74.Hot woman in my bed

Było coś koło północy. W środku tygodnia miasto nie tętniło tak intensywnym, nocnym życiem. Było na tyle cicho, że do sypialni nie dochodziły żadne dźwięki. Spał głębokim snem. Odkąd intensywnie pracował nad albumem, wieczorem zasypiał już na kanapie. Nie raz Pola wyciągała z jego dłoni niedopitą butelkę, czule mierzwiła jego włosy, nakrywała ciepłym kocem i pozwalała mu spać. Po godzinie przychodził do sypialni, padał na łóżko i zasypiał ponownie.

Tej środowej nocy obudziła się nagle, podrywając na równe nogi. Na bosych stopach, cicho przemknęła obok chrapiącego Paddiego. Po omacku dotarła do lodówki. Najciszej jak potrafiła otworzyła drzwiczki i w asyście nikłego światła, przestawiała nerwowo produkty. Sięgnęła po kubeczek jogurtu naturalnego. Skrzywiła się i odstawiła na półkę. Ułamała kawałek kabanosa i sadziła sobie do ust niczym papierosa. W drugiej ręce trzymała puszeczkę wędzonej ryby. Wzruszyła ramionami, biodrem zamknęła lodówkę i zapalając małą lampkę na parapecie usiadła przy stole otwierając z pietyzmem metalową puszkę. -Cii!! Cicho no! – powiedziała do przedmiotu. – Chryste, odwala mi! – widelcem nałożyła sporą porcję ryby i spróbowała pierwszego kęsa. Skrzywiła się i odsunęła na bok. – Cholera, nie to! – doskoczyła do lodówki rozglądając się intensywnie. -Lody! Tak… Lody! – schyliła się, sięgając do dolnej szuflady przy samej podłodze. – Gdzie one są….- mamrotała pod nosem.

-Pomóc ci w czymś?- za Polą stał rozczochrany, zaspany Paddy.

-Chryste! Nie strasz! Co się tak skradasz?!

-Co? No normalnie chodzę! Powiedziała…. buszująca w mrożonkach! Z wypiętymi pośladkami, w samych majtkach… – prychnął z lekkim uśmiechem.

-Nie nabijaj się bo dostaniesz udkiem! – wymachiwała mrożonym kawałkiem mięsa.

-Pola, serio? Jest prawie pierwsza w nocy. To nie może poczekać?- przecierał oczy podając jej pudełeczko lodów.

-Ty to chyba nigdy w ciąży nie byłeś! Nie może! – usiadła przy blacie i z pomrukiem przyjemności konsumowała mrożoną słodycz. – O tak! Tego mi było trzeba…mrrr- oblizywała łyżeczkę.

-Wyglądasz rozczulająco. – pochylony, wspierał łokcie o blat z drugiej strony.

-Jezu jakie one dobre! – językiem zlizała z nadgarstka, płynącego, roztopionego loda.Podniosła wzrok i spojrzała na wpatrzonego w nią Patricka. -Kręci cię to?- uniosła znacząco brwi.

-Eee co? – zamrugał. – Nie! No coś ty! – przeczesał w zakłopotaniu włosy. – W ciąży jesteś! Nie możesz mnie… kręcić! – powstrzymywał uniesienie kącików ust.

Nie spuszczając z niego spojrzenia spod przymkniętych powiek, oblizała wargi z reszty roztopionych lodów, usiadła na blacie, nogi spuściła po drugiej stronie usadawiając się między wspartymi ramionami Patricka. Patrząc głęboko w jego źrenice, przesunęła powoli językiem wzdłuż małej łyżeczki by na końcu wsadzić ją sobie do ust. To wszystko na kilka centymetrów od jego ust.

-Pola… – oddychał głośno- Wiesz, że nie mogę! – spuścił głowę i zobaczył jej chude, nagie, opalone nogi, powoli ocierające się o wewnętrzną stronę jego ud. -Kobieto, zabić mnie chcesz…- wplotła palce w jego włosy. – Nie mogę! Nawet nie wiesz jak tego pragnę! – podniósł gwałtownie głowę i wbił w nią czerń swoich oczu. – Jesteś taka… to co robisz w tym momencie ze swoją stopą….- zgięło go z cichym jęknięciem. – Nawet nie wiesz ile mnie to kosztuje ty sadystko!

17757375_279338832510683_6387749872827591751_n

-Kochaj się ze mną!- szepnęła mu do ucha.- Długo, głęboko, namiętnie.- Przygryzła płatek jego ucha. – Poczuła jak drży w jej ramionach. – musnęła ustami jego wargi. Przymknął oczy.

-Cholera nie wytrzymam!- przywarł do niej ustami, osadzając ją sobie na biodrach. Zarzuciła ramiona na jego szyję i pozwoliła zanieść się do sypialni.

Plecami popchnął drzwi, nie odrywając ust od kobiety, stanął nad ich wspólnym łóżkiem.

-Kocham cię Pola. Jesteś moim całym światem. Pamiętaj o tym. Szczególnie teraz! – delikatnie rzucił ją, zatapiając w puszystej pościeli. – Nie mogę tego zrobić. Jakby coś się stało, nie wybaczyłbym sobie… ty też zresztą.

-Tak mnie zostawisz?!Hej! Dokąd idziesz Kelly?- krzyknęła za wychodzącym Patrickiem.

- Ochłonąć. Jak nie wyjdę to jesteś w stanie mnie zgwałcić…. A tego nie zniesie żadna męska duma.- dodał pod nosem i cicho wyszedł z domu.

Było ciemno, zimno, mróz szczypał w oczy. Stał chwilę przed wejściem do bloku. Naciągnął na czoło czapkę, postawił kołnierz. Oddychał głęboko, wciągając mroźne powietrze do płuc. Pokiwał głową i uśmiechnął się szyderczo. – Bo mnie zgwałcisz! Paddy, jaki z ciebie kretyn! Boże, że ona ze mną wytrzymuje! – mówił do siebie. – Muszę się przejść. – zaczął chodzić wzdłuż bloku, skupiając się na śladach, jakie zostawiają jego buty i jak skrzypi śnieg pod jego podeszwami. Po drugiej stronie ulicy zatrzymała się taksówka i wysiadła z niej mocno pijana kobieta. Z impetem trzasnęła drzwiami i zataczając małe kółko zaczęła śmiać się w cały głos. Próbowała przejść przez ulicę, dokładnie w kierunku obserwującego ją Patricka. Mężczyzna jeszcze kilka sekund przyglądał jej się z niedowierzaniem. Uniósł wzrok w górę i szepnął sam do siebie.

-Boże! Jedna zboczona, druga pijana! Masz chore poczucie humoru! – pokiwał głową i podbiegł do tańczącej na lodzie kobiety. W ostatniej chwili podtrzymał jej ramię. Kobieta poprawiła czapkę opadającą jej na oczy.

-Tyyyy… a ja cię znam! Ty jesteś od tych hipisów! – wskazała Paddiego palcem

-Emilka?- odsunął się od niej aby przyjrzeć się dokładniej.

-A Paddy…. faktycznie! – potknęła się o własne nogi, lekko wspieraj ac się na jego ramieniu.- Tyyy a wiesz, jestem odrobinę wstawiona…

-Ty jesteś zalana a nie odrobinę wstawiona! Chodź, odprowadzę cię do domu.- powoli kierował się w stronę wejscia do budynku

-Facet mnie rzucił, to mam prawo! Takie cholerne prawo! A wiesz czemu?

-Bo chłopak cię rzucił?- Paddy uśmiechał się na całego.

-No właśnie! Bo chłopak mnie rzucił. – chwilę zastanowiła się. – Ej, ale skąd wiesz?

-Czytam w myślach. Chodź Emi do domu.

- Do twojego?

-Nie. – bawiła go ta sytuacja.

-A faktycznie! Przecież ty z Polką mieszkasz… ale ja głupia jestem!

-Nie. Nie jesteś głupia.

-Hej! – nagle ożywiła się, natychmiast zmieniając nastawienie.- A zabrałbyś mnie kiedyś na koncert….E, swój koncert! Bo na inne to sama pójdę, wiadomo….

-Zabiorę cię, wariatko. Dawaj klucze!

-Czekaj…A mam gdzieś w torebce!- jedną ręką podpierała się o ścianę a drugą buszowała w poszukiwaniu pęku kluczy. -A nie, poczekaj poczekaj! Ciii…. w kieszeni mam, z tyłu. – gwałtownie obróciła się sięgając do tylnej kieszeni spodni, prawie przewracając się. Paddy jak tylko mógł podtrzymywał ją i asekurował. Wywrócił oczami i sięgnął do jej kieszeni, wyciągając upragnione klucze. – Dotknąłeś mojego tyłka! Kelly, ty zboczeńcu. – śmiała się.

- Tak! Największy zboczeniec w dzielnicy! Jeszcze powiesz, że mnie zgwałcisz zaraz….

-Co? Słabo cię zrozumiałam. – odbiło jej się

-Nie, nic. Wchodź pijaku do domu! – wepchnął ją delikatnie za próg i zaczął otwierać drzwi od swojego mieszkania.

-Pssst, Paddy! – wspierała się na klamce, oblizała usta i mocno skupiona powiedziała na jednym oddechu. -Dziękuję. Jesteś jak rycerz na białym koniu… tylko konia nie widziałam. – zachichotała i zamknęła drzwi za sobą.

 

 

 

a1e26229ec1c9dd77639cfc91314af0c

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Blondynka biegała po mieszkaniu, jak zwykle spóźniona. Do wielkiej torby wrzucała przypadkowe przedmioty, które według niej będą potrzebne w pracy. Co chwilę nerwowo poprawiała opadający na czoło niesforny kosmyk aż z warknięciem wkroczyła do łazienki i przesuwając biodrem Iglesiasa, sięgnęła po lakier. Wypuściła nad głową delikatną mgiełkę dyscyplinując swoją fryzurę. Mężczyzna zaczął teatralnie kaszleć.

-O nie przesadzaj! W pracy oddychasz lakierem do włosów przez kilka godzin! Jezu, szału dostanę z tymi włosami!- poprawiała dalej.

-Ty pracujesz z alkoholem ale nie pijesz bez przerwy po pracy.

-Jeszcze chwila z tobą i zacznę! – uniosła zaczepnie brew.- Będziesz dzisiaj przychodził po mnie?

-Nie. Weź auto. Ja po siłowni umówiłem sie z kumplem na piwo. Nie, nie w Chill! Nie będę na piwo do baru mojej dziewczyny przychodził. – wzruszył ramionami. – To byłoby słabe!

-O ile kumpel nie ma cycków, które wybijają oczy przy każdym podskoku!

-Kocham cię za tą twoją zazdrość! Ale nie. Typowy facet, hetero! Bez cycków. – prychnął śmiechem.

-Lepszy od ciebie?- uniosła jedną brew.

-Kochanie, nikt nie będzie lepszy dla ciebie niż ja! – klepnął ją w pośladek. – Jestem dla ciebie stworzony!

-Ta, chyba wersja beta! Nie poprawiona! – wywróciła oczami.

-Spóźnisz się…. wyleją cię! Na moim utrzymaniu będziesz…- Iglesias spokojnie golił brodę.

-Cholera jasne! – Dominika spojrzała na zegarek, pocałowąła meżczyznę i wybiegła z domu.

-Miłej…-trzasnęły drzwi -… pracy.

 

 

 

Dwóch dziennikarzy siedziało w kawiarni znajdującej się poza centrum miasta. Opady śniegu powoli ustępowały miejsca promieniom słonecznym, które zalotnie zaglądały przez kawiarniane okna, tworząc zabawną grę świateł. Pola chciała usiąść przy oknie, Pierre naciskał na stolik w głębi sali, przy drugim wejściu.

-Co ty tak nie lubisz przy tych oknach?! To jest jakaś fobia czy co?

-Lęk wysokości.

-Z metra?

-Nie zadawaj głupich pytań. Skończyłaś?- Pierre odchylił ekran laptopa.

2944_900-590x387

-Prawie. Zamów. – Pola wróciła do artykułu widząc nadchodzącą kelnerkę.-Pamiętaj dla mnie latte a nie zwykła kawa!

-W tej ciąży jesteś nie do nie do zniesienia. – prychnął i odwrócił się do stojącej nad nim kobiety. – Witam. Dla mnie kawa, czarna, duża. I może ciastko…- zajrzał w menu. – Czarny las. A dla pani marudy, latte i sernik ze słonym karmelem. – spojrzał na łypiącą znad laptopa Polę. – I dodatkową porcją śmietany. Dziękuję. – uśmiechnął się i oddał kelnerce menu. -Gruba będziesz!

-Ale szczęśliwa! – zamknęła i schowała laptopa do torby.

-Taaaa bo Ameryka jest pełna grubych i szczęśliwych ludzi! Fakt, wybacz. -zaśmiał się.

-Nie wiesz, że sarkazm to taka dyscyplina sportu którą uprawia się nie chichocząc jak baletnica?

-Ja baletnica? Wyzywali mnie już od różnych ale tak jeszcze nie.

-Czemu? Naraziłeś się komuś?

-Różnie bywało. – powiedział wymijająco.

-Przecież ty taki nudny jesteś!

-Zróbmy artykuł o grubych kobietach w ciąży.- zmrużył oczy

-Ach te twoje złośliwości! -triumfalnie wsadziła sobie do ust dużą porcję śmietany- Ale fakt, pomysł dobry. Napiszemy o diecie w ciąży i objadaniu się. A nie o grubych ludziach! Nie bądź dupkiem!

Żartowali tak jeszcze jakiś czas zajadając się ciastkami, Pola opowiadała jak było u rodziny Kelly, jak się czuje i jak Paddy pracuje nad nową płytą. Pierre opowiadał jak było w święta i nowy rok u swojej rodziny, jak poderwał jakąś dziewczynę, która potem nie chciała od niego wyjść i prawie musiał ja wyrzucać z domu. Zaśmiał się i odchylił na oparcie kawiarnianego krzesła. Spojrzał za Polę i uśmiech powoli zszedł mu z twarzy. Kobieta nie zauważyła jego nagłej zmiany i dalej mówiła jak najęta. Za jej plecami, kilka stolików dalej siedziało dwóch mężczyzn w czarnych garniturach. Pierre intensywnie przyglądał się jednemu z nich. Znał go. Nie wiedział tylko skąd. Nie potrafił dopasować twarzy do żadnego wydarzenia z jego życia. Wbił w niego spojrzenie intensywnie myśląc. Nagle przypomniał sobie. Przez chwilę przeniósł się do czasów, kiedy przejmował interesy i ekipę w Paryżu. Kiedy rozwijał biznes, niekoniecznie zgodny z prawem, kiedy co jakiś czas któryś z jego ludzi lądował w szpitalu, kostnicy bądź od razu na cmentarzu. Jeden z jego posłańców, mocno skatowany leżał na szpitalny łóżku. Ten, co to zrobił, uciekł. I ten, co to zrobił siedział teraz za plecami Poli, wpatrując się w Pierra, uśmiechając się szyderczo. Mężczyzna w połowie zdania ujął dłoń kobiety, drugą trzymał naszykowaną broń pod stołem.

-Pola, skarbie….

-Skarbie? Co ty robisz?- skrzywiła się patrząc na uścisk ich dłoni.

-Posłuchaj mnie teraz bardzo uważnie! – spojrzał jej w oczy tak, jakby chciał przewiercić jej umysł. – Wstań, weź torebkę, powiedz głośno, po angielsku, że idziesz do toalety. Powoli kieruj sie w jej stronę ale w ostatniej chwili wyjdź z kawiarni. Jak tylko to zrobisz, wsiadaj w moje auto i jedz, najszybciej jak potrafisz. Nie jedź do domu. Jedz do Paddiego, do studia.-zniżył głos.

-Co ty wygadujesz? Co się dzieje?

-Nie teraz. Pola… po prostu spierdalaj stąd jak najszybciej! Jedź do Paddiego. Znajdę cię tam! Błagam cię. – pocałował jej dłoń. – Ufasz mi? Jak nie to właśnie jest moment abyś zmieniła zdanie i zaufała. Idź, uciekaj!Szybko!- warknął przez zaciśnięte zęby.

-Kobita wstała, przykleiła do twarzy sztuczny uśmiech, powiedział głośno, że przeprasza i dzie do toalety, zaraz wraca. Wolnym krokiem podeszła w kierunku drzwi. Serce biło jej jak oszalałe, nie wiedziałą przed czym lub kim ucieka. Nie obracała się. Czuła strach, który paraliżował jej ciało. Wzięła kilka głębokich oddechów. Ufała Pierrowi. Może to on był zagrożony. Może powinna mu pomóc. Ale jak, kobieta w ciąży. Nie, musi stąd uciekać. Szybko! Przekroczyła próg kawiarni i tyle ile miała siły pobiegła w kierunku samochodu. Ledwo łapiąc oddech, drżącymi dłońmi otworzyła auto i szybko wsiadła spazmatycznie oddychając.Przyłożyła kluczyk i z piskiem opon odjechała. Po policzku popłynęły łzy. Nawet nie zauważyła kiedy. Pierre tam został. Sam. Nie może wrócić po niego. Panikowała.

-Boże co to było?! – ocierała policzek, drugą ręką prowadząc pędzące auto. – Co z Pierrem? Czemu musiałam uciekać?! – Gwałtownie zatrzymała się pod studiem Patricka. Drżącą dłonią wytarła pot z czoła.-Nic się nie bój… mamusi nic się nie dzieje. – pogłaskała swój płaski brzuch. Wzięła kilka głębokich oddechów i odrobinę spokojniejsza przekroczyła próg studia. Stała chwilę przy szybie, za którą Paddy nagrywał „Shake Away”. Poczekała kilka minut nerwowo rozglądając się i ukradkiem zerkając na telefon. Pierre nie odzywał się. Bała się o niego coraz bardziej. Może powinna zadzwonić po policję? Ale nic nie wspominał o nich. Kazałby jej.  Przypomniała sobie wyraz jego twarzy. Pierwszy raz pewność siebie zastąpił strach. Pierwszy raz zobaczyła jak mężczyzna siedzący naprzeciw niej, boi się.

Jej i Patricka spojrzenia spotkały się. Pomachał jej, odłożył gitarę i rozpromieniony wyszedł z pomieszczenia.

-Cześć kochanie. – ujął tył jej głowy i delikatnie pocałował, gładząc jej włosy. – Coś się stało? Jesteś wcześniej. -stwierdził przyglądając jej się uważnie.

-Wcześniej? Na co? – w głowie miała gonitwę myśli, nie potrafiąc skupić się na rozmowie. Dłoń zaciskała coraz mocniej na telefonie.

-No jak to na co?- Paddy rozejrzał się konspiracyjnie i wyszedł z Polą na korytarz. – Mamy dzisiaj popołudniu wizytę u doktor Woźniak. Zapomniałaś?- skrzywił się.

-Słucham? Oczywiście, że nie zapomniałam. Tak, wizyta.- zerknęła na telefon. Milczał jak zaklęty.

-Gdzie twoje auto?- Paddy spojrzał przez okno i kątem oka dostrzegł czarne BMW. – Dlaczego przyjechałaś samochodem Pierra? Coś się stało?

-Nie… nic się nie stało. – masowała swoje skronie.- A przynajmniej mam taką nadzieję.

-Polka! Co się z tobą dzieje?! Co ty wygadujesz?-nie wytrzymał. – Nie można się z tobą dogadać! Gdzie jest twój samochód i gdzie jest Pierre do cholery?! -podniósł głos

-Ciii. Nie krzycz. – zatkała mu usta dłonią. – Weź płaszcz. Jedziemy. – zobaczył coś w jej oczach, przez co wziął ubranie i bez słowa wyszedł za kobietą do samochodu Pierra. Ruszyli. Jechali wolno, zgodnie z przepisami. Pola skręciła w przypadkowe osiedle i zatrzymała się między pojazdami, na parkingu przed jakimś mało znaczącym marketem, gdzie kręcił się tłum ludzi. Jeszcze raz zerknęła na telefon. Nic.

-Powiedz mi co się dzieje bo oszaleje!

-Byłam z Pierrem na kawie, rozmawialiśmy. – zaczęła nieśmiało. – Nagle on łapie mnie za dłoń, mówi do mnie „skarbie” i każe spierdalać.

-Że co? Skarbie? – wykrzyczał a oczy robiły mu się coraz większe, pogłębiając zmarszczki na czole.- Przecież mnie z nim nie zdradzasz?! Co za „skarbie”?

-Paddy nie bądź kretyn! Jakie zdradza?! Ja z Pierrem?! Oszalałeś? – kolejny głęboki wdech.- Tak jak mówiłam, powiedział, żebym mu zaufała i kazał uciekać.

-Ale dlaczego?

-Kurwa nie wiem! Nie wiem, czy ja miałam uciekać bo coś mi groziło czy uciekać, żebym przypadkiem nie oberwała.Kazał mi jechać do ciebie, do studia. – w jej oczach zaszkliły łzy.- A teraz milczy od dłuższego czasu. Boje się Paddy! – położyła głowę na jego ramieniu.- A jak coś mu się stało?

-Ciii….- pogłaskał jej plecy. – Nic mu nie będzie. Pierre nie da sobie zrobić krzywdy! Kto byłby taki odważny! Już, nie płacz.

-Nie wiem co robić!

-A policja?

-Nie mówił. Jego instrukcje były jasne. Miałam… spierdalać!- uśmiechnęła się przez łzy na ostatnie słowo.

