał swój kilkudniowy zarost.

- Mała cena za pozbycie się frajera z jej życia.

-Jak ona to wszystko znosi?

-Fiona to twarda babka! Boje się jedynie, że ta twardość za niedługo się skończy.- przyglądała mu się  przez chwilę. – Dlaczego tak wypytujesz o Fionę?

-Bez powodu. – wzruszył ramionami. – ciekawy jestem i tyle. Odczep się!

-Jakaś podejrzliwa się robię! Wybacz.

-A ty, jak się czujesz? Tyjesz, aż miło popatrzeć. Jeszcze chwilę a Greenpeace wrzuci cię z powrotem do morza.

-Nie kpij! Nie przytyłam aż tak! Nie przesadzaj! A czuje się całkiem nieźle. Czasem tylko spać nie mogę i szybciej się męczę ale to nic takiego.

-No, czyli nie jest źle! – poklepał ją po kolanie. -A reszta się wyprostuje, zobaczysz! Lecę!

-Gdzie?- zmarszczyła brwi. – Sądziłam, że popracujemy?

-Musze jechać do Francji na kilka dni… Odwiedzić… – wygiął usta w podkówkę. – Matkę, ojca… takie tam bzdury. – zakładał kurtkę. – Dasz sobie radę?

- Jasne! A wrócisz na weekend?

-A co? Planujesz imprezę na moją cześć?

-Nie, głupku! Na moją! Chcemy powiedzieć o dziecku i chciałabym, żebyś był wtedy z nami…

-O! – wzruszenie przebiegło przez jego serce. – A to będę. Masz moje słowo. – puścił całusa w powietrze i wyszedł z gabinetu Poli. Przeszedł kilka kroków i zapukał do kolejnych drzwi. – Cześć Edyta…- wszedł pewnie, zamykając za sobą.

-O proszę! Któż to się pojawił w pracy. – spojrzała na niego znad otwartego laptopa.

-Trzeba przyjść czasem… – przejechał palcem po linii biurka. – Odwiedzić stare śmieci… że się tak wyrażę!

-A jak wyrazisz się o tym? – położyła przed mężczyzną liścik, który sam jej napisał po wspólnej, upojnej nocy. Z twarzy kobiety nie biły żadne emocje. Zastygła w jednej minie, świdrując Pierra na wylot. Ten z kolei zdawało się, nic nie robić z jej zachowania. Uśmiechał się tajemniczo i zerkał na nią spod przymkniętych powiek.

-Przecież o to ci chodziło, prawda?- ujął jej dłoń i z lekkim pomrukiem przyciągnął do siebie. Jego spojrzenie przeskakiwało z jej oczu na lekko rozchylone usta.

-O to mi chodziło? – zmarszczyła brwi. – A o co konkretnie, że się tak zapy… – zamknął jej usta pocałunkiem. Jedną dłonią przytrzymywał tył jej głowy. Wpijał się mocno w wilgotne wargi. Czuł  jak jej ciało sztywnieje. Jak reaguje pod jego dotykiem. Wydała z siebie ciche jęknięcie, kiedy niespodziewanie przesunął dłoń i pogładził jej policzek .

- Dostałaś ostatnio to czego chciałaś. Przecież o to ci chodziło, prawda?

-Jak śmiesz!- na twarzy Pierra wylądował siarczysty policzek. Ona dyszała ze złości. On z uśmiechem stał niewzruszony. Kciukiem przetarł swoje usta i wyciągnął dłoń w jej kierunku. -Nie dotykaj mnie! – agresywnym gestem odepchnęła jego rękę.

-Nie udawaj bardziej świętej, niż jesteś! Wtedy… – uśmiechnął się szyderczo. – Nie narzekałaś!- na te słowa Edyta wymierzyła drugi raz. Pierre złapał jej dłoń za nadgarstek lekko go ściskając. Zrobił kilka kroków do przodu, tak że kobieta wylądowała na ścianie, do której Pierre lekko ją przycisnął. Nie spuszczał z niej wzroku. Przypominał dzikie zwierze, na chwilę przed rzuceniem się na swoją ofiarę. Ich usta dzieliło raptem kilka milimetrów.

-Będę krzyczeć. – szepnęła.

-O… – zamruczał. – Liczę na to… -zwolnił uścisk i kiedy był już blisko wyjścia odwrócił się i powiedział do kobiety niskim barytonem. – Bardzo cie proszę… nie próbuj wiedzieć więcej niż jesteś warta…- poprawił włosy i wyszedł z gabinetu uśmiechając się do osób mijanych na korytarzu, zostawiając zszokowaną kobietę stojącą pod ścianą.

Wypalił przy samochodzie papierosa, wsiadł i odjechał. Miał zabrać Gwen i Arona do Francji… do Artura i Edith… Świat schodzi na psy, pomyślał. Kiedy on panował nad czarnym rynkiem i chłopakami pod Paryżem to nie było takich praktyk. Zawsze panowała zasada, rodziny się nie rusza. Mogłeś utopić faceta, strzelić mu prosto w głowę, gdzie części jego mózgu lądowały na przeciwnej ścianie. Mogłeś wszystko, ale kobiet i dzieci nigdy nie krzywdzili. Żaden z nich. A jeśli któryś złamał jego zasadę… lądował na ścianie… w kawałkach. Nigdy nie miał poszanowania dla życia. Od dawna mu to wpajano.  Zamyślił się. Wyjedzie teraz na kilka dni do Francji. Zapewni Gwen i dziecku bezpieczeństwo i wróci,  jak najszybciej! Do niej. Będzie przy niej, kiedy powie wszystkim o jej szczęściu. O ich dziecku. Uśmiechnął się do własnych myśli. Oczami wyobraźni widział już jej radość.

W połowie lutego Łukasz miał wykonać swoje zadanie. Musieli to przemyśleć, zaplanować. To nie będzie zadanie jak jedno z wielu. To wymagać będzie dyplomacji, ostrożności w doborze słów. Subtelności jakiej Pierrowi w wielu momentach brakuje. Przed tym jednak muszą załatwić coś pilniejszego.A mianowicie… Filipa. Pierre wyszczerzył zęby na samą myśl i mocniej nacisnął pedał gazu.

 

 

Siedziała na wprost mężczyzny wpatrującego się w projekty rozłożone na wielkim stole, w swoim gabinecie. Uśmiechała się sztucznie, popijała filiżankę czerwonej herbaty i cierpliwie czekała na jakąkolwiek decyzję klienta. Co jakiś czas odpowiadała na pytania odnośnie łuków, przyłączy, instalacji, terakoty i innych elementów wystroju. Była w tym dobra, znała swoje dzieło na wylot. Odpowiadała bez zastanowienia a jednocześnie myślała o Jimie, Filipie, dzieciach, firmie. Nie mogła pozbyć się poczucia, że życie jej się sypie a ona nic z tym nie robi. Po prostu… czeka. Na decyzję męża, na ruch Jima… wzbierała w niej złość. Spojrzała na swoje dyplomy zawieszone na ścianie. Tego też ma się pozbyć? Tyle lat na to pracowała. Jej przyjaciółka choruje, może nie przeżyć, a ona znowu czeka. Czuła się źle ze sobą. To nie była ona. Nigdy nie była bierna. Zawsze coś robiła. Teraz, kiedy całe jej życie robi koziołki, przewroty i tańczy lambadę to ona siedzi z jakimś facetem i znowu czeka!

-Pani Kamińska… wszystko wygląda tak jak oczekiwaliśmy. Możemy finalizować projekt.

-Cieszy mnie to. Mam już naszykowane odpowiednie dokumenty. Proszę jedynie podpisać u mojej sekretarki dobrze?

-Oczywiście, nie ma sprawy. – wstał i podał Fionie spoconą, chłodną dłoń. – Jedna, delikatna kwestia. Rozliczymy się przelewem, czy wolałaby pani gotówkę?

-Przelew. Nie mam tajemnic przed moim… wspólnikiem. – odchrząknęła

-Oczywiście. Źle mnie pani zrozumiała…

-Bardzo dobrze pana zrozumiałam. Fakturę otrzyma pan u sekretarki. Dziękuję i do widzenia.- uśmiechnęła się najserdeczniej jak potrafiła i pożegnała klienta, który zgarnął swoją teczkę i szybko opuścił gabinet.

Ujęła w dłonie parującą filiżankę i podeszła do witryny. Nieobecnym wzrokiem przyglądała się obcym ludziom przechodzącym przed jej oknem. Śnieg powoli topniał, otoczenie z dnia na dzień robiło się coraz brzydsze, szare, ponure. Im bardziej zanurzała się w swoje myśli tym gorzej się czuła. Żołądek odmawiał posłuszeństwa. Odłożyła filiżankę i objęła się ramionami. Czuła mdłości na myśl o swoim życiu. Nie tak to powinno wyglądać. Powinna być szczęśliwa! Zasłużyła na to cholerne szczęście. -A walić to! – pod wpływem szybkiej decyzji chwyciła płaszcz, kluczyki do samochodu i szybko wyszła z biura. Wiedziała gdzie jedzie. Po trzydziestu minutach zatrzymała się pod domem swojej teściowej. Spojrzała jeszcze raz na telefon. Dominika i Paweł nie dzwonili. Jeszcze miała czas. Przełożyła dłoń przez otwór w kracie i otworzyła furtkę. Kilka kroków i już pukała do drzwi.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Ty? Tutaj? Czego chcesz?- starsza kobieta zajmowała całe wejście do domu.

-Gdzie on jest? Muszę z nim porozmawiać!

-Nie ma go! Poza tym nie sądzę żeby to był dobry pomysł, rozmawianie z nim! – uniosła nos jeszcze wyżej. – Poza tym chyba wystarczająco już mu nagadałaś?!

-Ja? – Fiona machnęła kilka razy dłonią. – A zresztą, nie będę z tobą rozmawiać na ten temat! Gdzie on jest? – wycedziła przez zęby.

-Faktycznie, zmieniłaś się. Może mamy rację i chłopcy powinni pomieszkać przez jakiś czas z nami aż ty… uspokoisz się i nabierzesz pokory?- uśmiechnęła się triumfalnie.

-My?- nie wierzyła w to co słyszy. – Co sugerujesz? – zrobiła krok do przodu i teraz stała twarzą w twarz z teściową.

-Sądzimy, że twoje problemy nie stwarzają dobrych warunków dla dzieci.

-Jakie problemy?

-Fiona… obie wiemy, że masz problem z alkoholem… – udawała zmartwioną.- I jeszcze ten Jimmy… on chyba też lubi sobie wypić… dobraliście się ale chłopcy w czymś takim… sama widzisz, że mam rację. Kiepsko to wygląda.

-To był twój pomysł! To nie Filip chce mi odebrać dzieci tylko ty! – Fiona czuła jak pęka szklana szyba, za którą stała od jakiegoś czasu. -Dlaczego?

-Za błędy się płaci, drogie dziecko… a ja mogę udowodnić twój… błąd. – poprawiła natapirowane włosy. – Filipa nie ma. Jeśli już za nim tęsknisz to idź go szukać gdzie indziej.- powoli zamykała drzwi. – A i nie zapomnij przywieź chłopców na weekend! Babcia strasznie za nimi tęskni.

-Pocałuj mnie w tyłek! – warknęła do siebie i szybko wsiadła do auta. Odjechała kilkanaście metrów, znikając z pola widzenia. Zatrzymała się. Czuła w sobie wszystkie emocje na raz. Chciała krzyczeć w złości, po policzku spływały łzy smutku… co chwilę jej ciałem wstrząsał potężny dreszcz. chwyciła z całej siły kierownicę, jakby chciała ją wyrwać, zacisnęła na niej do białości dłonie i krzyknęła z całej siły. Miała wrażenie, że krzyczy całym ciałem. Że każdy element jej duszy już więcej nie udźwignie. – Kuuuuuurwaaaaaaaa!!!- łapała oddech, dyszała spazmatycznie i na powrót krzyczała znowu. Robiła to tak długo, dopóki nie poczuła wyraźnej ulgi. Dopiero wtedy wykręciła znany na pamięć numer.

-Ty… gdzie jesteś?! Nie, nie obchodzi mnie to ale muszę z tobą pogadać! Nie wkurwiaj mnie bardzo cię proszę! Gdzie jesteś Filip, podjadę! Dzięki. – rzuciła słuchawką i wcisnęła gaz do dechy.

Podjechała pod mały, stojący na uboczu, hotel. Choć ten budynek wybitnie nie zasługiwał na tak zaszczytną nazwę jaką jest „hotel”. Pomalowany był w kolor brudnego, ciemnego różu. W oknach wisiały szare, wypłowiałe gdzieniegdzie zasłony. Koło wejścia, w kilku miejscach, tynk odpadł wielkimi płatami, odsłaniając poprzedni żółty kolor elewacji. Wysiadła z samochodu, postawiła kołnierz chroniąc się od nieprzyjemnego wiatru. Oparła się o zamknięte drzwi i spuściła smutnie głowę. Nie potrafiła zrozumieć, co takiego zrobiła, gdzie popełniła błąd, że wszystko sprzeciwia się przeciw niej. Żle oceniła Jima, była hipokrytką, oceniając go za błędy, które sama popełniła. Rozpaczliwie pragnie zrozumienia a sama nie potrafi wysłuchać. Wierzchem dłoni wytarła kilka samotnych łez.

-Cholera jasna! -pociągnęła nosem i rękawem wytarła łzy, które kapnęły na ekran telefonu.- ściągnęła skórzaną rękawiczkę i wyszukała w kontaktach numer. Odebrał po drugim sygnale. – Jim…- bardzo próbowała brzmieć naturalnie, jednak on już wiedział.

-Fiona? Co się stało?- Słychać było dźwięk silnika i ściszone radio.

- Gdzie jesteś?- zapytała cicho kuląc się przy samochodzie.

-Jadę do Kolonii, tak jak ci mówiłem. Słuchaj… – zawahał się. – Jeśli chodzi o tamto… niepotrzebnie wyszedłem. – westchnął. – Powinienem porozmawiać z tobą…

-Potrzebuje cię Jimmy! – głos jej się łamał. – Nie dam rady sama! Tęsknię i potrzebuje cię tutaj cholera jasna!

-Co? Co się stało?Fiona, ty płaczesz?- nic nie rozumiał.

-Jimmy… wracaj do mnie… Nie chcę tego przechodzić bez ciebie…. – wyszeptała i rozpłakała się.

-Fiona ale ja….- zamilkł, zacisnął dłonie na kierownicy

-Wszystko się ułoży ale musisz być ze mną!

-Kochanie ale ja jestem z tobą! Cały czas! Nie widzisz tego? Jestem od dłuższego czasu. Nawet jak byłaś jeszcze z Filipem to ja już byłem z tobą!

-Jim…

-Będę za dwie godziny! – usłyszała jedynie pisk hamulców po czym połączenie zostało przerwane.

Nie zorientowała się kiedy ale kucała przy samochodzie. Wzięła kilka głębokich oddechów, wstała, otrzepała płaszcz i przy lusterku bocznym poprawiła lekko rozmazany makijaż. Jeszcze kilka wdechów, serce wróciło do normalnego rytmu. Weszła do budynku. Wiedziała, który pokój. Zapytała tylko kogoś z obsługi o piętro i wsiadła do windy. Podeszła do drzwi, zapukała.

-Filip, to ja! – zamek w drzwiach ustąpił i w drzwiach pojawił się mężczyzna, który kiedyś tworzył z nią rodzinę.

-Wchodź, szybko. – pociągnął ją za rękę. – Jesteś sama?

-A z kim miałabym być? – przyglądała mu się oszołomiona.

-No z Jimem a z kim?- wyglądał źle. Bardzo źle. Zarost na jego twarzy miał już z kilka dni. Na sobie miał wygniecione, nieświeże ubranie. Jego oddech powalał przetrawionym alkoholem, którego resztki stały na stoliku. Policzki zapadły mu się, odsłaniając kości żuchwy. Sine podkówki pod oczami zatoczyły jeszcze większe koła.

-Filip…= rozejrzała się po pokoju. Była przerażona. – Co się dzieje? Czemu tu jesteś?

-Nie twoja sprawa! Mówiłem ci już! Nie wtrącaj się! – warknął siadając na łóżku

-Coś ci grozi?- przyglądała mu się bacznie.

-Po co przylazłaś? Pastwić się?- odwracał od niej wzrok.

- Chciałam prosić się o wycofanie wniosku o prawa rodzicielskie ale chyba masz większy problem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Nie mogę ich wycofać! Muszę zabrać ci chłopców!

- Nie oddam ci ich.

- Mam to gdzieś!

-Nie musisz słuchać matki! Jesteś dorosły!

-Za to jesteś posłuszna Jimowi jak rasowa suka co?

-Nie będę z tobą w ten sposób rozmawiać! – stanęła nad nim. Było jej go szkoda. – Zadzwoń jak wytrzeźwiejesz i uspokoisz się.

-Nie będę do ciebie dzwonić! Nie mów mi co mam robić a czego nie! Nie jesteśmy już razem i dla twojego pieprzonego dobra dobrze byłoby gdybyś dała mi teraz spokój!

-W takim razie zapamiętaj sobie i przekaż matce… – pochyliła się, patrząc mu w oczy. – Dzieci ci nie oddam. Po moim trupie!

-Oddasz! Albo cię do tego zmuszę! – wstał energicznie, chwycił Fionę za ramiona ściskając mocno.

-To boli kretynie! Co ty robisz?!- krzyknęła na co Filip uwalniając uścisk cisnął nią o ścianę. – Dosyć! Wychodzę!- wybiegła z pokoju.

-Nie, Fiona…. czekaj! – w momencie zmienił ton. – Przepraszam! – drzwi trzasnęły za kobietą a po sekundzie usłyszała dźwięk tłuczonych butelek. Uciekła i wystraszona odjechała jak najszybciej z zabłoconego parkingu.

 

-Chyba jednak trochę przesadzasz, mamo!- Sean wszedł do kuchni z kubkiem kakao, przyozdobionym stożkiem z bitej śmietany. – Wujek Paddy w zasadzie nic złego nie zrobił i po raz kolejny mówię ci, byłaś za ostra!

-No może trochę. Ale takich panienek, jak ona widziałam wiele. – Kathy wbijała kolejne jaja do masy na ciasto. – Sean, nie wiesz wszystkiego. Ta cała Pola to kolejna nawiedzona panienka! Wiele takich jak ona przeszło przez… – zmierzyła syna wzrokiem – przez łóżko Paddiego.

-Chyba jednak się mylisz… – usiadł przy kuchennej wyspie – Wydają się zakochani…

-Paddy myli pojęcia. Zawsze wydaje mu się, że jest zakochany. Potem ona go krzywdzi, on ucieka i zamyka się w jakiś francuskich dziurach. – mieszała ciasto coraz energiczniej. – Synku- westchnęła – On myśli tak a nie inaczej bo Paddy bardzo mocno chciałby aby ktoś go kochał.

-A przyszło ci do głowy, że oni mogą kochać się tak…- rozłożył bezradnie dłonie – Tak po prostu?

-Nie zmienię zdania! Znam Paddiego! Byłam dla niego jak matka! – rzuciła drewnianą łyżką o kant miski.- Ona do niego nie pasuje! Kobieta po przejściach, z byłym mężem. W dodatku kryminalistą! Proszę cię! O czym my mówimy!

-Sama jesteś rozwódką…- mruknął pod nosem.

-Coś ty powiedział?- warknęła pochylając sie w kierunku syna.

-Nie, nic. Uważam tylko, że powinnaś to naprawić. Inaczej możesz wujka Paddiego nie zobaczyć w najbliższym czasie.

-Wróci! Ona jet tylko na chwilę! My… jesteśmy na zawsze!

-Twoja arogancja jest niesamowita! – wstał i powoli kierował się w stronę wyjścia.

-Sean! Jestem twoją matką! Odrobina szacunku! – krzyknęła za znikającym synem. – A zresztą…- dodała po chwili pod nosem.- Przejadę się i sobie z nią pogadam. – wrzucała cukier do masy. – Oj, pogadam sobie z ta panienką…

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 4 komentarzy

79. I can be your hero…

-Przykro mi… – młody lekarz opadł bezsilnie na chłodną, seledynową ścianę, po czym trzymając badania w dłoni osunął się na podłogę.

-Jak to jest ci  przykro?! – Iglesias przerwał trwającą w nieskończoność ciszę. – Przecież to nie jest jakiś pierdolony wyrok śmierci! – Zeskoczył nagle z łóżka i chwycił Mikołaja za fartuch, unosząc go do góry. – Kurwa, dlaczego ci jest przykro?! Ona nie umrze! Nie umrze, rozumiesz?!- krzyczał na całą salę

-Paweł, uspokój się! – Jimmy i Paddy doskoczyli do przyjaciela, próbując zapobiec dalszej szarpaninie. -Nie jego wina! – Jim próbował dotrzeć do przerażonego mężczyzny.

-Igi, to niczyja wina. – Paddy mówił cicho, spokojnie. -Spójrz na mnie! Spójrz mi w oczy! -Paweł odwrócił wzrok i spojrzał na muzyka. W jego spojrzeniu widać było jedynie przerażenie i paraliżujący strach. -Puść Mikołaja. Spokojnie, odstaw go na ziemię.

-Miki ja… – przetarł spocone czoło i bez dalszych wyjaśnień, wrócił na swoje miejsce dalej tuląc do siebie bladą Dominikę.

-Mikołaj, i co teraz? – Fiona stała nieruchomo marszcząc w skupieniu brwi.

-Właśnie, co dalej? Chemioterapia? Naświetlanie?-Pola trzymała za dłoń dalej milczącą przyajciółkę.

-Nie wiem…- powoli wyciągnął kolejny papier. – Póki co, tu jest wypis. Dominika wychodzisz dzisiaj. Nie uważam, żeby to był dobry pomysł ale jeśli chodzi o urazy, to nic ci nie jest i tutaj zostać nie możesz. Umówiłem was z onkologiem… jutro.

-Tak szybko?

-No szybko bo…

-Zamknijcie się! – Dominika krzyknęła.- Wszyscy natychmiast zamknijcie mordy! Nie chcę dzisiaj słyszeć ani jednego słowa o raku, chemii i innych rzeczach, które teraz przerastają mnie i mój umysł a tylko sekundy dzielą mnie od puszczenia na tą cholernie brzydką pościel, ogromnego pawia! – podniosła wzrok i spojrzała Mikołajowi głęboko w oczy. – Czy ja mam szansę… – głos jej się załamał – żyć?

-Tak… masz. – nic więcej nie dodał, nie odwracając wzroku.

-Wyjdźcie wszyscy. – podniosła dłoń aby uciszyć protesty przyjaciół. – Chcę się ubrać i stąd wyjść. Paweł zostań.

-Nigdzie się nie ruszam. – ściskał dłoń kobiety.

-Jesteś pewna? Możemy z Polką zostać z tobą ile tylko będziesz nas potrzebować!

-Potrzebuje was ale nie dzisiaj. Nie teraz. Proszę….

-Ok! – Fiona pocałowała blondynkę i wyszła z sali. Za nią szybko wyszedł Jim, unikając wzroku Patricka.

-Jesteśmy w domu. Dzwoń, będę w kilka minut! – Pola uściskała Dominikę, szepcząc jej do ucha. – Przejdziemy przez to. – przełykała łzy. – Nic nas nie ruszy, pamiętaj o tym!

-Pamiętam. W końcu to nasze motto. – pocałowała brunetkę w usta i Pola z Paddym również wyszli. Zaraz za nimi sale opuścił Mikołaj z Adamem.

-Dominika, posłuchaj. – Paweł obserwował jak kobieta zbiera do toby swoje osobiste rzeczy.

-Nie Paweł! Nie będę słuchać, do cholery! Chcę wyjść jak najszybciej! Opuścić mury tego pierdolonego szpitala! – mówiła coraz głośniej. – Chcę jechać do domu! Do naszego domu! Chcę żebyś zrobił mi cholerną kolację! Chcę napić się wina, wykąpać a potem kochać się z tobą jak każda normalna pieprzona para! Bo jesteśmy normalni… – głos jej się złamał. – Bo… my musimy być normalni… – usiadła na brzegu łóżka. Z oczu poleciały łzy. -Chcę robić z tobą normalne rzeczy… Tak dużo rzeczy zostało do zrobienia…

-Zrobimy to wszystko! – uklęknął przed nią.

-Ja… boje się śmierci… boje się zamknąć oczy i już nigdy cię nie zobaczyć. – ściskała dłonie mężczyzny coraz mocniej. -Boje się umierania. – traciła oddech i coraz ciężej łapała powietrze. -Nie chcę umierać! Paweł, ja nie umrę!