-Czyli czekamy….- Paddy opadł na oparcie siedzenia.- Ciekawe przed czym tak kazał ci… uciekać. Oboje zatopili się we własnych myślach.

Ciszę przerwał głośny dźwięk przychodzącej wiadomości. Oboje podskoczyli prawie uderzając w podsufitkę samochodu.

-Chryste, zawału idzie dostać!

-To Pierre! Wiadomość!

-Co napisał?

-”Dotarłaś do Patricka? Jesteś bezpieczna? Odpisz tylko czy tak.”. Muszę mu odpisać. – szybko wstukała trzy litery i wysłała.

-Odpisze?- Paddy pochylał się nad telefonem Poli.

-Już jest odpowiedź! Czytam. – otworzyła wiadomość. – ” Ze mną wszystko ok. Nie martw się. Widzimy się jutro rano u Melanii.”- zaśmiała się . – Boże, nic mu nie jest!-śmiała się coraz głośniej.

19105588_1319922031395764_7844940015138578170_n

-Jaka Melania?

-Kawiarnia. Ale ma dziwną nazwę i zawsze zapominamy jak się nazywa. Właścicielką jest kobieta, Melania. Łatwiej zapamiętać. Często jemy tam naleśniki z nutellą.

-Widzę, że wiele mnie omija… – posmutniał.

-Paddy, to nie tak! Kiedy ruszamy w teren, to tam właśnie siadamy na chwilę, żeby zaplanować dzień, zadzwonić do kilku osób, umówić spotkania. A naleśniki są po prostu pyszne. Kucharza mają dobrego. – Odpaliła silnik. – Jakiś Luk z Toskanii podobno. :)))

-Luk z Toskanii…. Melania… – Paddy westchnął. – Jakby inne życie! I gdzie ty jedziesz teraz?!

-No do kliniki, a gdzie?! Zanim przebijemy się przez miasto to akurat będziemy na czas.

-Ale tak od razu? Odświeżyć bym się chciał. Uczesać może czy coś!- zaczesał dłonią opadającą grzywkę na czoło. Zorientował się co wygaduje i zawstydzony spojrzał na przyglądającą mu się kobietę. – No wiem, wiem!

-Gotowy usłyszeć bicie serduszka twojego dziecka?

- Jak nigdy!- pocałował jej dłoń.

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 2 komentarzy

73. Oh my Jimmy!!

18622660_1873815639548956_2585570121675496363_nZawiózł córki do Meike. Zatrąbił i poczekał jak dziewczynki wejdą do jego starego domu. Nie wysiadł. Wiedział, że jest to z jego strony bardzo niegrzeczne ale nie miał siły na konfrontacje z byłą żoną. I chyba trochę bał się tego co może usłyszeć. Chciał porozmawiać tylko z jedną kobietą ale ta przez całe święta nie odbierała jego telefonów. Nie czuł jednak strachu, był dziwnie pewny Fiony. Podejrzewał, że ona potrzebuje czasu. Wcześniej czy później z nim porozmawia. W końcu przyjechała do niego. Ta myśl go napędzała. Pierwszy dzień świąt dobiegał końca. Zaparkował pod domem brata, sięgnął po reklamówkę pełną piwa i szybko wszedł do domu. Był już późny wieczór. Odgłosy domu i śmiech dzieci dochodził z piętra. Wszedł do salonu i zobaczył Angelo siedzącego przed rozpalonym kominkiem. Poza nim, nie było nikogo, wszyscy wyjechali. Bez słowa usiadł w drugim fotelu, kluczami otworzył butelkę i dopiero po pociągnięciu kilku łyków odważył sie spojrzeć na młodszego brata.

Angelo siedział wpatrzony w tańczące, pomarańczowe ogniki. Myślał nad czymś intensywnie. Nawet nie drgnął, kiedy Jim usiadł w sąsiednim fotelu.  Uniósł szklankę whisky z lodem, dając do zrozumienia, że nie ma ochoty na butelkę piwa. Starszy brat rozejrzał się po pomieszczeniu. Zobaczył kubek po kawie, stojący na małym stoliczku, niedaleko Angelo. Sięgnął dłonią w jego kierunku. Zdążył dotknąć jeszcze ciepłej porcelany, kiedy długowłosy blondyn zorientował się  jakie jest powód zdziwnienia jego brata.

-Paddy tu był…. -powiedział cicho, ledwo słyszalnie. -Sam… – dodał smutno.

- Nie mów, ze się rozstali?-szare oczy przyglądały mu się uważnie.

14876477_1773258776271310_110826150630483187_o

-Nie… nie chciał jej tu przyprowadzać. Dla jej dobra, tak twierdził przynajmniej….- zacisnął szczęki i upił łyk drinka. – Polubiłem ją… Kira chyba jeszcze bardziej…

-Przecież to nie moja wina! - powiedział niepewnie.-Wiesz, ze po kilku gadam co mi język przyniesie?

-Obawiam się, że jednak twoja Jimbo! Wszyscy ci powtarzali, nie pij! A już na pewno nie z Joeyem!

-Masz rację. – Jim w ułamku sekundy przypomniał sobie słowa Patricka „ Mówiłem ci już, nie pij! Ale ty musisz! Przy każdym problemie zawsze musisz pić! Czy ty kretynie nie rozumiesz, że w ten sposób niszczysz to co masz z Fioną?”. Te słowa wypaliły ślad w pamięci Jima. Wyryły się niczym traumatyczne przeżycie. Spojrzał na butelkę w połowie zapełnioną złotym płynem i odłożył ją na stół, daleko od siebie. Angelo uśmiechnął się pod nosem. -Wróci?

-Nie wiem, Jimbo. Dużo krzyczał…Było w nim mnóstwo pretensji. Nie wiem… – pokiwał głową.

-Dlaczego krzyczał na ciebie? Przecież nic nie zrobiłeś?

-I właśnie dlatego. Nic nie zrobiliśmy! Pozwoliliśmy aby Kathy i Joe zrobili to swoje przedstawienie!

- Nawet mi nie przypominaj! – Jim masował skronie. – Zabije cię, jak ci powiem, że powiedziałem mu o Andrei?-uniósł z niesmakiem brwi w oczekiwaniu na reakcję młodszego brata.

-Pierdolisz? Chociaż dalej uważam, że było to niepotrzebne i mogłeś  zabrać tę tajemnice do grobu to i tak jestem pod wrażeniem! A powiedz mi, co on na to?

-Nawet się nie obrócił. -Jim mocno posmutniał na to wspomnienie. -Powiedział jedyne „żegnaj Jim” i sobie poszedł.

-Ajaj! Niedobrze! Paddy się nie żegna. -blondyn poprawił okulary. -Chyba się przelała….

-Co? Co się przelało?

-Szklanka cierpliwości Patricka. Doleje sobie bo to na trzeźwo jest nie do ogarnięcia. -Angelo wstał i podszedł do barku, nalewając sobie kolejną szklaneczkę whisky.

-Powiedz mi, jak to jest… Kathy ją, a właściwie ich, wymieszała  z błotem i Bóg wie z czym jeszcze a wszystko i tak skupia się na mnie?

-Po pierwsze, musisz przestać sypiać z kobietami swoich braci! – Kira weszła do pokoju. – To bardzo szkodliwy nawyk i prowadzi do ubytków w uzębieniu! Po drugie Jim….z tego co słyszałam, to Paddy spodziewał się tego po Kathy ale domyślam się,że twoich poczynań nie przewidział! Zrobiłeś źle! Bardzo źle!- Kira usiadła obok Angelo.

-Właśnie, zły Jimmy! Zły pies! – Angelo śmiał się odrobinę za mocno. – Wybaczcie, rozbawiło mnie to. No co?

-Chryste i jeszcze Maike i Fiona! Znowu będę musiał wszystko odkręcać!-schował twarz w dłonie

-Spójrz prawdzie w oczy… nie znów a dopiero. – Angelo pochylił się w kierunku brata.- To nie przypadek, że znowu wpadasz w takie bagno! Te sytuację powstają wokół ciebie, żebyś się zmienił! Nie zmieniaj tego wszystkiego co się powaliło ale zmień siebie! Rozumiesz? – spojrzał na szklankę trzymaną w dłoni. – Bo ja chyba nie do końca…

-Agiemu chodzi o to, że dopóki się nie zmienisz to zawsze będzie dziać się w twoim życiu coś takiego. Dreptasz w miejscu!

-Kira, to co ja mam zrobić?- smutne spojrzenie utkwiło w brunetce.

-Weź się w garść Jimmy! Jedź porozmawiać z Fioną! Na trzeźwo! I na Boga, nie pij chłopie! Zależy ci na tej całej Fionie?

-Zależy.- opadł na oparcie fotela, krzyżując dłonie za głową.

-Ło Boże, to jedź do niej i wyjaśnij wszystko! A Paddiemu daj czas. Wcześniej czy później i tak z tobą pogada. – machnął dłonią. – Jak zawsze. Teraz go zostaw, za dużo w nim złych emocji.

32f69b47abcddc568dfb875a83ff9648

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nowy rok przywitał przyjaciół dzbankami gorącej kawy, której zapach rozchodził się po całej kuchni Fiony. Było już popołudnie kiedy zamyślona Pola zalewała kolejny dzban wrzątkiem. Wstała jako pierwsza i jako jedyna trzeźwa planowała śniadanie dla reszty przyjaciół. Potykając się o próg, lekko zataczając się wkroczyła do kuchni Dominika. Jej fryzura przypominała kształtem ptasie gniazdo. Pod oczami tusz odbił ciemne podkówki, które kontrastowały z resztką pudru na twarzy.

-Kawy! Królestwo i konia za kubek czarnego napoju szatana! – oparła policzek o blat kuchennego stołu.

-Trzymaj pijaku. – Pola postawiła przed przyjaciółką parujący kubek. – Sądziłam, że potrafisz więcej wypić! Chyba nie widziałam jeszcze wszystkiego. – usiadła obok pobłażliwie uśmiechając się pod nosem.

-Za to ty jesteś obrzydliwie rześka i taka…. trzeźwa. Cytrynka musi do mnie na przeszkolenie z drinków przyjść. Za mało ci lał! – Łyknęła kilka łyków kawy.

-Musisz siorbać tak mocno?- Fiona usiadła obok kobiet próbując ogarnąć troczki od swetra.

-O następny ranny ptaszek…-Pola podała kolejny zapełniony kubek

-Chyba raczej poraniony… patrząc na ciebie Fiona! Fatalnie wyglądasz!-Dominika zmierzyła wzrokiem przyjaciółkę.

-Ty też za urodziwie nie wchodzisz w ten nowy rok więc bądź uprzejma kulturalnie się zamknąć. – Wsparła głowę dłońmi i westchnęła ciężko. -O Chryste… wyrwę sobie zaraz mózg!

-Jest tak mały, że ci przez uszy wypadnie. – Do kuchni wszedł Iglesias, porywając jabłko z miski na stole. -I jak tam skowronki?

-Cicho! Cicho Iglesias! Moja przysadka która mi została jako ślad po mózgu, ledwo znosi twoje wesołe krzyki!

-Chodź, pomożesz mi robić śniadanie. One niech umierają. – Pola pociągnęła przyjaciela bliżej pieca i kazała mieszać jajecznicę.

-Fiona, Jim nie dzwonił? – krzyknął znad patelni.

-Od świąt nie. I nie zadawaj trudnych pytań!

-Boże… ja jutro muszę iść do pracy! – Dominika wypijała coraz większe łyki kawy.

-Nie jęcz! Na wieczór idziesz! Ja muszę być rano! – Fiona wstała i z pobliskiej szafki wyciągnęła tabletki przeciwbólowe.

-A ja jutro wchodzę do studia. – Paddy opierał się o futrynę drzwi. – przecież ta perkusja i te gitary wyrwą mi jelita.

12063301_1114645565214738_499657615674970692_n

-Wytrzeźwiejesz do jutra! Jajeczniczki?- Iglesias uśmiechał się złośliwie.

-A wsadź sobie tą jajeczniczkę tam gdzie…. A resztą!- podszedł do stołu. – Ale tylko trochę poproszę.

- Paddy odchudza się. – Adam poklepał muzyka po plecach na tyle mocno i z zaskoczenia, że cała zawartość widelca wysypała się Paddiemu na stół.

-No i co robisz?!Łajzo ty!

-Sam jesteś łajza! To nie przeze mnie, tylko tak ci się ręce po whisky trzęsą! I czy ty w bokserkach do nas zszedłeś?- Adam zrobił krok do tyłu.

-Do…. twarzy mu w nich. – Mikołaj uszczypał w bok Adama. -Poza tym nie leży się kopiącego!

-Nie kopie się leżącego. -Paddy mamrotał pod nosem. – A co wy tam wiecie!

-Podsumowując, uchlaliśmy się jak dzikie osły. – Iglesias nalał sobie kubek kawy, usiadł na ostatnim wolnym krześle a Polę posadził sobie na kolanach. -Paddy to nawet nie jak osiął ale jak wół pociągowy. Jutro wracamy do życia. Wszyscy bez wyjątku.

-Nawet ty?-Fiona zrbiła duże oczy. – Sądziłam, że wy, piękni ludzie, po takim chlańsku to potrzebujecie kilka dni na dojście do siebie. No wiesz, maseczki, regeneracja w SPA i takie tam bzdury.

-Jak widać nie. Jestem okazem zdrowia. Moja kochana dziewczyna również więc się mała odczep! A właśnie. Kiedy odbierasz chłopców od mamy?

-Jutro. – Fiona kończyła śniadanie. – Po pracy mam ich odebrać. A co?

-Nie nic! – wygięli usta w podkówkę.

-A rozejrzałaś się może jak wygląda twój dom?-Dominika zatoczyła teren ręką. – Taki burdel, że tylko dziwki wpuścić.

-Z tym to już do Iglesiasa!-Paddy poklepał przyjaciela.

-Paddy! No co ty! – Pola przerzucała spojrzenie na Dominikę.

-Wybacz, zapomniałem się. – pocałował blondynkę w policzek.

-W końcu wszyscy wiemy jaką Paweł miał przeszłość. |Nie udawajmy bardziej świętych niż jesteśmy! Luz, cytrynka.

-Mikołaj, czemu tak się przyglądasz mojej kobiecie?- Iglesias nie spuszczał wzroku z niskiego blondyna.

-Co? – zamrugał szybko – Wybacz, zapatrzyłem się.

-Chryste, on jest homo! – Adam objął Mikołaja. – Wbij to sobie do swojej pustej głowy. Nikt tu nie chce nikogo, nikomu ukraść! Fiona, jak Jim?

- Ty to umiesz wypalić z grubej rury co? – Pola kiwała głową. – Homo czy hetero… facet, jak każdy inny! Zero taktu!- zanim Fiona zdążyła odpowiedzieć, wtrącił się Paddy.

-Nie będziemy o nim rozmawiać. A już na pewno nie w moim towarzystwie. Dla mnie chwilowo ten facet nie istnieje! Idę się ubrać. – szybko wyszedł z kuchni.

-Adam, ty baranie!

-Dalej nie potrafi mu wybaczyć,że nie stanął po waszej stronie jak Kathy jechała po tobie jak po burej suce? Czy o Fionę chodzi, ze Paddy tak się dąsa?A może jest jakiś jeszcze powód?- Adam z Iglesiasem zalewali Polę pytaniami.

-Nie! Sądzę, że to właśnie o to chodzi. – skłamała. – Paddy jest uparty jak wiecie. Ciężko  mu  zmienić zdanie.

-My, artyści potrzebujemy czasu na przetrawienie takich rzeczy! – Adam teatralnie chwycił się za pierś. – Ale wybaczamy… wybaczamy…

-My? Artyści? Serio?- wszyscy zaczęli śmiać się na tyle, na ile pozwalał każdemu niemiłosierny kac.

 

Pierwszy tydzień stycznia minął wszystkim dosyć szybko i powoli każdy aspekt życia wracał do normy. Pierre z Łukaszem wrócili z przerwy świątecznej i teraz praca w redakcji ruszyła pełną parą. Niejednokrotnie Pola z Pierrem przenosili prace do domu, co nie było tak uciążliwe. Paddy intensywnie pracował nad swoim nowym albumem. Starał się nie wracać za późno do domu. Czasem jednak musiał pracować do późna. Często rozmawiali z Polą przez telefon wymieniając informacje mijającego dnia. Pola odwiedziła lekarza, zrobiła potrzebne badania i teraz oboje szczęśliwi rozwijającą się ciążą czekali na koniec pierwszego trymestru. Bardzo chcieli powiedzieć już wszystkim. Filip, tak jak Jim, milczał od czasu świąt. Fiona podświadomie cieszyła się, że dał jej spokój i mogła skupić się na swoich sprawach. Teraz szalała biorąc kolejne projekty, wieczorami malując kolejne ściany w domu, bądź wywalając wszystko z szafek i układając na nowo. I nimiłosiernie tęskniła za Jimem. Za jego prostym życiem, gdzie wszystko jest czarne albo białe. Raz, późnym wieczorem zadzwoniła do niego. Nie odebrał. Nie oddzwonił. Znowu… Miała tego dość. Wiedziała, że pojawi sie wcześniej czy później. Do tego czasu postanowiła skupić się na swoim życiu. Milczenie Filipa było miłym dodatkiem, aczkolwiek z dnia na dzień zastanawiało to Fionę. Podejrzewała drugie dno takiego zachowania.

Teraz garbiła się nad swoim stołem kreślarskim i projektowała kolejne rysy według fanaberii klientów, którym chciała sprostać. Popijała czerwoną herbatę z miodem i bardzo mocno próbowała skupić się na swojej pracy. Coraz częściej zerkała na telefon i po kolejnej godzinie stwierdziła, że siedzenie w pracy jest dzisiaj bezcelowe. Postanowiła zrobić zakupy, odebrać chłopców od dziadków i resztę dnia pracować w domu.Nie zauważyła kiedy prosto ze sklepu dotarła na szosę prowadzącą do jej domu. Myślała o Jimie. Miała wyrzuty sumienia. Może nie powinna wtedy zareagować tak ostro? W końcu w jej życiu dalej występował Filip, więc czemu Meike tak ją zdenerwowała. Bo powiedziała prawdę? Fiona była dalej mężatką. Nie, to nie to tak ją wyprowadziło z równowagi. Wszystko postawiła w tym momencie na jedną kartę. Liczyła na niego. Wyobraziła sobie minę Jima, gdyby ten przyjechał do niej z Kolonii a drzwi otworzyłby mu Filip. Na ten obraz roześmiała się nerwowo, skręcając w swoją uliczkę. Było zimno a opad śniegu przybierał na sile. Zaparkowała na podjeździe, przed bramą garażu. Torby z zakupami przewiesiła przez ramię i przykładając telefon do ucha kontynuowała rozmowę z mamą. Manewrując na jednej nodze, drugą domknęła drzwi i mocno starając się nie poślizgnąć na oblodzonej ścieżce, wolnym krokiem przeszła w stronę domu.

390189_267791589949392_1688405182_n

Na wycieraczce, przy samych drzwiach stał półtorametrowy bałwan, puszczający oczko z kawałka drewna. Przez chwilę stała lekko zbita z tropu. Rozejrzała się po śladach śniegu. Ktoś wszedł ale już nie wyszedł. Pożegnała się z mamą i natychmiast odłożyła zakupy. Podeszła bliżej do bałwana i dopiero wtedy zobaczyła, w miejscu, gdzie powinien mieć miotłę, bałwan trzymał różę w pełnym rozkwicie. Kropelki zamarzniętej rosy spoczywały dumnie na płatkach, kontrastując z krwistą czerwienią zamarzającej róży. Pochyliła się aby przyjrzeć się bliżej temu zjawisku kiedy za sobą usłyszała głos.

-Zaprosisz drugiego takie bałwana do domu? – Jim wyszedł zza rogu.

-A rozpłynie się tak szybko jak ten pierwszy?- Udawała zaciętość i złość. W głębi serca wzruszenie rozbrajało ją na tysiąc kawałeczków. Bawił ją ten bałwan, skruszony mężczyzna i ten piękny kwiat. Robiła wszystko, napinała każdy mięsień, byleby tylko nie pokazać jak bardzo się cieszy.

-To będę siedział w wannie i ci się tłumaczył. – ostrożnie uniósł kąciki ust, sprawdzając reakcję Fiony.

-To byłby głupie i dziecinne. – ledwo powstrzymywała śmiech.

-Bo tak się zachowujemy…. głupio i dziecinnie. Fiona…. przecież chcemy być razem… – podszedł krok bliżej.

-Nie wejdziesz! – warknęła

-Nie chcesz ze mną porozmawiać? Fiona kila minut! Możemy tez pogadać na zewnątrz. – naciągnął czapkę bardziej na czoło.

-Nie wejdziemy, głupku bo na wejściu do domu zbudowałeś Bałwana Godzillę! – pokazała dłonią okazałą rzeźbę.

-Przez okno cię wsadzę.- wzruszył ramionami.

-Jasne! Bo przecież w styczniu, przy temperaturze jak na Grenlandii, zostawiam okna pootwierane!! A niech się wietrzy! – dodała z ironią.

-No to go rozwalimy!

-Szkoda go trochę.

-Kobieto! Masz inny pomysł? Bo trochę zaczyna być zimno!

-Dobrze ci tak! Trzeba było zadzwonić a nie sterczeć pod domem jak głupek!

-Przestaniesz mnie obrażać?- Jimmy tupnął nogą.

-Sam zacząłeś nie dzwoniąc od świąt i jeszcze ten durny bałwan!

-Sądziłem, że mnie nie chcesz! Że już po nas!

-A czy ja ci kiedyś tak powiedziałam baranie jeden?!- w stronę Jima poleciała kulka śniegu trafiając go w środek kurtki.

-O ty małpo!- sięgnął po odrobinę śniegu – Mogłaś zadzwonić! Ja wiem, że nie znasz się na technologii no ale telefon chyba opanowałaś.- cisnął w kobietę niewielką śnieżkę, trafiając ją w ramię.

-Nie ja prowadzam się z byłą żoną w święta po rodzinie, ty poligamisto cholerny! -kolejny rzut.

-Co? – Jim skrzywił się -Jaki poli…- kulka śniegu trafiła go prosto w twarz prawie go przewracając

- O cholera Jimmy! – podbiegła do niego.- Nic ci nie jest?

- Teraz to już nie widzę przeszkód do dalszych rozmów! – przecierał oczy z resztek białego puchu jednocześnie siadając na schodku.

- Przepraszam! – Usiadła obok niego.

-To tylko śnieg. Nic się nie stało.

-Nie. Przepraszam, że cię wtedy nie wysłuchałam.

-Meike przywiozła dzieci. Sama od siebie. Taki dobry gest z jej strony. Głupio mi było i zaprosiłem ją na kawę. I wtedy ty przyjechałaś…- objął ją ramieniem – Przyjechałaś do mnie….

- To był z kolei mój dobry gest…- prychnęła- dziesięciogodzinny dobry gest!

- Co z Filipem?- zapytał cicho, już poważnie.

-Nic.- spojrzała na Jima spod wachlarza gęstych rzęs. – Z nim nie byłabym szczęśliwa…

-A ze mną będziesz? – splótł palce z jej dłonią.

-Nie wiem…- wzruszyła ramionami. – Wiem jedynie, że nie będzie to łatwe ale chcę spróbować.

-I już nie uciekać?

-Już nie uciekać….-pocałował jej zimne usta przytulając ją mocniej do siebie. Nie czuli mrozu, nie zauważyli sypiącego śniegu. Byli tylko oni…. i bałwan stojący za ich plecami.

-Muszę coś ci powiedzieć….Coś o mnie i Patricku….- głos mu się złamał, słowa grzęzły w gardle a serce przyspieszyło rytm. – Bardzo chcę ci o tym opowiedzieć…

-Poczekaj, wejdźmy do środka. Wszystko mi opowiesz. – wstała, otrzepując się z resztek topiących się płatków i podeszła do toreb z zakupami.

-Czekaj, wezmę to. – Jim przesunął bałwana prawie go nie uszkadzając i doskoczył do kobiety, przejmując od niej torby.- Hmm, trzy butelki wina? Zapraszasz kogoś czy masz zły dzień?

-Zły tydzień! – mruknęła pod nosem, sięgając po telefon kiedy przekraczali próg domu. – Ja pierdole! – krzyknęła nie odrywając wzroku od aparatu.

-Co jest? Co się stało?- Jim w sekundzie był koło niej. Kobieta zbladła i cała dygotała.- Co tu jest napisane? Nie rozumiem!

-Filip… – dyszała. -… Zmienia powództwo….

-Co? Co to znaczy?

-Kurwa! Debil wnioskuje o rozwód z orzeczeniem o winie…- usiadła na pobliskim krześle.

-Co to oznacza?- mężczyzna klęknął przy przestraszonej kobiecie.

-Wojnę…

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 4 komentarzy

72.Times they are changin

Zatrzymali się kilka ulic dalej. Zjechali za niski, niepozorny, zamknięty market i szybko wyłączyli światła i silnik. Paddy uderzył potylicą w zagłówek fotela, przymykając oczy. Robił wszystko by opanować złość. Aż podskoczył, kiedy usłyszał dzwonek telefonu siedzącej obok Poli.

-To Fiona. – powiedziała i szybko odebrała. -Pyta gdzie jesteśmy bo…

-Nie wracamy tam!- powiedział zdecydowanie.

-Nie o to mi chodziło! Pyta bo też stamtąd uciekła i nas szuka.- Pola ponownie wysłuchała głosu w słuchawce. – I jest sama, z dziećmi.

-Daj mi ją. – Paddy, już spokojniejszy, przyłożył aparat do ucha, podając adres jaki miała wpisać w GPS. Rozłączył się. Odpalił silnik i bez słowa wrzucił pierwszy bieg.

-Nie czekamy na nią? -Pola zapytała cicho.

13ad4a9deb93d9331b5ddf1f27e657ab

-Nie. Kochanie, jest cholernie zimno,jesteś w ciąży i nie będę was narażać tylko dlatego, że mam siostrę w piekła rodem! – pogładził dłonią jej udo. -Poza tym Fiona jedzie z chłopakami. Musimy teraz pomyśleć o sobie i o nich.

-Co za adres jej podałeś?

-Hotelu. Jedyny, gdzie jest jakaś szansa znaleźć wolny pokój w święta. Spotkamy się przed wejściem.

-A nie chciałbyś…

-Pola, nie! Nie wrócę tam! A juz na pewno nie dzisiaj!

-Ok, w porządku.- dodała cicho próbując go uspokoić.

Zaparkowali przed hotelem, najdalej od jednej, samotnej latarni, która słabo oświetlała niewielki plac. Zgasił silnik. Nie ruszył się przez kilka chwil.

-Boże…. żebym musiał uciekać od swojej rodziny…. – westchnął – znowu! I to w święta! Pola… – obrócił głowę i spojrzał w zielone, wystraszone oczy.- Jak ja mam cię za to przeprosić? Jak ci to wynagrodzić? – pocałował jej dłoń. – Tyle przechodzisz, tyle znosisz dla mnie….

-Dla nas Paddy…. dla nas! Ty tez nie miałeś ze mną łatwo… – uśmiechnęła się smutno

-Ty za dużo ryzykujesz…. ja nie byłem w ciąży! – uśmiechnęli się na tą wypowiedź.

-Kochanie, nie masz mnie za co przepraszać! Przecież to nie twoja wina.

-Miałem podejrzenie, że Kathy będzie tworzyć problem… Ale nie Joe…- spuścił głowę i bawił się guzikiem płaszcza. – Oni mają mi za złe, że ich zostawiłem…. ich, zespół i uciekłem. Ale ja już dłużej nie mogłem Pola. Nie mogłem! Jakbym został z nimi i z Andreą jeszcze kilka cholernych miesięcy to chyba bym skoczył z tego okna!

-Nie mów tak! Nie skoczyłbyś!- ścisnęła jego ciepłą dłoń. – Bo wtedy ja bym nie przeżyła po ataku. Paddy, to jest za nami. Przykro mi, że musieliśmy wysłuchać tych wszystkich okropnych rzeczy, mam nadzieję, że Kathy i Joe przekonają się do mnie… do nas.

-Nie musimy się o to starać. Nie chcą nas akceptować to nie są nam potrzebni!

-Ale to jest twoja siostra i brat!

-A ja jestem ich bratem! W dwie strony to działa wiesz? A po dzisiejszym wieczorze mam o brata i siostrę mniej w rodzinie! – z frustracją uderzył dłońmi w kierownicę.

-Dziwne, że reszta milczała…

-Zawsze tak było! Jak Kathy warczała to reszta siedziała cicho. Tylko ja i Angelo się stawialiśmy… ale on teraz już ma rodzinę, jest poważnym panem i nie będzie kłócił się z rodzeństwem. – wywrócił oczami i pokiwał głową.

-No a Jim?

-Nie wspominaj o nim! To przez niego! Mógł nie mówić- zaczął krzyczeć i machać rękami.- Nie miał prawa! To twoje życie i nie miał cholernego prawa rozpowiadać o tym! Kretyn!

-Może był pijany…

-Czy ty go bronisz? – Paddy wbił zdziwione spojrzenie w kobietę.-Nie wierzę!

-Nie bronię! Nie oceniaj pochopnie. Może…. – rozłożyła bezradnie ręce.- No nie wiem! Ale może jakoś ci to wytłumaczy!

-Musiałbym z nim najpierw porozmawiać, a na to nie mam chwilowo ochoty. O, patrz, Fiona jedzie. -zmrużyli oczy oślepieni światłem nadjeżdżającego samochodu.

-Pieprzona Meike! Cholerny Jim!- Kobieta wyskoczyła z samochodu tupiąc ze złości nogami.

-Hej, hej! Mała, już dobrze! Chodź tu! – Pola zamknęła ją w swoich ramionach.

-Nie mogłam tam zostać! Z nią przy jednym stole? Z tyloma obcymi ludźmi?! Bez was?

-Nie obcymi! Znasz ich… z telewizji!- Paddy próbował zażartować opierając się o samochód. -Gwiazdy cholerne!

-Jest mi zimno, jestem tak zmęczona psychicznie, że teraz usiadłabym na tym białym gównie, co inni nazywają śniegiem i zapłakałbym żewnie!

-Soplami lodu! Ale masz rację. – Pola pocierała ramiona przyjaciółki. – Wejdzmy do środka, zobaczymy co się da zrobić.

Paddy postawił kołnierz, pogłaskał Polę po plecach i wymienił pytające spojrzenie, na które ona kiwnęła głową, że wszytsko ok. Pobiegł przodem wołając kogoś z obsługi podczas gdy kobiety pomagały wysiąść chłopcom z pojazdu.

 

Po krótkiej chwili wszyscy rozsiedli się w hotelowym lobby. Rozpinali kurtki i płaszcze od nadmiaru ciepła jaki panował wewnątrz budynku. Paddy gestykulował i głośno dyskutował z recepcjonistą,w języku niemieckim.

-Niech on ci nigdy miłosći nie wyznaje po niemiecku! -Fiona aż się wzdrygnęła. – Brzmi jak z kiepskiego pornosa.

-Paddy z pornosa…. taaa…- Pola wywróciła oczami. – gorszej bzdury nie słyszałam.

-A ja gorszej fabuły.

-Bo pornosa oglądasz dla fabuły! -Pola osunęła sie na hotelowym fotelu wybuchając śmiechem.

-Pewnie! -Fiona ironizowała. – A na końcu liczę na to, że jednak się pobiorą!

-Jaka ty jesteś głupia! Po kim ty to masz Fiona?

-A nie wiem… – wygięła usta w podkówkę. – może po moim alter ego! ;)

-Sprawa wygląda następująco… -Paddy podszedł do śmiejących się kobiet. Było mu wstyd, więc zwiesił głowę, schował dłonie do kieszeni spodni -Jest pokój…Ale nie cieszcie się za mocno! Jest jeden. wprawdzie apartament ale jednak jeden.

-Super!

-Z czego się cieszycie wariatki? – Paddy niczego nie rozumiał.

-Nikt nie chce być sam w święta. – z tym słowami Fiony, rozdzwonił się jej telefon- O, o wilku mowa a tu czerwony kapturek dzwoni! – pokazała napis „Jimbo” na wyświetlaczu.

-Strach pomyśleć co z nią bedzie jak się napijemy…. -Paddy stał nad kobietami ze złożonymi na piersi dłońmi. Fiona wyłączyła telefon. – Nie rozmawiasz z nim?

-Jeszcze nie teraz Paddy. Nie jestem w stanie go teraz wysłuchać. Potrzebuje odpocząć…

Obsługa hotelowa zaprowadziła ich do dużego pokoju na ostatnim piętrze. Był duży, gustownie urządzony, przesycony ciepłym światłem rozstawionych gdzieniegdzie lamp. Pokój składał się z dwóch osobnych pomieszczeń i łazienki z ogromną wanną. Dwóch, młodych uśmiechniętych mężczyzn wniosło bagaże, podziękowali za napiwek i szybko opuścili pokój zostawiając przyjaciół samych.

-I co teraz? – kobiety usiadły na łóżku.

- Pójdę chyba wykąpać chłopaków, całą drogę nie spali. Powinni paść w kilka sekund. – Fiona masowała skronie lekko przymykając oczy.

-Pomogę ci. – Pola ścisnęła dłoń przyjaciółki. – Jak się czujesz, Paddy? – nie odpowiedział. – Paddy?

-Hmm? Co?- zamrugał powiekami. – Przepraszam, zamyśliłem się. Jest w porządku. – mówił zdawkowo, wymijająco.- Pójdę na dół. Zamówie dla nas jakąś kolację może… Powinniśmy coś zjeść.- zatrzymał spojrzenie na smutnych oczach ukochanej.

-Chcesz zostać sam?

- Na chwilę…Nie martw się… – cierpko się uśmiechnął- Zaraz wracam. -ścisnął jej dłoń.

-Jestem z Fioną. Nic mi nie będzie.

18516285_120332000820512355_916402979_n

-Będę blisko. – wyszedł. Miał dość trzymania wszystkiego na wodzy. Chciało mu się płakać. Zacisnął szczęki jeszcze raz, trzymając w ryzach łzy napływające do oczu. Zamówił ogromną kolację do pokoju, odmówił udziału w wigilii z innymi gośćmi hotelowymi, poprosił o dyskrecję i szybko wyszedł z hotelu. Spojrzał na telefon. Osiem nieodebranych połączeń od Jima,  cztery od Angelo i dwa od Patricii. Westchnął, włączył dźwięk i powoli szedł przed siebie, rozkopując czubkiem buta małe kopczyki śniegu usypane po bokach chodnika. Było ciemno ale całe miasto przykryte śniegiem odbijało światło miasta co dawało poczucie ciepła i jakiejś dziwnej nadziei. Bez rodziny żył tyle lat, tęsknił, chciał do nich wrócić… czasami. Teraz czuł wielką zadrę w sercu. Słowa Kathy nie bolały go tak bardzo jak zdrada Jima. Powiedział ich tajemnicę. Coś, co przyjaciele Poli tak długo ukrywali przed nim a teraz Jim tak po prostu, powiedział o wszystkim, zamykając jego ukochaną w szufladkę uprzedzeń.

-Boże, co ja mam zrobić?!- usiadł na oparciu ławki. – Wybaczyć? Nastawić drugi policzek? Stracić tak bliskiego mi brata?- oparł brodę o splecione dłonie. -Nie mogłoby być chociaż raz normalnie?! – zadzwonił telefon. Spojrzał i tym razem odebrał. – Czego kurwa chcesz?

-Padd, poczekaj nie rzucaj słuchawką! Ja… – Jim westchnął – Ja…

-Jak dzwonisz, żeby postękać mi do telefonu to nie tek cholerny numer!

-Masz prawo być zły….

-Nie Jim, nie jestem zły… jestem na zmianę rozczarowany tobą i wkurwiony! Próbuję się opanować ale z miłą chęcią dałbym ci w pysk! A teraz spierdalaj i daj mi spokój! – rzucił słuchawką.

- A może wysłuchasz mnie… teraz? – Paddy usłyszał głos brata za sobą.

-Nie wiem jak mnie znalazłeś ale idź stąd Jim!

-Daj mi chociaż wytłumaczyć co się stało.

-Nie! Nie mam ochoty nawet na ciebie patrzeć! Wracaj do reszty!

-Padd ja…

-Wypierdalaj Jim!- poderwał się z ławki i stanął naprzeciwko brata.- Co chcesz usłyszeć? Że nic się nie stało? Otóż stało się! Dlaczego wszystko im powiedziałeś co? – popchnął Jima w klatkę piersiową. -Dlaczego kurwa?

-Pijany byłem! Wspomniałem o tym jak Polka uciekła bez ciebie w góry. Na cmentarz!

-Łooo ty zapijaczony gnoju! – Paddy odszedł kilka kroków próbując się uspokoić.

-A potem wspomniałem jak mówiłem, że może mógłbyś znaleźć sobie normalną kobietę a oni….

-Pola jest normalna! Czy wy tego nie widzicie?! To, że jej się pojebało w życiu nie znaczy, że z nią jest coś nie tak! Zresztą, jest normalniejsza od ciebie, hipokryto!

-Już druga osoba mnie tak nazywa. Dałem dupy, nie powinienem mówić. Ale w sumie co się takiego stało?- Ledwo skończył zdanie, poczuł tępy ból w prawym policzku. Uderzenie nie było bardzo silne ale w połączeniu z zaskoczeniem, odrzuciło Jima na kilka kroków.

- Teraz się stało! – Paddy masował palce dłoni- To wszystko twoja wina! Jak zawsze, ty zawalasz a ja obrywam!

-Kiedy za mnie oberwałeś?! Nie przesadzasz? Wielki Paddy! I tak ci nie zaszkodzi to w relacji z Polą. Poza tym to wszystko jest prawdą.

-A to, że jest bardziej wybrakowana od Anderi też jest prawdą?!-Paddy przybrał kolor purpury od kipiącej w nim złości.

-Andrea to była…. – zamyślił się na chwilę. – Nie była ciebie warta.

-Po czterech latach… Nagle dobry brat się w tobie obudził.

19029399_1928587914083248_5544129088942806798_n

-Dałeś mi po pysku, to działa trzeźwiąco. -próbował się uśmiechnąć

-Wiesz jak Polę boli jej przeszłość? Nawet my we dwoje rzadko o niej rozmawiamy. A ty kretynie, idziesz do całej naszej rodziny i mówisz o wszystkim jak o jakiejś pierdółce!

-Mówiłem ci już. Wypiłem o kilka drinków za dużo.Nie radziłem sobie z sytuacją z Fioną.

-A nie pierdol! Mówiłem ci już, nie pij! Ale ty musisz! Przy każdym problemie zawsze musisz pić! Czy ty kretynie nie rozumiesz, że w ten sposób niszczysz to co masz z Fioną?

-Muszę z nią porozmawiać, wyjaśnić.

-Nie. Ona nie jest na siłach na rozmowy z tobą. Poza tym co jej powiesz? Że przez ciebie jej przyjaciółka właśnie zalewa się łzami?

-Przykro mi. Przeproszę Polę. Ale muszę pogadać z Fioną.- zapiął kurtkę pod szyją.

-Zapomnij! Nie ma takiej opcji

-Nie jesteś psem ogrodnika!

-Dzisiaj obie są pod moją opieką i mówię ci, pogadasz z nią w innym terminie.

-Wysłucha mnie! Jak tylko mnie zobaczy.- minął Patricka, kierujac się w stronę hotelu.

-Pewnie już śpią z Polą…. Jim, ona przyjechała tu z dziećmi…- na te słowa młodszego brata Jim zatrzymał się mając za sobą Paddiego. Czuł jego wzrok na swoich plecach. Zaczął oddychac jeszcze szybciej, dodając sobie odwagi. Kiedy już chciał dodać coś co męczyło go od dawna, usłyszął.

-Nie wybaczę ci tego, ze uderzyłeś w nią. W kobietę, która jest dla mnie wszystkim!- powiedział cicho, Jim ledwo usłyszał słowa oddalającego sie spokojnie Paddiego.

- Spałem z Andreą, kiedy byliscie razem! – odwrócił się i krzyknął w stronę brata. -Zdradzała cię. – spuścił głowę. – Wybacz….

-Żegnaj Jim… – rzucił przez ramię. Dostrzegł na policzku Patricka błyszczącą stróżkę zamarzającej łzy. Widział jak w unoszących się obłokach wirującego, srebrnego śniegu niknie czarna, przygarbiona postać jego młodszego brata. Czuł ogromy, przeszywający ból w sercu. Oczy piekły go mimo panującego mroku. Rękawiczką wytarł kilka nisfornych łez, wykrzywił usta w grymasie cierpienia i z cichym jękiem wypuścił powietrze.  Nie wiedział co robić. Fiona, Paddy, Pola… spieprzył wszystko. Jak to naprawić, jak wrócić na właściwy tor? Ostatkiem sił wrócił do samochodu. Włączył silnik i pojechał do swoich córek i do swojego rodzeństwa, choć tak na prawdę pragnął być sam ze swoim towarzystwem.

 

Nie wiedział gdzie idzie. Podejrzewał, że w kierunku hotelu. Wiatr niemiłosiernie ciskał w jego twarz  zamarznięte kropelnki wody, które paliły jego skórę raz za razem. Już nie płakał. Łzy wyschły. Coś w nim pękało, jakaś myśl z czeluści jego umysłu pazurami przedostawała się na powierzchnię jego świadomości. Z każdym krokiem jego szczęki zaciskały się coraz mocniej. Tam… to tam właśnie czekało jego życie… Nie za jego plecami, swoje dawne życie musi zostawić. Nie trzymać się go kurczliwie niczym przerażony tonący świadomy swojej bliskiej śmierci. Przed nim było życie. Ona… kobieta która rozświetla każdy jego dzień. Która ma w sobie tyle dobra i miłości. Ona i dziecko to jest jego świat. Ta mała istotka napędzała jego istnienie. Każdą komórkę, każdą myśl, kierował do niej i dziecka. Oddałby wszystko, żeby była szczęśliwa i bezpieczna… Zawsze! Nie zauważył, kiedy zaczął biec, tracąc równowagę na oblodzonych powierzchniach. Biegł ile sił w nogach. Parking hotelu. Jego auto. Obok auto Fiony. Agresywnie szarpnął drzwi i wbiegł do środka przy dużym zdziwieniu recepcjonisty.

-Panie Pa… – mężczyzna przypomniał sobie o dyskrecji o jaką prosił Paddy. – Mam dla pana przesyłkę.

-Że co proszę? Jaką znowu przesyłkę? – z ledwością łapał oddech podpierając się o kontuar recepcji

-Coś się stało? Szklankę wody? Coś mocniejszego panu podać? Jest pan blady.