-Nie pozwolę na to! Nie pozwolę, słyszysz?!- zamknął ją w silnych ramionach pozwalając płakać w jego rękaw. – Nie umrzesz. – wyszeptał już tylko do siebie.

-Kurwa, ona płacze! Musimy tam wejść! – Fiona stała przy drzwiach sali nasłuchując.

-Nie! Wyraźnie i jasno powiedziała, że nie chce. – Pola chwyciła Fionę za nadgarstek, powstrzymując ją przed wejściem do sali. -Zawsze mówiła nam prawdę. Chcą zostać sami. Uszanuj to!

-Ale ona płacze.

-A co ma robić?! Też byś ryczała, jakbyś dowiedziała się, że masz raka! Jutro przyjedziemy do niej z samego rana.

-Rano nie mogę! Finalizuję zlecenie. Przyjadę zaraz po! – Pola zmierzyła przyjaciółkę wzrokiem z lekkim wyrzutem.- No co? Jestem samotną matką, muszę z czegoś żyć, zarabiać pieniądze! Tobie ojciec zostawił tyle kasy a mi mąż pewnie zabierze firmę i zostanę z niczym.- frustracja biła od kobiety.

-A pierdolisz jak potrzaskana! Nic ci nie zabierze!- Pola przerwała Fionie w połowie zdania.

-Dziewczyny, nie chcę przerywać tej dyskusji ale…. – Paddy cicho wtrącił się między dwie kobiety.

-Ale stoicie pod ich drzwiami! – Jimmy wskazał kobiety dłonią.- Uspokójcie się baby!

-Macie rację. Chodźcie do nas. Napijemy się kawy, porozmawiamy. Spróbujemy to jakoś ogarnąć! – Pola wskazała na zamknięte drzwi.

-Uspokoimy się. Zaplanujemy. No cokolwiek zrobimy! Coś musimy!

-Zadzwonię do Adama. – Jimmy oddalił się na kilka kroków.

-Dasz sobie radę sama?- Paddy podszedł do kobiet i objął ukochaną.- Ja muszę jechać… do studia.

-Dlaczego?

-Właśnie, dlaczego, Paddy?- Kobiety wpatrywały się w muzyka oczekując odpowiedzi.

-Bo muszę… mam kilka rzeczy do zrobienia. No co?

-Chodzi o Jima tak? Nie chcesz z nim siedzieć przy jednym stole i pić kawę?

-Weź samochód. Ja pojadę taksówką. Will mnie odwiezie. Wieczorem… – unikał odpowiedzi nie patrząc na Polę.

-Paddy, nie możesz unikać go w nieskończoność. To do niczego dobrego nie prowadzi. – Pola chwyciła dłoń mężczyzny.

-Wiem. Muszę już iść. – Pocałował Polę i zwieszając głowę szybko wyszedł ze szpitala.

-O co im poszło? O co tu kurwa chodzi?! – Fiona stała obok przyjaciółki odprowadzając Paddiego wzrokiem.

-Nie powiem ci. Wybacz ale to chyba powinien powedzieć ci ten facet który właśnie do nas podchodzi. – Pola wskazała na Jima.

- Gdzie Padalec?- chował telefon do kieszeni.

-Pojechał do studia.

-Nie będzie go?

-Nie. Przykro mi, Jimmy.

-Unika mnie od dłuższego czasu. Trudno. Chodźmy. Dominika z Pawłem zaraz wyjdą. Lepiej żeby nas nie widzieli. Adam z Mikołajem czekają na parkingu.

-Jim, dlaczego Paddy tak cię traktuje?- Fiona szła z mężczyzną, za Polą. – To nie w jego stylu, żeby aż tak długo trzymać urazę.

-Właśnie w jego stylu. Paddy jak coś postanowi to… – westchnął- ciężko zmienić jego zdanie.

-Ale co? Co Jim?! – chwyciła go za rękę i zatrzymała na środku korytarza. Spojrzała na niego. Zbladł.

-Nie będziemy o tym rozmawiać na środku szpitalnego korytarza. Powiem ci wieczorem.

-Ale…

-Żadne ale! Porozmawiamy wieczorem! Koniec rozmowy! – zacisnął szczęki i szybkim krokiem podążył za Polą.

-Wszystko się sypie… jak damy sobie z tym radę? – zamyślona szepnęła sama do siebie.

 

 

 

-Możemy o tym nie rozmawiać?- Dominika opadła na czasrny skórzany fotel. – Mam dość na dzisiaj!

-Skarbie ale jutro mamy wizytę u onkologa. Wprawdzie jest to kolega Mikołaja ale nie możemy o tym nie porozmawiać!- Paweł rzucił w kąt torbę ze szpitala.

-A po co? Jutro też będę mieć raka! Nic się nie zmieni bo raczej do jutra kurwa nie zniknie z mojej szyi! – warknęła. -Poza tym, o czym tu gadać! – wstała i rozłożyła bezradnie dłonie.- Nic nie wiemy, jutro zrobią mi pewnie milion badań i tyle! Nie ma o czym gadać Paweł! Muszę poddać się leczeniu, jakkolwiek by ono nie wyglądało! – zmierzała w kierunku łazienki.

- Zatem cchesz sie poddać chemioterapii jeśli taka będzie opcja?- spojrzał na nią spod przymkniętych, zmęczonych powiek.

-Oczywiście! – zatrzymała dłoń na klamce od łazienki. -Chcę żyć! ANie poddam się bez walki. – zniknęła za zamkniętymi drzwiami i odkręciła wodę. Głośno upewniając się, że Paweł nie usłyszy jej  płaczu.

 

Został sam. W całym mieszkaniu słychać było jedynie szum wody nalewanej do wanny. Powoli docierało do niego, co właśnie wydarzyło się i co jeszcze może się wydarzyć. Czuł bezsilność, niemoc. Fala gorąca zalewała jego ciało na zmianę z lodowatym dreszczem biegnącym po kręgosłupie. A jeśli ona umrze? Przez chwilę przed jego oczami przeleciały obrazki życia… bez niej. Ta myśl, ten strach już na zawsze miał z nim pozostać. Miał go czuć zawsze, kiedy najmniej się tego spodziewał. Czuł, jak w gardle rośnie mu jakaś kula, poczuł ucisk a po chwili nie mógł złapać oddechu. Zaczął cały dygotać, nie potrafił zebrać myśli. Chciał na kilka chwil usiąść do komputera, poszukać, poczytać o tej chorobie. Nie był w stanie. Nie miał odwagi. Z tego odrętwienia wyrwał go dźwięk telefonu. Wiadomość. Pisał Paddy. Kilka krótkich słów. „Jakbyś mnie potrzebował…”. Dobry kumpel z niego, pomyślał. Spojrzał na zamknięte drzwi łazienki. Chwycił kurtkę, rzucił Dominice, że wychodzi i udał się do najbliższego sklepu. Lodówka świeciła pustkami a ona musiała coś zjeść. Chorzy przecież muszą jeść… zdrowo. Ta myśl wydała mu się głupia w pierwszym momencie, jednak już po chwili pakował do koszyka same zdrowe produkty. Wyobraził sobie jak Dominika beszta go za brak piwa i pizzy a zamiast tego warzywa i… tofu. Na ułamek sekundy uśmiechnął się.

 

 

 

Odebrali chłopców od mamy Fiony i kiedy nastał wieczór kobieta zniknęła z dziećmi na piętrze. Jim dopił kieliszek wina i za namową Fiony postanowił jeszcze chwilę zostać u niej w domu tego wieczora. Zdawał sobie sprawę, że pytanie pozostawione bez odpowiedzi wróci do niego lada moment. Czuł strach, bał się jej reakcji. Bardzo zależało mu na Fionie, na nich. Im większe uczucie do niej w nim rosło, tym większe czuł obawy. Nie mógł tak siedzieć i gapić się bezmyślnie na tańczący ogień w kominku.

Zebrał talerze ze stołu w jadalni i zanurzył w wodzie z dużą ilością piany. Zmywał naczynia powoli, będąc myślami gdzie indziej. Tamten wieczór. Ognisko. Andrea…Jimmy przymknął oczy i głośno przełknął ślinę. Przy ognisku zostali on, Paddy, Andrea i John. Byli tacy pijani, weseli. Jego młodszy brat próbował zagrać coś na gitarze ale nie trafiał w struny. Uśmiechnął się na to wspomnienie odkładając kolejną szklankę na suszarkę. Andrea cały wieczór z nim rozmawiała. Byłą miła… za miła. Wtedy tego nie zauważył. Nie wyłapał tej premedytacji. Alkohol otumania. John poszedł zaprowadzić Paddiego do pokoju. Oni zostali. Pocałowała go. Mocno, agresywnie. Przygryzła jego dolną wargę. Spodobało mu się. Meike była taka nieśmiała, delikatna, inna niż Andrea. Kochali się stojąc pod drzewem, w ciemności, w lesie, niedaleko ogniska. Szybki seks. Dla niego nic nie znaczył. Nie pomyślał wtedy… o nim. Wyszli zza drzewa. Andrea poprawiała bluzkę. Przy ognisku siedział John. Spojrzeli sobie w oczy. Raz. Do końca życia nie zapomni tej pogardy, rozczarowania, obrzydzenia w oczach starszego brata. Talerz wyleciał mu z rąk, kiedy poczuł czuły, kobiecy dotyk na skórze swojego brzucha.

-Gdzie byłeś?- Fiona przytuliła się do jego pleców.

-Co? Słucham?- zamrugał szybko, wracając do rzeczywistości.-Nie, myślałem o Paddym, Dominice. Takie tam… zamartwianie się.

-Powiesz mi?- pocałowała jego kark i usiadła przy stole, upijając łyk wina.

-Nie wiem czy chcesz to usłyszeć…- wycierał dłonie oparty o kuchenny blat. – To znaczy, wiem, że chcesz ale boje się, że po tym wykopiesz mnie na zbity pysk… tak jak Paddy.

-Spróbuj. – mówiła spokojnie. Była opanowana. – Nic mnie już nie zdziwi po ostatnich wydarzeniach. Mów Jimbo! – wysiliła się na uśmiech.

- Zdradziłem brata….- spuścił wzrok. – Jestem cholernie złym człowiekiem…

-Jak zdradziłeś? Co próbujesz powiedzieć? – zmrużyła wzrok i zdwoiła czujność

-Dobra! Teraz albo nigdy! Przespałem się z Andreą!- krzyknął na jednym oddechu.

- Co? Co ty mówisz?! – delikatnie uniosła się na krześle. – Jak? Kiedy? Teraz?

-Nie! – krążył po kuchni- Jakoś chwile przed tym, jak Padd trafił do klasztoru.

-Boże, niedobrze mi. – Chwyciła butelkę wina, nalewając sobie pełny kieliszek. – Jak mogłeś mu to zrobić? Jak mogłeś zrobić to… Meike?- wplotła dłonie w swoje włosy.

-To samo spojrzenie… – westchnął. – Tak samo patrzał na mnie Paddy, kiedy przyznałem mu się.

-Teraz? Teraz mu się przyznałeś? Zgłupiałeś? Po co?

- Nie mogę tak żyć. Ze świadomością, jak go skrzywdziłem! Jest mi łatwo!

-Teraz Paddiemu też nie! Ale tobie zapewne lżej, że już wie. Bracia w niedoli kurwa mać!

-Co chcesz powiedzieć?

- Że zrzuciłeś na niego ten ciężar! Mogłeś  nie mówić! Nic to nie wniosło a jedynie pogorszyło waszą relację! Lepiej ci teraz?

-Lepiej… on już wie. Nie chcę mieć przed nim tajemnic…- spuścił z tonu.

-Nie zawsze chodzi o ciebie Jim! Pomyślałeś, że Paddy teraz żyje ze świadomością jak zdradził go brat?! A jakby miał się żenić z tą całą Andreą?!- usiadła z powrotem na krześle.- Zresztą teraz to nieważne! – kiwała z dezaprobatą głową. – Jesteś hipokrytą Jim.

-Wiem… nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Nie myślałem.

-Myślałeś… ale nie tym co trzeba.

-Przestań mnie oceniać!Nie będę cię za to przepraszać!  Mówię ci to, bo mi zależy na tobie! Na nas! Na tym co nas łączy! – Fiona zamilkła na dłuższą chwilę, stukając paznokciami w kieliszek wina.

-Jesteś taki sam jak Filip. Niczym się nie różnisz… – wyszeptała.

- A rozumiem… – spokojnie odłożył  kieliszek wina, podszedł do kobiety, kucnął i spojrzał jej w oczy.- Nie zrezygnuję tak łatwo. Jestem wart dużo więcej niż Filip. – ujął jej dłoń. – Wyjdę teraz… Pojadę na kilka dni do córek. Przyjadę w weekend. -pocałował jej dłoń.- Zadzwonisz do mnie?

-Zadzwonię. – ścisnęła jego dłoń.

-Kocham cię. – chwycił kurtkę i cicho opuścił dom kobiety.

-Cholera jasna! – masowała skronie, siedząc nad kieliszkiem czerwonego wina.

 

 

 

W studiu był sam. Okłamał Polę i Fionę. Siedział w bujanym fotelu, z gitara na kolanach. W drugim kącie pomieszczenia świeciła mała lampka, której światło prawie nie docierało do Patricka.  Bez składu szarpał w struny gitary, tworząc zlepek dźwięków. Przypomniał sobie, jak pierwszy raz spotkał Dominikę. W barze. Wyśmiała go za cytrynę do whisky. Widział ją zawsze uśmiechniętą, beztroską.

Dzisiaj zobaczył ją pokonaną. Nie potrafił zapomnieć tego widoku. Nie chciał dzisiaj mierzyć się z Jimem. Nie miał na to najzwyczajniej siły. Bardzo chciał mu wybaczyć, cofnąć czas, nie wiedzieć o tym. Odpowiedzialność spadła na niego, czy wybaczy bratu, czy nie? Miał jednak poczucie tak wielkiej krzywdy a i dodatkowo brak zadośćuczynienia ze strony Jima. Wybaczyć? Mógłby. Ale czy zaufa mu ponowne. Powiedział wszystkie ich tajemnice. Jego i Poli… Jak ma mu zaufać? Szarpnął mocniej gitarę. Przerastało go to wszystko. Sięgnął do kieszeni, wyszukał numer Willa i napisał wiadomość. ” Biorę kilka dni wolnego. Nie dam rady teraz nagrywać. Odezwę się jutro.” . Nie wiedział co robić. Czuł dobitnie swoją niemoc. Tak, wolne przyda mu się. Będzie mógł pomóc Pawłowi, pobyć z Polą. Da sobie czas, czy wybaczyć Jimowi czy nie. Ale teraz… zerwał sie gwałtownie z fotela – Boże, po cholerę tu przyjechałem! – warknął sam do siebie. Zamówił taksówkę, założył kurtkę i czapkę i wyszedł przed studio.

 

Myślał, że śpi. Po takich emocjach sądził,że położyła się wcześniej. Cicho przekręcił klucz w zamku i najciszej jak potrafił wszedł do mieszkania. Usłyszał cicho sączącą się w tle muzykę a po chwili doleciało do niego delikatne światło z salonu. Siedziała sama, w rogu kanapy. Nogi miała podkurczone pod siebie. Okryta była ciepłym kocem. Oglądała zdjęcia. W jednej dłoni ściskała zużytą papierową chusteczkę, którą co jakiś czas wycierała pojedyncze łzy.

-Hej. – stał oparty o futrynę drzwi. – Wybacz, że…. – zmarszczył brwi. Nie wiedział co ma jej powiedzieć. – Po prostu wybacz…

- Rozumiem. Serio! – uśmiechnęła się do niego smutnie, wyciągając dłoń.

- Co robisz?- usiadł koło niej, okrył się tym samym kocem a kobietę objął ramieniem, pozwalając by ta wtuliła się w zagłębienie jego obojczyka.

-Nasze zdjęcia. Moje i dziewczyn. Tu z wakacji. – przekładała kolejne strony. – O a tego gościa Dominika wyrwała na wakacjach. Zrobiliśmy mu zdjęcie bo ona nie wierzyła, że ten facet jest taki brzydki. – roześmiała się.

 

-On ma zeza! – głaskał kciukiem jej ramię.

-A tu z urodzin Adama… Dominika nosiła go na barana przez pół wieczoru. – kolejne strony albumu. – A tu na jakiejś wycieczce. Nie pamiętam. Domi goniła Fionę z wężem na ramionach…Boże, jakie byłyśmy głupie…

-Dalej jesteście! – prychnął śmiechem.

-Nic jej nie będzie, prawda?Nie umrze?

-Nie wiem skarbie. Zrobimy wszystko co w naszej mocy, żeby do tego nie dopuścić.

-Przyzwyczaiłam się, że są ze mną. Tak jak… rodzina. – wytarła łzę. – No przecież tak nie może być! – wykrzywiła usta. – Tacy młodzi ludzie nie powinni umierać! – płakała coraz mocniej. – Ona na to nie zasługuje! Nie może mnie zostawić! Nie dam sobie rady bez niej! – płakała na całego.

-Hej, Pola. Nie płacz. Dominika was… nas nie zostawi! Ludzie wygrywają z rakiem. Jutro dowiemy się czegoś nowego. – głaskał jej głowę. – Nie możemy zachowywać się jakby umarła. Żyje, a my musimy walczyć żeby tak pozostało!

-Masz rację. Ale tak mi smutno.- wycierała nos.

- Wiem. Mi również. Ale tak jej nie pomożemy. Poszukajmy najlepszej kliniki, najlepszego lekarza. Tak możemy pomóc jej i Pawłowi. – Przypomniał sobie o pierścionku, jaki  kupi jego przyjaciel. Paweł chciał się oświadczyć. Na tą myśl poczuł silne ukłucie w sercu. Musiał szybko zmienić temat. -Pola, nie płacz. Takie stres szkodzi dziecku. Postaraj się uspokoić.

-Zrobisz mi herbatę? Melisę?

- Jasne. – pocałował czubek jej czerwonego nosa i wyszedł do kuchni. Oparł dłonie o blat kuchenny i kilka razy wciągnął głęboko powietrze, siłą powstrzymując łzy napływające do jego oczu.- Nie wiem co zrobić z tą imprezą, którą planowaliśmy… – chciał szybko zmienić temat. – Chyba teraz nie czas i nie nastrój na takie zabawy… jak sądzisz?- krzyknął w kierunku salonu.

- Wiesz, chcieliśmy powiedzieć o ciąży…

-Nie wiem co robić.- wszedł do salonu z kubkiem parującej herbaty. – Chciałem , bardzo chciałem powiedzieć im w ten weekend. Otworzyć szampana… – wzruszył ramionami i zacisnął usta. – Ale nie mogę być takim gnojem!

-Paddy, nie jesteś gnojem! Myślę, że życie musi toczyć się dalej, swoim torem…- położyła nogi na jego kolanach. – Zróbmy po prostu kolację. A zamiast szampana, kupimy dobre wino.

-Taka impreza w stonowanym stylu?-Paddy zamyślony skubał brodę.

- Myślę, że Dominice też to pomoże. Oderwie się na chwilę.

-Tak to jest dobry pomysł. Pogadam jeszcze z Pawłem. Skonsultuję, po cichu. Podpowie, czy chcąc pomóc, nie zaszkodzimy przypadkiem.

-Paddy… – ogrzewała dłonie o parujący kubek. – A zaprosisz Jima?- to pytanie zawisło między nimi na kilka minut. Mężczyzna wpatrywał się w duże, zielone oczy ukochanej, wsłuchując się w swoje emocje.

-Nie wiem…

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 6 komentarzy

78. friends are the family that you choose

Wstał z wygodnej kanapy, na której usnęli. Zdążył jeszcze wysłać wiadomość do Łukasza z informacją, że żyje, gdzie jest i że się odezwie rano. Rana okazała się płytkim przecięciem nożem i wystarczył szczelny opatrunek bandażem, żeby nie odczuwał dyskomfortu. Cały wieczór bardziej dokuczał mu ból głowy i zawroty od uderzenia, jak się domyślał, kolby pistoletu. Dotknął swojego karku, czuł dosyć duże zgrubienie i cieszył się, że skończyło się jedynie na małym wstrząsie. Rozejrzał się po pomieszczeniu. Zajrzał do jej torebki, laptopa, notatek na biurku. Szukał czegokolwiek, co działałoby na jego niekorzyść. Aż w końcu znalazł, zdjęcie jego i prokuratora, który prowadził sprawę Marka. Oblał go zimny pot. Wyciągnął papierosy, wyszedł do kuchni i zaskoczony wypuścił paczkę z rąk.

-Żebym musiał cię szukać po jakiś dziurach….- Artur siedział cierpliwie przy kuchennym stole.

-Jak się tu? Skąd wiedziałeś? – Zaskoczony mówił pół-zdaniami. – Łukasz, no fakt!

- Diego ci spierdala a ty posuwasz jakieś przypadkowe laski?!- Odrobinę podniósł głos.

-Nie przypadkowe! – rzucił przed mężczyznę zdjęcie. – Z deszczu pod rynnę co? – odpalił papierosa. – Edyta jest dziennikarką w redakcji i koleżanką Poli.

- Zbieraj się…- Artur wstał chowając zdjęcie do kieszeni długiego, czarnego płaszcza.- Masz dwie minuty. -Podszedł do drzwi – Jeśli panienka będzie dalej szperać to… – spojrzał na Pierra przez lewe ramię – No sam rozumiesz… – wychodząc dodał do siebie. – Wypadek jakiś czy coś. – po cichu zniknął w ciemności korytarza.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Czasami przeraża mnie ten… – zmrużył oczy odprowadzając mężczyznę wzrokiem.  Zabrał kurtkę, założył buty pochylił się nad stołem pisząc kilka słów. Kartkę złożył i wrócił do salonu. Edyta spała dalej, okryta grubym, jasnym kocem. Podszedł do niej i na ułamek sekundy czule dotknął jej policzka. Szczęki zaczęły mu pulsować, cofnął dłoń, kartkę rzucił na stół i w pośpiechu wyszedł z mieszkania, cicho zamykając drzwi.

„Teraz możesz już przestać mnie śledzić i mnie szukać. P. ”

Postawił kołnierz, rozejrzał się i szybko wsiadł do czarnego samochodu. Zajął miejsce koło kierowcy. Z tyłu siedział Artur i Łukasz. Odsłonił lusterko i spojrzał na swój kark, który malował się już w kolorze śliwkowo – czarnym.

-Mamy jeszcze kilka spraw. – Artur zakładał skórzane rękawiczki. – Diego nie chce cie zabić.

-To już wiem. Chce mnie zdekoncentrować, nastraszyć. Mógł mnie bez problemu zastrzelić, nie zrobił tego.

-Diego musi mieć wyzwanie…- Łukasz obserwował drogę zza przyciemnionej szyby. – Drugą opcją jest to, że czeka na Marka. -Pierre zdawał się go nie słuchać. Przeglądał wiadomości w telefonie. -Słuchasz mnie?

- Co? A to… Diego- srego! W dupie go mam! – zwrócił się do kierowcy. – Wieź nas do redakcji! W Chill był wybuch. – Spojrzał na mężczyzn siedzących z tyłu, którzy nie reagowali. – Oczywiście już o tym wiecie?! Kurwa taka zabawa z wami! -Odczytał kolejną wiadomość.- A Dominika…- znowu odwrócił się do mężczyzn- … mam was gdzieś! Jest coś czego nie wiecie?

-Raczej nie. -Artur uśmiechał się pod nosem. – Łukasz zna szczegóły, wprowadzi cię w sprawę. A teraz muszę jechać na lotnisko. Pośpiesz się! – krzyknął do kierowcy.

Po ponad pół godzinie podjechali blisko lotniska. Kierowca zgasił silnik i razem z Łukaszem wyszli, oddalając się na sporą odległość.

-Zostaliśmy sami Pierre. Posłuchaj mnie…

-Wiesz,że jestem sadystą ale z tej sytuacji nie dało się wyjść obronną ręką. Za dużo ich było!

-Nie o to mi chodzi! Tam widziałem jaki syf zrobiłeś i jestem z ciebie dumny! Niemniej jednak… – oczy zaszły mu ledwo zauważalną mgłą. – Nie możesz dopuszczać do takich sytuacji. Wolałbym, żebyś żył i żeby nic ci się więcej nie stało.

-Pół Francji chciało mi wpakować cały magazynek w serce. Z definicji jestem skazany na takie życie!