-Bo biegłem. – Paddy dysząc zaczął rozpinać płaszcz i ściągnął czapkę. – Dawaj pan tą przesyłkę póki jestem miły!

167159_koperty_wstazka-Proszę. Przyniesiono ją jakieś dwadzieścia minut temu. – mężczyzna podał Paddiemu mlecznobiałą kopertę przewiązaną czerwoną wstążką.

-Kto to był? – przychylił się i z obłędem w oczach chwycił recepjonistę za ramię. – Mów kim on był do cholery!

-Mężczyzna. Po trzydziestce. Wysoki. Ciemne włosy. Spieszyło mu się. Zostawił to dla pana i wyszedł w pośpiechu. Proszę się uspokoić, nic więcej nie wiem.

-Boże, co ja robię? – puścił ramię recepcjonisty. – Przepraszam pana… miałem… ciężki wieczór.

-Zamówić panu drinka do pokoju? – mężczyzna delikatnie się uśmiechnął.

-Macie tu fortepian? – Paddy przekładał w dłoniach zamkniętą kopertę.

-Oczywiście. Sala jest zamknięta ale moge dla pana zrobić wyjątek i udostępnić klucze. – położył na blacie srebrny, mały kluczyk.

-Dziękuję. I… przepraszam za mój wybuch. – zabrał kluczyk.  - I dziękuję za to. Chyba będę potrzebował chwilę samotności.

- Do usług. – mężczyzna uprzejmie kiwnął głową i wzrokiem odprowadził Paddiego do windy.

 

-Dzieje się coś niedobrego… – mówił sam do siebie rozwiązując czerwoną wstążkę. – Jezu, szybciej z tą windą!- Warknął pod nosem. Rozerwał kopertę…

„ Gdyby ktoś mi powiedział,że całe moje życie zmieni się między jednym uderzeniem serca a drugim,parsknąłbym śmiechem.Od szczęścia i tragedii,od niewinności do upadku?Żarty. Ale tyle wystarczyło. Jedno uderzenie serca. Mgnienie oka,oddech,sekunda-i wszystko co znałem i kochałem zniknęło. Nie popełnij mojego błędu…” 

-Kurwa… – zaklął. Drzwi winy rozsunęły sie i szybkim krokiem  wszedł do pokoju. W łóżku spała Fiona, przytulając do siebie dwóch małych chłopców. – Pola? Gdzie jesteś? – szepnął starając się nikogo nie obudzić. Stanął w bezruchu i po chwili usłyszał pociągnięcie nosem, dochodzące z łazienki. Kopertę rzucił na stół i szybko pobiegł w kierunku pomieszczenia. Otworzył drzwi. Siedziała na brzegu wanny, ubrana w biały, hotelowy szlafrok. Makijaż spływał jej razem z potokiem łez. Lekko kiwała się do przodu i cicho płakała. -Pola… kochanie!- doskoczył do niej, kucnął przy jej nogach i spojrzał na nią spod zmęczonych powiek.

-Myślałam, że jestem silna! Że mogę sobie z takimi rzeczami dawać radę. Że powinnam, chcę zrobić to dla ciebie. Żebyś nie widział jak bardzo bolą mnie te słowa. Ale nie dam rady. Nie jestem taka silna! – ścisnęła jego dłoń. – Jej słowa brzmią w moich uszach do tej pory. Jestem wybrakowana, taka jest prawda! Kathy ma rację! Próbowałam usnąć…. dla niego. – pogłaskała się po brzuchu. – Ale jak zamykam oczy… O Boże…- poleciał potok łez, Polę zgięło w pół.

-Skarbie oddychaj i spróbuj się uspokoić. Nie możesz tak sie denerwować. – głaskał jej kolana. – Oddychaj.

-Widzę to wszystko jak zamykam oczy. Wspomnienia odżyły. Dlaczego ona mnie tak nienawidzi co?

-Nie wiem… – odpowiedział smutno.

-Nie prosiłam się o takie życie! Nie życzyłam sobie takiego męża jak Marek. Nie ja zrobiłam to wszystko więc czemu tak mnie nienawidzą?!

-Nie nienawidzą. Nie rozumieją…- usiadł obok niej i objął ramieniem. – I nie muszą nas rozumieć.

-Ale to twoja rodzina.

-Nie ma to teraz znaczenia! Pola… ty jesteś moją rodziną. Ty…. i ta mała fasolka, która w tobie rośnie… to wy jesteście dla mnie najważniejsi. – dotknął jej brzucha.

-Tracisz bliskich… tak jak ja, kiedyś.

-Wrócą… o to się nie martw. Mam coś dla ciebie. – wyciągnął z kieszeni srebrny kluczyk.

-Do czego ten klucz?

-Nie chcę tego, co się dzisiaj stało, przeżywać sam. Tylko z tobą. Ubierz się, gdzieś cię zabiorę.

-Gdzie?

-Tam gdzie gra moja muzyka… z serca.- uśmiechnął się cierpko, pogłaskał jej policzek i wyszedł z łazienki, zostawiając kobietę samą.

Stał chwilę nad śpiącą Fioną, do której przytulała się dwójka małych dzieci. Czule odgarnął kosmyk włosa zasłaniający jej oko. Widział w niej tyle dobra. Była dla Poli jak siostra… i dla niego powoli stawała się siostrą. Wsiąknął w to życie. Było już jego. Poli przyjaciele stali sie jego przyjaciółmi. Kochał ich wszystkich bez wyjątku. Śpiąca przed nim szatynka wydawała się taka krucha, bezbronna. Teraz musiał o nie dbać, być za nie odpowiedzialny niejako.

-Dasz sobie ze wszystkim radę kochana. – uśmiechnął sie delikatnie. – Jesteś silniejsza od nas, razem wziętych. On na ciebie nie zasługuje…- pocałował dłoń i przyłożył do jej czoła.

Chwycił Polę za rękę i cicho wyszli z pokoju. Na korytarzu spotkali kelnera i zabrali od niego niesioną whisky. Zamknęli się w dużej restauracyjnej sali z fortepianem znajdującym się na lekkim wzniesieniu.

18920162_1879432768987243_1523039377499393408_n

 

Grał długo. Nic nie mówił, nie musiał. Jego muzyka wystarczająco do niej przemawiała. Siedział obok niego. Patrzyła jak palce przesuwają się po czarno białych klawiszach niczym zgrabne baletnice, ledwo dotykające podłogi. Jej mężczyzna… Jej największa miłość. Teraz wydawał się mocno skrzywdzony przez los.  Paddy zamyślony stukał w klawisze bez ładu i melodii… usłyszeli dzwonek jego telefonu. Westchnął i sięgnął do kieszeni spodni. Dzwonił Jim. Odrzucił połączenie i bez komentarza położył telefon na fortepianie. Zaczynał grać ” one more song”, kiedy znowu zawibrował jego telefon. Tym razem połączenie było od Johna. Tak samo, odrzucił również połączenia od Maite i Patricii. I po raz kolejny wyświetlił się numer Jima.

-Kurwa mać! – nie wytrzymał. Wstał od fortepianu, chwycił aparat w dłoń i cisnął nim z całej siły o podłogę, roztrzaskując go na małe kawałki. -Dość ich mam na dzisiaj! Niech uszanują chociaż to jedno. Nie będę z nimi dzisiaj rozmawiać! Wystarczy, że Jim się napatoczył…. za dużo usłyszałem! Nie chcę więcej! – z tymi słowami zadzwonił telefon Poli. Sięgnęła do kieszeni bluzy. – Nie odbieraj Pola! – wskazał na nią palcem.

18813640_1907547319502349_769381889101064939_n

-Ale może powinniście pogadać Paddy. Jim jest ci bliski.

-Już nie jest! Rozmawiałem z nim dzisiaj…. wystarczy…Nie odbieraj! – warknął a po chwili dodał już spokojnie – Proszę.

-Jak to rozmawiałeś?- odrzuciła połączenie. – znalazł cię?

-Widocznie również zna ten hotel… – parsknął z wyrzutem. – Może przyprowadzał tu Andreę?

-Jak? Co? – zieleń jej oczu przewiercała Patricka na wylot. -Jimmy z Andreą? Skąd wiesz?!

-Powiedział mi. Jakieś dwie godziny temu.

-Od kiedy?

-Nie Pola…. – uderzył w klawisze- Nie od kiedy a kiedy…. jak byłem z nią. Zdradzili mnie…

-Fiona?

-Nie!

-Dowie się?

-Nie ode mnie… tego nie mam zamiaru jej mówić.

 

 

W drugi dzień świąt ulicami Paryża przechadzały się ciemne postacie, podziwiające rozświetlone przez miliony światełek miasto. Wszystko bieliło się od spoczywającego srebrnego śniegu. Co chwilę rozbrzmiewały salwy śmiechu bądź romantyczne szepty w ciemnych uliczkach. Nikt nie zwrócił uwagi na dwa sunące powoli, czarne niepozorne auta, wyjeżdżające poza granie miasta. W pierwszym, za przyciemnioną szybą, na tylnym siedzeniu siedział Artur a towarzyszył mu Łukasz, który widząc cel ich podróży powoli zapinał płaszcz i zakładał skórzane rękawiczki. Przy ich zderzaku jechał następny, w którym znajdował się Pierre i Alex.  Ten ostatni mierzył odbezpieczonym pistoletem w środek bagażnika. Milczeli. Skupieni na tym co za chwilę będą musieli zrobić. Przejechali niewielki las i zatrzymali się w miejscu gdzie zawsze kończyli swoje problemy. Samochody zatrzymały się przy samym urwisku. Lodowaty wiatr niosący drobinki wody potęgował uczucie zimna. Najpierw wysiadł Łukasz i Artur. Postawił kołnierz, westchnął ciężko i podszedł do drugiego czarnego auta z którego właśnie wysiadał Pierre. Spojrzeli na siebie i bez słowa kiwnęli głowami. Francuz podskoczył do bagażnika, otworzył i wyszarpał z niego związanego taśmą, mężczyznę w średnim wieku. Alex mierząc dalej do mężczyzny z pistoletu, stanął obok przyjaciela.

2017-02-18 00.45.52

-Odklejcie mu pysk. – szczęki Artura pulsowały.

-Czego ode mnie chcecie gnoje?!- warknął próbując się uwolnić.

-A nie lepiej z zaklejonymi? – Pierre wywrócił oczami. -Przynajmniej nie będzie krzyczeć.

-Znaleziono u ciebie kopie nagrań Patricka. Pytam skąd? – błękitne oczy nie spuszczały wzroku z delikwenta

-Krasnoludki przyniosły.

-Marek je dostał? Gadaj, to dostaniesz kulkę między oczy. Nie będziesz cierpieć.

-Spokój! – Pierre zacisnął dłonie na ramionach szarpiącego się mężczyzny.

-Istnieje realne podejrzenie, że Marek o wszystkim wie.- Łukasz poprawiał rękawiczkę. – Skąd miał nagrania z sesji?

-Może od staruszka?

-Zabrałem od Leona wszystkie taśmy… Anny…

-Dość! – Artur jednym gestem uciszył Łukasza. Podszedł do związanego mężczyzny. – Powiedz mi…. proszę. – zmrużył oczy i uśmiechnął się złowrogo.

-Dostałem paczką. Kurwa puść mnie! – szarpał się w ramionach Pierra.

-Od kogo?

-Nie wiem.

-Łukasz?- Artur odsunął się, kiedy polak wymierzył solidny cios w szczękę przesłuchiwanego.

-A zatem…. co miałeś z tym zrobić? Pytam ostatni raz.

-Dostarczyć Markowi, kiedy ten wyjdzie.

-Co jest?- Łukasz odwrócił się i szepnął do szefa. – Leon prowadził sesję Paddiego…Prowadził Annę… jeśli to wszystko dojdzie do Marka….

-Wiem… -Artur poklepał Łukasza po ramieniu. po czym zwrócił się do reszty. – Posprzątajcie.

-Nie! On cię zabije… Za Pierra… za ojca… nie będziesz mieć życia. -krzyknął za wsiadającym do auta Arturem i Łukaszem.

-Nie zdąży… – Pierre wyszeptał mężczyźnie prosto do ucha i jednym szybkim ruchem zrzucił go ze skarby, wprost na nagie wystające skały. -Popraw Alex.

Amerykanin pochylił się, poczekał na moment uderzenia fal o skarpę i wystrzelił prosto w głowę mężczyzny.

-Mogłeś go chociaż rozkleić…. dać mu szansę. – Wsiadali do drugiego auta.

-Ja nie miałem tego luksusu… – Pierre odpalił papierosa i ruszył za Arturem wyjeżdżającym z lasu.

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 6 komentarzy

71. Oh Holy night

-Facet już tu nie mieszka… Odszedł od żony. Nie macie tu czego szukać łajzy. – Alex warknął do zakrwawionych mężczyzn wsiadających do auta, po czym splunął śliną wymieszaną ze świeżą krwią.- Kurwa, chyba zęba mi złamał!

-Pierdol tego zęba głupku! Zobacz jak ty wyglądasz! Pół twarzy zakrwawionej! Co jest, w Afganistanie nauczyli cię jak po pysku dostawać?

 

supernatural dean winchester Jensen Ackles spn alec dark angel ten inch hero my bloody valentine Priestly tom j. hanniger

-Poważnie? – przetarł rękawem kurtki twarz, spojrzał na plamy krwi wsiąknięte w tkaninę. – O cholera!- zebrał w dłonie sporą kupkę śniegu i przetarł twarz rozrzucając różowy śnieg wokół siebie.

- Ale serio?! – Pierre krzyknął z ironią. – Może jeszcze im okna umalujesz tą krwią coby na pewno zauważyli!

-Kurwa! Co robimy?- Alex pociągnął nosem i już miał ponownie splunąć ale na spojrzenie Pierra powstrzymał się.

-Myślę!

-Myśl szybciej!

-Nie popędzaj mnie kretynie! – Pierre odpalił papierosa, włożył go między wargi po stronie gdzie nie były aż tak opuchnięte i chwilę rozglądał się po okolicy.

-Czego szukasz?

-Aniołów!- Pierre zebrał plamy krwi razem ze śniegiem i usypał w zgrane dwie górki. Rozklepał nogą i przysypał świeżym, czystym śniegiem. – Robiłeś kiedyś anioły?

-Zachowujesz się jak głupek!  Aż tak mocno oberwałeś? Jakie znowu anioły?

stylowi_pl_moda-meska_ed-westwick-chuck_30818039

-No takie! – Pierre upadł plecami na usypane przez siebie miejsce i zaczął machać rękami i nogami, nie wypuszczając przy tym papierosa z ust. -Rusz dupę bo za chwilę osobiście zobaczysz anioły! -Alex zrobił to samo co jego przyjaciel.  Zadowoleni z siebie podnieśli się siadając na śniegu w tym samym miejscu.

-Wszystko fajnie. Krwi nie widać. – Amerykanin wygiął usta w podkówkę.- A co z moją twarzą, krwią na niej i tym całym syfem? – pokazał na siebie i przyjaciela.

-A, fakt.- Pierre uderzył delikatnie Alexa w policzek. W tym samym momencie usłyszeli z domu zbliżające się kroki. Tym razem Pierre uderzył mocniej, na co Alex wydał z siebie jęk bólu.- Realniej! Nie uderzyłem cię w szczepionkę!

-Przestaniesz mnie kurwa bić? Co jest z tobą?!

-Idą! – Pierre syknął.

-A to inna rzecz! -Alex skoczył i szarpnął Pierra za kurtkę.

-Odpierdol się! Nie twoja sprawa! – Krzyczał. – Gówno cię obchodzi moje życie i moja rodzina! My się praktycznie nie znamy, chłopie!

-No pięknie, zgonisz na mnie?- Alex szarpiąc Pierra szeptał mu do ucha. – No to masz! – uderzył go w szczękę. – w oczach Pierra pojawił się ogień a po chwili wstąpiła w niego biała gorączka. W kilka sekund koło nich pojawili się Paweł, Jimmy a potem cała reszta.

-Spokojnie koguty! – Jim chwycił Alexa, który bez większych oporów pozwolił się odciągnąć na bok.

-Co jest z wami?- Paweł ledwo mógł utrzymać rozjuszonego Pierra.

-Nie twoja sprawa! – wyrwał się i zrobił kilka kroków w kierunku Alexa.

-Przestań, natychmiast! – między Pierrem a Amerykaninem stanęła Pola. Rozjuszony francuz spojrzał jej w oczy i zobaczył w nich strach. Nie rozumiała i teraz była najwyraźniej mocno przestraszona całą sytuacją. Spojrzał na nią jeszcze raz i cała irytacja szybko zaczęły z niego ulatywać. Pod jej spojrzeniem łagodniał z każdą sekundą coraz bardziej.  - Co się z tobą dzieje?! Dlaczego go bijesz?! Co on ci takiego zrobił, co? Ile ty masz lat, żeby bić naszego gościa i to jeszcze w takim dniu jak dziś?

-Wybacz… nie powinienem. – nie podnosił wzroku.

-Kurwa nie wierzę! – Alex mruknął sam do siebie na widok skruszonego francuza.

-O co poszło Pierre?- Paddy odciągał wpatrzoną w niego Polę. -Odpowiedz mi. – dodała

-Nie twoja sprawa. -mówił spokojnie. – Nie musisz wiedzieć. Przepraszam za kłopot. – poprawił kurtkę i wyszedł na drogę, zamawiając taksówkę.

-Pierre, poczekaj! -Paddy zrobił kilka kroków w jego stronę i tym razem to Pola chwyciła go za rękę.

-Zostaw go. Musi ochłonąć. Niech jedzie. – mówiła cicho, spokojnie.

-My też już pójdziemy. – w drzwiach domu stanęła Gwen ze śpiącym Aronem na rękach.

-Ja też przepraszam. -Alex wydawał się wyraźnie skruszony. -To moja wina, chyba go sprowokowałem. – spojrzał za znikającym w ciemności przyjacielem. – Powiedziałem chyba o kilka słów za dużo.

-O co poszło, Alex?- tym razem to Paweł dopytywał.

-O rodzinę Pierra. – powiedział cicho i splunął krwią.

-Dobra, dosyć! – Gwen delikatnie popchnęła mężczyzną w stronę bramki. – Przepraszamy i co złego to… – zamyśliła sie. – Pozostańmy jednak przy najzwyklejszym przepraszam. – uśmiechnęła się cierpko i nieśmiało.

-Fiona, nie gniewaj się na mnie, proszę. – Alex pomachał i również wyszli na drogę zamawiając taksówkę.

Reszta towarzystwa stała jak zamurowana, nic nie rozumiejąc z całego zajścia.  Światła taksówki zniknęły z pola widzenia i w końcu wszyscy postanowili wrócić do środka.

- Od aniołów do mordobicia. -Jim obejmując Fionę wskazał  ślady na śniegu.- Cóż za skrajni kolesie. A sądziłem, że się lubią..

-Też odniosłam takie wrażenie. -zamyślona wtuliła się w silne ramię jeszcze bardziej.

-Fiona poczekaj chwilę. – zatrzymali się przed wejściem do domu, wśród setek światełek ozdabiających wejście do budynku. – Jadę jutro do Kolonii…

-A rozumiem… – posmutniała.

-Nie, nie! Nie rozumiesz. Jadę wcześniej bo chciałbym spotkać się z dziewczynkami, spędzić z nimi te dwa przedświąteczne dni.

-Dlaczego mi to mówisz?

-Jedź razem z Paddym i Polką w wigilie do Kolonii.. – spuścił wzrok. – Do mnie. – ujął jej chłodne dłonie. – Spędź te święta ze mną, z moją rodziną, z Polą. Fiona… – pochylił się i spojrzał w jej zastygłą twarz. – Zgódź się, proszę.

- Jim… Ja… – wypuściła głośno powietrze a w oczach pojawiły się łzy.

-Tylko mi nie mów że chodzi o Filipa?!- milczała.- Kurwa nie wierze! – odszedł kilka metrów zostawiając kobietę samą na tarasie. Warknął, zrobił nieduża kulkę śniegu i z całej siły cisnął nią w ciemny las po drugiej stronie ścieżki. -Posłuchaj!- zaczął do niej iść odrobinę spokojniejszy. – Ja na ciebie zaczekam. Zaczekam, rozumiesz?! – ścisnął jej ramiona. – Ale ty musisz wiedzieć czego chcesz! – przytulił ją z całej siły. -Filip nie zasługuje na ciebie. Nie powinnaś z nim być. Powinnaś być ze mną. Ze mną! – szczęki mu pulsowały a uścisk stawał się coraz mocniejszy.

a2579e729b4434ce8e983e52d98e7814

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Kocham cię Jimmy…Już zapomniałam jak to jest…- wyszeptała mu prosto w ramię, w które wtulała twarz.- Ale nie mogę z tobą jechać… – Po chwili szczęścia, gorycz zalała serce Jima. Poluzował uścisk i delikatnie odsunął ją od siebie. Bez słowa zszedł kilka schodków prowadzących na ścieżkę do wyjścia. Nie odwracał się aż do momentu, kiedy chwycił za klamkę bramy.

-Też cię kocham Fiona… – spojrzał na nią, stojącą dalej przy wejściu do domu. – I zaczekam na ciebie. Mam nadzieję, że zmienisz zdanie bo ja…. – wyszedł na drogę. -… swojego nie zmienię. Do zobaczenia w Kolonii. – z tymi słowami odszedł ciemną ścieżką w stronę lasu.

Stała jeszcze chwilę patrząc bezmyślnie w punkt, gdzie chwilę temu, Jim wsiadał do taksówki. Serce wyrywało się w jego kierunku. Rozum jednak podpowiadał całkowicie co innego. Ostatni raz… ostatnie święta razem z mężem, ich ostatnia wigilia i koniec. Rozwód i koniec jej małżeństwa, związku, który trwał tyle lat. W którym ona trwała aż tak długo. Po tym wszystkim on zasługuje na wigilie z dziećmi. Podaruje mu to a potem odejdzie… do Jima. Wytłumaczy mu  wszystko. Poprosi Jima o wybaczenie i ostatnią szansę. Przecież ją kocha! Kochać będzie dalej za kilka dni. A ona tak bardzo by chciała, żeby ją kochał. Z nim wszystko byłoby łatwiejsze…

 

 

Dzień przed kolejnym wyjazdem Pola stała z założonymi rękami nad wielkim stołem, na którym przewalały się stosy kolorowych papierów, błyszczących wstążek i innych ozdobnych elementów. Wydęła usta i zaopatrzona w nożyczki i dużą ilość taśmy klejącej zabrała się do pakowania prezentów dla całej rodziny Kelly. Było późne popołudnie, Paddy pojechał do studia na krótką chwilę a ona rozkoszowała się cichą muzyką, herbatą z imbirem i miodem. Odkąd dowiedzieli się o ciąży, Paddy czasami przesadzał z nadopiekuńczością co, na zmianę, rozczulało i irytowało Polę. Teraz czekała ich podróż do Kolonii a ona zastanawiała się ile zajmie im pokonanie wszystkich drogowych nierówności. Uśmiechnęła się pod nosem i przypomniała sobie rozmowę telefoniczną z lekarką. Kazała  bardzo się oszczędzać, nie forsować, wysypiać i starać się nie denerwować. Nagle usłyszała pukanie do drzwi. -Jak tu się nie denerwować, kiedy nie masz nawet chwili spokoju. – zawiązała w pasie zarzucony na ramiona szary sweter i poszła otworzyć. – O nie! Do pracy wracamy po nowym roku! Czego chcesz?stylowi_pl_moda-meska_ed-westwick_38924533

-Nie mogę znieść myśli, że się na mnie gniewasz! -wyciągnął zza czarnego płaszcza butelkę. -Przyniosłem wino pojednania.

-A nie mogłeś tego zrobić po nowym roku?- otworzyła szerzej drzwi wpuszczając Pierra do środka.

-Wchodzić w nowy rok z jakimkolwiek wrogiem? Oszalałaś? – poszedł za kobietą do kuchni stawiając butelkę na stole i sięgając po korkociąg. -Poza tym Łukasz mnie zmusił, żebym cię przeprosił. Dupek…- mruknął do siebie.

-Przestań zgrywać pajaca! – odstawiła z impetem kubek herbaty na blat.- Co się tam wtedy stało? Z Alexem? Przecież on wyglądał jak siedem nieszczęść!

-A dziękuję ci bardzo!

-To nie był komplement głupku! Pobiłeś faceta! Miej nadzieję, że tego nie zgłosi.

-Nie wygłupiaj się, oczywiście, że tego nie zgłosi! – zaśmiał się z absurdu tej rozmowy. -Pola wyluzuj! Z Alexem mamy wyjaśnione. Zadzwonił, pogadaliśmy i po temacie. Napijesz się?

-Nie, dziękuję. O co pokłóciliście się?- naciskała

-Odmawiasz wina? Jesteś chora? Jeszcze ci się to nie zdarzyło…- zmrużył oczy.

-O co ci poszło z Alexem!?- Przechyliła się przez kuchenny blat wpatrując się w oczy Pierra, blisko… odrobinę za blisko. Dyskretnie uniósł kąciki ust i ciepłym gestem wyciągnął dłoń w kierunku jej twarzy. Zmarszczyła brwi zdezorientowana, zamarła szykując się na ewentualny krzyk oburzenia. Pierre powoli sięgnął do jej długich rozpuszczonych włosów, przez ułamek sekundy pogładził je i natychmiast wyciągnął z nich długą, błyszczącą wstążkę.

-Robisz się na śnieżynkę? – puścił jej oczko i odsunął natychmiast. -To co z tym winem? Mi chociaż nalej.

-Nie odpowiedziałeś mi.- postawiła kieliszek na stole. Jeden.

-Alex…skrytykował moją rodzinę.-powiedział szybko

-Przecież prawie nic o niej nie wie?

-Otworzyłem się przed nim, na tym tarasie. Za dużo alkoholu chyba wtedy było.

-Otworzyłeś sie przed Alexem, którego prawie w ogóle nie znasz a mi nic nie chcesz powiedzieć o swojej rodzinie i przeszłości?! Jestem oburzona! – żartowała.

-Przed nim było łatwiej.

-Dlaczego?

1964931_618787161567707_6553244743350556484_n

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Bo na Alexie mi nie zależy…- powiedział cicho, poważnie, patrząc w oczy Poli.

-A na mnie ci…zależy? -zapytała niepewnie, bojąc się odpowiedzi.

-Jesteś w ciąży?- zapytał nagle wybijając Polę z otępienia.

-Nie. Nie jestem! – warknęła.

-Owszem jesteś!

-Zależy ci na mnie?

-O widzę, że szybko uczysz się zmieniać temat! Najwyraźniej nie jest nam tak łatwo otworzyć się przed sobą, prawda?- przeszywał ją wzrokiem. Nastąpiła cisza, którą w pewnym momencie przerwał odgłos kluczy w zamku.

-Paddy! – twarz Poli rozjaśniła się w kilka sekund i szybko podeszła do drzwi, wtulając się w Patricka najmocniej jak tylko potrafiła.

-A tobie co?! – stał z wyciągniętymi rękami, w których trzymał jakąś torbę i bukiet białych kwiatów. – Udusisz mnie kochanie. Aż tyle się nie widzieliśmy czy jak?

-Hormony chyba. – szepnęła mu do ucha.

-Sądzę…że chyba coś innego. – spojrzenia jego i Pierra spotkały się. – Jakże strasznie niemiło cię widzieć! Zatęskniłeś?- Paddy nie oszczędzał złośliwości.

-Przestałem mieć koszmary więc… musiałem chwile na ciebie popatrzeć… teraz na pewno wrócą. – uniósł kieliszek wina. -Twoja kobieta nie chcę się ze mną napić.

-I dobrze! Nikt nie chce z tobą pić. A riposta całkiem niezła, wyrabiasz się. – Paddy odłożył torby do kuchni, kwiaty wstawił do wazonu i ujmując w dłonie twarz Poli pocałował ją czule.

-Chryste, jesteście obrzydliwi! Idę zapalić. – zniknął na balkonie.

-Może go tam zamkniemy? -Paddy nalał sobie kieliszek wina. – Będzie udawać „Dziadka Mroza” bo charakter ma już podobny. -zaśmiali się oboje.

-Zapytał, czy skoro nie pije to czy jestem w ciąży. Nic nie odpowiedziałam. Uratowałeś mnie w ostatniej chwili.

-Zawsze cię uratuje. Pamiętaj. – pogładził ją po plecach. – Jak się czujecie?

-Trochę mnie muli ale czujemy się całkiem dobrze. Powiem ci jak coś będzie się działo. Nie martw się. -pocałowała go w policzek, zmierzwiła jego kasztanowe włosy i wróciła do pakowania prezentów.

 

-Wiesz, że powoli wrastasz w otoczenie tego mieszkania? Za niedługo nie będziemy zwracać na ciebie uwagi. – Paddy uśmiechając się, odgarnął odrobinę śniegu z balustrady i oparł ramiona lekko sie pochylając, tuż obok zamyślonego francuza.

-Informacja jest cenniejsza od złota… – zaciągnął dym z papierosa do płuc.

-Słucham. Co mówiłeś?- Paddy przyglądał się mężczyźnie

-Jest w ciąży prawda, Paddy? – przewiercał go spojrzeniem.

-Nie wiem o czym mówisz. Nie jest. – odpowiedział stanowczo.

-Będziesz ojcem ty mały śmieszny człowieczku! – uniósł kąciki ust z lekkim uśmiechem. Paddy nie odpowiedział. Mierzyli się wzrokiem a twarz muzyka z sekundy na sekundę jaśniała nienaturalnym blaskiem. – Od tego uśmiechu będziesz miał jeszcze większe zmarszczki. – Odwrócił wzrok i spojrzał w oświetlone latarniami miasto przed sobą. -Gratuluję. – poklepał go po plecach.

-Dzięki. – wypuścił z całych sił powietrze.- Boje się jak jasna cholera. -dodał cicho.

-To zrozumiałe. Też bym się bał. A mało rzeczy przyprawia mnie o strach. – spojrzał przez ramię na Polę stojącą w salonie.-Napisz dla niej piosenkę.- zażartował chcąc zmienić nastrój tej krępującej dla nich chwili.

-Napisałem całą płytę. – Paddy roześmiał się.

-Ty to masz gest! – Pierre dołączył do Patricka.

Dopili butelkę wina przyniesioną przez francuza, złożyli sobie życzenia, wyściskali się i Pierre późnym wieczorem wyszedł z mieszkania. Następnego dnia jechali do Kolonii.

 

Późnym wieczorem poprzedzającym Wigilię Fiona z zapamiętaniem gotowała kilka potraw jednocześnie. Co jakiś czas sączyła kieliszek wina po czym wracała do mieszania, siekania, ubijania a w międzyczasie ocierała pot z czoła. Musiała pomyśleć. Jedni ćwiczą lub biegają jeśli chcą oczyścić umysł. Fiona gotowała. Dużo gotowała. Myśli jej dryfowały próbując poukładać się w zgrabną całość. Dochodziła 1 w nocy a ona z szeroko otwartymi oczami pochylała się nad ogromnym garnkiem bigosu. Tęskniła za Jimem. Przed oczami stawały jej obrazy jak uśmiechał się do niej, jak przy butelce piwa opowiadał jej o swoim małżeństwie, o córkach i o tym jaki był z niego zły człowiek. Pamięta, że nie pocieszała go. Nie głaskała po ręce przekonując jaki jest dobry. Pamięta jego zdziwienie, kiedy stwierdziła, że największy skurwysyn może stać się dobry ale to wymaga pracy i samozaparcia”. Mówiła takie coś a sama robiła dokładnie odwrotnie. -Faktycznie jestem hipokrytką.

Filip ją zdradził. Pogodziła się z tym. Wiedziała, że zdrada jest nie przyczyną a skutkiem. Utrzymywania małżeństwa na siłę, wmawiania sobie uczucia a przede wszystkim bycia nieszczęśliwą. Wyłączyła wszystkie palniki i usiadła na kanapie, przed rozpalonym kominkiem. Niech ta wigilia to będzie klamra zamykająca pewien etap w życiu a otwierający nowy. Jimmy…. – sięgnęła po telefon i nie zważając na 2 w nocy, napisała wiadomość. „Tęsknię. Chciałabym żebyś tu był teraz ze mną.” . Ku jej zaskoczeniu dostała odpowiedz po kilkunastu sekundach: ” A ja nie tęsknie. Wiem, że jutro tu będziesz i nareszcie będę mógł cię objąć i pocałować. Też o tobie myślę.”

W poranek wigilijny podjechała pod dom swoich rodziców, skąd miała odebrać chłopców, którzy co jakiś czas pytali czy aby na pewno tata będzie na święta z nimi co utwierdzało Fionę, że postępuje słusznie. Wbrew sobie ale jednak właściwie. W rustykalnej kuchni czekała na nią uśmiechnięta mama z dużym kubkiem gorącej kawy. Odłożyła ściereczkę, ściągnęła kuchenny fartuszek i kładąc na stole talerz ciasta rozsiadła się z westchnieniem ulgi. Przyglądała się córce dłuższą chwilę. Za dobrze ją znała a Fiona była dla niej jak otwarta księga.

-Ale pyszny makowiec!

-Przecież to jest sernik, Fiona.- uśmiechnęła się ciepło i jeszcze chwilę przyglądała się córce. -Jesteś szczęśliwa?- ujęła jej spoczywającą na stole dłoń.

-Widzę chłopców szczęśliwych więc…. tak jestem szczęśliwa mamo. – odwróciła wzrok zatapiając usta w cynamonowej kawie.

-Zawsze tak robisz, kiedy kłamiesz. Odwracasz wzrok.

-Mamo a co ja mam ci powiedzieć co? Że wolałabym być teraz gdzie indziej? Że w innym kraju jest facet, który powiedział ze na mnie zaczeka cokolwiek sie nie stanie. Że tu mam męża i dzieci i… i co? Mam to wszystko rzucić w pizdu tak? Zabrać chłopaków i pojechać do obcego kraju? Przecież ja już nie mam 20 lat, kiedy z Polką do Paryża za pracą pojechałyśmy! No nie mogę myśleć tylko o sobie… kurwa no!

-Nie przeklinaj przy matce!

-Sama przeklinasz więcej ode mnie! Nie udawaj świętej! – stukała paznokciami o blat stołu. – Co ja mam zrobić mamo? Poważnie pytam.

-Przede wszystkim nie rozmieniaj się na drobne! Nie tak cię nauczyłam! – wsypała łyżeczkę brązowego cukru do kubka i spokojnie mieszała.

- Jasne bo ja jestem świnka skarbonka z drobnymi! – schowała twarz w dłonie. -Mamoo! Do rzeczy bo ja zwariuje!

-Co chcesz żebym powiedziała?! Odpowiedz! – krzyknęła lekko potrząsając zaskoczoną dziewczyną.

-Żebym jechała z chłopakami do Kolonii!- odpowiedziała bez  namysłu.

-No i widzisz. – mama ponownie mówiła cicho i spokojnie. – to sie nazywa postawienie pod ścianą.

- Chyba do rozstrzelania!

-Fiona… nie jesteś nic winna Filipowi. Nic! Nie możesz brać wszystkiego na siebie zapominając o własnym szczęściu. To jest własnie rozmienianie się na drobne. Sięgaj wyżej córeczko! – ścisnęła dłoń kobiety. – A z całą resztą poradzimy sobie we dwie,  no może ojciec trochę pomoże.

 

Niecałą godzinę później Fiona i dwóch małych chłopców siedziało w samochodzie czekając na powrót do domu. Kobieta patrzyła przed siebie nie wiedząc co robić.

-Mamo… bo my nie jedziemy. Zapomniałaś czegoś od babci?

-Mamo jedziemy do domku?

-Tak, kochanie zaraz pojedziemy. – otrząsnęła się i odwracając, nałożyła na twarz sztuczny uśmiech.

-Mamo…-Bruno pochylił się konspiracyjnie. – Bo jak ty nie będziesz szczęśliwa to my też nie będziemy…- siedmiolatek i kobieta czytali sobie z oczu.

-Ja chcę jechać do domu! – Igor zaczął krzyczeć. – Chce prezenty! Babcia mówiła, że dużo będzie prezentów w tym roku bo byliśmy grzeczni.

-Macie rację…- cedziłą słowa. – A babci trzeba zawsze słuchać! – dodała głośniej, pewniej. Sięgnęła po telefon i wysiadła z samochodu.

-Fiona,kochanie. – odezwał się wesoły głos. -Za niedługo do was jadę. Wiem, że miałem nie być tak z samego rana ale nie mogę się doczekać….

-Filip. Filip!! Cicho bądź! – krzyknęła żeby przerwać jego monolog.

-Jesteś niesamowitym ojcem…- stała tyłem do samochodu, mroźny wiatr rozwiewał jej włosy lekko owijając się wokół jej twarzy. – Ale byłeś bardzo złym mężem…

-Wiem. Mam nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz….- nastała cisza. – Fiona ty płaczesz?

-Nie jestem szczęśliwa, a z tobą nie będę! – zacisnęła zęby powstrzymując płacz. – Posłuchaj, wspierałam cię, byłam z tobą kiedy przechodziliśmy trudny czas, kiedy wszystko waliło nam się na pysk! Byłam z tobą, kiedy brakowało nam pieniędzy na życie. Byłam z tobą, kiedy dzieci chorowały i nawet wtedy wspierałam cię. Całe moje życie to jedno wielkie, cholerne wsparcie twojej osoby. A ty…. – roześmiała się. – Ja ci nie jestem nic winna! A już na pewno nie będę cię wspierać, kiedy ty mnie okłamujesz, zdradzasz i teraz dopiero próbujesz nas odzyskać bo Filip…. nie ma już nas. To jest droga bez powrotu.

-Co chcesz przez to powiedzieć?

-Chciałam to zrobić dla dzieci…. potem z sentymentu ale… nie. Nie Filip. Spędź święta jak chcesz. Ja jadę z Polą i Paddym do jego rodziny.

-Kurwa, powiedz że chodzi o Jima a nie udawaj takiej porządnej! Oboje wiemy, że taka nie jesteś! – krzyczał do słuchawki.

-Do zobaczenia w sądzie Filip. – rozłączyła się. Stała jeszcze kilka minut próbując opanować emocje. Dyskretnie otarła łzy i z uśmiechem wróciła do samochodu.

-Jedziemy w końcu?!- Igor nie mógł już wytrzymać.

- Jedziemy!

-Do domu?- Bruno spojrzał na odbicie mamy oczu w lusterku.

-Nie. – powiedziała cicho wciskając gaz do dechy.

 

 

 

Przejechali po odśnieżonym podjeździe i szybko weszli do oświetlonego lampkami starego domu. Wszędzie rozbrzmiewał dźwięk rozmów, krzyków i śmiech dzieci. Dwie małe dziewczynki prawie wpadły na Patricka i Polę. Roześmiały się i pobiegły dalej krzycząc i piszcząc. Na korytarzu pojawił się Angelo i z serdecznym uśmiechem przytulił najpierw Polę a potem brata.

de53ec848a_44892353_o2

-Wyglądasz jeszcze piękniej, o ile to jest możliwe. – poprawił okulary.

-A dziękuję bracie. Krem zmieniłem to chyba przez to. -Paddy poprawił włosy

-Ty się chyba nigdy nie zmienisz co? Chodź kochana, przywitacie się z resztą.

-To ja może przyniosę prezenty z auta?- Paddy został sam na środku korytarza.

-No zawsze to jakieś zajęcie. – Angelo krzyknął przez ramie.

-Przepraszam za to spóźnienie, Paddy jechał wyjątkowo… ostrożnie. – uśmiechnęła się najserdeczniej jak potrafiła.

-Nic nie straciłaś. Kira, Maite i Patricia prawie pozabijały się w kuchni. Ja tylko otwierałem drzwi, wrzucałem butelkę wina i uciekałem. – dodał szeptem – Boje się Kiry jak jest zła. Serio, przerażająca. – weszli do pokoju gdzie wszyscy powitali ją głośnym śmiechem i serdecznymi słowami. Paddy był tuż obok niej. -Przecież ci jej nie ukradnę! – Angelo wywrócił oczami.

-Chodź, chodź szybko! – Kira i Patricia pociągnęły Polę do kuchni- Zostawmy ich i pogadajmy po babsku. Opowiesz wszystko. W akompaniamencie kobiecego śmiechu uciekły z pokoju.

-Czekajcie na mnie, czekajcie! Nie opowiadajcie beze mnie! – Maite chwyciła butelkę wina i uciekła za kobietami.

-Audi tak ale nie TT. -John rozsiadł się na kanapie koło zamyślonego Jima. -Joe nie wie co mówi, niech sobie kupi a8. Lepsza skrzynia biegów. A ten głupek chce TT. Słyszałeś Jim? Jimmy? Jimbo!!Co jest?- John szturchnął brata w ramię.

-Nic mi nie jest. Idę zapalić.

-Nie oddalaj się. Za dwie godziny siadamy do wigilii.

-Wiem. Nie przypominaj mi! – trzasnęły drzwi.

-Jim poczekaj. – Paddy chciał za nim wyjść kiedy minął się w drzwiach pokoju bratem.

-A ty dalej z tą samą laską? Uparty jesteś. – Joe wymienił spojrzenie z Kathy.

-Co to miało znaczyć?- Paddy odprowadził siadającego Joeya wzrokiem.

-Zamknij się Joe. Nie czas i nie miejsce! – Kathy warknęła znad gazety. Paddy stał w drzwiach podejrzewając jakąś konspirację, kiedy został wepchnięty przez Angelo do pokoju. Za nim weszła Patricia i Maite. Kira postawiła kolejny półmisek na stole i usiadła mężowi na kolanach. Paddy poczuł się jakby obcy wśród swojej rodziny. Coś się przed nim ukrywa, traktuje go się jakby odrobinę z boku. Rozejrzał się i cicho zapytał Kirę o Polę. Szepnęła jedynie, że poszła do łazienki.

-Skoro już wszyscy jesteśmy to chciałbym coś ogłosić. – Angelo zaczął.

-Jeśli ten patos jest ci potrzebny do ogłoszenia kolejnego dziecka to uwierz, jest to całkowicie niepotrzebne. – Jimmy rozejrzał się po rodzeństwie. -No co? Ma już ich trochę! Ogłaszanie kolejnego byłoby… no nie wiem. Bez sensu.

-Cicho Jimmy. Nie o ciąży chciałem mówić. – poprawił okulary, odchrząknął a kropelki potu zrosiły jego czoło.- A dobra! Kupiliśmy dom… – wypuścił powietrze – w Irlandii. Wyprowadzamy się za kilka miesięcy. -W pokoju nastąpiła głucha cisza. Nikt nie chciał zabrać głosu pierwszy.