-Dlatego chciałbym, żebyś  osiadł. Uspokoił się.

-Oszalałeś?! Mam założyć durną rodzinę i udawać, że to lubię?!

-Francja, póki co jest pod moją jurysdykcją. – Artur cedził każde słowo.

-Był moment, kiedy musiałem za ciebie załatwiać sprawy, pamiętasz kiedy…

-Pamiętam doskonale! -podniósł głos.- Całe moje cholerne życie to pasmo wspomnień i pokuty, za to co się wydarzyło! I tak, pamiętam jak ratowałeś mój, nasz honor, kiedy ja walczyłem o życie! – zabolało go to wspomnienie.- Kiedy zginął Edek…

-To nie była twoja wina!

-To była moja wina Pierre! Jechał mnie ratować!- strzepnął niewidzialny kurz z płaszcza.-Ratować przed Markiem i jego żądzą zemsty.

-Nigdy nie zrozumiem, dlaczego nie powiesz mu, że to Edek zabił Leona. Przecież i tak urządził Poli piekło.- Pierre przeszywał spojrzeniem starszego mężczyznę.

- On i tak już za dużo wie… o niej… o mnie… – zamyślił się na kilka chwil. – Chciałbym wszystko opowiedzieć jej i Patrickowi zanim… – urwał w połowie zdania, zamrugał szybko i momentalnie zmienił nastawienie. – Ale masz inne zadanie. Razem z Łukaszem załatwicie sprawę Filipa.

-Filipa? Tego on Fiony? Żartujesz? – przyjrzał mu się. – A, nie żartujesz! No dobra. Zrobi się o ile Diego nie odstrzeli mi wcześniej głowy.

-Nie daj się zabić! Jesteś… – zamyślił się .- mi potrzebny chłopcze. – położył mu dłoń na ramieniu i już po chwili wysiadł z samochodu.

 

 

Po raz pierwszy od dłuższego czasu poranek powitał ich białymi promieniami wpadającymi przez uchylone zasłony w sypialni. Początek lutego przemycał nikłe zwiastuny nadchodzącej wiosny, choć dalej odczuwało się dotkliwie panującą zimę. Paddy powoli uniósł powieki, przetarł rzęsy sklejone od zaschniętych łez. Uniósł poduszkę i oparł plecy o zagłówek. Wypił kilka łyków wody stojącej na stoliczku nocnym. Był już późny sobotni poranek.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Cały wczorajszy wieczór spędzili w łóżku. Rozmawiali o Dominice, wybuchu, zbiegach okoliczności. O tym, że dawno nie działo się nic zaskakującego wokół nich. Paddy czerpał z tego garściami. Czuł,że wszedł na właściwy tor. Wszystko układało się dokładnie tak, jak chcieli. Spokój zawładnął ich życiem.Oboje pracowali i kochali to co robili. Spodziewali się dziecka, byli szczęśliwi. Oni tak, pomyślał jednak o reszcie. Paweł, Dominika. Musiał ich jakoś wesprzeć. Pomóc przyjacielowi. Planowali z Polą pomoc. Właściwie, to ona upierała się a Paddy stanowczo zabraniał jej wysilać się i narażać na niepotrzebny stres. Obejrzeli jakiś film z którego mało pamiętał o poranku. Zjedli ogromny kawał miodownika, Paddy wypił kilka kieliszków wina i nim się zorientowali, usnęli.

Uwielbiał takie leniwe poranki, które zapowiadały równie leniwą resztę dnia. Jedna myśl niesfornie wracająca do niego niczym denerwujący owad, nie pozwalała mu cieszyć się ze spokojnego weekendu. Tą myślą był Jim. Myślał o nim często. Nawet wtedy, kiedy wieczorami wpatrywał się w szary klasztorny sufit, wracał wspomnieniami do ich wspólnych chwil. Teraz, ilekroć o nim pomyślał, czuł się jak skopany pies. Zdradzony w najgorszy sposób. Wspomnienie świąt doszczętnie wbijało go w ziemię, nie pozostawiając nawet odrobiny nadziei. Z jego wewnętrznego monologu wyrwał go ruch tuż obok. Pola przeciągnęła się, ziewnęła, obróciła, po czym leniwie wtuliła się w jego bok, układając głowę na jego piersi. Ucałował jej włosy, założył rękę za głowę i już nie myślał o Jimie i swojej rodzinie. Dłonią gładził jej plecy. Na udzie czuł niewielką wypukłość w dole jej brzucha. Często go dotykał, gładził czule. Tam było jego dziecko. Jego dziecko… za każdym razem, kiedy w myślach wypowiadał te słowa, wpadał w melancholijny, wzruszony nastrój. Kochał Polę ale też podziwiał. Za każdy dzień, w którym ona podnosi się i idzie przez życie, mimo tylu ran zadanych przez los. Mimo tylu krzywd dalej kocha ludzi i potrafi im zaufać. To wszystko nie starło z jej oczu tej iskierki, tego ognika radości, który tli się w niej na każdym kroku. Chciał, by była z nim już do końca…

-Dlaczego tak mi się przyglądasz?- podniosła głowę.

- Chciałbym kupić…- przeciągał między palcami pukiel jej włosów – A właściwie to… chciałbym wybudować dom.

-Yhy… i zasadzić drzewo. Całkiem możliwe, że syna już spłodziłeś.- ziewnęła

-Poważnie mówię! Nie myślałaś o tym?

-Owszem… ale nie skoro świt. – mamrotała nie do końca obudzona.

-Byłby duży…Taki z drewna i kamieni….- mówił szeptem, sam do siebie. Gładził jej czarne włosy, co jakiś czas mocniej przytulając do siebie.- Taki z pokojem dla dzieci… moim własnym studiem…. -westchnął – I miejscem na fortepian. Koniecznie fortepian!

-Dobrze… mamrotała. – Może być nawet harfa i waltornia… wszytsko moze być ale nie dzisiaj! – osttnie słowa ledwo wypowiedziała po czym zapadła w głęboki sen.

-Nie znasz się! -delikatnie zsunął kobietę na bok. – Za grosz romantyzmu Pola…. za grosz! – udawał obrażonego. Leżał koło niej jeszcze kilka minut po czym wyszedł do łazienki. Uśmiech zagościł na twarzy Poli.

 

 

Powoli zbliżała się godzina, o jakiej zwykle jada się główny posiłek dnia, czyli obiad. Pola rozgrzała stołowy grill i zaczynała nadziewać na patyczki  naprzemiennie kawałki indyka, papryki, czerwonej cebuli, pieczarki a wszystko przeplatane kawałkami soczystego ananasa.

-To może taki w góralskim stylu? – Paddy siedział po drugiej stronie kuchennej wyspy i co chwila obracał laptopa pokazując kolejne zdjęcia.

-E, nie. Jak dom z balii. Ile zjesz szaszłyków?

-Z cztery?-popijał kieliszek wina.

-Paddy, brzuch ci rośnie.

-To się nazywa ciąża urojona kochanie!

-To chyba masz termin sporo przede mną. – wsadziła mu do ust kawałek ananasa.

-Powiedziałbym ci, gdzie masz sobie wsadzić tego ananasa! – śmiali się oboje. – A ten? -Paddy pokazał kolejny dom.

-Skarbie ale mamy czas. Przecież nie musimy decydować dzisiaj!- uśmiechała się ciepło opłukując dłonie pod strumieniem wody.

-Dobra. Nie chcesz się bawić to nie. – przez chwilę w milczeniu uderzał w klawisze. Po minucie w całej kuchni rozległ się dźwięk bijącego serduszka. Pola  natychmiast odwróciła się z szerokim uśmiechem na ustach.

-No tak już lepiej! – położyła pierwszą porcję szaszłyków na gorący grill i sięgnęła po szklankę wody.

-Cztery centymetry! Ha! Niesamowite! – W zamyśleniu skubał swoją brodę nie odrywając spojrzenia od ekranu laptopa.

-Gigant… – stała do niego tyłem smażąc belgijskie frytki.

-Zaczyna mieć twarz… Co?? – ze skubania brody przeszedł do kręcenia loków z własnej grzywki wczytując się w ekran coraz bardziej. – Jak to teraz? To co, nie miał twarzy wcześniej?- Paddy powoli wchodził na wyższe tony swojej wypowiedzi.

-Nie taką jak sobie wyobrażasz.- Pola ledwo powstrzymywała śmiech.

-Człowiek bez twarzy…

-Ma zaczątki… kochanie. – pogłaskała jego policzek zroszony krótkim zarostem. – Kształtują się oczodoły, nos. Ale to wszystko musi potrwać. Nie ma oczu takich jak my! To takie bardziej…. ciemne plamki póki co. I nie, nie ma twarzy z pełnym wachlarzem min. Paddy ono ma dwa miesiące…..

-Wiem wiem..Nie nabijaj się!

-Nie nabijam się! Jesteś kochany!

-Śmiejesz się ze mnie! – udawał obrażonego

-Ojej, nie z ciebie w złym sensie! Zabawny jesteś ale bardzo mnie to rozczula.

-Yhy… – dopił kieliszek wina. – Jak puchaty miś?

-Właściwie to…- obróciła szaszłyki. – Całkiem seksowny z ciebie… tatusiek….- uniosła znacząco brwi.

-Zaś zaczynasz?- uśmiech nie schodził z jego ust ukrytych za szarym laptopem.

-Ważne jak skończę….- spokojnie odstawiała kolejne przedmioty z kuchennego blatu.

-Idę się ogolić… wykąpać… zamknąć się w łazience! Cokolwiek! – machając rękami wyszedł z kuchni. – Jakbym żył z napaloną fanką! Znowu mam tak na co dzień! Kobieto przemawiam ci do rozsądku!- krzyczał na całe mieszkanie.

-Ja ciebie też kocham Kelly! – krzyknęła za nim.

-A mogę twoją maskę do włosów pożyczyć?- drzwi łazienki uchyliły się na chwilę.

-A co, włosy ci… oklapły?- nie wytrzymała ze śmiechu.

-Przestań tak się śmiać bo urodzisz z tego wszystkiego! Wariatka! – zamknął się a po chwili usłyszała odkręcony strumień wody. Powoli szykowała obiad nakrywając do stołu. Sprawiało jej dziwną przyjemność wykonywanie obowiązków domowych. Lubiła co jakiś czas zachowywać się jak kura domowa. Ugotować coś dla niego, zadbać, posprzątać. Z nim nawet tak przyziemne sprawy nabierały sensu.

Upewniła się, że Paddy kąpie się i szybko nie wyjdzie, otworzyła ostatnią stronę w wyszukiwarce i zatopiła się w informacjach.

-Cholera, faktycznie ma już twarz…. – podgryzała kawałek upieczonego indyka i czytała dalej. Z lektury wyrwał ją dzwonek i pukanie do drzwi. – A to kto? – podchodząc do wejścia puknęła w drzwi łazienki. – Ktoś przyszedł!

-Słyszę! Mnie nie ma!

-Twój syreni śpiew słychać w całym budynku!- otworzyła. – Adaś? Will? Co wu tu robicie?

- Spotkaliśmy się po drodze. Możemy wejść?

-Sprawę mam do naszej gwiazdy! – Will pośpiesznie ściągnął kurtkę, buty i wkroczył do salonu.

-Kąpię się! – Paddy krzyknął z łazienki.

-Wiem! Słyszeliśmy już na dole! – puścił oczko do Poli.

-Zrobić wam kawę? A może szaszłyka?

- O, mięcho! – Manager rozsiadł się przy stole.

- Kawałki kurczaka też takie… malutkie?-Adam dogryzał kobiecie

-To jest indyk ignorancie! I jak to, też? – Pola zmierzwiła przyjacielowi włosy. Mężczyźni natychmiast zasiedli do posiłku, nakładając sobie solidne porcje. – Zostawcie coś dla nas ok?

-Paddy jest gruby! – Will nakładał sobie kolejnego szaszłyka.

- Nie jestem aż tak gruby, nie przesadzaj! No co?

W kuchni pojawił się Paddy z turbanem na głowie ze zwiniętego ręcznika. Na ten widok Will z Adamem parsknęli śmiechem natychmiast rzucając sztućce na talerze. Adaś uderzył czołem w blat stołu a Will ze śmiechu opadł na oparcie krzesła.

-Wyglądasz jak primabalerina!

-Przypominam ci, że już nie masz długich włosów i jako specjalista mówię ci… – wycierał łzy- nie jest ci ten turban potrzebny. Nie Paddy! No nie!

- Przeziębię się! – usiadł do stołu. – A zresztą… zamknijcie sie!

-Skarbie ale to nie turecki obiad. -Pola stała za Adamem. – ściągnij ten ręcznik, nie wydurniaj się.

-Dobra już zaraz! Po co w ogóle przyszliście? Oboje?

-Wychodzi z tego, że na obiad! -Pola wtrąciła od niechcenia i zaczęła dorabiać szaszłyków.

- A poważnie. – Will wytarł serwetką usta. – Nie masz strony internetowej!

-Faktycznie, żadnej! Same fanowskie!

-No i co z tego?- muzyk chwycił szaszłyka do rąk

-Kochanie, jak nie ma cię na Facebooku i Instagramie to nie istniejesz!

- O, dobrze Polka mówi. -Adam pogłaskał przyjaciółkę.

-No dobra! – Paddy wyprostował się i nabrał głęboko powietrza do płuc, chcąc być jakby większy. – Ale potrzebne są zdjęcia jakieś… przecież… prawda?

-Mamy! – Will uśmiechał się tajemniczo.

-Jakie?- już miał wgryź się w kawałek mięsa

-A to na przykład! – Will z nienacka wyciągnął spod stołu telefon i szybko cyknął zdjęcie. – Fanki będę zachwycone! Paddy ala turecki wąchacz mięsa! Matce zaraz wyślę!

-Zjadacz!- Pola szturchnęła managera -Nie wąchacz, głupku! Zjedz frytę lepiej.

-Nie wrzucisz takich zdjęć! – wywrócił oczami. – Bo cię zwolnię!

-A takie?- Adam cyknął kolejne zdjęcie. – Tak pięknie czerwienisz sie w złości!

- Czemu to zawsze mnie spotykają takie rzeczy?- Paddy rozłożył bezradnie ręce patrząc na Polę i powstrzymując śmiech.

-My nie mamy turbanów na głowie. Sam się prosisz! – kobieta usiadła koło mężczyzn

-Dobra wiem już, rozumiem! Odwalcie się!- wstał z impetem odsuwając krzesło, porwał ze stołu kilka frytek, wkładając je sobie od razu do ust. Kawałkiem ananasa rzucił w Willa i wyszedł do łazienki, przy śmiechu reszty towarzystwa- Idź być dupkiem gdzie indziej!

-Wkurzył się? Paddy zły to jak mini tajfun!

-Spokojnie Will. Droczy się z tobą. I masz rację, trzeba założyć mu strony w sieci. Nie może być taki… – zmrużyła oczy. – Anonimowy.

-Pogrzało cię! Paddy anonimowy? -Adam parsknął śmiechem.

-Jedź szaszłyczka chłopczyku, kiedy dorośli rozmawiają.

-Polka, daj swojego laptopa, to od razu założymy mu te strony.Jak masz zdjęcia to wrzucimy też od razu.

-Ona nie miałaby zdjęcia z  nim…. poważnie pytasz? Oni mają chyba tysiące takich zdjęć….- spojrzenia Adama i Poli skrzyżowały się. -A tak, mam się zamknąć.

-No! Dawaj sprzęt. – Will poganiał Polę.

-Na co?- Paddy wrócił z łazienki.

- Zakładamy ci te strony, o których mowa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-To nie jest dobry pomysł Will. – Pola czerwieniała. – Możesz zrobić to później?- spojrzała Patrickowi w oczy i nieznacznie dotknęła swojego brzucha.

-Nie wygłupiaj się! Dawaj! To zajmie chwilę!

-Raczej nie! – Paddy naciskał.

-Dlaczego?- Will pochylił się zaintrygowany tajemnicą jaka zaczynała wyłaniać się między nimi. – Co ukrywacie?

-Też jestem bardzo ciekawy. – Adam wbił spojrzenie w Polę.  Atmosfera zgęstniała. Przerzucali spojrzenia między sobą.

-Gadaj Pad! Nie masz przede mną tajemnic przecież!

-Bo my mamy na tym laptopie film….- Pola zaczęła mówić, nerwowo wykręcając palce. – I wolelibyśmy, żeby…

-Jaki film?- Adam przerwał zaciekawiony.

-Erotyczny! – Paddy nie wytrzymał i wybuchł. – Ja i Polka nakręciliśmy film! I mamy go na tym laptopie! Więc póki co, Facebook musi poczekać!

-Erotyczny?! Pieprzysz?!- Adamowi powiększyło się spojrzenie i prawie zakrztusił sie wodą którą popijał.

- Teraz już nie! – Will poklepał fryzjera po plecach. – Czyli mówisz, że nakręciliście pornola? Zgrajcie to oskarowe cudo gdzieś i mocno schowajcie bo jak to wycieknie do mediów….- Will wygiął usta w podkówkę.

-Nic nie wycieknie! – Paddy unikał spojrzenia kobiety, z którego ciskały błyskawice.- Możesz być spokojny.

-Pogrążasz się!- Pola zabrała głos.

-Porno czy nie, wasza sprawa! Nie dzisiaj, to jutro w studiu. Przyniosę swojego laptopa. Ja tam mam tyle porno z sobą w roli głównej….- skubnął kilka razy swoją bródkę. – Chociaż czasem bywałem aktorem drugoplanowym…. Jeśli wiecie o czym mówię!- Parsknął lubieżnym śmiechem.

-Will, nawet taki gej jak ja, wie o czym mówisz! – tym żartem atmosfera uległa nieznacznej poprawie a po chwili ponownie żartowali.

Miłe popołudnie spędzone w dobrych humorach, przy wyśmienitym jedzeniu i w towarzystwie przyjaciół przerwały nagle dzwonki telefonów. Rozdzwoniły się wszystkie na raz. Adam, Pola i Paddy natychmiast odebrali. Cokolwiek robili, mieli rzucić wszystko i natychmiast jechać do szpitala. Tak też zrobili. Will szybko wyszedł a reszta wsiadła w samochód Poli i ruszyli najszybciej jak potrafili.

-Co się mogło stać? Co jest?- Pola pytała, wiedząc,że nie uzyska odpowiedzi.

-Mikołaj powiedział tylko, że jesteśmy tam potrzebni!

-Boże, żeby to nie było coś poważnego! Mieli ją przecież wypisać lada dzień!- Paddy zaciskał kciuki.

-Obawiam się,że po takim alercie to jednak coś poważnego!- Nie zauważyła, kiedy zaczęła wciskać pedał gazu mocno w podłogę.

Do szpitalnej sali wbiegli głośno dysząc. Zastali w środku Jima z Fioną. Stali z po ważnymi minami i z założonymi rękami na piersi podpierali ścianę. Paweł siedział na łóżku obejmując bladą Dominikę. Już wiedzieli, że muszą szykować się na coś poważnego. Usiedli obok przyjaciółki. Pola ścisnęła chłodną dłoń kobiety. Zapadła cisza. Długa, męcząca cisza. Napięcie wzrastało z każdą minutą oczekiwania. Przez uchylone drzwi usłyszeli w końcu odgłos kroków. Ktoś powoli wszedł do sali. To był ich Mikołaj. Twarz miał zoraną zmarszczkami zmęczenia i grymasem smutku.

-Pozwolili mi… – pokazał wyniki badań. – Bo… jestem waszym przyjacielem…- głos mu się łamał przy każdym kolejnym, wypowiadanym słowie. Wszyscy patrzyli na niego z ostatnią nadzieją w oczach. – Twój stan zdrowia…- westchnął. – Kurwa, nie mogę!

-Wykrztuś to z siebie bo dostaniesz po pysku!- Iglesias warknął tuląc jeszcze mocniej Dominikę.

- Ten węzeł chłonny – nabrał głęboko powietrza. – To nie angina czy inna bzdura… to nowotwór. A konkretnie chłoniak. – spojrzał w jej smutne oczy. – Dominika… jesteś poważnie chora…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 3 komentarzy

77. Kill me!

Wybiegli z gmachu sądu nie patrząc na innych, nie zastanawiając się ani chwili wsiedli do aut i ruszyli natychmiast w stronę szpitala. W pierwszym samochodzie jechała Fiona, Jim i Adam. Do drugiego wsiedli Pola i Paddy. Oba auta podjechały na parking przy szpitalu prawie w tym samym czasie. Paddy musiał przepuścić wyjeżdżające auto i chwile stał czekając na swoją kolej. Oboje obserwowali jak w pośpiechu wysiadają ich przyjaciele i po sekundzie cała trójka znika za samochodem.

-A tym co?! – Pola przechyliła się bliżej szyby obserwując osobliwą scenę. Nagle zza auta wyłoniła się głowa Jima i po chwili znowu zniknęła przy asyście machających rąk. – Ty, co oni wyprawiają?

-Nie wiem…- Paddy zmrużył oczy. – Ale chyba… przewracają się?

Po chwili nad samochodem pojawiła się Fiona, kurczowo trzymając się maski, lusterek lub innych elementów karoserii. Śmiała się przy tym na cały parking. Jeszcze dwa razy prawie straciła równowagę, aż udało jej się zejść z lodowiska na trawę. Adamowi raz nogi ujechały i padł wprost w ramiona Jima. Paddy z Polą zaparkowali kilka samochodów dalej i powoli podeszli do reszty, uważając na małe lodowiska ukryte pod puszystym śniegiem.

-Fiona czekaj! -Jim starając się zachować odważnie, nie podtrzymywał się w żaden sposób, próbując iść samodzielnie.

-No cholera jasna!- Adam krzyknął i w ostatniej chwili przytrzymał się kurtki Jima. Muzykowi ujechała jedna noga, robiąc prawie szpagat. Adam leżał na ziemi, śmiejąc się do utraty sił.

-Orzesz Chryste!! Moje… – zacisnął usta-… klejnoty! Puść mnie głupku!- Wyszarpał się z uścisku Adama.

-Obłóż lodem… daleko do szpitala nie masz! – Pola kroczyła pod rękę z Paddym, pilnując równowagi.

-Ty uważasz, że jesteś zabawna?! Pomoże mi ktoś? – spojrzał na zanoszącego się śmiechem Adama. – Nam! Pomoże nam ktoś? Wstawaj Adaś!

-Pierdole! Tak będę leżał. Może ktoś z noszami przyjdzie! Tyłek mnie boli!

-Wiesz ile teraz każdemu ciśnie się żartów na usta?- Paddy odprowadził Polę bezpiecznie na trawę i trzymając się sąsiednich samochodów pomógł wstać Adamowi. Na ułamek sekundy zawahał się, zrobił krok do przodu, stanął nad siedzącym Jimem i powoli wyciągnął do niego dłoń. Spojrzeli sobie w oczy. Wszyscy zamilkli. Po kilku sekundach Jim mocno chwycił dłoń brata, który pomógł mu wstać.

77.1

-Nic ci nie jest? – Paddy zapytał oschle, nie patrząc już na Jima.

-Nie nic. – odchrząknął hardo. -Jest ok.- Strzepał resztę śniegu ze spodni, poprawił kurtkę i asekurując się, ruszył za Patrickiem.

77

Po 10 minutach wszyscy na raz dosłownie wpadli do sali, gdzie leżała Dominika. Przestraszony Paweł prawie podskoczył na krześle.

-Zdurnieliście?! Chcecie wszystkich na piętrze przyprawić o zawał?! – wysyczał.

-Mikołaj nie miał by co robić przynajmniej! – Jimmy wtrącił.

-Byłby cały mój!-Adam przybił żółwika z Jimem.

- Wybacz. – Pola podeszła bliżej Dominiki. – To banda kretynów, ale wiemy od Mikołaja, że nic poważnego się nie stało. -Jak się czujesz?

-Jakbym powróciła z wycieczki na słońce bez kremu z filtrem! – jęknęła. – Wszystko mnie boli!

- Miało nic jej nie być! -Fiona warknęła- Gdzie ten mały lekarz?!

-Nic jej nie jest! Jest poobijana, to wszystko. -Paweł objął ramieniem wystraszoną Fionę. – Przejdzie za dwa dni. – przytulił ją. – Kochanie, przepraszam,że nas nie było dzisiaj z tobą.

-A przestań się wygłupiać! Może miałeś bohaterkę „zombilandu” przyprowadzić na salę sądową? Miałeś być tu, gdzie twoje miejsce! Inaczej bym ci nakopała!