-No i co? -Paddy wzruszył ramionami. – Będziemy latać do ciebie a nie jeździć najwyżej! To nie takie halo.

-Tobie jest łatwiej. Nie ma cię tu na miejscu. Reszta mieszka blisko, będziemy tęsknić. – Kathy wbiła chłodne spojrzenie w brata.

-Nie to jest najgorsze dla was do przełknięcia. Chcę zabrać rodzinę i… ruszyć w trasę. Jak my kiedyś z tatą…

-Pojebało cię! A dzieciaki?- Jim aż wstał z kanapy.

- A ich szkoła, przyjaciele, życie?-Paddy stał obok Jima. -Pomyślałeś o tym?

-Nie to co ty, prawda Paddy? Opuścić rodzinę dla jakiejś tam panienki.

-Co? Słucham?-krew odpłynęła mu z twarzy.

18740274_281466448981713_1039638668680199611_n

-Nawet założyliśmy się, że ją rzucisz jak całą resztę, kiedy tylko się znudzisz. Wiszę wam trochę kasy! – Joe roześmiał się krzyżując ramiona na piersi.

-Dla jakiejś panienki? Co ty pieprzysz Kathy? Kocham ją!

-Tak jak całą resztę! Ta chociaż się różni! Jest bardziej wybrakowana niż wszystkie poprzednie.

-Tłumacz Kira! – w drzwiach stała Pola, trzymając za nadgarstek żonę Angelo. Ta z bólem w oczach szeptała Poli do ucha.

-Pola! – Paddy natychmiast ujął dłoń kobiety po czym zwrócił się do reszty. -Przechodzimy na angielski. Ma prawo wiedzieć co o niej sądzicie! Wszyscy tak myślicie, jak ta stara wariatka?

-Hej, licz się ze słowami szczylu! Ma prawo wyrazić swoją opinię.

-Joe a od kiedy ty tak stoisz po jej stronie?

- Spójrzmy prawdzie w oczy, Paddy. – Kathy rozsiadła się z dumnie uniesioną głową.- Rozwódka, mąż zabił jej dziecko, po depresji a teraz na domiar złego nie może dać ci dziecka. Ja bym to przemyślała. Brak rodziny… potomka…

-Ja tu stoję do cholery! -Pola krzyknęła ściskając dłoń Paddiego. Usłyszeli dzwonek do drzwi.

-Nie mogę tego słuchać, otworzę. -Jim wyszedł z pokoju. Otworzył gwałtownie drzwi .- Ciebie tu brakowało! Czego chcesz Meike? -Nagle zza byłej żony wyskoczyły dwie małe dziewczynki z radością przytulając sie do nóg mężczyzny. Weszli do środka.

-Przywiozłam je. My mamy wigilię wcześniej. Kira mnie poprosiła, mówiła, że bardzo chciałbyś spędzić wigilie z dziećmi. Co to za krzyki?

-Paddy kłóci się z resztą. Wejdź dalej. Może się czegoś napijesz, porozmawiamy.

-Kelly mówi ludzkim głosem. No proszę, cuda jednak się zdarzają. Może wejdę na szybką kawę. Nie chcę przeszkadzać, w końcu jestem byłą żoną.

-Uwierz, nie zauważą cię nawet.- wrócili do pokoju.

-A w ogóle skąd ty to wszystko wiesz? -Paddy na zmianę bladł i czerwieniał ze złości.  Zobaczył że Kathy mimowolnie spojrzała na Jima.- Ty gnoju! Powiedziałeś wszystko! -Pola trzymała dłoń Paddiego bardzo mocno.

-Kochanie teraz to nie ma znaczenia… – Pola mówiłą stanowczo mimo zdenerwowania – Bo przecież ja jestem…

-Nie! – spojrzał na nią gwałtownie marszcząc brwi i ściskając jej dłoń, natychmiast powstrzymując ją od dalszej wypowiedzi. -Nic więcej nie mów! – spojrzał na rozdeństwo z pogardą. – Oni nie muszą wszystkiego wiedzieć! Ale wy… ufałem wam! – spojrzał na Jima i Angelo. – Kurwa jak nikomu innemu! Kocham ją nad życie! To wam nie wystarcza?! Wychodzimy Pola. Nie zostanę tu ani minuty dłużej!

-Paddy ale jak? No przecież…

-Wychodzimy! Natychmiast! -widziała w nim determinację i wielkie poczucie krzywdy.

-Dobrze,wychodzimy.

Wśród kłótni i krzyków nie usłyszeli kolejnego dzwonka. Kira chcąc uciec z pokoju chodź na chwilę, zaproponowała zrobienie Meike kawy. Przedłużając chęć pozostania w kuchni postanowiła umyć kilka szklanek więc była żona podziękowała za kawę i z kubkiem w dłoni poszła do pokoju. Wtedy rozległ się dzwonek. Była najbliżej więc otworzyła.  Zobaczyła plecy jakiejś szatynki, która po chwili odwróciła się ze zniewalającym uśmiechem.

-Fiona? A co ty tu robisz?

-Meike? A ty?- uśmiech zgasł na twarzy kobiety.

-Spędzam święta z rodziną, rzecz jasna. – uśmiechnęła sie szyderczo.

-Do dupy z taką rodziną! -Pola z Paddym  gwałtownie wyminęli Meike i Fionę, tej ostatniej chyba nie zauważając. Wsiedli do auta a reszta usłyszała jeszcze krzyk Paddiego mimo zamkniętych szyb pojazdu.

-Paddy czekaj! -Jim wybiegł za bratem i stanął naprzeciwko zszokowanej Fiony. Między nimi stała Meike. -Fiona, jesteś! – nieśmiały uśmiech pojawił się na jego twarzy.

-Tak chcesz to załatwić?- pokazała na byłą żonę. – Obie przy jednym stole?! Cholera to ja rzucam wszystko i jadę z chłopcami 10 godzin do ciebie ale widzę, że chyba jestem odrobinę za późno!

-Do ciebie!? -Meike zaśmiała się. – A bo wy coś tego ze sobą?- chichotała. -No proszę! A ty to nie masz męża przypadkiem?

-Stul pysk Meike! -Jimmy krzyknął. – Fiona to nie tak, ona tylko przywiozła dzieci. Czekałem na ciebie, – zrobił krok w jej kierunku. – Myślałem już, że nie przyjedziesz.

-I tak sobie zadośćuczyniłeś? A gdyby tak to tobie Filip otworzył drzwi, w Polsce? Pomyślałeś o tym?- Jim nie wiedział co powiedzieć. Szczęki mu pulsowały.

-Kurwa to nie tak! Fiona poczekaj!- wybiegł za kobietą, jednak kiedy zobaczył wystraszone oczy jej dzieci zatrzymał się i ze zwieszoną głową pozwolił odjechać.

-No to się narobiło… cóż. – kipiała ironią zza pleców Jima.

-Wypierdalaj Meike stąd. Nie chcę ci zrobić krzywdy! Masz dwie minuty! – pięści same mu się zaciskały. Wrócił do domu. Trzasnął drzwiami i dysząc ze zdenerwowania spojrzał po wszystkich. – Po co wam to było?! Nie potraficie trzymać języka za zębami? Morda w kubeł! A ty, królewno na ziarnku groch, czemu jesteś dla niego taka okrutna?- zwrócił sie do Kathy.

-Bo on zasługuje na coś lepszego. Andrea była dobra dla niego.

-Andrea była dziwką! -Angelo nie wytrzymał. -Zdradzała Paddiego, kiedy z nim była! Ogarnij się wariatko! Tego dla niego chcesz?!

-Czemu nie powiedziałeś, że Andrea zdradza Paddiego?- Joe przerwał blondynowi.

-Bo go zdradzała ze mną! -Jimmy chwycił kurtkę i wyszedł – Idę ich szukać! – zamknął za sobą drzwi i wsiadł do auta.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 5 komentarzy

70. Rudolph the rednose reindeer

-Uspokoicie się tam z tyłu? Mam do was iść?- Paweł prowadząc samochód, próbował uspokoić synów Fiony.

-Ale wujku! To on zaczął!

c120fdf1f03c8bd25ed7c79e35f5822f

-Ma do was iść ciocia Dominika?

-A to nie, już jesteśmy cicho.-chłopcy zamilkli w momencie.

-Dlaczego zawsze mną straszycie dzieciaki?- warknęła do Iglesiasa.

-Tylko ciebie się boją. No co? Nie moja wina, że jesteś taka…

-Jaka? Straszna? Przerażająca?- posmutniała. – Wcale taka nie jestem. Mówię głośno, wyrażam skrajne opinie i dużo krzyczę ale nie jestem złym człowiekiem… – dodała cicho

-Skarbie, ja to wiem.Dla ciebie zrezygnowałem z poligamii. – kpił pod nosem

-Ciociu, ale ty jesteś fajna… – Igor ściskał misia – I bardzo cię kocham. Nawet te twoje ozdoby. – roześmiał się cichutko.

-Jakie ozdoby?- Dominika spojrzała pytająco na chłopca a potem na Pawła.

-Tatuaże. – Iglesias puścił kobiecie oczko. -Tez kocham te twoje… ozdoby. – uniósł znacząco brwi.

-Wujku, a co to jest ta poligamia?- Zapytał do tej pory milczący Bruno.

-A to…. jakby ci to wyjaśnić…. -Iglesias czerwieniał.

-Zrób to co zawsze…-Dominika szepnęła pod nosem.

-Mama ci wyjaśni ok? Już dojeżdżamy. – dodał z westchnieniem ulgi.

6dac855fcc0542344eda4f8798b51d94

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dominika pomogła chłopcom wysiąść z samochodu. Paweł wyciągał z bagażnika duże torby, w których schowane były prezenty, zakupy i kilka butelek whisky i wina. Nie zabrał się, więc część pakunków zostawił w aucie i pierwszy przekroczył próg domu. Z całym naręczem toreb był na tyle szeroki, że blokował cały korytarz prowadzący do salonu na końcu domu. Stanął w drzwiach pokoju i upuścił ciężkie pakunki. Zza kanapy, przy dogasającym kominku wychyliła się rozczochrana głowa jego przyjaciółki. Zdmuchnęła kosmyk włosów z twarzy i szybko zaczęła wstawać z podłogi. Podała dłoń i zza kanapy wychylił się również Jim, szybko zapinając koszulę, zalewając się czerwienią. Wszystko działo się w ułamkach sekundy. Spojrzenie Fiony i Pawła spotkało się, rozumiejąc natychmiast. Uniósł lekko torby, zasłaniając jednocześnie chłopcom widok. Dominika zza ramienia mężczyzny też widziała co się dzieje i natychmiast pod pretekstem pomocy przy zakupach, przy głośnych protestach,  wyciągnęła dzieci na zewnątrz. Fiona szybko pomogła Jimowi wstać i jednym gestem popchnęła go na drugi koniec pokoju, w sam róg, gdzie stało złożone drewno do kominka. Oboje wpadli w amok. Fiona próbowała zapiąć guziki w koszuli, jednak trzęsące dłonie skutecznie jej to utrudniały.

-Jezu! Łajzo, pomogę ci! – Paweł rzucił torby i szybko zaczął zapinać Fionie guziki.

-Ej, nie zapędzaj się! – Jim warknął cicho z drugiego końca pokoju.

-Zapinaj rozporek głupku a nie jęcz! Stanik Fiony nie roni na mnie wrażenia! – syknął, po czym z szelmowskim uśmiechem spojrzał na przyjaciółkę. – Chociaż całkiem ładny… Bordowy? Ty kocico!

-Iglesias, za chwilę stracisz jaja! Zapinaj!

-Prędzej Jim, zapinając rozporek!

-Mama! – dwóch małych chłopców przytuliło się do jej nóg -Tęskniliśmy mamusiu!

-Też za wami tęskniłam, słoneczka moje!- kucnęła i wtuliła w siebie dwoje małych dzieci. Jim przyglądał się tej scenie z mieszanymi uczuciami.

-O wujek Jimy! Przyjechałeś pomóc mamusi?- młodszy Igor rzucił się Jimowi na szyję.

-Oj pomaga mamusi jak tylko może….- Paweł zaśmiał się.

-Z całych sił…-Dominika również uderzyła w śmiech.

-On nie rozumie po polsku, mówiłem ci. – Bruno podszedł do Jima, przybijając z nim „żółwika” jak przystało na rasowego mężczyznę.

-Ale to rozumie. – Igor ściskał małymi rączkami szyje Jima. Reszta przyjaciół zamilkła na tej scenie. Każdego coś ścisnęło za gardło.

-Chłopaki bo udusicie Jima…. wujka Jima. -poprawiła się szybko. -Idźcie na górę, przebrać się, umyć i zejdźcie, pomożecie w przygotowaniach.

-A możemy sie pobawić, mamo? – Chłopcy zawyli błagalnym tonem.

-A my też możemy się pobawić… mamo?- Dominika z Pawłem złożyli dłonie jak do modlitwy.

-Ok, bawcie się tylko nie za głośno. – pogroziła palcem. -A wy…. – zwróciła się do przyjaciół. – Zamknijcie się  już!

-Czy was pogięło? Przed kominkiem, ja rozumiem, że romantycznie no ale panujcie nad sobą zwierzaki!-Paweł zagrzmiał kiedy chłopcy zniknęli na piętrze.

-Poniosło nas odrobinę. Koniec tematu! Pomożesz mi?- chwycił torby – Iglesias?

-My ci pomożemy. Iglesias to leń nad lenie! – w drzwiach stali Paddy z Polą otrzepując śnieg z płaszczy.

-Pola! Nareszcie! -Fiona rzuciła się przyjaciółce w ramiona. -Boże, jak myśmy się stęsknili!

-Nie wszyscy, mów za siebie. – Jim mrugnął okiem i z szelmowskim uśmiechem ucałował policzek Poli. – Miło cię widzieć, bracie! – szybko uściskał Paddiego.

-Dobrze, że tu jesteś. Posłuchałeś…-  Paddy szepnął mu do ucha

-Ano! – Jim poklepał brata po plecach i szybko poszedł pomóc Iglesiasowi we wnoszeniu zakupów.

-Ktoś nie przyłożył się za specjalnie do wystroju na zewnątrz. Byś się postarała… Paddy! – Adam rzucił się na muzyka, prawie przewracając go na podłogę. -W końcu! Mordo ty moja śliczna! Prawda, że śliczna? – zwrócił się do stojącego obok Mikołaja.

18447658_1617978841559107_4111332641022940106_n

-Tak przepiękna, ale puść go bo odcinasz mu dostęp tlenu. -niewzruszony lekarz ściągał marynarkę. -A bez tlenu już ci nie zaśpiewa.

-Nie przejmuj sie nim, zazdrosny jest. Jak było? Fajnie? Opowiecie?

-Adaś, opowiemy wszystko ale daj chwile. Spokojnie, nie uciekniemy.

-No nie wiem, jak się nie uspokoi…-Mikołaj rozsiadał się przed kominkiem.

-Nie myśl, że jak jesteś nowy, to rozsiądziesz się na kanapie i grzecznie zaczekasz.-Nad Mikołajem grzmiała Dominika.

-Nie?

-No nie kochany. Potrzebujemy aby konar znowu zapłonął. -|Blondynka uśmiechała się szyderczo zacierając dłonie.

-A potem mamy dla ciebie coś specjalnego. – Zza Dominiki wychyliła sie Pola i zaśmiała złowrogo.

- Przejdziesz chrzest bojowy, jak przystało na nowego wśród nas! -Fiona trzymała w dłoni  pokaźnych rozmiarów nóż kuchenny.

-Chcecie mnie ogolić na łyso? Jak na studiach?

-E co? Nie! Zdurniałeś? -Dominika rzuciła mu polano drewna. – Masz konar chłopcze, za tobą jest kominek.Ogarniesz to, z twoim fakultetem mamy nadzieję. – poklepała go po plecach i wróciła do kuchni. – Otwieram wino!

-Co, ty? – Pola zmarszczyła czoło. – Gdzie ty studiowałeś do cholery? Na łyso?- zerknęła w stronę kuchni. – Już do ciebie idę Domi!

- To ja może wrócę… do krojenia ryby.- Fiona przyjrzała się zawartości swojej dłoni. -Przynajmniej byłam groźna, chodź trochę?! – zmierzając do kuchni, zobaczyła kolejną parę wchodzącą do domu. – Gwen! – ucieszyła się na widok blondynki. – No i Alex….- dodała z przekąsem.

-Tak wiem, dupek ze mnie! Wybaczysz mi?- Alex spojrzał na Fionę spod przymkniętych powiek.

-Za późno! – tanecznym krokiem, z nożem w dłoni, zmierzała do kuchni. – Już dawno ci wybaczyłam! – puściła mu całusa w powietrze i zniknęła w kolejnym pomieszczeniu.

3c56b7b85ac9c9e2a4d80bd5c315ab80

-Dlaczego wszyscy tutaj chodzą z ostrymi przedmiotami?- Alex, przez chwilę nie potrafił odnaleźć się wśród wesołego towarzystwa. Uśmiechnął się nieśmiało do Pawła i Jima, którzy przechodzili przez salon z siekierami przełożonymi przez ramię.

-Chodź kowboju! Idziemy zabić taką jedną.

-Patrz jak się głupio uśmiecha… Boi się, jak nic…- Jimmy żartował w najlepsze.

-No to idziemy po tą choinkę?- Paddy założył płaszcz, czapkę i poganiał mężczyzn. Dopinając guziki usłyszał dzwięk dzwonka. – Pola, telefon dzwoni!- krzyknął w kierunku kuchni.

-Kto?

-Ten co zawsze! Pierre!- krzyknął w stronę kuchni.

-Podaj mi, proszę! Ręce mam w panierce! – rozpaczliwie krzyknęła.

-A, choinka! – Alex klepnął się w czoło. -Faktycznie! A już myślałem… – Gwen delikatnie uszczypnęła go w bok.

-A myślałeś, że co? Że faktycznie kogoś zabijemy?- Iglesias wbił spojrzenie w mężczyznę.

-Stąd moja zdziwiona mina! – śmiał się nerwowo.

-Nie jesteśmy aż tak źli! -Jimmy śmiał się w najlepsze- No może Padd, ale on zamiast siekiery, zanudziłby cię na śmierć.

-To się nazywa pasywna agresja!- Iglesias wyraźnie rozbawiony zmierzał do wyjścia.

-Tak, Paddy to dopiero jest… pasywny… – Jimmy chrumkał ze śmiechu-…. agresor! No kurwa, popłakałem się! Chodź Alex, urąbiemy jakąś piękną choinkę!

-Zaraz na ciebie znajdę określenie! – Paddy pobiegł za nimi. – Ty rozczochrany buraku… cukrowy! – Drzwi trzasnęły i grupka mężczyzn zniknęła w okolicznym lesie.

Mikołaj walczył z kominkiem, przeklinając na mokre drewno. Po jakimś czasie udało mu się i dumny z siebie, rozsiadł się na kanapie z drinkiem w dłoni.

-Jak było we Francji? – Dominika nalewała wino do kieliszków

- A o Niemcy jej nie zapytasz? Do pełna mi nalej. -Fiona porcjowała ryby.

-Tam gadałyśmy na bieżąco, wiec mnie nie obchodzi. Jak Paryż?

-Przepiękny jak zawsze!- Pola rozmarzyła się. -Odwiedziliśmy Manuela….

- I dużo seksu było co? Świętoszkowaty artysta dawał radę?-Dominika przerwała przyjaciółce.

-Odczepisz się od niego?! – Fiona teatralnie zrugała przyjaciółkę. – A dawał?- dodała do Poli.

-No wlaśnie?- Nad Polą pojawił się również Adam.

-Co jest z wami?! Wy myślicie, że ja wam będę takie rzeczy opowiadać?!- prychnęła z pogardą. Przyjaciele stali nad kobietą niewzruszeni. – No dobra! Nie odczepicie się! Tak, dawał radę! Właściwie nie tyle co dawał ale był niesamowity! Zadowoleni?!

-Teraz już tak. To mówisz, że u Manuela byliście?

-Paddy wpadł w mały poślizg…

-Polka nalać ci też wina?

-Dzięki, Paddy zrobił mi drinka! – skłamała popijając jedynie sok. – Jak mówiłam, mocno zamyślił się nad czymś i nie zapanował nad samochodem. Dziwne to było.

-Każdemu sie zdarza.

-Ale on migał się od odpowiedzi. – wypuściła powietrze. – Może przewrażliwiona jestem.

-Może. Albo martwi się nagrywaniem płyty w nowym roku. W styczniu wchodzi do studia. Może o tym myśli?

-Dobra! Inny Kelly!- Dominika zmieniał temat unosząc kieliszek.

-O nie! Odwal się!-Fiona uniosła nóż przed blondynką.-Nic wam nie powiem. Nie i już! – powoli zalewała się rumieńcem

-Dlaczego?- powiedzieli niemal jednocześnie.

-Bo nie ma o czym?

-Twoja mina zza kanapy i rozczochrane włosy faktycznie mówiły, że nie ma o czym.- Dominika zauważyła z przekąsem

-Opowiem wam jak już coś bedzie postanowione, jak będę pewna! A póki co jest to na tyle… podejrzane i niepokojące jak Polka, która siedzi cicho od kilkunastu minut. – wszyscy z Fiony przenieśli wzrok na brunetkę wpatrującą się spokojnie w kostki lodu pływające w szklance.