-Sama jesteś jak zombi! I wiem, że nie widzisz ale pod gipsem pokazuje ci środkowy palec!

-Kiedy cię wypiszą?-Pola usiadła na brzegu łóżka.

-Dopiero co mnie przywieźli, Dajcie nasycić się tym… SPA!-siliła się na żart

-Coś wiadomo na temat tego wybuchu?

-Nie. -Paweł podrapał się po głowie. Wyglądał prawie tak samo źle jak Dominika. -Wiemy tylko, że spłonęła większa część klubu. – wzruszył ramionami.

- A może stoi za tym ta cała Weronika? -Pola skupiona mrużyła oczy patrząc na Iglesiasa.

-Ale jak?- Paddy usiadł obok kobiety.

-A może miało znaczenie,że wybuch miał miejsce akurat wczoraj? -bawiła się puklem swoich włosów. – Na dzień przed twoją rozprawą Fiona….

-Żeby Paweł był zajęty….Ciekawe….-Fiona chwyciła myśl przyjaciółki.

-I żeby nie przyszedł na rozprawę…Żeby nie mógł zeznawać!!

-Sugerujecie,że to Weronika stoi za tym?-Jim opierał się o ścianę

-Dorwałaby mnie a nie Dominikę…-Paweł nie spuszczał oczu z Poli.

-Nie wiesz jak działa psychopata. Uderzy nie w ciebie ale tam gdzie najbardziej boli… – spojrzała na Patricka. – W twoją miłość.

-Skąd taka pewność? -Jim skrzyżował ramiona na piersi.

-Przepraszam. – nerwowo założyła włosy za ucho. – Skorzystam z toalety. – Pola szybko opuściła pokój.

-Poczekaj! – Paddy wybiegł za nią.

-Ty to masz wyczucie, jak matkę własną kocham! – Fiona załamywała ręce.

-Ale co?

-Marek, głupku! Skup się! Mężuś- psychopata! -Paweł rzucił w muzyka plastikowym kubkiem.

-Kurwa i znowu ja….- Jim zwiesił głowę.

-Zacznij już te kobiety hurtem przepraszać co? Łatwiej ci będzie. Czas zaoszczędzisz! -Adam również podpierał ścianę.

 

-Pola, nic ci nie jest?- Paddy podbiegł do kobiety na korytarzu. – Mój brat to dupek, wybacz.

-Nie nic…. Po prostu.. – strzepnęła niewidzialny kurz i mocno wypuściła powietrze. – … Nic. Wszystko gra. Skorzystam z łazienki. Zaraz wracam. – wypuściła z uścisku jego dłoń, zostawiając Patricka samego na korytarzu, szybko znikając za zakrętem

 

 

 

Blondynka przekroczyła próg domu. Kątem oka zobaczyła kawałek samochodu Pierra. Wiedziała, że już na nią czekają. Każdy z nich znał dom Łukasza na pamięć. Znał wszytskie skrytki gdzie schowana jest broń. Tajne przejścia na wypadek nagłej ucieczki. Gwen, mimo że nie zaglądała tu często, również potrafiła z zamkniętymi oczami trafić do swoich kolegów Zeszła do piwnicy. Pierre i Łukasz kończyli szykować broń.

-A jak mu się coś stanie?- zaczęła nawet z nikim się nie witając

-Nic mu nie będzie! To Alex! – Pierre palił w spokoju papierosa.- Wiesz ilu trzeba, żeby dać mu radę? -zapytał retorycznie

-Kurwa skup się! Nie ma go tu więc chyba jednak dali radę!

-Nie dzwoni… Znaczy nie uwolnił się jeszcze. – Łukasz zapinał pas

-Albo nie żyje gdzieś z kulą między oczami. – nerwowo chodziła po piwnicy.

-Hej mała!- Pierre chwycił ją za ramiona. – Alex tak łatwo się nie poddaje! Jestem pewny, że dostal kilka razy po pysku i tyle. Nie zabiją go bo wtedy nie będzie chwili wybacznia i zawachania!

-Przecież ty Pierre, nie wahasz się i nie wybaczasz! – Gwen próbowała delikatnie wykręcić się z jego uścisku

-A zapłaczę dopiero nad jego grobem, więc nie nastąpi to lada moment! Weź się w garść i…- zadzwonił telefon Gwen. Zerknęli, obcy numer.

-Halo?

-Zakupy nie dotarły, jak widać? I co teraz zrobisz?

-Ugotuje ryż zamiast ziemniaków! Dawaj Alexa do telefonu albo wyrwę ci język i wsadzę w dupę!- szybko włączyła rozmowę na głos. Pierre z Łukaszem zamarli w pół – kroku.

-Uwielbiam twoje metafory! Zawsze taka byłaś. -męski, niski głos szepnął w słuchawce

-To nie była metafora dupku! Dawaj Alexa. Chcę wiedzieć, że żyje! -na te słowa Gwen, w słuchawce usłyszeli głośny krzyk dochodzący jakby z oddali.

- Słyszałaś? Drze pysk więc żyje.

- Czego chcesz?- Szczęki jej pulsowały a paznokcie wbijała sobie w dłoń.

- Witaj Pierre… przyjdziesz pod wskazany adres. Właśnie wysyłam ci wiadomość. Sam. Coś mnie zaniepokoi a amerykaniec dostanie kulkę między oczy.- warknął

-Nie powiedziałeś o której…Diego. – Pierre odezwał się stojąc niedaleko telefonu.

-Masz godzinę. – rozłączył się.

-Wiedział, że tu jesteś… – Gwen schowała telefon do tylnej kieszeni spodni.

-Mógł to przewidzieć. To była oczywistość! – Zapiął pas z kaburą. – Idę.

-Łooo, czekaj! – Łukasz zatrzymał Pierra kładąc mu dłoń na piersi. – Gdzie?

-Po Alexa! To chyba oczywiste?!

-Nie pójdziesz sam! Zdurniałeś?-Gwen próbowała skupić się na sytuacji w jakiej się znaleźli.

-Nie daruje sobie jak go załatwią! Idę! Nie muszę pytać was o zdanie!

-Idziemy z tobą!

-Zabraniam!

-Nie możesz nam zabronić!- kobieta zmarszczyła brwi

-Tak po prawdzie to właściwie może. – Łukasz skrzyżował ramiona na piersi.

-A w dupie mam waszą hierarchie. Idziemy po Alexa…. wszyscy! – nastąpiła chwila ciszy, pełna konsternacji i zamyślenia. Każde spojrzenie skierowane było na francuza

-Dobra niech wam będzie! Ale zrobimy tak….- telefon Pierra wydał z siebie jedno piknięcie oznaczające wiadomość. Odczytał. Na głos powtórzył adres. Stwierdzili, że to przedmieście a niedaleko jest sporych rozmiarów las. Łukasz zatarł dłonie z radości. Zaczęli ustalać plan.

 

 

 

Przyjaciele rozsiedli się w niewielkiej sali szpitalnej. Ktoś przyniósł dodatkowe krzesła, ktoś załatwił dla każdego kawę a dziewczyny przyniosły słodkie bułki i pączki. Rozmawiali przez krótką chwilę jakby nic się nie stało. Tak bardzo każdy z nich chciał, żeby było normalnie, choć przez chwilę.  Niektóre tematy jednak nie mogą czekać i szybko wychodzą na pierwszy plan.

-Dobra dość tych pierdół! Gadamy od godziny o tak bezsensownych tematach, że sam siebie podziwiam, że jeszcze tu z wami siedzę! – Iglesias przerwał rozmowy. – Opowiadajcie o rozprawie! Co się działo?! I dlaczego nic nie mówicie?

Atmosfera na sali zgęstniała a pytania Iglesiasa zawisły w powietrzu. Każdy dyskretnie zerkał na Fione. Każdy czekał na chociaż jedno jej słowo. Ta uparcie milczała i ze zwieszoną głową skubała rąbek papierowego kubka.

-Z jednej strony… – nie podnosiła wzroku- Cholernie cieszy mnie,że to się już zaczęło bo… – wypuściła z wysiłkiem powietrze. – Bo to oznacza, że będę miała to już za sobą! I będę mogła iść dalej ze swoim życiem. -na ułamek sekundy spojrzała Jimowi w oczy.- Z drugiej strony…Przeżyłam z tym facetem tyle lat… – zaczęła wykręcać palce u dłoni. – A ten gnój chce mi odebrać dzieci! Chyba nie dociera do mnie jeszcze jakim jest okrutnym człowiekiem…Do końca nie sądziłam, że tak to się wszystko potoczy… – westchnęła ponownie. – Ale dam sobie z tym radę. – wysiliła się na uśmiech.

-Nie chcieliśmy nic mówić, żeby was nie denerwować, macie swoje problemy…- Pola pogłaskała przyjaciółkę po plecach jednocześnie zwracając się do Dominiki i Pawła.

-Mówisz o tym?- Dominika wskazała brodą na rękę w gipsie. – Nazwałabym to małą niedyspozycją.- uśmiechnęła się przez grymas bólu.

-Mąż Fiony jest chwilową „niedyspozycją”!- Adam rzucił od niechcenia na co Jim roześmiał się odrobinę za głośno.

-Podobno Filip chce udowodnić w sądzie,że Fiona źle się prowadzi i przy niej nie jest dobre miejsce dla chłopców. – Paddy stał po ścianą.

-Ale jak?- Iglesias skrzywił się. – Przecież….- wskazał dłonią przyjaciółkę. – Ona jest lepszą matką od mojej nawet!

-Skarbie każda jest lepszą matką niż twoja.

-Kochanie, moja matka jest cudowną kobietą! – Iglesias udawał oburzonego – Pod warunkiem, że jest daleko ode mnie a najlepiej ze dwa miasta dalej! – Opadł na oparcie krzesła, założył dłonie za głowę i lekko przymknął oczy.

-Iglesias zezna, że Filip miał romans z Weroniką i w sumie od tego się zaczęło. – Paddy drapał swoją brodę w zamyśleniu.

-Zaczęło się już dawno temu Paddy. – Fiona mówiła cicho. – Nasze romanse… Filipa i mój… był skutkiem a nie przyczyną… – wytarła kilka łez bezsilności. – Ale nie mówmy już o tym! Dam sobie radę… Na pewno dam!- próbowała sama siebie przekonać.

-Ty nigdy nie będziesz sama, mała. Masz nas! – Adam pocałował Fione w policzek.

-I Jima! – Iglesias uśmiechnął się od ucha do ucha.

-Oby tylko nie był znowu źródłem problemu! – Paddy mruknął pod nosem.

-Co mówiłeś?

-Nie nic. – Paddy podrapał się po głowie. – Muszę jechać do studia.Pola zawieź cię do pracy? -zmieniając temat chwycił kurtkę i szybo podszedł do drzwi.

-W sumie mógłbyś. Sama dzisiaj będę. Muszę popracować za dwóch.

 

-Patrz jak mu się spieszy! – Adam zmrużył oczy.

-Trochę tu już siedzimy! Wy nie musicie pracować?- wskazał na zegarek.

-O cholera, faktycznie. Musze być w salonie! – Adam poderwał się na równe nogi.

-My też będziemy się zbierać. – Fiona westchnęła. – Trzymaj się zombie! – ucałowała Dominikę w środek czoła. – Przyjadę jutro rano, przed pracą.

-Zawieziecie mnie do domu? – Iglesias mozolnie zbierał się z krzesła. – Jestem zmęczony i obawiam się, że usnę za kierownicą. – poklepał Jima po plecach.Wszyscy serdecznie ucałowali Dominikę i żegnając się powoli wyszli w kierunku swoich aut.

 

 

Wiedziała, że dzisiaj w redakcji będzie praktycznie sama. Łukasz wysłał jej wiadomość, że musieli wyjechać z Pierrem w ważnej dla niego sprawie. Martwiła się o francuza. Po ostatnim wydarzeniu z wierzycielami w kawiarni, znikał coraz częściej i coraz mniej jej mówił. Jego odpowiedzi były zdawkowe, wymijające. Musiała przyjmować każdą rewelację jako pewnik, nie miała jak i gdzie tego zweryfikować. Spojrzała przez okno i myśli jej uleciały w kierunku Dominiki. Współczuła jej, bała się o nią. Miała niejasne, dziwne wrażenie, że coś jej umyka, czegoś nie widzi w całej tej układance.

Z zamyślenia wyrwał ją dźwięk telefonu. Dzwoniła Edyta.

-No w końcu się odzywasz! Wracasz już z Monachium?

-Hej Polka. Wybacz, dużo pracy miałam. Jestem już w Polsce.

-Jak tam artykuł?- kręciła palcem pukiel włosów

0a53db3070b87e3203db0495a5157c98

-A to? Nieważne. Słuchaj, musimy pogadać.- zniżyła głos.- Jesteś sama?

-Tak sama. Skąd taka konspiracja? O czy chcesz pogadać?

-Na temat Pierra. Słuchaj….- zawahała się. – On chyba nie jest tym za kogo się podaje.

-Słucham? Co ty wygadujesz? – zamarła.

-Jest cholernie dużo luk w jego życiorysie. – Edyta stukała paznokciami w kierownice swojego Mercedesa

-To potwierdzone info?- Pola zaczęła krążyć po gabinecie.

-Tak ale… szczegółów nie znam.- nie spuszczała oczu z domu Łukasza.

-To są poważne zarzuty Edek! Jeśli sądzisz, że jest oszustem musisz to udowodnić.

-A tobie jak się wydaje?- Kobieta zsunęła się na siedzeniu odrobinę niżej, kiedy zobaczyła Łukasza, jakąś kobietę i Pierra jak w pośpiechu wsiadają do samochodu i z piskiem opon odjeżdżają. -Musze kończyć, odezwę się. -przerwała w połowie zdania a telefon rzuciła na siedzenie obok. Natychmiast pojechała za czarnym BMW.

 

 

 

Plan był prosty. Zaparkowali tak jak zawsze, wśród skupiska innych aut, wtapiając się w tłum. Pierwszy wysiadł Pierre i odpalając papierosa wolnym krokiem poszedł w kierunku kilku niskich, starych kamienic. Rozejrzał się wokół, wszędzie kręcili się ludzie. Nie dobrze… za duży tłum. Wchodząc na pierwsze piętro wiedział, że to pułapka. Wiedział doskonale, że dzisiaj, teraz, może zginąć. Wraz z otwarciem drzwi może polecieć jedna cicha kula, która zakończy jego życie. Do niedawna nie bał się śmierci, czasem nawet na nią czekał. Teraz, gdzieś w głębi zaczęła kiełkować myśl, że chciałby jeszcze pożyć… nie za długo… chociaż zobaczyć dziecko Polki. Jeden raz. Uśmiechnął się do swoich myśli, po chwili jednak, zdając sobie sprawę, gdzie jest skupił się na zadaniu. W sekundę brwi zbiegły mu się tworząc na czole duże bruzdy. Szczęki zacisnęły się do granicy możliwości a zmysły wyostrzyły swoją czujność. Był gotowy. Spojrzał na zegarek, był wcześniej. Kopnięciem wyważył zamek w starych, drewnianych drzwiach.

-Dzień dobry. Przyszedłem po swoje. Tęskniliście? – wyciągnął zza kurtki pistolet i strzelił do dwóch mężczyzn znajdujących się w pokoju. Pojawili się kolejni. Jeden z zaskoczenia wytrącił Pierrowi broń z dłoni, która upadła w drugim końcu pokoju. Nie było czasu na odszukiwanie jej. Została mu walka wręcz. Atakowany przez dwóch przeciwników na raz, skutecznie odwracał uwagę od wchodzących przez okno Gwen i Łukasza. Na środku zaciemnionego pokoju siedział, przywiązany do krzesła Alex.

 

Spomiędzy włosów wyciekały mu stróżki częściowo zaschniętej krwi. Głowa co jakiś czas, bezwładnie opadała mu na pierś ale był przytomny. Dalej wszystko potoczyło się bardzo szybko. Łukasz próbował obezwładnić mężczyznę, który został w pokoju z Alexem. Gwen przecinała sznur, uwalniając ledwo przytomnego Amerykanina.  Z zaskoczenia za Łukaszem pojawił się rosły facet. Gwen wyskoczyła zza krzesła i jednym pchnięciem wbiła nóż w pierś przeciwnika, ratując życie koledze.

Najgorsze było jeszcze przed nimi. Zarzucili ramiona Alexa na swoje barki i skoczyli z okna asekurując przyjaciela. Gwen spojrzała do góry. Przez okno przechyliła się postać Pierra. Kiwnął głową widząc, że reszta uciekła. Gwałtownie spojrzał w głąb pokoju po czym szybko krzyknął do reszty.

-Idźcie! Zatrzymam ich! – wymienili z Łukaszem spojrzenia i każdy kiwnął nieznacznie głową. Pierre z dzikim uśmiechem zniknął z ich oczu.  Z mieszkania zaczęły dochodzić krzyki i odgłosy walki.

-Musisz mu pomóc… – Alex wyszeptał ostatkiem sił próbując stawiać kolejne kroki.

-Da sobie radę!

-Nie! Diego…- nogi odmówiły posłuszeństwa i prawie upadł.

-Cholera, stracił przytomność! Musimy go ratować!- Gwen z Łukaszem wlekli teraz przyjaciela w kierunku auta.

 

Był już mocno poobijany, kiedy został sam w mieszkaniu. Część nie żyła. Część była nieprzytomna. Rozejrzał się po sprzętach.Wytarł świeżą krew z pękniętej wargi i dysząc z braku sił zorientował się co przeoczył. Nigdzie nie było Diega. Ci mężczyźni byli niczym mięso armatnie. Mieli go zmęczyć. Tak miało być od początku, o to mu chodziło. Teraz stoi na środku pokoju sam, ledwo żyjąc. Sięgnął po broń w tym samym momencie, kiedy otworzyły się drzwi do pomieszczenia. Wymierzył i odwrócił sie z wyciągniętym pistoletem. Naprzeciwko niego stał  Diego, również mierząc, prosto w serce Pierra. Kropelki potu spłynęły po jego plecach. Źrenice rozszerzyły się do nienaturalnej wielkości. Krew odpłynęła z jego twarzy. Dyszał ciężko a wraz z oddechem kropelki krwi spadały na dywan.

-W końcu się widzimy Pierre…- Diego wyszczerzył białe zęby. Oczy błyszczały mu złowieszczo

-Czego ty chcesz co? Zabić mnie? Proszę bardzo!- zacisnął dłoń na broni jeszcze mocniej.

-Wiesz, że gdybym miał to zrobić, to w kawiarni ty i ta panienka już byście nie żyli? A z tego co widzę, zależy ci na niej….

-Nie zależy mi… To nikt. Mało istotna laska.

-Marek ostrzegał, że to powiesz!

-Ty gnoju! -już miał strzelić, kiedy poczuł ciepło w prawym boku swojego ciała a po chwili ktoś uderzył go w tył głowy. Natychmiast stracił przytomność osuwając się na brudną podłogę.

 

 

Zgubiła ich.Nadmierna ostrożność i za duży dystans spowodował, że Edyta od dłuższego czasu jeździła po okolicy wytężając wzrok w poszukiwaniu któregokolwiek ze śledzonej ekipy. Nie było ich. Zapadli się pod ziemię. Co mogli tu robić? Dzielnica niebezpieczna, trochę zapomniana przez wszystkich, gdzie dzieci bawią się wśród kurzu ulicy a pijane grupy są na porządku dziennym.

Już chciała zrezygnować, odpuścić, jechać do domu. Zerknęła ostatni raz między budynki. Zobaczyła mężczyznę. Zataczał się. Podtrzymywał ścian, głowę miał spuszczoną. Przyjrzała mu się. Wydał jej się znajomy. Zwróciła na niego uwagę bo szedł sam i co dziwne, zgięty w pół trzymał się za bok swojego ciała, co wykręcało w dziwaczny sposób jego sylwetkę. Nagle podniósł głowę i mocno wciągnął powietrze do płuc.

-Kurwa! Pierre! – gwałtownie zatrzymała samochód i natychmiast podbiegła do zataczającego się mężczyzny. Podniosła go i jak tylko umiała najszybciej wsadziła go do samochodu. Kiedy przechodziła na miejsce kierowcy zobaczyła na swojej dłoni ślady świeżej krwi. -Jesteś ranny! Jedziemy do szpitala!

-Nie! Nic mi nie jest! Jedź Edyta. To tylko zadrapanie! -uciskał w dalszym ciągu prawy bok.

-Co się stało?! – Jechała najszybciej jak potrafiła.

-Nic wielkiego. – Jęknął- Mała sprzeczka. To wszystko.

-Nie taka mała! Zawiozę cię do szpitala! – z tymi słowami brudna, zakrwawiona ręka chwyciła jej dłoń.

-Edyta….- oddychał spazmatycznie. – Nie będę się z tobą kłócił! Jestem wykończony i ledwo żyję! W boku mam ranę wielkości dłoni więc pomóż mi i rób co mówię! – Patrzył na nią nie wykonując żadnego ruchu ciałem.

-To gdzie mam cię zabrać?! – krzyczała panikując.

-Do siebie! Zabierz mnie do swojego domu. – Kaszlnął – O cholera! Pospiesz się!

 

Powoli wprowadziła go do swojego mieszkania. Opadł na fotel. Przymknął oczy.

-Tylko mi nie odjeżdżaj teraz!

77.3

-Nie bój się! Nie mam już siły i tyle.

-Poszukam jakiś bandaży… – przyjrzała mu się. -Albo lepiej od razu prześcieradła!

-Potrzebuje whisky, igły i nici.

-Poważnie? Jak na dzikim zachodzie? Zszyjesz się?

-Nie! Ty to zrobisz!Muszę się umyć! Wypłukać ranę.

-Poczekaj, zaraz wracam. – kobieta zniknęła w drugim pomieszczeniu.

Wróciła po chwili. Stał na środku pokoju. Nie miał już butów. Próbował ściągnąć kurtkę i koszulę. Grymas bólu wykrzywił jego usta. Odłożyła cały sprzęt, który miała w dłoniach i powoli podeszła do mężczyzny. Trzymał dalej bok kurtki. Położyła dłoń na jego ręce. Puścił i pozwolił by mu pomogła. Patrzył na nią kiedy to robiła. Widział jak oblewa się rumieńcem pod jego przenikliwym spojrzeniem. Nie dotykał jej. Stał nieruchomo. Oddychał głęboko. Powoli zsunęła kurtkę z jego ramion. Zmarszczył brwi i nie spuszczał z niej oka niczym dzikie zwierzę złapane we wnyki w środku lasu. Odwróciła się aby odłożyć kurtkę na pobliską kanapę. Kiedy spojrzała na niego drugi raz właśnie ściągał koszulę. Zobaczyła każdy napięty, pięknie zarysowany mięsień. Zapadnięty brzuch na którym krew z rany zdążyła zaschnąć. Była blisko niego. Na wyciągnięcie ręki. Stał przed nią w samych spodniach przewiercając ją wzrokiem. Szczęki pulsowały, oddech miał głęboki. Wyciągnęła dłoń i ostrożnie położyła ją na piersi Pierra. Nawet nie drgnął. Obeszła go by zerknąć na plecy, dłonią przesunęła po jego torsie. Odprowadził ją wzrokiem na tyle, ile było to możliwe.  Przyjrzała się skórze. Między dziwnymi tatuażami rozsiane było mnóstwo blizn. Jaka była historia tego mężczyzny? Co się z nim działo, że nosił tyle znamion na swoim ciele? Stała przed nim. Twarzą w twarz. Ich oddechy mieszały się od nadmiernej bliskości.

- Rana nie jest taka głęboka…- wyszeptała. -Nie będzie potrzebne szycie. – jej dłoń dalej spoczywała na jego piersiach a po chwili przesunęła się niżej, na brzuch.

-Wiem. Widziałem….- dotknął jej brody i uniósł twarz aby na niego spojrzała. – Śledziłaś mnie? – obejmował jej twarz.

-Muszę wiedzieć…- serce jej przyspieszyło.

77,4

-Nic nie musisz wiedzieć! – gwałtownie przyciągnął ja do siebie, trzymając za kark wbił w nią swoje usta. Natychmiast cisnął nią o ścianę przywierając do niej całym ciałem. Jedną ręką splótł jej dłonie, trzymając je z tyłu kobiety. Objęła jego biodra nogą, przyciskając do siebie. Ich pocałunki były gwałtowne, agresywne, namiętne. Podgryzła jego wargę co wywołało jeszcze większy wybuch pożądania. Puścił ją z uścisku i jednym szarpnięciem dłoni rozerwał jej koszulę odsłaniając nabrzmiałe piersi schowane pod czarną koronką.  Dwoma gestami zsunął ramiączka biustonosza z jej ramion. Wplótł palce dłoni w jej włosy. Drugą ściskając za pośladek. W pośpiechu rozpinała jego spodnie. Od spełnienia dzieliła ich tylko delikatna koronka jej majtek. Zarost Pierra drażnił jej sutki, paznokcie zostawiały czerwone ślady na skórze. Wydał z siebie charkliwe jęknięcie, zdecydowanym ruchem odwrócił ją przodem do ściany. Dłonie drażniły jej piersi. Gładziły pochylone plecy zaznaczając linię kręgosłupa. Odchylił jej włosy na bok, pochylił ją do przodu i szepnął tuż nad jej karkiem.

-Śledziłaś mnie! Cieszę się. – Zanurzył dłonie w jej kobiecości, drażniąc ją doprowadzał na skraj rozkoszy. Przylgnął do jej pochylonego ciała, odchylił majtki na bok, delikatnie pociągnął za włosy, wyginając jej ciało w piękny łuk zwięczony wypiętymi pośladkami.  Wszedł w nią ostrożnie, powoli. Jęknęła, wspierając dłonie o ścianę nad swoją głową. – Dzisiaj jesteś moja…- szepnął przygryzając płatek jej ucha.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 4 komentarzy

76.A little faith

Ledwo co wyłączył telefon a już skakał na jednej nodze próbując założyć spodnie, sięgnął po sweter, rzucony niedbale na fotel w sypialni. Na zmianę przeklinał i wzywał Boga. Nie potrafił się skupić. Zabrał podstawy, kluczyki od auta, dokumenty i portfel. Minął tykający w ciszy duży zegar, wskazywał 3,20 nad ranem. Wsiadł w samochód. Drżącymi dłońmi próbował odpalić auto. Wziął kilka głębokich oddechów, uspokoił się na tyle aby jechać. Wcisnął gaz do dechy i pojechał do szpitala. Całą drogę powtarzał pod nosem: – Błagam Boże, błagam! Co tam się stało? Cholera, tylko nie to!- stojąc na światłach zastanawiał się do kogo zadzwonić, sięgnął do kieszeni i zorientował się, że aparat spoczywa spokojnie na szafce w sypialni. Przeklął pod nosem i wraz z zielonym światłem ruszył jeszcze szybciej.  Nie wiedział gdzie jej szukać, nie wiedział co się stało. Mógł jedynie odszukać Mikołaja. Nie chcieli go wpuścić, więc ubłagał żeby zadzwonili na kardiologie i go sprowadzili. Po rozmowie z młodym lekarzem Paweł został wpuszczony i biegnąc w kilka minut dostał się na odpowiedni oddział. Mikołaj słysząc na korytarzu hałas, szybko wyszedł prawie wpadając na Iglesiasa.

 

 

Damon Salvatore

 

-Co z nią jest? Wszystko dobrze? Co się stało?Gdzie ona jest?!- wyrzucał z siebie pytania z prędkością karabinu maszynowego.

-Po pierwsze uspokój się bo to w niczym nie pomaga. – Mikołaj uniósł dłonie do góry próbując opanować wysokiego mężczyznę

-Nie mów mi, ze mam się uspokoić! – Iglesias warknął i chwycił lekarza za kitel lekko go podnosząc – Jak mam się kurwa uspokoić skoro nie wiem co się dzoiejej! Czy ja ci wyglądam ta cholernego tybetańskiego mnicha?! – mimo hardości z oczu Pawła biło przerażenie i nieprawdopodobny strach. – Miki mów!

-Żyje! Spokojnie! Nic takiego się nie stało! I puść mnie bo czuje sie mało komfortowo wisząc w powietrzu!

-Wybacz!- Puścił lekarza. – Poniosło mnie!- wplótł palce we włosy.

-Rozumiem. – poklepał Pawła po plecach.

-Gdzie ona jest?

-Na urazówce.

-Co? Co się stało? Wypadek?

- W Chill wybuchł pożar.

-Co?- Nie dowierzał. – Pożar? Co ty mówisz?!

-Chodź, pójdziemy na oddział to ci opowiem wszystko.

-A Domi?

-Byłem tam kilka minut wcześniej, zanim przyjechałeś. Robią jej badania. Ma liczne ale małe urazy. Drobne urazy tkanki spowodowane…

-Miki kurwa po ludzku!

-Zadrapania od szkła które poleciało w jej stronę ale nie są groźne. – szli ciemnym korytarzem.- Stłuczone płuco i złamaną rękę. Nic takiego.

-Nic takiego?! – Paweł zatrzymał się w połowie drogi. – Jak to, nic takiego? Przecież ona cierpi! A ty mówisz, nic takiego?! Co jest z tobą do cholery?!- nie mógł uwierzyć.

- Ty nie rozumiesz?!- Mikołaj doskoczył do Pawła i wysyczał. – Czy ty wiesz, że ona mogła zginąć? Zdajesz sobie sprawę, co mogło się stać? W tym wszystkim to to, co jej się stało, nie jest niczym poważnym! Wyjdzie za kilka dni! Wiem, że jesteś przerażony ale możesz mi zaufać ok?! Uratowałem ci życie, mógłbyś mnie posłuchać i wierzyć w to co mówię! – ruszyli w kierunku urazówki. -Mnie też  zależy na Dominice.

- Jak cię przeproszę jeszcze  raz to dasz mi swój telefon? – Paweł lekko uśmiechnął się, niepewnie pytając. – Zadzwoniłbym może do Adama albo Polki….

-Nie dzwoń. Dochodzi 4 rano.Nie ma sensu budzić ich. Nie ma zagrożenia życia. Nie jesteś sam! Zostanę z tobą Paweł!

-Dzięki stary! A, i mów mi Iglesias!

-Zadzwonimy do wszystkich o ludzkiej godzinie. A teraz napijmy się kawy i zaczekajmy na koniec badań ok?

-Podobno mam ci zaufać więc ok. – Paweł wzruszył ramionami.

- Nie masz innego wyjścia. Tutaj ja rządzę!- usiedli na niewielkiej ławce opierając się o ścianę. Czekali. Minuty dłużyły się jak godziny. Po jakimś czasie z zamkniętej sali wyszedł starszy lekarz, wpatrzony w wyniki badań, wertując tabele i wykresy. Gładząc swojego siwego wąsa rzucił okiem na dwóch skupionych mężczyzn siedzących pod ścianą.

-Taa, może pan wejść. Nic jej nie jest. – zwrócił się do Pawła. – Jestem u siebie w gabinecie. Proszę podejść w razie jakichkolwiek pytań.

-Dziękuję panie doktorze! – rzucił przez ramię wbiegając do sali.

-Taaa, no nie ma za co…- starszy mężczyzna w dalszy ciągu wpatrywał się w wyniki badań. – Mikołaj, możemy chwilę porozmawiać? Coś mnie zastanawia w tych wynikach…

- Co jest? – zaniepokojony młody lekarz również pochylił się nad wynikami.- O cholera… – podrapał się w głowę.

-Potrzebujemy konsultacji doktora Króla…

 

 

Wszedł do szpitalnej sali w której panował półmrok a cisze przerywało miarowe pikanie urządzeń. Wydawało mu się, że spała. Ręka unieruchomiona w gipsie, w nosie wężyki z tlenem, wszędzie różnej wielkości rany, na ręce założone kilka szwów. Stał tam, czując się totalnie bezradny. Jeszcze chwile temu nie wiedział czy jej nie stracił. Ten strach dalej odbijał się echem w jego sercu. Nie chciał na nią spojrzeć, bolał go sam widok jej cierpiącej. Ale to była Dominika…. Jego miłość. I nie mógłby inaczej jak tylko być z nią, przy niej. Zdecydowanym krokiem podszedł bliżej, pogładził jej włosy, bał się dotknąć twarzy, całej zoranej małymi rankami. Cicho przesunął krzesło bliżej łóżka i ujął jej bladą, chłodną dłoń. Przez chwilę przekładał w dłoni palce.  Na jednym z nich, za niedługo miał świecić pierścionek z białego złota, który teraz leżał spokojnie w wewnętrznej kieszeni jego kurtki.

Powoli docierało do niego, jak mogła skończyć się dzisiejsza noc, wytarł oczy mokre od łez i delikatnie uśmiechnał się do śpiącej kobiety. Oparł głowę o oparcie krzesła, zamknął dłoń kobiety w ciepłym uścisku. Myślał, czy to był zwykły wypadek, awaria czy może… nie miał odwagi dopuścić tej myśli do siebie… Weronika? Czy to nie ona za tym stała? Od czasu jego wypadku, zapdła się pod ziemię. Nie został po niej ślad, jakby wyparowała. Czyżby właśnie uderzyła ponownie? Miała Filipa, nie musiała się mścić, uderzać w Dominikę. Nagle przypomniało mu się, że dziś właśnie jest pierwsza sprawa rozwodowa Fiony. Z samego rana mieli być w sądzie. Mieli ją wspierać. Spojrzał na bladą Dominikę, przysunął się jeszcze bliżej. Reszta może poczekać. Liczy się tylko ona. Trzymając mocno jej dłoń przymknął, zdawało mu się, na chwilę oczy…

 

 

 

Jim zaparkował przy ogrodzeniu Fiony. Styczeń dobiegał końca jednak śnieg nie dawał za wygraną. Poranek był mroźny i słoneczny. Uśmiechnięty mężczyzna wysiadł z auta i wciągnął głęboko powietrze do płuc. Był zrelaksowany i uśmiechnięty mimo bardzo wczesnej godziny. Wyciągnął leżącą na siedzeniu papierową torbę i rozglądając sie na boki powoli podszedł do drzwi, zapukał cicho i nasłuchiwał czy Fiona idzie otworzyć czy jeszcze śpi. Spotykali się od jakiegoś czasu, ale zwolnili tempo. Jim spotkał sie kilka razy z jej dziećmi ale wszystko było oficjalne i formalne. Nie spieszyło mu się i musiał przyznać sam przed sobą, że perspektywa wspólnej przyszłości bardzo mu odpowiadała i nie naciskał na kobietę. Już nie uciekali, rozmawiali o wszystkim… No prawie o wszystkim… Nikt nie poruszał tematu Patricka. Raz, może dwa Fiona wspomniała o nim i Poli. Chciała iść do nich na kolacje. Jim w danej chwili ucieszył się, tęsknił za bratem. Tamten jednak uparcie trwał przy swoim, twierdząc, że nie ma o czym z nim rozmawiać i póki co, nie chce go znać. Wiedział, że taki cios Paddy będzie przetrawiał długo. Ale teraz miał czas. Chciał naprawić swoje życie, zadośćuczynić za swoje błędy i krzywdy jakie wyrządził. Teraz jednak musiał wspierać ją.Być przy Fionie, jakkolwiek ma ta obecność i bliskość wyglądać.

2017-07-03 12.39.00

-No w końcu! – energicznie otworzyła drzwi. -Spóźniony jak zawsze! – złożyła na jego ustach szybki aczkolwiek namiętny pocałunek i jednym szarpnięciem za kurtkę wciągnęła do domu.

-Co jest? Co tak latasz po całym domu, co najmniej jakbyś się rozwodziła czy jak!- Uśmiechnął się półgębkiem ściągając kurtkę i wchodząc za kobietą do kuchni.

-O, dowcip ci się wyostrza Kelly czy to mózg ci się obkurczył od tego mrozu?- puściła mu oczko, sięgając po rogalika do torby przyniesionej przez mężczyznę. – Facet wracający z polowania z… rogalikami?- uniosła do góry niewielkie ciasteczko.

-Ha, ale z różą! Takich w mieście nie ma! – usiadł przy stole i obserwował krzątającą się po kuchni kobietę.

-To powiedz, że sam upiekłeś?- sięgnęła po drugie. – Co mi się tak przyglądasz? Stres zajadam, odczep się!

- Przeceniasz mnie! Mamuta upoluje ale rogalika to ja skręcić nie umiem…. małe to takie… ee bez sensu! – kobieta położyła przed nim kubek parującej kawy pachnącej wanilią a sama usiadła naprzeciwko. -Gdzie chłopcy?

-Mama zawiozła ich do szkoły. Nie chce, żeby wiedzieli co się dzisiaj będzie działo.

-A ty wiesz?- spojrzał na nią spod przymkniętych powiek.

-Nie wiem. Nawet nie wiem czemu Filip zmienił powództwo. Mój adwokat też nie wie. Pierwsza sprawa, dowiemy się wszystkiego. A właśnie, skoro jesteśmy przy zimnej sztuce mięsa… – sięgnęła do lodówki siłując się z ogromnym kawałkiem zamrożonego schabu.

-Pomóc ci? – wygiął usta w podkówkę. – Piłę podać? Siekierę?

- Żeby odciąć ci twój długi język?- zaprała się nogą wyszarpując mięso z lodówki. – Nie,dzięki. Poradzę sobie!

-Muszę ci coś powiedzieć, o Paddym. – sformułowanie Fiony o długim języku coś mu przypomniało. |Do tej pory nie powiedział jej o Andrei, o tym co wydarzyło się w święta między nim a bratem. Teraz z Fioną układało się tak dobrze… musiał się przyznać.

-Jim, skarbie. Wiem, że nie rozmawiacie ze sobą i wiem, że chciałbyś odzyskać brata. I pewnie on też na swój własny pokręcony sposób, tego chce ale czy to nie może poczekać do jutra? – machnęła ręką. – Wywieziemy was z Polą na jakąś bezludną wyspę to w końcu się pogodzicie. Poza tym… – brwi jej się zbiegły- To twój brat….nie może być inaczej…głowa do góry.

-Nie znasz tego upartego kurdupla….Ale może masz racje, zostawmy to dzisiaj. Co innego jest teraz ważne.- Przyglądał się wczytanej w dokumenty kobiety. Dyskretnie rozejrzał się po kuchni. Z dnia na dzień coś zmieniało się w tym domu. Znikały różne przedmioty, ozdoby a na miejsce starych obrazów pojawiały się nowe w całkowicie innym stylu. Z każdą wizytą czuł się coraz lepiej, swobodniej. Fiona miała rację, na wszystko przyjdzie czas. Uśmiechnął się, bo przed oczami pojawiło mu się wspomnienie, kiedy ona urywa się z pracy i kochają się cały poranek u niego w mieszkaniu. Uwielbiał te chwile…

-Uśmiechasz się jak głupi do sera! – spojrzała na niego znad papierów.

-Do czego? Do sera? Głupie są te wasze powiedzenia….- odłożył kubek po kawie koło zlewu.- A uśmiechałem się, bo przypomniałem sobie ciebie nago… kiedy to było… – podrapał się po brodzie- … a tak, dwa dni temu. – pocałował jej policzek.

- Podobno orgazmy powodują sklerozę…- rzuciła niby od niechcenia.

- Zapomnę wszystko ale twojego ciała nigdy! – uniósł zaczepnie brwi.

-Zastanawiające, że ja wszystko pamiętam… Idziemy? – powstrzymując śmiech sięgnęła po torbę i płaszcz.

-No idziemy. – zatrzymał się na środku kuchni. – Ej, jak to wszystko pamiętasz?- pobiegł za Fioną, która już wkładała klucze do zamka. Śmiejąc się jeszcze przez chwilę jechali w stronę miasta.

-Nie wiem czy dobrze robimy jadąc moim samochodem…- zamyśliła się patrząc na drogę.

-Będziemy dużo wcześniej. – wzruszył ramionami. – To jeszcze o niczym nie świadczy.

-Jak człowiek się uprze to wszystko może o czymś świadczyć. – przygryzała dolną wargę.

-Możesz tego nie robić? Przestaje wtedy myśleć…. – Jimm pokazał gestem swoje usta

117856_1.1

-Uspokój się wariacie! Zadzwoń lepiej do kogoś. Może do Pawła albo Adama. Za ile będą zapytaj. Organizuj się Jimbo!

-Dobra już. Nie marudź, zupełnie jakbyśmy byli mał….

-Nie! Nie kończ! Żadnych takich! Jednego męża się nie pozbyłam jeszcze!- przyspieszyła.

-Paweł nie odbiera. – wykręcił kolejny numer.- Dominika ma wyłączony. Zadzwonie do Adama.

-Do Patricka zadzwoń! A tak… poobrażani jesteście! Ciekawe czy zamienicie choć słowo.

-Uda że mnie nie zna…- zwiesił smutno głowę. Po chwili wykręcił również do Poli. Dowiedział się, że ona z Paddym już jadą i że kupią po kubku kawy dla wszystkich.

-No widzisz! Pola z tobą gada. Może i Paddy się przekona.

-Nie przekona się… – odwóricł wzrok.

-Czemu? Co takiego mu zrobiłeś,że aż tak uparcie trwa przy swoim? – Słysząc to niewinne pytanie wbił wzrok w kobietę analizując sytuację.Musiał szybko podjąć decyzję.

-Opowiem ci jutro. Teraz to faktycznie może poczekać. Nie przejmuj się. A z Paddym dam sobie radę.

-Ciszę się, że mam ich przy sobie. Są dla mnie ważni, szczególnie teraz… – ujęła ciepłą dłoń Jima i czule spojrzała mu w oczy.

-Przeżyjemy to….nawet Paddiego! – próbował zażartować. Podjechali pod sąd. Byli pierwsi, po chwili podjechał adwokat Fiony a zaraz za nim Pola z Patrickiem.

Fiona kiwnęła głową na Polę, która szybkim krokiem podeszła do kobiety i adwokata. Braci zostawiając samych, z kilkoma kubkami kawy. Stali dwa metry od siebie łypiąc na zmianę wzrokiem. Paddy trzymał parujący, styropianowy kubek. Chwilę wahał się, kilka razy zacisnął szczęki aż w końcu przełamał się, wziął z dachu auta jeden kubek, podszedł do stojącego ze spuszczoną głową Jima i bezceremonialnie podał mu kawę.

-Zimno jest. – starał się nie pokazywać emocji. Za dużo go to kosztowało.

-Dzięki. -wziął kubek od młodszego brata. Chwilę stali w ciszy obserwując swoje kobiety, które żywo gestykulowały.- Padd…. pogadamy?

- Nie! – zacisnął usta. – Nie mamy o czym! – powiedział krótko, szybko ucinajac rozmowę. – Co się tam dzieje?- mężczyźni zmrużyli oczy.

-Ty gnoju! Jak możesz mi to robić?!- Fiona nagle krzyknęła w stronę wysiadającego z auta Filipa za którym stała jego matka. Pola trzymała Fione za rękę, adwokat próbował ją opanować ale kobieta przypominała rozjuszone zwierzę. Paddy z Jimem niewiele myśląc podbiegli do kobiet. W tej samej chwili podjechał Adam i widząc zamieszanie od razu dołączył do reszty.

-Co się stało? – Paddy zapytał pierwszy, kiedy Fiona uspokajała się od słów adwokata. On i Jim nic nie rozumieli.

-Adwokat powiedział, że Filip składa wniosek a pozbawienie Fiony praw do dzieci albo ograniczenie widzeń z nimi. Podobno ma dowody na to, że Fiona nieodpowiednio się prowadzi.

-Zabije go! – Jim zrobił krok w kierunku Filipa.

-Nie! – Paddy z Polą przytrzymali Jima.

-Jak coś zrobisz to pogorszysz i tak już ciężką sytuację! – Pola ściskała ramię muzyka. -Opanuj się Jimmy! Dla jej dobra!

-Chociaż raz spróbuj zapanować nad swoimi emocjami! – Paddy wysyczał złośliwie.

-Pokurwi mnie tu zaraz!- Odszedł kilka metrów i podpalił papierosa.

- Spokój Jimbo! Spokój! – Adam poszedł zaraz za nim. – Oddychaj. Nic teraz nie możesz zrobić!

Grupkę przyjaciół minął Filip i wraz z matką szyderczo uśmiechnął się pod nosem i z triumfem wszedł do gmachu sądu.

-Gdzie jest Paweł z Dominiką?- Pola rozglądała się po parkingu.

-Nie odbierają. – Paddy rozłączył połączenie

-Na pierwszej rozprawie mało się dowiemy.  Ale proszę być dobrej myśli. Nie jest łatwo odebrać matce dzieci. Trzeba udowodnić daleko posuniętą patologie, kurator musiałby wystawić opinie, a pani mąż musiałby mieć niezbite dowody na to, że jest pani złą matką. Wejdźmy do środka. Proszę się nie martwić. – adwokat położył dłoń na ramieniu Fiony i wszedł do budynku.

Pola i Adam tłumaczyli braciom Kelly słowa adwokata po czym trzymając Fione za rękę weszli do sądu. Usiedli z tyłu, zostawiając smutną kobietę samą. Nie chcieli rzucać się w oczy, wzbudzać sensacji. Zadzwonili jeszcze raz do reszty nieobecnych przyjaciół i po raz kolejny usłyszeli pocztę głosową. Powoli zaczynali podejrzewać, że coś się stało. Nie było już czasu, musieli zająć się tym później.

„Rozpoczynam rozprawę sądową między Filipem Kamińskim a Fioną Kamińską w sprawie rozwodu z orzeczeniem o winie, na wniosek Filipa Kamińskiego. Proszę usiąść.”

- Zaczęło się…- Pola szepnęła do samej siebie, siedząc między Paddym a Jimem….

 

 

Miał wyjątkowo ciężki dzień. Jeden z takich dni w których dzieje się wszystko źle i zawsze jest pod górkę. Gwen razem z Aronem złapali jakieś niegroźne przeziębienie, przez co on musiał załatwić tak prozaiczną czynność jaką są zakupy. Kupił mleko dla synka ale po konsultacji z Gwen okazało się, że jednak nie takie. Wrócił się. Wrzucił do koszyka inne. Kupił wino ale chciał wytrawne a dostał słodkie. Kolejny powrót. Stoisko z warzywami totalnie go pokonało. Z każdą mijającą chwilą uzmysławiał sobie, ze to nie dla niego. Mógł robić inne trudniejsze rzeczy, mógł wybić połowę osób wokół niego ale wybranie odpowiedniego brokuła pokonywało go już na starcie. Nie wiedział czym różni się por od selera, nie wspominając o tym, że nie wiedział które to które. Dzwonił co chwilę do Gwen z kolejnymi pytaniami, niestety, za tym szła malejąca duma. Czuł ze mózg mu eksploduje, zabrał to co miał na liście i z tą podstawą ruszył do kasy. Westchnął widząc ogromne kolejki, jednak nie mając wyjścia, ustawił się w wydawało mu się, najkrótszej. Zaczął  ćwiczyć relaksacyjne techniki zen, kiedy okazało się, że system zawiesił się i wszyscy muszą czekać. Cieszył się, że nie zabrał ze sobą broni, choć wtedy pewnie utorowałby sobie drogę do wyjścia. Stał dalej. Kiedy jednak starsza pani wjechała na niego wózkiem z zakupami, nie wytrzymał i zaklął pod nosem w dwóch językach naraz.

 

Reaction GIF: nope, Jensen Ackles, Dean Winchester, Supernatural

 

 

 

Udało mu się dotrzeć do kasy. Wyłożył towary na taśmę i spokojnie czekał. Dziękował w duchu, że kasjerka zna choć trochę język angielski. Zapakował zakupy w reklamówki i awaryjnie poprosił o podwójną ilość. Czuł podświadomie, że nie doniesie zakupów do samochodu. Wysilił się i uśmiechnął do miłej kasjerki i triumfalnie dzierżąc w dłoniach ogromną ilość toreb, ruszył w stronę podziemnego parkingu. Przełożył zakupy do jednej dłoni a drugą wykręcił numer Gwen. Ta odebrała śmiejac się w najlepsze.

-Ja mam dosyć rozumiesz? Pokonały mnie warzywa, system kas a na koniec jakaś stara baba wjechał mi w dupę koszykiem!

-Chciała zaparkować? Ciesz się, że to nie był rower! – Gwen zalewała sie łzami

-Uważasz, że to jest śmieszne?! Jak wy to robicie? I to codziennie?! Maskara.

-Łokciami się rozpycham!

- Poczekaj bo nie wiem z tego wszystkiego gdzie zaparkowałem. – rozejrzał sie. – A jest, widzę.

-Jedziesz od razu do domu?

-Tak! Mam dość! Mam ochotę na mecz i kilka piw! Muszę odzyskać swoje jaja bo mam wrażenie, że przy brokule zostawiłem cały swój testosteron! -Podszedł do samochodu.

- Już ci się chłodzą a mecz mogę nawet ci nagrać. – śmiała się serdecznie.