-Taka jesteś? Brutusie! -Pola rzuciła z Fionę jedną kostką wyciągniętą z soku.

-Jak idę na dno to pociągnę cię za sobą!

Żartowaliby tak dalej, jednocześnie kończąc szykować kolację, kiedy nagle przerwał im głośny okrzyk Jima a za nim śmiech Paddiego i Pawła. Grupa mężczyzn wtargała do salonu ogromną choinkę z zamontowanym już stojakiem. Postawili niedaleko kominka budząc jednocześnie zmęczonego po dyżurze Mikołaja.

-No! A teraz daj mi piwo kobieto! – Paweł zwrócił się do Dominiki z zawadiackim uśmiechem.

- W zamian za skórę z tego mamuta, co go upolowałeś swoją maczugą…. Herkulesie! – Na te słowa Dominiki Mikołaj podniósł palec, chcąc coś dodać bądź wtrącić, jednak uznał to za zbędne i bezcelowe.

Minęło około godziny i każdy rozstawił się w kluczowych punktach wieczoru. Alex, Paweł, Adam i Dominika próbowali przyozdobić ogromną choinkę. Kreatywność ich nie miała końca i na daną chwilę, Adam zakładał lampki, siedząc na barkach Alexa,który z kolei próbował utrzymać równowagę stojąc na krześle.

0e33184f18df1d822a561f6c8f50e38d

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przy choince, pod bacznym okiem śpiewającego wujka Patricka, siedziało trzech małych chłopców wpatrując się błyszczącymi oczkami raz w Paddiego, raz w gitarę. W garażu, przy termosie grzanego wina, w towarzystwie wstążek, taśmy klejącej i zszywacza, w pełnej konspiracji Gwen, Pola i Jim pakowali prezenty. Fiona pod pretekstem pomocy przy ciężkich pakunkach, poprosiła Mikołaja o pomoc w sypialni. Mężczyzna odrobinę się  zdziwił, rozejrzał po uśmiechniętych twarzach i już wiedział, że właśnie zaczyna się jego chrzest bojowy. Zwiesił głowę i posłusznie poszedł za kobietą do sypialni.

Wszystkich zaskoczyło pukanie do drzwi. Przeliczyli się w myślach i każdy wzruszył ramionami. Nikogo nie brakowało. Ktoś krzyknął proszę i w salonie pojawił się nie kto inny jak sam Pierre.

-Chryste! Jak w krainie Świętego Mikołaja! Co tam, elfy?- uśmiechnął się, rzucił dokumenty na stół i usiadł koło Paddiego na kanapie.

-Co ty tu robisz?-Patrick dalej cicho grał kolejną piosenkę.

-Dzwoniłem do Poli. Mam dla niej dokumenty. Musi nad nimi siąść z samego rana. No i nie mogłem przeoczyć tego widoku!- zatoczył dłonią cały salon.- Laponia pełną gębą! Ej co jest?Co się dzieje?- Na kolana Pierra wspinał się właśnie mały Aron.

-Polubił cię. Chociaż on jeden! -Paddy uśmiechał się złośliwie- Doceń, bo mało jest takich ludzi!

-Francuzik, zostajesz?- Dominika krzyknęła zza choinki.

-Jak spadniesz prosto w te błyszczące łańcuchy to obiecuję, że wyjdę!

- Czyli warto się poświęcić. -rzuciła w niego złotym łańcuchem. Aron, siedzący na kolanach Pierra przekładał go między małymi rączkami chichocząc na całe gardło. – Masz podejście do dzieci!

-Ma rację! – Alex sięgnął po kieliszek wina. – Zrób sobie!

-Rodzina jest przereklamowana!- Pierre uciął szybko. Siedzący obok Paddy zauważył iskierkę smutku w jego oczach, na ułamek sekundy zobaczył szczelinę w murze, którym otacza się Pierre. Nic nie powiedział i postanowił zostawić to dla siebie.

Pod pretekstem umycia się przed kolacją Dominika z Fioną zabrały chłopców do łazienki, zamykając za sobą drzwi.  W tym samym czasie z garażu zaczęli znosić wszystkie prezenty i układać je zgrabnie pod choinką.

-Oj, chyba bardzo brudni jesteście! – Paweł krzyknął w kierunku łazienki.

-Co tak długo?- Adam szepnął do niosącej prezent Poli.

-Bo jest nas dwa razy więcej! Zauważyłeś?- ironizowała

-Poczekaj, pomogę ci! Nie noś takich ciężkich rzeczy! -Paddy odłożył gitarę i podbiegł do ukochanej.

-A ty co? – minął ich Jim niosący dwa duże prezenty pod pachami. – Nie jest taki ciężki, żeby go nie uniosła! Przecież nie jest w ciąży żeby, aż tak chuchać na nią…- zobaczył spojrzenie Adama. – A wybaczcie… nie chciałem być niemiły.-ugryzł się w język.

-Nic się nie stało! -Pola podała pakunek Patrickowi. – Nie jestem ale pewne będę w ciąży. – z uśmiechem w oczach spojrzała ukochanemu w oczy.

Usłyszeli dudnienie na schodach. Po kilku minutach na środku salonu stanął Mikołaj….przebrany za Mikołaja.

-I tak, moi państwo wygląda przedrostek „Święty” -Gwen prezentowała grubego mężczyznę ze sztuczną brodą, w czerwonym kubraku i ogromnej czapie.

-Jeszcze nigdy Mikołaj nie był…Mikołajem! Nieźle! – Paweł lustrował go z góry na dół.

-Po co to? – przebrany mężczyzna usiadł w dużym fotelu tuż obok choinki- Przecież wy wiecie, że ja to ja…

-Bo jakbyśmy nie wiedzieli… moglibyśmy się pomylić, fakt- Pierre kpił nad szklaneczką whisky.

-Nie byłoby zabawy  bez siadania na kolanach Mikołaja i w ten sposób otrzymania prezentu!- Paddy usiadł obok Pierra i zaczął grać.

-To jest zboczone! Nic więcej nie powiem! – francuz opadł na oparcie kanapy i wbrew pozorom, cieszył oczy widokiem tylu wesołych i szczęśliwych ludzi. Nie przyznał się ale sprawiało mu radość przebywanie wśród tego towarzystwa.

-Mikołaj!!! Bruno! Mikołaj jest! – chłopczyk ciągnął brata za rękę. Oboje usiedli na kolanach mężczyzny zalewając go potokiem pytań.

 

Wszyscy przytulali się i na ten jeden moment, każdy zapominał o swoich problemach i smutkach. Wszyscy bawili się w najlepsze siadając Mikołajowi na kolanach co chwilę.

Pierre przeprosił wszystkich i wyszedł do kuchni odebrać telefon.

-Jestem. O ile to coś pilnego… nie mogę rozmawiać teraz. – mówił cicho, bacznie obserwując wejście do pomieszczenia.

-Pierre to ja. Mam dla ciebie informację. Mało znaczącą dla naszej sprawy ale jednak.-Artur odezwał się w słuchawce.

-Słucham?

-Leon swojego czasu miał udziały, duże udziały, w kasynie Palace.

-Wiem, pamiętam…- usiadł jednym pośladkiem na stole kuchennym.

-Zgadnij kto teraz ma udziały… większościowe!

- Nie gadaj?!

-Tak właśnie. Marek praktycznie jest tego właścicielem. Ale nie to jest najciekawsze.  Zgadnij kto jest mu winny 58 tysięcy?

-Ja? – prychnął śmiechem- Ty?

-Filip.

-Co kurwa?- wypluł zawartość ust na podłogę. – Ten? Ten…

-Tak ten! Mąż Fiony. Przejebał kasę. Domyślam się, że Fiona nie wie?

- Gwarantuje ci, że nie wie…- wychylił się i spojrzał ciepło na uśmiechniętą, przytulającą swoich synów kobietę.

-Co z tym zrobisz? Bo jego…

-Nic mu nie zrobią. Wtedy nie zobaczą kasy. Dzięki za informacje. Pomyślę o tym jutro. – szybko rozłączył sie.

Wolnym krokiem wrócił do salonu. Jego i Alexa spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Oboje wiedzieli, że coś się dzieje. Gwen również coś podejrzewała patrząc na swojego partnera. Zostało jeszcze sporo prezentów więc Pierre rzucając coś o chęci zapalenia papierosa wyszedł przed dom. Zaraz za nim pojawił się Alex.

78734ac81a3129b28f8ce9afb0f0d11b

-Przecież ty nie palisz?- Pierre zmierzył go wzrokiem

-Oni tego nie wiedzą. Gwen mnie, nas kryje. Co jest? – postawił kołnierz

- Prawie 60 kafli wisi Markowi ten kretyn!

-Kto? Za dużo ostatnio kretynów wokół nas.

- Były Fiony.

-Filip? – odchylił się od Pierra i zmarszczył brwi- No i? Co nas to obchodzi?

-Nogi mu połamią, wiesz o tym.

-Nie zabiją go… ale o to nie zmienia faktu, że TO NIE NASZ PROBLEM!

-Za blisko Polki…- zaciągnął się spokojnie, patrząc w ciemny las przed sobą. – Zawsze nie lubiłem lasów…

-Taka dygresja? Pięknie! – Alex kpił.

-To trochę tak jakby uderzyć w siostrę Poli… kurwa, za blisko!-nerwowo przestępował z nogi na nogę.

-Chcesz zapłacić za Filipa? Moglibyśmy. Żadne pieniądze.

-Nie wiem… zastanawiam się…

 

 

Rozpakowywanie prezentów dobiegało końca. Paddy dostał ręcznie robiony, skórzany notatnik na kolejne teksty piosenek. Pola dostała diamentowe kolczyki. Dominika właśnie otwierała swój prezent. Była to mała koperta. W środku znajdował się klucz. Spojrzała pytająco na Pawła, który stał niedaleko, z założonymi na piersi rękami.

-Jesteś kobietą przy której się spełniam i przy której jestem całkowicie sobą. Chciałbym, żebyś była częściej blisko mnie.- głos mu się złamał ze wzruszenia. -Dominika, zamieszkasz ze mną?

-Ale… nic nie mówiłeś wcześniej… – w drżącej dłoni trzymała mały srebrny kluczyk.

-Dla tej własnie miny! Może byś tak odpowiedziała bo trochę dziwnie się robi.

- Oczywiście, że z tobą zamieszkam! – Całując go, wskoczyła mu na biodra.

 

-Jeszcze z godzinę i położysz chłopców, prawda? – Jim szeptał Fione we włosy

-Pewnie tak, a co?- mówiła równie cicho.

-Będę mógł cię pocałować i przytulić… tak oficjalnie.

-Oficjalnie… -powtórzyła z zamyśleniem kobieta.

 

 

Poderwał się wiatr, unosząc ze sobą śnieżny pył, w którym odbijał się blask lampek i światło księżyca. Dwóch mężczyzn stało przed domem zastanawiając się nad dalszym planem. Pierre przerwał Alexowi w połowie zdania, ściskając jego kurtkę.

07fff9378d2bcad6756139fff3723ed1

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Kurwa, cicho! – zamilkli – Słyszysz?

-Samochód? Może to nic?!

-Jesteśmy tu sami. To musi być coś. – schowali się za ścianę budynku. – Masz broń?

-Zgłupiałeś? Z dzieckiem, na imprezę świąteczną i z bronią?

-W dupie ci się poprzewracało od tej całej rodziny!- wysyczał w kierunku Alexa

-To samo można o tobie powiedzieć!

-Nie przeginaj! Ja nad tym panuje!

-Syneczek mamusi!

-Zamknij się, kretynie! – Pierre uniósł lekko kąciki ust.

Pod dom, przy zgaszonych światłach, tocząc się, podjechało czarne auto. Wysiadło trzech wysokich mężczyzn.

-Co zabieramy?- zapytał jeden

-To co będzie. Kasa, biżuteria, sprzęt. Cokolwiek na poczet długu tego śmiecia. A jak będzie opór to wiecie co robić….

-A  taki opór wam pasuje? – Pierre z Alexem wyszli zza rogu.- Jesteście z „Palace”?

-Czyli już wiecie? Idziemy po swoje!

- Nigdzie nie wejdziecie! – Alex zatrzymał dłonią jednego.

- Bo dostaniesz po pysku amerykańcu!

-No spróbuj. Może was u tego Marka lepiej szkolą!

-Ostatnio było z wami kiepsko! – Pierre zgasił papierosa i wymierzył pierwszy cios prosto w noc przeciwnika. Zaczęła się wymiana uderzeń i lekka szarpanina.  Alex z przyjacielem nie oszczędzali agresorów i nie zwracali uwagi na krew lejącą się z ich twarzy. – Jak miło tak się rozerwać! – dziki uśmiech zagościł na twarzy francuza.

Gwen mając Arona na rękach spojrzała przez okno, zobaczyła co się dzieje. Krew odpłynęła jej z twarzy widząc ile niewinnych ludzi siedzi w salonie.

-Paddy, Jimmy… zagrajcie coś świątecznego! Pośpiewajmy! – zwróciła na siebie uwagę.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 6 komentarzy

69. Winter Wonderland

18446715_10158602091495394_350304945102245364_nNie mógł zasnąć. Czuł euforię, szczęście, podniecenie  i radość. Była 5 nad ranem, kiedy nie móc dłużej wytrzymać w łóżku, wstał, pocałował Polę w policzek i okrył ją czule ciepłą pościelą. Energia go roznosiła, chciał wykrzyczeć swoje szczęście. Zadzwonić do Jima, do Angelo, powiedzieć im, że będzie ojcem. To słowo brzmiało od kilku godzin w jego głowie. „Tata”. Nie zadzwoni. Za wcześnie. Dzień się jeszcze nie zaczął, Angi by go zabił o tak okrutnej godzinie. Zresztą, spojrzał na Polę, powinien z nią najpierw ustalić. Tak, poczeka aż sie obudzi. Uśmiechnął się sam do siebie i zabierając ubrania zamknął się w łazience. Od wczorajszego wieczoru wszystko stało się jakby prostsze, problemy błahe, przeszłość nieważna. Liczyła się tylko ona i dziecko. Jego rodzina….

-Rodzina… – spojrzał w swoje odbicie w lustrze. – Boże nie wierze! – uśmiech nie schodził mu z twarzy. Wszedł pod prysznic, nałożył szampon na włosy i myjąc głowę zamknął oczy. Poczuł paznokcie na swoim brzuchu. Położył swoje dłonie na jej rękach. Przesunęły się w górę i zatrzymały na jego torsie. Przytuliła się do jego pleców. Odwrócił się i zgarnął wodę z jej twarzy. Przymknęła oczy i wtuliła twarz w jego dłonie. – Kocham cię.

- Nie lubię budzić się sama. -Zarzuciła mu ramiona na szyję i czule pocałowała. Paddy rozchylił jej usta i całował jeszcze natarczywiej. Oparł ją zdecydowanie o ścianę kabiny prysznica. Dłonie spoczęły na namydlonych piersiach.

-Jesteś idealna- wyszeptał jej wprost do ucha.

-Pragnę cię. – jej dłoń zacisnęła się na jego gotowej męskości.

-Pola, nie mogę! – uświadomił coś sobie. Spojrzał jej w oczy i cicho dodał. – Kochałbym się z tobą nawet przez pół dnia ale jesteś w ciąży. Możliwe, że zagrożonej. Nie zrobię tego. Bałbym się, że zrobię wam jakąś krzywdę.

-Masz rację… – zamrugała szybko opanowując emocje.- Tak, wstrzymajmy się.-czule go pogłaskała-  Powiedziałeś… „wam”. – wzruszyła się.

-No wam…- klęknął przed nią pocałował dół jej brzucha, jednocześnie gładząc ciepłą dłonią miejsce, w którym mieściła się blizna. – Kocham was… teraz nic więcej się nie liczy.

 

Zjedli śniadanie, wypili kawę i kilka godzin później siedzieli już w samochodzie, jadąc w kierunku Paryża. Paddy mocno zwalniał przed każdą dziurą i wybojem na drodze. Pola cierpliwie przyglądała mu się znad gazety, którą czytała. Paddy mruczał pod nosem jakąś melodie nie zwracając uwagi na siedzącą obok kobietę. Kiedy przed kolejnym wybojem prawie się zatrzymał Pola nie wytrzymała.

-Możesz powiedzieć mi, co ty wyprawiasz? Chcesz do Manuela na święta dojechać w tym tempie?

- Boje się, że dziecko…

-Co? Że wypadnie?- powstrzymywała śmiech.

-Nie…. – zaczął nieśmiało – Raczej nie… no chcę być ostrożny.

-Ale przesadzasz… – wróciła do gazety. – Nie wypadnie. Możesz jeździć po wybojach normalnie. Gwarantuje ci, że nic ze mnie nie wypadnie. – pokiwała głową. – Mężczyźni…- dodała cicho. Po 40 minutach zatrzymali się aby zatankować.

-Polaaaa…..- Paddy przyniósł po kubku kawy ze stacji benzynowej. – Powiemy im?

-Nie wiem… myślałam o tym… – pogładziła jego policzek. Szybko ujął jej dłoń i ucałował. -Może póki co, im nie mówmy?

-Ale tak nikomu?-Paddy zdziwił się odrobinę.

-Albo wszystkim albo nikomu. -uniosła zaczepnie brwi. – A tak serio Paddy, poczekajmy do końca pierwszego trymestru. Wtedy powiesz wszystkim, dobrze?

-Boisz się?

-Jak cholera… – spoważniałą spuszczając wzrok. -Może być różnie. Trzeba myśleć realnie…-Na te słowa Paddy szybko wysiadł z samochodu, obszedł go, otworzył drzwi od strony Poli i wyciągnął ja na zewnątrz, zamykając w ramionach.

-Nie będzie różnie! Nic się nie stanie, słyszysz?- szeptał jej prosto do ucha. – Wszystko będzie dobrze. To jest nasze dziecko… i tak jak my nie podda się… i mocno będzie trzymać się życia! – nasunął puchaty kaptur na głowę kobiety. – Bo zmarzniesz… – uniósł kąciki ust. -Zrobimy wszystko, żeby pomóc tej małej istotce przyjść na świat. – poklepał Polę po czubku głowy mrużąc oczy. -Nawet jak miałbym stawać przed każdym wybojem.

-To dziecko z nudów urodzi się wcześniej. – wywróciła oczami. – Dobra, jedźmy do tego Manuela.

 

Poranny mróz dawał się Fione we znaki. Przeklinała pod nosem, że zapomniała schować auto do garażu i teraz czyściła zamarznięte szyby. Wypiła kilka łyków kawy, ogrzewając dłonie. Zapięła synom kurtki pod szyją, naciągnęła czapki na czoła i zawiozła do szkoły i przedszkola. Impreza świąteczna miała odbyć się za cztery dni. Nie odezwał się do niej, a to jeszcze pogłębiało jej kiepski nastrój. Filip dzwonił często pytając czy się zdecydowała. Spławiała go mówiąc, że da znać ale w razie czego niech szykuje sobie alternatywę. Czekała na Jima… mimo wszytsko. Chodź z dnia na dzień nadzieja w niej gasła… Docierało do niej, że to może już być koniec…. Jim pewnie pomyślał, że wróciła do męża…Pokiwała głową, odganiając od siebie złe myśli. Zaparkowała najblizej wejścia do marketu. chciała zrobić część zakupów na najbliższą imprezę. Krążyła z wózkiem między regałami, wrzucając co chwilę różne produkty potrzebne do zorganizowania spotkania. Powoli zaczynała nawet cieszyć się na tą imprezę. Wszyscy przyjaciele pod jednym dachem… mogłoby jej to pomóc. Tak, to będzie świetny wieczór. Trzymając paczkę kaszy rozejrzała się mimowolnie. Jej wzrok zatrzymał się na drobnej, ekstrawaganckiej blondynce. Kupowała sok. Fiona nie potrafiła sobie przypomnieć skąd ją zna. Twarz była jej znajoma…Nagle koło kobiety pojawił się mężczyzna. – Alex! Faktycznie, to Gwen!- zanim Fiona zdążyła sie schować, została zauważona i teraz para zmierzała w jej kierunku. Przeklnęła pod nosem. Nie miała ochoty na towarzyskie pogawędki, w ogóle na nic nie miała ochoty.

-Fiona! Dawno się nie widzieliśmy! Co tam u ciebie?

-Alex, Gwen! Wyśmienicie.

-Poważnie?- Alex pochylił się spoglądając Fione w oczy.

-No różnie jest ale… radzę sobie. – unikała tematu co szybko zauważyła Gwen.

-A po co ci tyle pierdół?- spojrzała na zawartość wózka.-Jakbyś imprezę robiła.

- Bo robię! – rozchmurzyła się i z wdzięcznością spojrzała na blondynkę.

-Przedświąteczną? Zapraszasz Filipa?- Alex nie przebierał w słowach.

-Alex…. kochanie… przynieś jeszcze wino… napijemy się wieczorem! – Gwen lekko popchnęła mężczyzną. – No idź już!- dodała stanowczo.

-Dziękuję.- zawinęła kosmyk za ucho.

-Faceci nie rozumieją pewnych rzeczy. – roześmiała się ukazując śnieżnobiałe zęby.

-Musimy już iść. Opiekunka zaraz będzie chciała iść do domu. – Alex pojawił się z butelką wina.

-A może przyjdziecie do mnie na tą imprezę? Będą wszyscy…może poza Filipem.