-Kończę skarbie, muszę zakupy ws….- Gwen nie usłyszała reszty zdania.

Przyłożyła ucho jeszcze mocniej do słuchawki nasłuchując odgłosów po drugiej stronie. Usłyszała krzyk Alexa, odgłos uderzeń, szamotaniny i kilka nakładających się na siebie męskich jęków. Po chwili stłumiony krzyk Alexa, jakby zza szyby albo… zza foliowego worka. Duszą go pomyślała. Nic nie mogła zrobić tylko słuchać. Przerażenie sięgało zenitu. Alex był po drugiej stronie miasta. Ktokolwiek chciałby go uratować,, nie zdążyłby. Nagle usłyszała jedno zdanie z ledwością wykrzyczane.

16b219d6a4a59bc60da9c2e2874763e6

-Latynos…. Diego! -usłyszała cios i odgłos zamykanego bagażnika samochodu. Po chwili ktoś przerwał połączenie poprzedzone hukiem, zapewne rozwalając telefon.

-Latynos… Diego. -powtórzyła zamyślona. – Bagażnik… Kurwa mać! Porwali go! – zeskoczyła z łóżka i wykręciła znany numer.

-Łukasz? Porwali Alexa! Musimy się spieszyć bo zatłuką go na śmierć! Jasne, do zobaczenia! – rozłączyła się i szybko wykręciła numer opiekunki, jednocześnie ubierając się i pakując do walizki broń i amunicję.

-Skarbie… – zwróciła się do synka. – Zostaniesz z ciocią Klaudią dobrze? Mamusia musi załatwić sprawę… na mieście. Za niedługo przyjadę i przywiozę ci jajko niespodziankę albo wielkiego misia dobrze?- chłopczyk roześmiał się, pocałował Gwen i wrócił do oglądania bajek.

 

 

 

Rozprawa dobiegała końca. Każdy z przyjaciół zerkał co chwilę na telefon. Nikt się nie odezwał. telefony milczały. Sąd wyznaczył kolejny termin i teraz Fiona stała rozmawiając z adwokatem. Nagle na ekranie telefonu Adama pojawiła sie nowa wiadomość. Od Mikołaja. Adam przeczytał i usiadł na drewnianej ławce. Reszta przyjaciół pochyliła się nad nim. Fiona odruchowo spojrzała i nie potrafiła zrozumieć co dzieje się w drugim końcu sali.

„Dominika w szpitalu. Był wypadek. Nic jej nie jest. Wybacz ale długo siedziałem z Pawłem i usnąłem. Oboje są w szpitalu. Ja zaraz tam będę.”

- Fiona! – Pola krzyknęła przez całą sale nie zwracając uwagi na innych ludzi – Domi miała wypadek! Jest w szpitalu!

-O cholera! – chwyciła torbę, teczkę i swój płaszcz. – Pan wybaczy ale…. no wybaczy pan?

-Jasne, niech pani idzie!- adwokat machnął dłonią.

Cała grupa przyjaciół wybiegła z sądu i najszybciej jak tylko mogli ruszyli w kierunku szpitala.

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 4 komentarzy

75. Remember who you are

Siedzieli chwilę w ciepłym aucie. Było bardzo zimno, śnieg wspomagany wiatrem otulał wszystko w okolicy. Źle się czuła. Za dużo emocji doświadczyła tego mijającego dnia. Wewnętrzny niepokój powodował szybsze bicie serca. Nerwowo wykręcała palce dłoni. Nie poganiał jej. To powinno być wspaniałe doświadczenie, pełne radości, łez szczęścia. Nie powinien się bać. A jednak bał się. Panował nad swoim strachem odkąd zobaczył dwie kreski, odkąd dowiedział się, że będzie ojcem. Panika czasem ogarniała jego umysł a wtedy musiał zatrzymać się na kilka sekund, głęboko oddychał i uspokajał się. Musiał, dla niej. Spojrzał w bok. Wzrok miała spuszczony, przygryzała dolną wargę i co chwilę głośno wypuszczała powietrze. Bez słowa ujął jej dłoń, ścisnęła ją mocno.

- Chciałbym… – uśmiechnął się ciepło-… podziękować ci. Za to, że byłaś wtedy, w tym parku, że spojrzałaś w moje oczy. Podziękować ci, że dalej jesteś na tym świecie tuż obok mnie. Dziękuję ci, że codziennie wierzysz w naszą miłość i nie poddajesz się. I nigdy, przenigdy nie znajdę słów, które mogłyby wyrazić moją wdzięczność za to co robisz dla nas… dla naszej rodziny. Pola… jesteś najodważniejszą kobietą jaką w życiu poznałem. Cokolwiek się nie stanie, będziemy dalej walczyć.Razem! – spojrzał jej w oczy. – Ale kochanie.. nie płacz! Cholera! -puścił jej dłoń, kiedy sięgała po chusteczkę. – Powiedziałem coś przykrego? Coś nie tak?

-Nie! – wydukała między napadami łez – Mówisz takie piękne słowa… mi chyba hormony szaleją! Wzruszyłam się! Cholera, Paddy! Nie mów mi takich rzeczy przed badaniami! Jak ja będę wyglądać!

-No… wybacz! nie pomyślałem.  A wyglądasz cudownie. Jak zawsze!

-Nie przesadzaj!- roześmiała się, osuszając policzki. Obserwował ją i myślał jak dobrze, że jest obok. Póki to trwa, świat mógłby zatrzymać swój bieg a on mógłby zanurzyć się w tym i tak już zostać.

Spojrzał za Polę i zatrzymał wzrok na kremowej elewacji kliniki. Kiwnęła głową i oboje weszli do budynku. Pola podeszła do kontuaru i podała swoje dane. Usiadła w fotelu, wzięła od Paddiego małą butelkę wody i wypiła kilka łyków. Po 10 minutach na korytarzu pojawiła się uśmiechnięta, miła kobieta, zapraszając ich do gabinetu. Doktor Woźniak wstała, uścisnęła dłoń Poli i Patricka i poprosiła aby usiedli. Spojrzała na wyniki badań, wertując różnej wielkości kartki. Była skupiona, a przez chwilę jakby zapomniała o innych osobach w gabinecie. Coś porównywała, coś zapisywała w komputerze, nie odzywając się dobre kilka minut. Napięcie Poli i Patricka sięgało szczytu.

-Pani doktor, czy wszystko w porządku? – kobieta nie wytrzymała.

-Proszę? A tak! Proszę wybaczyć, taka procedura. Nie chcę też niczego przeoczyć zważywszy na pani wyjątkowy przypadek. – kliknęła jeszcze kilka razy i złożyła papiery do teczki. – Z badań wynika, że wszystko w jak najlepszym porządku. Pani Polu, zbadamy się teraz w drugim gabinecie a na USG wrócimy tutaj.

-Mam tu zaczekać? Sam?- Paddy wstał razem z kobietami.

-Nie uciekniemy panu.- Lekarka uśmiechnęła się ciepło. – Niektóre aspekty powinny być poza pana spojrzeniem.

-Paddy to tylko badanie. Wyluzuj.- Pola szepnęła do mężczyzny i zniknęła za drzwiami drugiego gabinetu.

 

Wstał i w nerwowym oczekiwaniu krążył po małym klaustrofobicznym pomieszczeniu na środku którego stała kozetka w kolorze butelkowej zieleni, przykryta jednorazowymi ręcznikami. Okna zasłaniały ciemno- szare rolety potęgując zaciemnienie gabinetu. Wzrok Patricka mimowolnie zatrzymał się na rycinach opisujących obrazowo ćwiczenia przedporodowe a na następnej tablicy sam poród. Przy każdym kolejnym rysunku czuł coraz silniejsze fale gorąca oblewające jego plecy. Strach paraliżował jego ciało. Zaczynał czuć mrowienie w rękach i odrętwienie w nogach. Musiał usiąść, natychmiast. Z automatu stojącego w rogu pokoju, nalał plastikowy kubek chłodnej wody. Pił małymi łyczkami ze wzrokiem utkwionym w jakimś małoznaczącym punkcie. Docierało do niego gdzie się znajduje, co się właściwie dzieje. Jeszcze siedem miesięcy i będą przechodzić to wszystko co widnieje na tych obrazkach. Jeszcze tylko kilka miesięcy i będzie trzymał swoje dziecko na rekach. Czuł jak niewidzialna siła zaciska mu gardło. Mimowolnie odchylił kołnierzyk  swetra chcąc lepiej oddychać. Docierało do niego,że już nigdy nie będzie sam. Że już za chwilę będzie za kogoś odpowiedzialny, będzie musiał o kogoś dbać. A jak mu się nie uda?Jak popełni błąd i jego dziecko będzie nieszczęśliwe jak… on sam? Wytarł maleńkie kropelki potu z czoła. Nie, nie będzie wybiegać myślami tak daleko. Jest tu, z Polą… spojrzał na zamknięte drzwi i usłyszał stłumiony śmiech dwóch kobiet. Uniósł kąciki ust, ona była szczęśliwa a to dawało mu siłę na każdy następny krok w jego życiu. Natrętne myśli jednak nie dawały za wygraną. Jedno zdanie krążyło Patrickowi w podświadomości. A jeśli jej się coś stanie? Jak dużą cenę przyjdzie jej zapłacić za ich nowe życie? Głowa bezradnie opadła mu do kolan. W tej samej chwili drzwi otworzyły się i uśmiechnięte kobiety weszły do gabinetu. Paddy natychmiast przyjął lekką pozę i serdeczną minę.

-Nareszcie! Już się martwiłem!- poprawił sweter wstając. – Wszystko dobrze?

-Jasne. – ścisnęła jego dłoń. – A u ciebie? Coś nie tak?

-Nie nie! Jest ok. Zamyśliłem się. Wszystko gra. – skłamał, choć właściwie chyba wszystko grało.

-Dobrze. Jest pan gotowy zobaczyć swoje maleństwo? – Doktor Wożniak usiadła z jednej strony leżącej na kozetce Poli a Patrick nieśmiało zajął drugą stronę. Zagubiony obserwował czarny ekran a podniecenie prawie podrywało go z krzesła. Doktor nałożyła odrobinę żelu i mocno przycisnęła aparat do Poli brzucha.

-Obawiam się, że mogę go nie zob….- Paddy urwał w połowie zdania i zamarł wpatrzony w ekran na którym co jakiś czas ruszała się mała, jasna plamka. – Boże… czy to? – wzruszenie odebrało mu mowę.

19399253_1727004873991217_5247126987235534966_n

-Tak panie Kelly, to państwa dziecko. – nie powiedziała już nic więcej, profesjonalnie wpatrując się w ekran. Ta chwila należała do nich.

-Jest cudowny… – jedna zagubiona łza spłynęła po skroni, wprost do jej ucha.

-Najpiękniejszy… Kocham cię. – pocałował dłoń kobiety.

-Mam dla państwa coś jeszcze. – lekarka podkręciła głos i w całym gabinecie rozległ się pulsujący dźwięk bijącego serduszka.

- O mój Boże! – Pola ze wzruszenia zatkała usta dłonią śmiejąc się i płacząc jednocześnie.

-Teraz to pani przegięła!- Paddy zanosił się od serdecznego śmiechu, wierzchem dłoni wycierając mokre oczy.

Trwali tak jeszcze kilka minut aż lekarka przerwała i zakończyła badanie. Na pożegnanie poinstruowała Polę o kolejnych badaniach, jakie musi zrobić, o oszczędzaniu się i co podkreśliła dosyć mocno, o jak najmniejszym stresie. Zaznaczyła, że Pola nie powinna znajdować sie w nerwowych sytuacjach i unikać jak tylko może stresu. Paddy na to oświadczenie parsknął śmiechem informując, że ostatnie wydarzenia to jedno pasmo wielkiego stresu. Lekarka zrugała go, podkreślając powagę sytuacji. Obiecali na siebie uważać. Na pożegnanie lekarka wręczyła im srebrną płytkę na której zostało nagrane całe badanie USG. Ucieszyli, podziękowali jeszcze raz i opuścili gabinet z westchnieniem ulgi, że nic złego się nie dzieje.

 

WARSZAWA OK. 6 LAT WCZEŚNIEJ.

Ulicami miasta cicho sunął ciemny samochód, skutecznie ukrywając się pod osłoną nocy. Kierowca zgrabnie wymijał innych uczestników ruchu. Nic nie wskazywało na to, że w tym właśnie samochodzie już za kilka chwil rozegra się dramat, który tyle zmieni w życiu tak wielu powiązanych ze sobą osób.

Dwóch siedzących z tyłu, mężczyzn otwierało właśnie kolejną butelkę whisky.

- Wycofałeś się z życia Marka już na zawsze?Jesteś pewien, że to słuszna decyzja? Przyjacielu?

-Dawno nie byłem niczego tak pewien, jak własnie tego.  -Leon pociągnął łyk złotego płynu.-No może poza uczuciem do Anny…- dodał w myślach. -Poza tym teraz ma Polę.- spojrzał na przyjaciela znacząco – Już nie muszę go pilnować, nawet z daleka. Zawsze miał tendencje do szaleństw ale sądzę, że przy Poli uspokoi się.

-Nie byłbym tego taki pewien Leon. Moja córka ma temperament po mnie…Nie jest spokojnym barankiem! Jak zresztą każdy z nas.- uniósł szklankę. – Swoją drogą, cieszę się, że wróciłeś.

-Mam nadzieję, że Artur też sie ucieszy. Chyba nie oczekuje mnie z otwartymi ramionami.

-Mieliście swój moment, kiedy żyła Anna. To było dawno. – Edek spuścił ton. – Bezsensowna śmierć….

ea0bf1b72c639fbc74fdb71c057a4044

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Edmund…- Leon zacisnął szczęki i przez chwilę bawił się swoim platynowym zegarkiem wystającym spod drogiego garnituru. – Ja ją kochałem…Pisała do mnie listy…potem wysyłała mi nagrania. Chaotyczne słowa. Mówiła o snach… koszmarach jakie ją męczą. Ona potrzebowała pomocy…

-I miała ją! Artur był z nią! Zapewnił jej najlepszych lekarzy!- Edmund niebezpiecznie podniósł głos. – Nie ty jesteś od oceniania tamtej sytuacji! Powinieneś zrobić to co my… zapomnieć! Jak o wielu innych rzeczach!

-Anna nie była jak wielu innych!- Leon warknął

-Po co do tego wracasz?! Artur tyle lat dźwiga ten krzyż, on nie zapomni nigdy! My musimy…Ty tym bardziej!- Edmund opadł na oparcie fotela.

-Ale ja…

-Ale ty nic!- uderzył dłońmi w kolana. – Ona wybrała jego! Anna zawsze kochała Artura! Minęło tyle lat, pogódź się z tym!

-Żyłaby, gdyby nie on!

al-pacino-movies

-Nie ty o tym zdecydowałeś!- Edmund targany dziwnym przeczuciem położył dłoń na wewnętrznej kieszeni marynarki.

-Ona… dużo mi pisała Edek…- Leon zmrużył oczy – W tych nagraniach…. powiedziała mi wszystko…powiedziała prawdę….

-Nie! – w oczach mężczyzny pojawiły się łzy.

-Ona przecież….-Leon mówił ostrożnie, ważąc każde słowo.

-Nie, kurwa! – Edek szybkim ruchem wyciągnął broń zza marynarki i wycelował w czoło przyjaciela. – Nie mów już ani jednego słowa! Zamknij się!-cały się trząsł.

- I co, zabijesz mnie? Bo tak przysięgliście? Utrzymać tajemnice? Chronić? – Leon pochylił się przyciskając czoło jeszcze mocniej do chłodnego tłumika broni.- To zabij mnie! Śmiało.

-Wiesz, że będę musiał to zrobić! Wiesz to kurwa! Znasz zasady!

-Wy i te wasze zasady! Każdego traktujecie tą samą miarą! Złamiesz zasady, wylatujesz!Ale wiesz co? – krzyknął – To ja ustalałem większość tych zasad! Ja z Arturem! Kiedy ty i miękki Manuel robiliście Bóg wie co!- wyciągnął mały dyktafon puszczając odtwarzanie. Oboje zamarli. Wśród trzeszczących dźwięków tła usłyszeli słaby kobiecy głos.

„… Ciemny las… bez przerwy go widzę… Leon nie mogę się z niego wydostać… on nie rozumie… jestem sama… ja umieram Leon… on nie może mi pomóc… Ten las, jestem tam sama, jest ciemno… bardzo ciemno…. jest mi tak zimno….Ale ja wiem, że powinnam żyć… tylko to jest takie trudne! Ale ja muszę prawda…. muszę żyć…. dla….”

Palec Leona osunął się z klawisza urządzenia, które natychmiast wyłączyło sie. Mężczyzna bezwładnie osunął się na oparcie fotela, wypuszczając dyktafon z dłoni. Z małego otworu w czaszce popłynęła stróżka krwi. Edek nie spuszczał oczu z martwego spojrzenia swojego przyjaciela. Kierowca słysząc stłumiony strzał, podgłośnił radio i dodał gazu, szybko przemieszczając się do wyznaczonego punktu.

-Wybacz przyjacielu… Ale zasady to zasady! – schował dyktafon do kieszeni marynarki, otarł kilka łez, uderzył pięścią w szybę kierowcy ponaglając go i zapadł bez ruchu wpatrując  się w nieżyjącego już kąpana podróży.- Kolejna bezsensowna śmierć.

Samochód wjechał na plac niewielkiego domku, zaparkował na tyłach. Edmund wysiadł i krążył wokół auta.

-Co zrobiłeś?- z domu wyszedł niespiesznie Artur a za nim Pierre.

-Zgadnij kto postanowił dowiedzieć się prawdy!- Edmund otworzył drzwi i z samochodu wyłoniło sie ramię z platynowym zegarkiem na nadgarstku.

-Któż to?- Artur pochylił się.- Kurwa mać! Leon? Co on tu kurwa robi?

-Przecież pracował we Francji! -Pierre gasił papierosa. – Leczył tam jakiś świrów z depresją…

-Ty młody!- Edek warknął wskazując na skruszonego Pierra palcem.

-Licz się ze słowami! – Artur dalej pochylał się nad samochodem. – Odrobinę szacunku! albo ja cie nauczę co należy szanować…- wbił błękitne spojrzenie w młodego francuza.

-Wybacz. – Pierre zamilkł.

-Posprzątajcie. Ciało zakopcie.

-Tak po prostu?-Edmund położył doń na ramieniu przyjaciela.

- Jego śmierć zrzucicie na mnie. |Ja go zabiłem. Koniec kropka! Rozumiemy się? Wszyscy?A ty, dlaczego go zabiłeś?- zmarszczył brwi nad groźnym spojrzeniem.

-Dlatego. – pokazał dyktafon. – On wiedział… wszystko! Musiałem. Kurwa, musiałem Artur! -głos mu sie złamał, poprawił agresywnie włosy a szczeki pulsowały od emocji.

-Wiem przyjacielu. Wiem, że musiałeś. Też bym musiał to zrobić. Teraz muszę cię ochronić. Bezwarunkowo!

-Po co drążył?!- kopnął w oponę.

-Taki był Leon…zawsze dążył do prawdy. Pytanie tylko co zrobimy z Markiem?- masował w zamyśleniu brodę z lekkim zarostem.

- Poradzę sobie z nim. Jest młody, można go okiełznać.- Edek poprawił marynarkę i pociągnął nosem.

-Nie każdego młodego da się okiełznać.- oboje spojrzeli na stojącego niedaleko Pierra.

-Marnuje się tutaj, przy tobie. Wyślij go gdzieś.

-Taki mam zamiar. Za niedługo pokaże na co go stać. – Artur poklepał przyjaciela i oboje weszli do domu.

 

WARSZAWA TERAZ

Poczuł dziwne ukłucie w przeoranym bliznami i tragicznymi doświadczeniami miejscu z lewej strony, gdzie prawdopodobnie istniało ludzkie serce.Myślał intensywnie. Planował, odtwarzał w wyobraźni każdy szczegół tamtej chwili w kawiarni. Stał na środku salonu wpatrując się w tańczące ogniki wewnątrz kominka. Jak do tego doszło? jak mógł tak stracić czujność? Czy ona tak na niego działała? Stał dalej bez ruchu analizując swoje zachowanie, kiedy do mieszkania weszli Łukasz i Alex. Rozsiedli się na kanapie, za plecami Pierra. Łukasz uruchomił laptopa i coś szybko wpisywał stukając klawiszami czym przerywał nieznośną ciszę.

-Kurwa! Ona jest w ciąży! – Pierre nagle odwrócił się i cisnął na najbliższą ścianę szklankę do połowy wypełnioną złotym płynem. Rozbiła się w drobny mak a whisky powoli spływało po białej płaszczyźnie. Pierre zacisnął mocno dłonie na swoich włosach. – Jeden ruch! Jeden pierdolony ruch tego skurwiela i już nie byłoby dziecka i… Poli. – przełknął ślinę i zacisnął szczęki. – Zabije gnoja! Zatłukę jak szmatę! Kurwa! – kopnął w fotel.

-Pierre…-Alex odezwał się pierwszy

-Tylko mi kurwa nie mów że mam się uspokoić! -spod koszulki widać było napinające się mięśnie.

- Jakim cudem tamten ci uciekł?

-Dwóch ich było. Jednego załatwiłem w kiblu. Odwrócił moją uwagę, tamten ciekł. Znowu. – Pierre usiadł z nowym drinkiem w dłoni. Spojrzał na Alexa i dodał już spokojniej. – Masz dziecko… Gdyby to o nie szło i Gwen?

-Ale to nie twoje dziecko. -Łukasz wtrącił znad laptopa

-Ale sens taki sam! Tez gnojek jest w Polsce! Musimy….

-Już go lokalizuje. Jadąc tutaj wykonałem kilka telefonów. Psy Artura już węszą. – Łukasz dalej klikał zapamiętale.

-Co powiesz Polce? – Alex sięgnął po garść nerkowców stojących na stole

-Że byłem im winny kasę. Że przyjechali do Polski ściągnąć ze mnie długi. To kłamstwo zawsze przechodzi.

-Facet mieszkający w apartamentowcu ma długi? Pola jest głupia?

-Poważnie?! Mam ci teraz tłumaczyć? Okłamie ją, nie pierwszy raz zresztą.

-Mężczyzna nazywa się Diego. – Łukasz rozmawiał z kimś przez telefon. – Co zaskakujące nie jest od Marka.

-A od kogo?- Alex pochylił się w kierunku Łukasza.

17036891_1304372346268856_1349671838_o

-Coś ty taki głupi dzisiaj? -Pierre warknął i podszedł do okna wpatrując się w przestrzeń. – To jest najemnik…- powiedział krótko.

-Pierre ma rację. – Artur odezwał się z ekranu laptopa. -ma zlecenie.

-Na Polkę?Najemnik?

-Nie. Na mnie… – Francuz odwrócił się do reszty uśmiechając się szyderczo.

 

W tygodniu „Chill” nie był przepełniony. Zauwazyć można było głównie stałych bywalców i kilka osób toiących smutki przy barze. Dominika nie pzrepadała za dniówkami w tygodniu. Mało się działo. Choć dzisiaj doceniała względny spokój jaki panował w klubie. Kiepsko się czuła. Była rozbita, bolał ją kazdy mięsień, nie miała siły i energii na mierzenie się z pijanymi klientami. Na mniejszym parkiecie grupka młodych, pijanych już kobiet odstawiała erotyczne tańce próbując wykręcać swoje ciała na niemożliwe sposoby. Siedziała przed barem otrzeźwiając umysł. Rozmawiała z Pawłem.

- Nie kochanie. Nie przyjeżdżaj po mnie. Przyjechałam własnym autem. Poza tym dzisiaj moja kolej sprzątać po zamknięciu.

-No ale nie sama zosajesz przecież?

-Nie. Drugi barman zostaje ze mną.

-To moze przyjade wam pomóc?

-Paweł uspokój sie. Damy sobie radę. Pozamiatać podłogę i umyć kilka stolików, żadna filozofia. Będę na jakąś trzecią. Połóż się spać, rano masz pracę.

-Jak chcesz. Ok.  Dominika… kocham cię. Jestem bardzo szczęśliwym facetem! – Iglesias siedział w samochodzie, jedną ręką przyciskając telefon do ucha a w drugiej trzymał złoty pierścionek zaręczynowy. Razem z Patrickiem i Adamem uśmiechali się na te słowa klepiąc delikatnie Pawła, nie chcąc zdradzić swojej obecności.

-Też cię kocham. Do zobaczenia w domu. – rozłączyła się i szybko weszła do środka.

2648d07deeb11d6f9d475883b3a618cb

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wieczór minął szybko. Kilka razy wysłuchała opowieści o straconej miłości. Obsłużyła dwie zdradzone kobiety. Ochroniarz wyprowadził jednego agresywnego gościa. Nie działo się nic nadzwyczajnego. Rozejrzała się po gościach na sali. Było kilka śmiesznych osób, kilka dziwnych i jeszcze paru podejrzanych. Dwóch mężczyzn przyglądało jej sie z ciemnego kąta sali. Była przyzwyczajona do zainteresowania ze strony płci przeciwnej, więc i tym razem nie zwróciła za specjalnej uwagi na pary oczu wpatrujące się w nią. Zbliżała się godzina zamknięcia. Bar nie wydawał już alkoholu. Kuchnia skończyła swoją pracę godzinę wcześniej. Część barmanów i kelnerów wyszła wcześniej. Goście powoli również opuszczali lokal, więc Dominika wyszła na zaplecze przebrać się a kiedy wróciła drugi barman zamykał właśnie klub. Dzielili się pracą. Dominika została za barem sprzątając i myjąc wszystkie pozostałe szklanki. Odkładała na swoje miejsce resztki alkoholi starając się zachować chodź odrobinę przytomności, mimo obezwładniającego ją zmęczenia. Beznamiętnie wycierała kolejną z wielu szklanek. Drugi barman układał krzesła na stolikach szykując się do umycia podłogi. Był akurat po drugiej stronie sali i krzyczał coś wesołego do kobiety. Dominika odwróciła się tyłem do ściany alkoholi, uśmiechnęła się i wtedy potężny wybuch ognia rzucił ją na kilka metrów do przodu. Przeleciała przez bar, wylądowała na jednym ze stołów na którym nie było jeszcze krzeseł. Drugi barman rzucił się na pomoc.Od pękających butelek z alkoholem ogień rozprzestrzeniał się w piorunującym tempie. Barman przewiesił przez ramię nieprzytomną Dominikę i krztusząc się wybiegł szybko z klubu. Odbiegł dostatecznie daleko, położył kobietę na ławce i zadzwonił po straż i po karetkę.

-Domi, mała! Obudź się! – delikatnie klepał jej policzek. – Kurwa mać! – przytulił kobietę okrywając ją swoim własnym swetrem. Kilka minut później podjechała karetka.

 

Było koło trzeciej nad ranem. Telefon Pawła uparcie dzwonił. Dopiero przy kolejnym sygnale dzwięk dotarł do mężczyzny. Podniósł się, przetarł oczy i zerknął na zegarek. W ułamek sekundy fala strachu oblała jego umysł.

-Halo? – odebrał już całkiem przytomny.

-Paweł? Tu Mikołaj. Musisz przyjechać do szpitala. Właśnie przywieźli Dominikę… przykro mi.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 3 komentarzy

74.Hot woman in my bed

Było coś koło północy. W środku tygodnia miasto nie tętniło tak intensywnym, nocnym życiem. Było na tyle cicho, że do sypialni nie dochodziły żadne dźwięki. Spał głębokim snem. Odkąd intensywnie pracował nad albumem, wieczorem zasypiał już na kanapie. Nie raz Pola wyciągała z jego dłoni niedopitą butelkę, czule mierzwiła jego włosy, nakrywała ciepłym kocem i pozwalała mu spać. Po godzinie przychodził do sypialni, padał na łóżko i zasypiał ponownie.

Tej środowej nocy obudziła się nagle, podrywając na równe nogi. Na bosych stopach, cicho przemknęła obok chrapiącego Paddiego. Po omacku dotarła do lodówki. Najciszej jak potrafiła otworzyła drzwiczki i w asyście nikłego światła, przestawiała nerwowo produkty. Sięgnęła po kubeczek jogurtu naturalnego. Skrzywiła się i odstawiła na półkę. Ułamała kawałek kabanosa i sadziła sobie do ust niczym papierosa. W drugiej ręce trzymała puszeczkę wędzonej ryby. Wzruszyła ramionami, biodrem zamknęła lodówkę i zapalając małą lampkę na parapecie usiadła przy stole otwierając z pietyzmem metalową puszkę. -Cii!! Cicho no! – powiedziała do przedmiotu. – Chryste, odwala mi! – widelcem nałożyła sporą porcję ryby i spróbowała pierwszego kęsa. Skrzywiła się i odsunęła na bok. – Cholera, nie to! – doskoczyła do lodówki rozglądając się intensywnie. -Lody! Tak… Lody! – schyliła się, sięgając do dolnej szuflady przy samej podłodze. – Gdzie one są….- mamrotała pod nosem.

-Pomóc ci w czymś?- za Polą stał rozczochrany, zaspany Paddy.

-Chryste! Nie strasz! Co się tak skradasz?!

-Co? No normalnie chodzę! Powiedziała…. buszująca w mrożonkach! Z wypiętymi pośladkami, w samych majtkach… – prychnął z lekkim uśmiechem.

-Nie nabijaj się bo dostaniesz udkiem! – wymachiwała mrożonym kawałkiem mięsa.

-Pola, serio? Jest prawie pierwsza w nocy. To nie może poczekać?- przecierał oczy podając jej pudełeczko lodów.

-Ty to chyba nigdy w ciąży nie byłeś! Nie może! – usiadła przy blacie i z pomrukiem przyjemności konsumowała mrożoną słodycz. – O tak! Tego mi było trzeba…mrrr- oblizywała łyżeczkę.

-Wyglądasz rozczulająco. – pochylony, wspierał łokcie o blat z drugiej strony.

-Jezu jakie one dobre! – językiem zlizała z nadgarstka, płynącego, roztopionego loda.Podniosła wzrok i spojrzała na wpatrzonego w nią Patricka. -Kręci cię to?- uniosła znacząco brwi.

-Eee co? – zamrugał. – Nie! No coś ty! – przeczesał w zakłopotaniu włosy. – W ciąży jesteś! Nie możesz mnie… kręcić! – powstrzymywał uniesienie kącików ust.

Nie spuszczając z niego spojrzenia spod przymkniętych powiek, oblizała wargi z reszty roztopionych lodów, usiadła na blacie, nogi spuściła po drugiej stronie usadawiając się między wspartymi ramionami Patricka. Patrząc głęboko w jego źrenice, przesunęła powoli językiem wzdłuż małej łyżeczki by na końcu wsadzić ją sobie do ust. To wszystko na kilka centymetrów od jego ust.

-Pola… – oddychał głośno- Wiesz, że nie mogę! – spuścił głowę i zobaczył jej chude, nagie, opalone nogi, powoli ocierające się o wewnętrzną stronę jego ud. -Kobieto, zabić mnie chcesz…- wplotła palce w jego włosy. – Nie mogę! Nawet nie wiesz jak tego pragnę! – podniósł gwałtownie głowę i wbił w nią czerń swoich oczu. – Jesteś taka… to co robisz w tym momencie ze swoją stopą….- zgięło go z cichym jęknięciem. – Nawet nie wiesz ile mnie to kosztuje ty sadystko!

17757375_279338832510683_6387749872827591751_n

-Kochaj się ze mną!- szepnęła mu do ucha.- Długo, głęboko, namiętnie.- Przygryzła płatek jego ucha. – Poczuła jak drży w jej ramionach. – musnęła ustami jego wargi. Przymknął oczy.

-Cholera nie wytrzymam!- przywarł do niej ustami, osadzając ją sobie na biodrach. Zarzuciła ramiona na jego szyję i pozwoliła zanieść się do sypialni.

Plecami popchnął drzwi, nie odrywając ust od kobiety, stanął nad ich wspólnym łóżkiem.

-Kocham cię Pola. Jesteś moim całym światem. Pamiętaj o tym. Szczególnie teraz! – delikatnie rzucił ją, zatapiając w puszystej pościeli. – Nie mogę tego zrobić. Jakby coś się stało, nie wybaczyłbym sobie… ty też zresztą.

-Tak mnie zostawisz?!Hej! Dokąd idziesz Kelly?- krzyknęła za wychodzącym Patrickiem.

- Ochłonąć. Jak nie wyjdę to jesteś w stanie mnie zgwałcić…. A tego nie zniesie żadna męska duma.- dodał pod nosem i cicho wyszedł z domu.

Było ciemno, zimno, mróz szczypał w oczy. Stał chwilę przed wejściem do bloku. Naciągnął na czoło czapkę, postawił kołnierz. Oddychał głęboko, wciągając mroźne powietrze do płuc. Pokiwał głową i uśmiechnął się szyderczo. – Bo mnie zgwałcisz! Paddy, jaki z ciebie kretyn! Boże, że ona ze mną wytrzymuje! – mówił do siebie. – Muszę się przejść. – zaczął chodzić wzdłuż bloku, skupiając się na śladach, jakie zostawiają jego buty i jak skrzypi śnieg pod jego podeszwami. Po drugiej stronie ulicy zatrzymała się taksówka i wysiadła z niej mocno pijana kobieta. Z impetem trzasnęła drzwiami i zataczając małe kółko zaczęła śmiać się w cały głos. Próbowała przejść przez ulicę, dokładnie w kierunku obserwującego ją Patricka. Mężczyzna jeszcze kilka sekund przyglądał jej się z niedowierzaniem. Uniósł wzrok w górę i szepnął sam do siebie.

-Boże! Jedna zboczona, druga pijana! Masz chore poczucie humoru! – pokiwał głową i podbiegł do tańczącej na lodzie kobiety. W ostatniej chwili podtrzymał jej ramię. Kobieta poprawiła czapkę opadającą jej na oczy.

-Tyyyy… a ja cię znam! Ty jesteś od tych hipisów! – wskazała Paddiego palcem

-Emilka?- odsunął się od niej aby przyjrzeć się dokładniej.

-A Paddy…. faktycznie! – potknęła się o własne nogi, lekko wspieraj ac się na jego ramieniu.- Tyyy a wiesz, jestem odrobinę wstawiona…

-Ty jesteś zalana a nie odrobinę wstawiona! Chodź, odprowadzę cię do domu.- powoli kierował się w stronę wejscia do budynku

-Facet mnie rzucił, to mam prawo! Takie cholerne prawo! A wiesz czemu?

-Bo chłopak cię rzucił?- Paddy uśmiechał się na całego.

-No właśnie! Bo chłopak mnie rzucił. – chwilę zastanowiła się. – Ej, ale skąd wiesz?

-Czytam w myślach. Chodź Emi do domu.

- Do twojego?

-Nie. – bawiła go ta sytuacja.

-A faktycznie! Przecież ty z Polką mieszkasz… ale ja głupia jestem!

-Nie. Nie jesteś głupia.

-Hej! – nagle ożywiła się, natychmiast zmieniając nastawienie.- A zabrałbyś mnie kiedyś na koncert….E, swój koncert! Bo na inne to sama pójdę, wiadomo….

-Zabiorę cię, wariatko. Dawaj klucze!

-Czekaj…A mam gdzieś w torebce!- jedną ręką podpierała się o ścianę a drugą buszowała w poszukiwaniu pęku kluczy. -A nie, poczekaj poczekaj! Ciii…. w kieszeni mam, z tyłu. – gwałtownie obróciła się sięgając do tylnej kieszeni spodni, prawie przewracając się. Paddy jak tylko mógł podtrzymywał ją i asekurował. Wywrócił oczami i sięgnął do jej kieszeni, wyciągając upragnione klucze. – Dotknąłeś mojego tyłka! Kelly, ty zboczeńcu. – śmiała się.

- Tak! Największy zboczeniec w dzielnicy! Jeszcze powiesz, że mnie zgwałcisz zaraz….

-Co? Słabo cię zrozumiałam. – odbiło jej się

-Nie, nic. Wchodź pijaku do domu! – wepchnął ją delikatnie za próg i zaczął otwierać drzwi od swojego mieszkania.

-Pssst, Paddy! – wspierała się na klamce, oblizała usta i mocno skupiona powiedziała na jednym oddechu. -Dziękuję. Jesteś jak rycerz na białym koniu… tylko konia nie widziałam. – zachichotała i zamknęła drzwi za sobą.

 

 

 

a1e26229ec1c9dd77639cfc91314af0c

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Blondynka biegała po mieszkaniu, jak zwykle spóźniona. Do wielkiej torby wrzucała przypadkowe przedmioty, które według niej będą potrzebne w pracy. Co chwilę nerwowo poprawiała opadający na czoło niesforny kosmyk aż z warknięciem wkroczyła do łazienki i przesuwając biodrem Iglesiasa, sięgnęła po lakier. Wypuściła nad głową delikatną mgiełkę dyscyplinując swoją fryzurę. Mężczyzna zaczął teatralnie kaszleć.

-O nie przesadzaj! W pracy oddychasz lakierem do włosów przez kilka godzin! Jezu, szału dostanę z tymi włosami!- poprawiała dalej.

-Ty pracujesz z alkoholem ale nie pijesz bez przerwy po pracy.

-Jeszcze chwila z tobą i zacznę! – uniosła zaczepnie brew.- Będziesz dzisiaj przychodził po mnie?

-Nie. Weź auto. Ja po siłowni umówiłem sie z kumplem na piwo. Nie, nie w Chill! Nie będę na piwo do baru mojej dziewczyny przychodził. – wzruszył ramionami. – To byłoby słabe!

-O ile kumpel nie ma cycków, które wybijają oczy przy każdym podskoku!

-Kocham cię za tą twoją zazdrość! Ale nie. Typowy facet, hetero! Bez cycków. – prychnął śmiechem.

-Lepszy od ciebie?- uniosła jedną brew.

-Kochanie, nikt nie będzie lepszy dla ciebie niż ja! – klepnął ją w pośladek. – Jestem dla ciebie stworzony!

-Ta, chyba wersja beta! Nie poprawiona! – wywróciła oczami.

-Spóźnisz się…. wyleją cię! Na moim utrzymaniu będziesz…- Iglesias spokojnie golił brodę.

-Cholera jasne! – Dominika spojrzała na zegarek, pocałowąła meżczyznę i wybiegła z domu.

-Miłej…-trzasnęły drzwi -… pracy.

 

 

 

Dwóch dziennikarzy siedziało w kawiarni znajdującej się poza centrum miasta. Opady śniegu powoli ustępowały miejsca promieniom słonecznym, które zalotnie zaglądały przez kawiarniane okna, tworząc zabawną grę świateł. Pola chciała usiąść przy oknie, Pierre naciskał na stolik w głębi sali, przy drugim wejściu.

-Co ty tak nie lubisz przy tych oknach?! To jest jakaś fobia czy co?

-Lęk wysokości.

-Z metra?

-Nie zadawaj głupich pytań. Skończyłaś?- Pierre odchylił ekran laptopa.

2944_900-590x387

-Prawie. Zamów. – Pola wróciła do artykułu widząc nadchodzącą kelnerkę.-Pamiętaj dla mnie latte a nie zwykła kawa!

-W tej ciąży jesteś nie do nie do zniesienia. – prychnął i odwrócił się do stojącej nad nim kobiety. – Witam. Dla mnie kawa, czarna, duża. I może ciastko…- zajrzał w menu. – Czarny las. A dla pani marudy, latte i sernik ze słonym karmelem. – spojrzał na łypiącą znad laptopa Polę. – I dodatkową porcją śmietany. Dziękuję. – uśmiechnął się i oddał kelnerce menu. -Gruba będziesz!

-Ale szczęśliwa! – zamknęła i schowała laptopa do torby.

-Taaaa bo Ameryka jest pełna grubych i szczęśliwych ludzi! Fakt, wybacz. -zaśmiał się.

-Nie wiesz, że sarkazm to taka dyscyplina sportu którą uprawia się nie chichocząc jak baletnica?

-Ja baletnica? Wyzywali mnie już od różnych ale tak jeszcze nie.

-Czemu? Naraziłeś się komuś?

-Różnie bywało. – powiedział wymijająco.

-Przecież ty taki nudny jesteś!

-Zróbmy artykuł o grubych kobietach w ciąży.- zmrużył oczy

-Ach te twoje złośliwości! -triumfalnie wsadziła sobie do ust dużą porcję śmietany- Ale fakt, pomysł dobry. Napiszemy o diecie w ciąży i objadaniu się. A nie o grubych ludziach! Nie bądź dupkiem!

Żartowali tak jeszcze jakiś czas zajadając się ciastkami, Pola opowiadała jak było u rodziny Kelly, jak się czuje i jak Paddy pracuje nad nową płytą. Pierre opowiadał jak było w święta i nowy rok u swojej rodziny, jak poderwał jakąś dziewczynę, która potem nie chciała od niego wyjść i prawie musiał ja wyrzucać z domu. Zaśmiał się i odchylił na oparcie kawiarnianego krzesła. Spojrzał za Polę i uśmiech powoli zszedł mu z twarzy. Kobieta nie zauważyła jego nagłej zmiany i dalej mówiła jak najęta. Za jej plecami, kilka stolików dalej siedziało dwóch mężczyzn w czarnych garniturach. Pierre intensywnie przyglądał się jednemu z nich. Znał go. Nie wiedział tylko skąd. Nie potrafił dopasować twarzy do żadnego wydarzenia z jego życia. Wbił w niego spojrzenie intensywnie myśląc. Nagle przypomniał sobie. Przez chwilę przeniósł się do czasów, kiedy przejmował interesy i ekipę w Paryżu. Kiedy rozwijał biznes, niekoniecznie zgodny z prawem, kiedy co jakiś czas któryś z jego ludzi lądował w szpitalu, kostnicy bądź od razu na cmentarzu. Jeden z jego posłańców, mocno skatowany leżał na szpitalny łóżku. Ten, co to zrobił, uciekł. I ten, co to zrobił siedział teraz za plecami Poli, wpatrując się w Pierra, uśmiechając się szyderczo. Mężczyzna w połowie zdania ujął dłoń kobiety, drugą trzymał naszykowaną broń pod stołem.

-Pola, skarbie….

-Skarbie? Co ty robisz?- skrzywiła się patrząc na uścisk ich dłoni.

-Posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie! – spojrzał jej w oczy tak, jakby chciał przewiercić jej umysł. – Wstań, weź torebkę, powiedz głośno, po angielsku, że idziesz do toalety. Powoli kieruj sie w jej stronę ale w ostatniej chwili wyjdź z kawiarni. Jak tylko to zrobisz, wsiadaj w moje auto i jedz, najszybciej jak potrafisz. Nie jedź do domu. Jedz do Paddiego, do studia.-zniżył głos.

-Co ty wygadujesz? Co się dzieje?

-Nie teraz. Pola… po prostu spierdalaj stąd jak najszybciej! Jedź do Paddiego. Znajdę cię tam! Błagam cię. – pocałował jej dłoń. – Ufasz mi? Jak nie to właśnie jest moment abyś zmieniła zdanie i zaufała. Idź, uciekaj!Szybko!- warknął przez zaciśnięte zęby.

-Kobita wstała, przykleiła do twarzy sztuczny uśmiech, powiedział głośno, że przeprasza i dzie do toalety, zaraz wraca. Wolnym krokiem podeszła w kierunku drzwi. Serce biło jej jak oszalałe, nie wiedziałą przed czym lub kim ucieka. Nie obracała się. Czuła strach, który paraliżował jej ciało. Wzięła kilka głębokich oddechów. Ufała Pierrowi. Może to on był zagrożony. Może powinna mu pomóc. Ale jak, kobieta w ciąży. Nie, musi stąd uciekać. Szybko! Przekroczyła próg kawiarni i tyle ile miała siły pobiegła w kierunku samochodu. Ledwo łapiąc oddech, drżącymi dłońmi otworzyła auto i szybko wsiadła spazmatycznie oddychając.Przyłożyła kluczyk i z piskiem opon odjechała. Po policzku popłynęły łzy. Nawet nie zauważyła kiedy. Pierre tam został. Sam. Nie może wrócić po niego. Panikowała.

-Boże co to było?! – ocierała policzek, drugą ręką prowadząc pędzące auto. – Co z Pierrem? Czemu musiałam uciekać?! – Gwałtownie zatrzymała się pod studiem Patricka. Drżącą dłonią wytarła pot z czoła.-Nic się nie bój… mamusi nic się nie dzieje. – pogłaskała swój płaski brzuch. Wzięła kilka głębokich oddechów i odrobinę spokojniejsza przekroczyła próg studia. Stała chwilę przy szybie, za którą Paddy nagrywał „Shake Away”. Poczekała kilka minut nerwowo rozglądając się i ukradkiem zerkając na telefon. Pierre nie odzywał się. Bała się o niego coraz bardziej. Może powinna zadzwonić po policję? Ale nic nie wspominał o nich. Kazałby jej.  Przypomniała sobie wyraz jego twarzy. Pierwszy raz pewność siebie zastąpił strach. Pierwszy raz zobaczyła jak mężczyzna siedzący naprzeciw niej, boi się.

Jej i Patricka spojrzenia spotkały się. Pomachał jej, odłożył gitarę i rozpromieniony wyszedł z pomieszczenia.

-Cześć kochanie. – ujął tył jej głowy i delikatnie pocałował, gładząc jej włosy. – Coś się stało? Jesteś wcześniej. -stwierdził przyglądając jej się uważnie.

-Wcześniej? Na co? – w głowie miała gonitwę myśli, nie potrafiąc skupić się na rozmowie. Dłoń zaciskała coraz mocniej na telefonie.

-No jak to na co?- Paddy rozejrzał się konspiracyjnie i wyszedł z Polą na korytarz. – Mamy dzisiaj popołudniu wizytę u doktor Woźniak. Zapomniałaś?- skrzywił się.

-Słucham? Oczywiście, że nie zapomniałam. Tak, wizyta.- zerknęła na telefon. Milczał jak zaklęty.

-Gdzie twoje auto?- Paddy spojrzał przez okno i kątem oka dostrzegł czarne BMW. – Dlaczego przyjechałaś samochodem Pierra? Coś się stało?

-Nie… nic się nie stało. – masowała swoje skronie.- A przynajmniej mam taką nadzieję.

-Polka! Co się z tobą dzieje?! Co ty wygadujesz?-nie wytrzymał. – Nie można się z tobą dogadać! Gdzie jest twój samochód i gdzie jest Pierre do cholery?! -podniósł głos

-Ciii. Nie krzycz. – zatkała mu usta dłonią. – Weź płaszcz. Jedziemy. – zobaczył coś w jej oczach, przez co wziął ubranie i bez słowa wyszedł za kobietą do samochodu Pierra. Ruszyli. Jechali wolno, zgodnie z przepisami. Pola skręciła w przypadkowe osiedle i zatrzymała się między pojazdami, na parkingu przed jakimś mało znaczącym marketem, gdzie kręcił się tłum ludzi. Jeszcze raz zerknęła na telefon. Nic.

-Powiedz mi co się dzieje bo oszaleje!

-Byłam z Pierrem na kawie, rozmawialiśmy. – zaczęła nieśmiało. – Nagle on łapie mnie za dłoń, mówi do mnie „skarbie” i każe spierdalać.

-Że co? Skarbie? – wykrzyczał a oczy robiły mu się coraz większe, pogłębiając zmarszczki na czole.- Przecież mnie z nim nie zdradzasz?! Co za „skarbie”?

-Paddy nie bądź kretyn! Jakie zdradza?! Ja z Pierrem?! Oszalałeś? – kolejny głęboki wdech.- Tak jak mówiłam, powiedział, żebym mu zaufała i kazał uciekać.

-Ale dlaczego?

-Kurwa nie wiem! Nie wiem, czy ja miałam uciekać bo coś mi groziło czy uciekać, żebym przypadkiem nie oberwała.Kazał mi jechać do ciebie, do studia. – w jej oczach zaszkliły łzy.- A teraz milczy od dłuższego czasu. Boje się Paddy! – położyła głowę na jego ramieniu.- A jak coś mu się stało?

-Ciii….- pogłaskał jej plecy. – Nic mu nie będzie. Pierre nie da sobie zrobić krzywdy! Kto byłby taki odważny! Już, nie płacz.

-Nie wiem co robić!

-A policja?

-Nie mówił. Jego instrukcje były jasne. Miałam… spierdalać!- uśmiechnęła się przez łzy na ostatnie słowo.

-Czyli czekamy….- Paddy opadł na oparcie siedzenia.- Ciekawe przed czym tak kazał ci… uciekać. Oboje zatopili się we własnych myślach.

Ciszę przerwał głośny dźwięk przychodzącej wiadomości. Oboje podskoczyli prawie uderzając w podsufitkę samochodu.

-Chryste, zawału idzie dostać!

-To Pierre! Wiadomość!

-Co napisał?

-”Dotarłaś do Patricka? Jesteś bezpieczna? Odpisz tylko czy tak.”. Muszę mu odpisać. – szybko wstukała trzy litery i wysłała.

-Odpisze?- Paddy pochylał się nad telefonem Poli.

-Już jest odpowiedź! Czytam. – otworzyła wiadomość. – ” Ze mną wszystko ok. Nie martw się. Widzimy się jutro rano u Melanii.”- zaśmiała się . – Boże, nic mu nie jest!-śmiała się coraz głośniej.

19105588_1319922031395764_7844940015138578170_n

-Jaka Melania?

-Kawiarnia. Ale ma dziwną nazwę i zawsze zapominamy jak się nazywa. Właścicielką jest kobieta, Melania. Łatwiej zapamiętać. Często jemy tam naleśniki z nutellą.

-Widzę, że wiele mnie omija… – posmutniał.

-Paddy, to nie tak! Kiedy ruszamy w teren, to tam właśnie siadamy na chwilę, żeby zaplanować dzień, zadzwonić do kilku osób, umówić spotkania. A naleśniki są po prostu pyszne. Kucharza mają dobrego. – Odpaliła silnik. – Jakiś Luk z Toskanii podobno. :)))

-Luk z Toskanii…. Melania… – Paddy westchnął. – Jakby inne życie! I gdzie ty jedziesz teraz?!

-No do kliniki, a gdzie?! Zanim przebijemy się przez miasto to akurat będziemy na czas.

-Ale tak od razu? Odświeżyć bym się chciał. Uczesać może czy coś!- zaczesał dłonią opadającą grzywkę na czoło. Zorientował się co wygaduje i zawstydzony spojrzał na przyglądającą mu się kobietę. – No wiem, wiem!

-Gotowy usłyszeć bicie serduszka twojego dziecka?

- Jak nigdy!- pocałował jej dłoń.

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 3 komentarzy

73. Oh my Jimmy!!

18622660_1873815639548956_2585570121675496363_nZawiózł córki do Meike. Zatrąbił i poczekał jak dziewczynki wejdą do jego starego domu. Nie wysiadł. Wiedział, że jest to z jego strony bardzo niegrzeczne ale nie miał siły na konfrontacje z byłą żoną. I chyba trochę bał się tego co może usłyszeć. Chciał porozmawiać tylko z jedną kobietą ale ta przez całe święta nie odbierała jego telefonów. Nie czuł jednak strachu, był dziwnie pewny Fiony. Podejrzewał, że ona potrzebuje czasu. Wcześniej czy później z nim porozmawia. W końcu przyjechała do niego. Ta myśl go napędzała. Pierwszy dzień świąt dobiegał końca. Zaparkował pod domem brata, sięgnął po reklamówkę pełną piwa i szybko wszedł do domu. Był już późny wieczór. Odgłosy domu i śmiech dzieci dochodził z piętra. Wszedł do salonu i zobaczył Angelo siedzącego przed rozpalonym kominkiem. Poza nim, nie było nikogo, wszyscy wyjechali. Bez słowa usiadł w drugim fotelu, kluczami otworzył butelkę i dopiero po pociągnięciu kilku łyków odważył sie spojrzeć na młodszego brata.

Angelo siedział wpatrzony w tańczące, pomarańczowe ogniki. Myślał nad czymś intensywnie. Nawet nie drgnął, kiedy Jim usiadł w sąsiednim fotelu.  Uniósł szklankę whisky z lodem, dając do zrozumienia, że nie ma ochoty na butelkę piwa. Starszy brat rozejrzał się po pomieszczeniu. Zobaczył kubek po kawie, stojący na małym stoliczku, niedaleko Angelo. Sięgnął dłonią w jego kierunku. Zdążył dotknąć jeszcze ciepłej porcelany, kiedy długowłosy blondyn zorientował się  jakie jest powód zdziwnienia jego brata.

-Paddy tu był…. -powiedział cicho, ledwo słyszalnie. -Sam… – dodał smutno.

- Nie mów, ze się rozstali?-szare oczy przyglądały mu się uważnie.

14876477_1773258776271310_110826150630483187_o

-Nie… nie chciał jej tu przyprowadzać. Dla jej dobra, tak twierdził przynajmniej….- zacisnął szczęki i upił łyk drinka. – Polubiłem ją… Kira chyba jeszcze bardziej…

-Przecież to nie moja wina! - powiedział niepewnie.-Wiesz, ze po kilku gadam co mi język przyniesie?

-Obawiam się, że jednak twoja Jimbo! Wszyscy ci powtarzali, nie pij! A już na pewno nie z Joeyem!

-Masz rację. – Jim w ułamku sekundy przypomniał sobie słowa Patricka „ Mówiłem ci już, nie pij! Ale ty musisz! Przy każdym problemie zawsze musisz pić! Czy ty kretynie nie rozumiesz, że w ten sposób niszczysz to co masz z Fioną?”. Te słowa wypaliły ślad w pamięci Jima. Wyryły się niczym traumatyczne przeżycie. Spojrzał na butelkę w połowie zapełnioną złotym płynem i odłożył ją na stół, daleko od siebie. Angelo uśmiechnął się pod nosem. -Wróci?

-Nie wiem, Jimbo. Dużo krzyczał…Było w nim mnóstwo pretensji. Nie wiem… – pokiwał głową.

-Dlaczego krzyczał na ciebie? Przecież nic nie zrobiłeś?

-I właśnie dlatego. Nic nie zrobiliśmy! Pozwoliliśmy aby Kathy i Joe zrobili to swoje przedstawienie!

- Nawet mi nie przypominaj! – Jim masował skronie. – Zabije cię, jak ci powiem, że powiedziałem mu o Andrei?-uniósł z niesmakiem brwi w oczekiwaniu na reakcję młodszego brata.

-Pierdolisz? Chociaż dalej uważam, że było to niepotrzebne i mogłeś  zabrać tę tajemnice do grobu to i tak jestem pod wrażeniem! A powiedz mi, co on na to?

-Nawet się nie obrócił. -Jim mocno posmutniał na to wspomnienie. -Powiedział jedyne „żegnaj Jim” i sobie poszedł.

-Ajaj! Niedobrze! Paddy się nie żegna. -blondyn poprawił okulary. -Chyba się przelała….

-Co? Co się przelało?

-Szklanka cierpliwości Patricka. Doleje sobie bo to na trzeźwo jest nie do ogarnięcia. -Angelo wstał i podszedł do barku, nalewając sobie kolejną szklaneczkę whisky.

-Powiedz mi, jak to jest… Kathy ją, a właściwie ich, wymieszała  z błotem i Bóg wie z czym jeszcze a wszystko i tak skupia się na mnie?

-Po pierwsze, musisz przestać sypiać z kobietami swoich braci! – Kira weszła do pokoju. – To bardzo szkodliwy nawyk i prowadzi do ubytków w uzębieniu! Po drugie Jim….z tego co słyszałam, to Paddy spodziewał się tego po Kathy ale domyślam się,że twoich poczynań nie przewidział! Zrobiłeś źle! Bardzo źle!- Kira usiadła obok Angelo.

-Właśnie, zły Jimmy! Zły pies! – Angelo śmiał się odrobinę za mocno. – Wybaczcie, rozbawiło mnie to. No co?

-Chryste i jeszcze Maike i Fiona! Znowu będę musiał wszystko odkręcać!-schował twarz w dłonie

-Spójrz prawdzie w oczy… nie znów a dopiero. – Angelo pochylił się w kierunku brata.- To nie przypadek, że znowu wpadasz w takie bagno! Te sytuację powstają wokół ciebie, żebyś się zmienił! Nie zmieniaj tego wszystkiego co się powaliło ale zmień siebie! Rozumiesz? – spojrzał na szklankę trzymaną w dłoni. – Bo ja chyba nie do końca…

-Agiemu chodzi o to, że dopóki się nie zmienisz to zawsze będzie dziać się w twoim życiu coś takiego. Dreptasz w miejscu!

-Kira, to co ja mam zrobić?- smutne spojrzenie utkwiło w brunetce.

-Weź się w garść Jimmy! Jedź porozmawiać z Fioną! Na trzeźwo! I na Boga, nie pij chłopie! Zależy ci na tej całej Fionie?

-Zależy.- opadł na oparcie fotela, krzyżując dłonie za głową.

-Ło Boże, to jedź do niej i wyjaśnij wszystko! A Paddiemu daj czas. Wcześniej czy później i tak z tobą pogada. – machnął dłonią. – Jak zawsze. Teraz go zostaw, za dużo w nim złych emocji.

32f69b47abcddc568dfb875a83ff9648

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nowy rok przywitał przyjaciół dzbankami gorącej kawy, której zapach rozchodził się po całej kuchni Fiony. Było już popołudnie kiedy zamyślona Pola zalewała kolejny dzban wrzątkiem. Wstała jako pierwsza i jako jedyna trzeźwa planowała śniadanie dla reszty przyjaciół. Potykając się o próg, lekko zataczając się wkroczyła do kuchni Dominika. Jej fryzura przypominała kształtem ptasie gniazdo. Pod oczami tusz odbił ciemne podkówki, które kontrastowały z resztką pudru na twarzy.

-Kawy! Królestwo i konia za kubek czarnego napoju szatana! – oparła policzek o blat kuchennego stołu.

-Trzymaj pijaku. – Pola postawiła przed przyjaciółką parujący kubek. – Sądziłam, że potrafisz więcej wypić! Chyba nie widziałam jeszcze wszystkiego. – usiadła obok pobłażliwie uśmiechając się pod nosem.

-Za to ty jesteś obrzydliwie rześka i taka…. trzeźwa. Cytrynka musi do mnie na przeszkolenie z drinków przyjść. Za mało ci lał! – Łyknęła kilka łyków kawy.

-Musisz siorbać tak mocno?- Fiona usiadła obok kobiet próbując ogarnąć troczki od swetra.

-O następny ranny ptaszek…-Pola podała kolejny zapełniony kubek

-Chyba raczej poraniony… patrząc na ciebie Fiona! Fatalnie wyglądasz!-Dominika zmierzyła wzrokiem przyjaciółkę.

-Ty też za urodziwie nie wchodzisz w ten nowy rok więc bądź uprzejma kulturalnie się zamknąć. – Wsparła głowę dłońmi i westchnęła ciężko. -O Chryste… wyrwę sobie zaraz mózg!

-Jest tak mały, że ci przez uszy wypadnie. – Do kuchni wszedł Iglesias, porywając jabłko z miski na stole. -I jak tam skowronki?

-Cicho! Cicho Iglesias! Moja przysadka która mi została jako ślad po mózgu, ledwo znosi twoje wesołe krzyki!

-Chodź, pomożesz mi robić śniadanie. One niech umierają. – Pola pociągnęła przyjaciela bliżej pieca i kazała mieszać jajecznicę.

-Fiona, Jim nie dzwonił? – krzyknął znad patelni.

-Od świąt nie. I nie zadawaj trudnych pytań!

-Boże… ja jutro muszę iść do pracy! – Dominika wypijała coraz większe łyki kawy.

-Nie jęcz! Na wieczór idziesz! Ja muszę być rano! – Fiona wstała i z pobliskiej szafki wyciągnęła tabletki przeciwbólowe.

-A ja jutro wchodzę do studia. – Paddy opierał się o futrynę drzwi. – przecież ta perkusja i te gitary wyrwą mi jelita.

12063301_1114645565214738_499657615674970692_n

-Wytrzeźwiejesz do jutra! Jajeczniczki?- Iglesias uśmiechał się złośliwie.

-A wsadź sobie tą jajeczniczkę tam gdzie…. A resztą!- podszedł do stołu. – Ale tylko trochę poproszę.

- Paddy odchudza się. – Adam poklepał muzyka po plecach na tyle mocno i z zaskoczenia, że cała zawartość widelca wysypała się Paddiemu na stół.

-No i co robisz?!Łajzo ty!

-Sam jesteś łajza! To nie przeze mnie, tylko tak ci się ręce po whisky trzęsą! I czy ty w bokserkach do nas zszedłeś?- Adam zrobił krok do tyłu.

-Do…. twarzy mu w nich. – Mikołaj uszczypał w bok Adama. -Poza tym nie leży się kopiącego!

-Nie kopie się leżącego. -Paddy mamrotał pod nosem. – A co wy tam wiecie!

-Podsumowując, uchlaliśmy się jak dzikie osły. – Iglesias nalał sobie kubek kawy, usiadł na ostatnim wolnym krześle a Polę posadził sobie na kolanach. -Paddy to nawet nie jak osiął ale jak wół pociągowy. Jutro wracamy do życia. Wszyscy bez wyjątku.

-Nawet ty?-Fiona zrbiła duże oczy. – Sądziłam, że wy, piękni ludzie, po takim chlańsku to potrzebujecie kilka dni na dojście do siebie. No wiesz, maseczki, regeneracja w SPA i takie tam bzdury.

-Jak widać nie. Jestem okazem zdrowia. Moja kochana dziewczyna również więc się mała odczep! A właśnie. Kiedy odbierasz chłopców od mamy?

-Jutro. – Fiona kończyła śniadanie. – Po pracy mam ich odebrać. A co?

-Nie nic! – wygięli usta w podkówkę.

-A rozejrzałaś się może jak wygląda twój dom?-Dominika zatoczyła teren ręką. – Taki burdel, że tylko dziwki wpuścić.

-Z tym to już do Iglesiasa!-Paddy poklepał przyjaciela.

-Paddy! No co ty! – Pola przerzucała spojrzenie na Dominikę.

-Wybacz, zapomniałem się. – pocałował blondynkę w policzek.

-W końcu wszyscy wiemy jaką Paweł miał przeszłość. |Nie udawajmy bardziej świętych niż jesteśmy! Luz, cytrynka.

-Mikołaj, czemu tak się przyglądasz mojej kobiecie?- Iglesias nie spuszczał wzroku z niskiego blondyna.

-Co? – zamrugał szybko – Wybacz, zapatrzyłem się.

-Chryste, on jest homo! – Adam objął Mikołaja. – Wbij to sobie do swojej pustej głowy. Nikt tu nie chce nikogo, nikomu ukraść! Fiona, jak Jim?

- Ty to umiesz wypalić z grubej rury co? – Pola kiwała głową. – Homo czy hetero… facet, jak każdy inny! Zero taktu!- zanim Fiona zdążyła odpowiedzieć, wtrącił się Paddy.

-Nie będziemy o nim rozmawiać. A już na pewno nie w moim towarzystwie. Dla mnie chwilowo ten facet nie istnieje! Idę się ubrać. – szybko wyszedł z kuchni.

-Adam, ty baranie!

-Dalej nie potrafi mu wybaczyć,że nie stanął po waszej stronie jak Kathy jechała po tobie jak po burej suce? Czy o Fionę chodzi, ze Paddy tak się dąsa?A może jest jakiś jeszcze powód?- Adam z Iglesiasem zalewali Polę pytaniami.

-Nie! Sądzę, że to właśnie o to chodzi. – skłamała. – Paddy jest uparty jak wiecie. Ciężko  mu  zmienić zdanie.

-My, artyści potrzebujemy czasu na przetrawienie takich rzeczy! – Adam teatralnie chwycił się za pierś. – Ale wybaczamy… wybaczamy…

-My? Artyści? Serio?- wszyscy zaczęli śmiać się na tyle, na ile pozwalał każdemu niemiłosierny kac.

 

Pierwszy tydzień stycznia minął wszystkim dosyć szybko i powoli każdy aspekt życia wracał do normy. Pierre z Łukaszem wrócili z przerwy świątecznej i teraz praca w redakcji ruszyła pełną parą. Niejednokrotnie Pola z Pierrem przenosili prace do domu, co nie było tak uciążliwe. Paddy intensywnie pracował nad swoim nowym albumem. Starał się nie wracać za późno do domu. Czasem jednak musiał pracować do późna. Często rozmawiali z Polą przez telefon wymieniając informacje mijającego dnia. Pola odwiedziła lekarza, zrobiła potrzebne badania i teraz oboje szczęśliwi rozwijającą się ciążą czekali na koniec pierwszego trymestru. Bardzo chcieli powiedzieć już wszystkim. Filip, tak jak Jim, milczał od czasu świąt. Fiona podświadomie cieszyła się, że dał jej spokój i mogła skupić się na swoich sprawach. Teraz szalała biorąc kolejne projekty, wieczorami malując kolejne ściany w domu, bądź wywalając wszystko z szafek i układając na nowo. I nimiłosiernie tęskniła za Jimem. Za jego prostym życiem, gdzie wszystko jest czarne albo białe. Raz, późnym wieczorem zadzwoniła do niego. Nie odebrał. Nie oddzwonił. Znowu… Miała tego dość. Wiedziała, że pojawi sie wcześniej czy później. Do tego czasu postanowiła skupić się na swoim życiu. Milczenie Filipa było miłym dodatkiem, aczkolwiek z dnia na dzień zastanawiało to Fionę. Podejrzewała drugie dno takiego zachowania.

Teraz garbiła się nad swoim stołem kreślarskim i projektowała kolejne rysy według fanaberii klientów, którym chciała sprostać. Popijała czerwoną herbatę z miodem i bardzo mocno próbowała skupić się na swojej pracy. Coraz częściej zerkała na telefon i po kolejnej godzinie stwierdziła, że siedzenie w pracy jest dzisiaj bezcelowe. Postanowiła zrobić zakupy, odebrać chłopców od dziadków i resztę dnia pracować w domu.Nie zauważyła kiedy prosto ze sklepu dotarła na szosę prowadzącą do jej domu. Myślała o Jimie. Miała wyrzuty sumienia. Może nie powinna wtedy zareagować tak ostro? W końcu w jej życiu dalej występował Filip, więc czemu Meike tak ją zdenerwowała. Bo powiedziała prawdę? Fiona była dalej mężatką. Nie, to nie to tak ją wyprowadziło z równowagi. Wszystko postawiła w tym momencie na jedną kartę. Liczyła na niego. Wyobraziła sobie minę Jima, gdyby ten przyjechał do niej z Kolonii a drzwi otworzyłby mu Filip. Na ten obraz roześmiała się nerwowo, skręcając w swoją uliczkę. Było zimno a opad śniegu przybierał na sile. Zaparkowała na podjeździe, przed bramą garażu. Torby z zakupami przewiesiła przez ramię i przykładając telefon do ucha kontynuowała rozmowę z mamą. Manewrując na jednej nodze, drugą domknęła drzwi i mocno starając się nie poślizgnąć na oblodzonej ścieżce, wolnym krokiem przeszła w stronę domu.

390189_267791589949392_1688405182_n

Na wycieraczce, przy samych drzwiach stał półtorametrowy bałwan, puszczający oczko z kawałka drewna. Przez chwilę stała lekko zbita z tropu. Rozejrzała się po śladach śniegu. Ktoś wszedł ale już nie wyszedł. Pożegnała się z mamą i natychmiast odłożyła zakupy. Podeszła bliżej do bałwana i dopiero wtedy zobaczyła, w miejscu, gdzie powinien mieć miotłę, bałwan trzymał różę w pełnym rozkwicie. Kropelki zamarzniętej rosy spoczywały dumnie na płatkach, kontrastując z krwistą czerwienią zamarzającej róży. Pochyliła się aby przyjrzeć się bliżej temu zjawisku kiedy za sobą usłyszała głos.

-Zaprosisz drugiego takie bałwana do domu? – Jim wyszedł zza rogu.

-A rozpłynie się tak szybko jak ten pierwszy?- Udawała zaciętość i złość. W głębi serca wzruszenie rozbrajało ją na tysiąc kawałeczków. Bawił ją ten bałwan, skruszony mężczyzna i ten piękny kwiat. Robiła wszystko, napinała każdy mięsień, byleby tylko nie pokazać jak bardzo się cieszy.

-To będę siedział w wannie i ci się tłumaczył. – ostrożnie uniósł kąciki ust, sprawdzając reakcję Fiony.

-To byłby głupie i dziecinne. – ledwo powstrzymywała śmiech.

-Bo tak się zachowujemy…. głupio i dziecinnie. Fiona…. przecież chcemy być razem… – podszedł krok bliżej.

-Nie wejdziesz! – warknęła

-Nie chcesz ze mną porozmawiać? Fiona kila minut! Możemy tez pogadać na zewnątrz. – naciągnął czapkę bardziej na czoło.

-Nie wejdziemy, głupku bo na wejściu do domu zbudowałeś Bałwana Godzillę! – pokazała dłonią okazałą rzeźbę.

-Przez okno cię wsadzę.- wzruszył ramionami.

-Jasne! Bo przecież w styczniu, przy temperaturze jak na Grenlandii, zostawiam okna pootwierane!! A niech się wietrzy! – dodała z ironią.

-No to go rozwalimy!

-Szkoda go trochę.

-Kobieto! Masz inny pomysł? Bo trochę zaczyna być zimno!

-Dobrze ci tak! Trzeba było zadzwonić a nie sterczeć pod domem jak głupek!

-Przestaniesz mnie obrażać?- Jimmy tupnął nogą.

-Sam zacząłeś nie dzwoniąc od świąt i jeszcze ten durny bałwan!

-Sądziłem, że mnie nie chcesz! Że już po nas!

-A czy ja ci kiedyś tak powiedziałam baranie jeden?!- w stronę Jima poleciała kulka śniegu trafiając go w środek kurtki.

-O ty małpo!- sięgnął po odrobinę śniegu – Mogłaś zadzwonić! Ja wiem, że nie znasz się na technologii no ale telefon chyba opanowałaś.- cisnął w kobietę niewielką śnieżkę, trafiając ją w ramię.

-Nie ja prowadzam się z byłą żoną w święta po rodzinie, ty poligamisto cholerny! -kolejny rzut.

-Co? – Jim skrzywił się -Jaki poli…- kulka śniegu trafiła go prosto w twarz prawie go przewracając

- O cholera Jimmy! – podbiegła do niego.- Nic ci nie jest?

- Teraz to już nie widzę przeszkód do dalszych rozmów! – przecierał oczy z resztek białego puchu jednocześnie siadając na schodku.

- Przepraszam! – Usiadła obok niego.

-To tylko śnieg. Nic się nie stało.

-Nie. Przepraszam, że cię wtedy nie wysłuchałam.

-Meike przywiozła dzieci. Sama od siebie. Taki dobry gest z jej strony. Głupio mi było i zaprosiłem ją na kawę. I wtedy ty przyjechałaś…- objął ją ramieniem – Przyjechałaś do mnie….

- To był z kolei mój dobry gest…- prychnęła- dziesięciogodzinny dobry gest!

- Co z Filipem?- zapytał cicho, już poważnie.

-Nic.- spojrzała na Jima spod wachlarza gęstych rzęs. – Z nim nie byłabym szczęśliwa…

-A ze mną będziesz? – splótł palce z jej dłonią.

-Nie wiem…- wzruszyła ramionami. – Wiem jedynie, że nie będzie to łatwe ale chcę spróbować.

-I już nie uciekać?

-Już nie uciekać….-pocałował jej zimne usta przytulając ją mocniej do siebie. Nie czuli mrozu, nie zauważyli sypiącego śniegu. Byli tylko oni…. i bałwan stojący za ich plecami.

-Muszę coś ci powiedzieć….Coś o mnie i Patricku….- głos mu się złamał, słowa grzęzły w gardle a serce przyspieszyło rytm. – Bardzo chcę ci o tym opowiedzieć…

-Poczekaj, wejdźmy do środka. Wszystko mi opowiesz. – wstała, otrzepując się z resztek topiących się płatków i podeszła do toreb z zakupami.

-Czekaj, wezmę to. – Jim przesunął bałwana prawie go nie uszkadzając i doskoczył do kobiety, przejmując od niej torby.- Hmm, trzy butelki wina? Zapraszasz kogoś czy masz zły dzień?

-Zły tydzień! – mruknęła pod nosem, sięgając po telefon kiedy przekraczali próg domu. – Ja pierdole! – krzyknęła nie odrywając wzroku od aparatu.

-Co jest? Co się stało?- Jim w sekundzie był koło niej. Kobieta zbladła i cała dygotała.- Co tu jest napisane? Nie rozumiem!

-Filip… – dyszała. -… Zmienia powództwo….

-Co? Co to znaczy?

-Kurwa! Debil wnioskuje o rozwód z orzeczeniem o winie…- usiadła na pobliskim krześle.

-Co to oznacza?- mężczyzna klęknął przy przestraszonej kobiecie.

-Wojnę…

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 4 komentarzy