-Miło by było. Dziękuję. Nie widzieliśmy się z Dominiką od dawna, miło będzie się z nią spotkać. prawda? Alex?

-Albo z Jimem.- przyglądał się Fionie.

-O matko, jaki ty dzisiaj złośliwy jesteś! – Gwen nie wytrzymała.- Jak nie umiesz się zachować to siedź cicho! Cholera, głupie chłopy!- w sekundę zmieniła ton i spokojnie dodała -Fiona, bardzo chętnie przyjdziemy.

-Moi synowie zajmą się waszym synkiem, więc weźcie go ze sobą.- spojrzała na zegarek. -Przepraszam muszę już lecieć do pracy. Do zobaczenia. – posłała Gwen serdeczny uśmiech i udała się do kasy.

-Coś ty taki głupi?- warknęła na mężczyznę.

-A ty taka miła? Aż sztuczna! Jak nie ty!

-Nie zaprosiła by nas, jakbyśmy oboje zachowywali się jak ty! Dobrze byłoby dowiedzieć się co i jak. Będzie alkohol, języki im się rozwiążą… dobrze było by być tam wtedy…

-Ja chyba już jestem zmęczony tym wszystkim. – szli w kierunku wyjścia.- Może czas się wycofać… Myślałaś o tym?

-Tak. Ale zmieniłam zdanie. teraz nie mogę doczekać się jak wrócę do służby na pełen etat. Tylko…- pocałowała delikatnie Alexa -… przedszkole muszę dobre znaleźć.

-Bo jak nie będzie dobre to je wysadzisz w powietrze? – wsiadali do samochodu.

-Jak ty mnie znasz.- zaśmiała się.

 

 

 

Dojechali pod hotel. Inny niż mieli w planach. Ten był lepszy, bardziej luksusowy. Mimo wielu protestom Poli, Paddy uparł się. Twierdził, że ona zasługuje na najlepsze warunki i nie będzie patrzeć na cenę.

9fee51ca14baf4b6ce2a17fb57b7dba4

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pokój był duży, nowoczesny, składający się z kilku pomieszczeń. Mleczno- biała pościel gładko spoczywała na łóżku, przyozdobiona złotymi czekoladkami. Zanurzyła się w wannie pełnej piany, oparła głowę o zwinięty, biały ręcznik i przymknęła oczy delektując się kąpielą.

-Wiem, że mnie podglądasz.- otworzyła jedno oko zerkając na podpierającego szafkę Patricka.

-Nie mogę się napatrzeć…wyglądasz tak… promiennie. Bije od ciebie jakiś taki blask… -uniósł brwi zawadiacko. – No i dawno nie widziałem  cię nago.

-A dasz mi się chociaż wykąpać w spokoju? – uśmiechała się.

-Zaraz… – usiadł na brzegu wanny i pocałował ją delikatnie – Idziemy na spacer i na obiad? Paryż zimą jest zachwycający.

-A Manuel?

-Pojedziemy jutro z samego rana. Już do niego dzwoniłem. – głupkowaty uśmiech zagościł na jego twarzy.

-Paddy….

-Tak, no już idę.Już no… – machnął dłońmi. – Nie spiesz się.

-Nie mam zamiaru.

Przebrał się. Założył jeansy, zapiął skórzany pasek, założył czarny sweter na szarą koszulę. Rozdzwonił się telefon Patricka, szybko odebrał popijając sok pomarańczowy.

-Witaj bracie! Zapomniałeś o nas?

-Padd, musimy pogadać.- mówił cicho, poważnie. – Ja chyba wariuje i popełniam największe głupstwo w swoim życiu.

-Co jest Jim? Mów…

-Ja ją kocham, Pad… kurwa mać!

-Fionę?

-Nie, twoją Polę! Oczywiście,że Fionę!

-Nie będziemy maglować tego tematu w kółko Jimbo! Ty doskonale wiesz, co powinieneś zrobić!

-Ale…

-Ale Filipem się nie przejmuj! Fiona czeka, aż się do niej odezwiesz w końcu, ty skończony głupku!

-Skąd wiesz to wszystko? Nie ma cię w Polsce!

-Jim… Jimbo…bracie ty mój niejedyny… zdradzę ci sekret… kobiety ze sobą rozmawiają… dużo rozmawiają. Czasami aż za dużo. Pola z Fioną rozmawiały aż do granicy francuskiej. Nadziwić się nie mogę, że można tyle rozmawiać! Nigdy nie zrozumiem kobiet…

-Staryyyy ale jakoś od tematu odbiegasz wiesz?- Jim wszedł w słowo.

-A fakt, wybacz. Za trzy dni jest ta impreza Fiony. Przyjdź na nią.

-No nie wiem… tyle czasu mnie nie było przy niej…wyrzuci mnie.

-To przyjdź dwie godziny wcześniej. I zacznij w końcu zachowywać się jak facet! No wiesz… nie? Wiesz Jim przecież! Czy zapomniałeś?- zaśmiał się

-A kopnąć cię w ten twój świętoszkowaty tyłek?

- A kopnij! Ja mam dobre życie i ułożone! – pomyślał o swoim szczęściu.- Możesz kopać!

-Zachowujesz się jak głupek! Ale rację masz…

-Cieszę się, że pomogłem bracie mój…

-Jak powiesz, że mnie kochasz to zacznę się bać!

-Kocham cię Jimbooo! – roześmiał się na całe gardło i rozłączył się.

 

 

4

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Jadą… za niedługo będą…- Artur stał z rękami w kieszeniach spodni.

-Może powinieneś iść? Nie powinni cię widzieć. Jeszcze nie teraz.- Manuel stał obok przyjaciela. Spoglądali przez duże okno na ostatnim piętrze.

-Wiem. Spokojnie. Zaraz wyjdę. Patrick i tak mnie nie pozna. -Spuścił wzrok. – Chciałbym ją zobaczyć.

-Opowiem ci jaka jest…

-Piękna… Tak wiem, Manuelu.

-Cała matka…  -Manuel z westchnieniem pokiwał głową.

-Na mnie już pora.- Artur poklepał Manuela po plecach i szybkim krokiem oddalił się w kierunku schodów. Zapiął czarny płaszcz, postawił kołnierz i szybkim krokiem przeszedł zaśnieżony dziedziniec. Wsiadł do czarnego BMW, opuścił szybę i wziął głęboki oddech aby powstrzymać duszności, które męczyły go coraz częściej. Przejechali bramę, za którą znajdowało się zwężenie do jednego pasa. Kierowca Artura zjechał na pobocze, puszczając nadjeżdżający z naprzeciwka samochód. Tknęło go nieprzyjemne przeczucie i szybko nacisnął przycisk podnoszenia szyby.

 

 

-Pola spakuj rzeczy, dojeżdżamy.

-Fajnie, że kupiliśmy prezent Manuelowi i Wiktorowi. Choć nie wiem czy przyjmą. -Sięgnęła na tylne siedzenie zbierając pakunki.

-Przyjmą! Kto nie lubi prezentów. -Paddy przyspieszył odrobinę widząc ustępujące mu miejsce auto. Minął go odrobinę wolniej gdyż zbliżał się do bramy wjazdowej. Mimowolnie spojrzał w bok.  Zobaczył je. Błękitne, prawie przezroczyste, puste i jakby martwe oczy… widział już je… dawno temu. Były przerażające, wrócił wyobraźnią do wizji na łące… tamten mężczyzna… krew na kołnierzyku… te oczy. To one! Przerażenie zacisnęło gardło Patricka

-Paddy, uważaj! – Pola krzyknęła, czym sprowadziła Paddiego z powrotem.-Boże!- zaprała się o deskę rozdzielczą. Paddy wyhamował gwałtownie wpadając w poślizg. Samochód  zrobił półkole po drodze i stanął w poprzek, kilka centymetrów od ściany drzew.

-Chryste, Pola! – wybiegł z samochodu, otworzył drzwi i w histerii głaskał przerażoną kobietę, sprawdzając czy wszystko w porządku. – Nic ci nie jest?! Coś ci się stało? Coś cię boli?! Boże, dziecko! – krzyczał.

-Uspokój się, nic mi nie jest. – próbowała wyrównać oddech- Przestraszyłam się. Już jest dobrze!

-Ale dziecko! Coś czujesz? Coś cię boli?-dalej krzyczał

-Paddy!- ujęła jego przerażoną twarz w dłonie.- Spójrz na mnie. Nic mi nie jest. Oddychaj. Nic się nie stało.

-Ale mogło. – uspokajał się. – To nie powinno się już nigdy zdarzyć!

-Co się stało? Straciłeś panowanie nad autem. Jechałeś prosto w  drzewa.

-Nie nic. Zamyśliłem się po prostu. – skłamał.

-To zamyślaj się ale nie na oblodzonej drodze! Wsiadaj i jedziemy! Zimno się robi. A Manuel pewnie już czeka.

 

 

 

 

e98e8054850f608dc47bcaeff2cf07a7Dzień świątecznej imprezy nadszedł bardzo szybko. Dla Fiony odrobinę za szybko. Mama wzięła chłopców na cały dzień do siebie aby ona mogła w spokoju wszystko przygotować. Cały dom przystrajała od samego rana. Chciała zająć czymś myśli i dać dzieciom jak najwięcej z tych świąt. Założyła kurtkę z futrzanym kapturem i wyszła na zewnątrz podłączyć ostatnie lampki. Zmierzch zapadał już bardzo szybko, zapalone lampki w złotym kolorze, rozwieszone na drzewach i ozdabiające igliwie nad drzwiami tworzyły przepiękny widok rozświetlając otaczający ją mrok. Pociągnęła zmarzniętym nosem i spojrzała w niebo, z którego leniwie spływały maleńkie płatki srebrnego śniegu. Stała tak chwilę pozwalając sobie na kilka łez nostalgii, tęsknoty i wzruszenia a przede wszystkim uczucia osamotnienia. Nie mogła nic zrobić, nie odezwał się, nie oddzwonił. Może powinna dać swoim dzieciom jeszcze jedno szczęście, święta z tatą? Ta myśl z minuty na minutę dojrzewała w niej coraz bardziej. Spędzi z Filipem Wigilie, nacieszy oczy radością synów a potem wróci do szarej rzeczywistości. Z tą myślą nalała sobie grzanego wina pachnącego goździkami, kardamonem i korą cynamonu. Na ramiona narzuciła szary pled i na kilka minut usiadła przed kominkiem, patrząc bezmyślnie w ogień. Z apatii wyrwał ją dzwonek telefonu. Do przyjścia przyjaciół miała jeszcze około 2 godziny więc zdziwiona sięgnęła po aparat. Dzwonił Filip.

-No cześć. – powiedziała cicho, smutno.

- Hej. jesteś sama?

-Dlaczego pytasz?

-Za dwa dni Wigilia. Ustalimy to w końcu? Mogę do was przyjść? Jeden dzień, odpuść mi, proszę. Tęsknie za chłopcami… za tobą.- dodał cicho.

-Filip, nie pomagasz.

-Fiona błagam cię. To są też moje dzieci. Chyba mam do nich prawo.

-Masz do nich prawo, rozumiem to. – siedziała na kanapie, dalej patrząc w ogień. Odpowiadała bez emocji, nie czuła ich.

-No to chyba nie stanie się nic strasznego jeśli spędzisz ze mną jeden wieczór. Przez wzgląd na stare czasy.

-Nie takie stare, nie przesadzaj….- skubała nitkę wystającą z koca. -… Dobra Filip. Masz rację, chłopcy tęsknią za tobą. Faktycznie będzie to dla nich dobre jeśli spędzisz z nami Wigilię. Ale przyjdź na samą Wigilię. Nie chcę cie mieć w domu na czas przygotowań.

-Dziękuję! Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy! Jestem ci bardzo wdzięczny, zobaczysz będzie miło, jak za dawnych lat. – śmiał się do telefonu. Ona milczała- Bardzo się cieszę i bardzo ci dziękuję! Kocham cię Fiona…- na kilka sekund oboje zamilkli.

-O czym marzysz, Fiona?- usłyszała męski głos za swoimi plecami. Powoli odwróciła głowę. Stał tuż nad nią, szczęki mu pulsowały. Powoli sięgnął po telefon i jednym gestem przerwał połączenie. Nie spuszczał wzroku z kobiety siedzącej przed kominkiem. – O czym marzysz Fiona?- powtórzył. Wpatrywała się w jego szare oczy, kropelki roztopionego śniegu tworzące we włosach małe diamenciki połyskujące od blasku ognia. Kilkudniowy zarost na policzkach, który pogłębiał dodatkowo jego zmęczone oblicze.

-Żeby być kochaną nie za coś a mimo wszystko… – odpowiedziała bez namysłu.

- Mimo przeszłości?- obszedł kanapę i kucnął przed nią tak by spojrzeć jej w oczy.

-Nie zmienię jej.- wykręcała nerwowo palce dłoni. -Nie było cię…

-Wiem. – ujął jej dłoń.

-Powiesz mi dlaczego?

-Nie. – pocałował czule jej dłoń. -Ale mogę coś ci obiecać. – pomógł jej wstać i ujął w pasie przytulając do siebie. – Nawet jeśli Filip był twoją pierwszą miłością i spędziłaś z nim tyle lat to ja będę twoją ostatnią, przy której się zestarzejesz a ja dalej będę czuł to samo trzepotanie serca gdy teraz trzymam cię w ramionach. – szeptał jej prosto do ucha lekko kiwając się na boki.-I nawet jeśli miałoby to potrwać długi czas to zaczekam na ciebie… – pocałował delikatnie jej ucho. – Teraz nigdzie się nie wybieram, już zawsze będę… nie za coś a mimo wszystko… I pamiętaj, to ja będę twoją ostatnią miłością.

-Jim… ja…- nie skończyła. Zamknął jej usta pocałunkiem.

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 8 komentarzy

68.You represent my heart

dfc73bc4c86b12e16bdf2a38cf1aa6bb

Do Rostock dojechali popołudniu. Cały zespół i reszta postanowili odświeżyć się, odpocząć i spotkać na późnym obiedzie w pobliskiej restauracji. Następnego dnia z samego rana planowali rozkładać sprzęt i zrobić ostatnią próbę a wieczorem koncert. Pod hotelem czekała niewielka grupka fanów. Kiedy Paddy podszedł do nich przywitały go brawa. Skutecznie skupił na sobie uwagę i Will pomógł Poli przedostać się do budynku w miarę niezauważonym. Przy samym wejściu do hotelu minęła ich grupka kobiet. Jedna szturchnęła nieznacznie Polę i cicho dodała -Nie masz nic takiego w sobie co on mógłby pokochać. – kobiety dołączyły do wesołej grupy ustawionej wokół Paddiego. Pola chwilę stała zszokowana. Will chwycił ją pod ramię i pociągnął do środka.

-Nie przejmuj się. Zawsze znajdzie się jakaś wariatka. Gorzej mówią, wierz mi.. – wywrócił oczami.- Czasami nawet grożą!

-Co to za kobiety?!

-Z obsesją. Nic nie poradzisz ale tak jak mówiłem, nie przejmuj się. Paddy jest z tobą i poradzicie sobie z takimi kobietami, wcześniej czy później odpuszczą. Chodź, zaprowadzę cię do waszego pokoju. To na zewnątrz trochę potrwa.

-Czekaj, pomogę wam! – koło nich pojawił się Christian. – Uciekłem im! – wyszeptał konspiracyjnie.

-Jak sobie z tym radzisz?- Pola zapytała muzyka, kiedy szli za Willem długim korytarzem.

-A co tu jest do radzenia! To już nie są napalone nastolatki, tylko w miarę zrównoważone kobiety, nie rzucają się pod koła. – spojrzał ciepło na Polę. – No może niektóre!- puścił jej oczko. Podeszli pod drzwi pokoju. – Baw się tym Pola. Musisz przywyknąć, jeśli chcesz być z muzykiem. I zrób to jak najszybciej. A najlepiej, ciesz się! Tyle kobiet chce przelecieć ci faceta…. – odszedł w ciemny korytarz.- Żyć nie umierać! – rozłożył ręce na boki. – Do zobaczenia na obiedzie!

Rzuciła na łóżko przyniesioną wcześniej walizkę. Wyciągnęła kosmetyki, bieliznę i ubrania na zmianę. Telefon i laptopa podłączyła do ładowarki. Zamknęła się w łazience i odkręciła ciepły prysznic.Niedbale umyła ciało i włosy, bardziej rozkoszując się przyjemnym, ciepłym masażem kropel wody. Stanęła przed lustrem oglądając swoje wychudzone, mizerne ciało. Obojczyki zaczęły wystawać jeszcze bardziej, piersi zmalały o jeden rozmiar, brzuch zapadał się pod żebrami. Westchnęła i otuliła się białym, puszystym hotelowym szlafrokiem. Zawiązała ciasny supeł w pasie, przeczesała włosy i wyszła do pokoju po suszarkę do włosów. Podskoczyła zaskoczona. Na fotelu, w rogu pokoju siedział Paddy. W milczeniu przyglądał jej się, podpierając dłonią skroń. Zmrużył oczy, zacisnął szczęki. Podeszła bliżej. Jego dłoń dotknęła jej kolana,palcem subtelnie musnął jej skórę. Zobaczył na jej udzie kropeczki gęsiej skórki, uniósł kąciki ust z satysfakcją. Jego ciepła dłoń przesunęła się po udzie coraz wyżej, gładząc miękką skórę. Jej oddech przyspieszył, przymknęła oczy lekko pochylając się do przodu. Dotarł do krągłości jej pośladków, na których zacisnął dłoń. Jej ciało, okryte szlafrokiem, lekko mokre, miękkie i pachnące działało na Patricka tak mocno, że ledwo panował nad sobą. Przymknął oczy, odchylił głowę do tyłu, odsłaniając nagą szyję otoczoną siateczką pulsujących żył. Przełożył dłoń,która teraz spoczywała na jej kobiecości. Wstrząsnął nią potężny dreszcz rozkoszy. Pieścił ją coraz śmielej, natarczywiej. Pochyliła się nad nim opierając dłonie o zagłówek fotela. Jęknęła wypuszczając gorące powietrze w zagłębienie za jego uchem. Mruknął ogarnięty podnieceniem. Drugą dłonią zacisnął wokół paska szlafroka i pociągnął, sadzając Polę na swoich biodrach. Objął ją w pasie i przycisnął do siebie. Gładkie, miękkie cudowne usta unosiły go na wyżyny rozkoszy. Rozchylił rozwiązany szlafrok odsłaniając jej piękne ciało. Odchyliła się do tyłu wyginając się w przepiękny łuk. Jego dłoń muskała bladą skórę jej szyi, zatrzymując się na zaokrąglonych piersiach aby spocząć na jej przyozdobionym brzuchu. Wyprostowała się, chwyciła go za kark i patrząc prosto w jego czarne oczy pozwoliła w siebie wejść. Unosiła się rytmicznie mieszając jego oddech ze swoim. Przyspieszyła, zaciskając palce we włosach Patricka.Delikatnie odchyliła jego głowę jednocześnie całując zarys jego szczęki. Zacisnął dłonie na jej pośladkach,napierając i przyspieszając rytm. Jęknęła jeszcze raz, gardłowo, wbijając paznokcie w jego plecy. Czuł nadchodzącą falę spełnienia. Całym swoim ciałem przytulił ją do siebie, musnął jej szyję, uniósł biodra. W tej jednej chwili tworzyli jedność. Czuł ją w każdej sekundzie, w każdej chwili, w każdym kawałku swojego ciała. Zacisnął szczęki, spojrzał w jej piękne, duże, zielone oczy i jęknął ostatni raz. Kropelki potu spłynęły po jego skroni.

-Kocham cię. -gładziła jego policzek.

-Też cię kocham. -Pocałował delikatnie jej usta. -Na zawsze…

 

 

 

-Pamiętaj, nie po twarzy! Ja nią zarabiam! – Iglesias wiązał rękawice bokserskie.

- I poważnie zabrałeś mnie na boks?Wierzyć się nie chce!

-Olałem pracę dla ciebie Kelly, więc nie jęcz! Chcesz pogadać?- Paweł wszedł na ring.

-Model, bokser?! Największe zaskoczenie ostatniego czasu!- spojrzał na Iglesiasa i spoważniał – Chyba faktycznie dobrze mi to zrobi. – Jim również wszedł na ring. Chwilę skakali wokół siebie i próbując się, najpierw delikatnie uderzali bardziej poszturchując się.

-Gadaj! Paddy?  Żona?- w kierunku Jima poleciał mocniejszy cios.

-Fiona! – Jim wyprowadził kontratak.

-Widziałem, warcząca Fiona nie jest miłym widokiem! – kolejne uderzenie w Jima.

-Tylko, że ja…. -uderzył- … nie wiem o co jej chodzi!

-Kobiety ciężko zrozumieć.A Fionę to już tym bardziej! Jeszcze tego nie wiesz?- opadł na sznury ograniczające ring.

-Powiedziała, że zaprosiła tego dupka na święta! Kurwa, rozumiesz coś z tego?!- Jim z podwójną siłą wyprowadził kilka ciosów. -A ja powiedziałem, że ją kocham!

-Że co zrobiłeś?Pojebało cię?!

-Ale co?- wytarł pot z czoła.

-Po co jej dokładasz kolejnych emocji?!

-No bo tak czuje Iglesias!

-Za jakiś czas też tak będziesz czuł! Mogłeś się wstrzymać, niech się kretyna pozbędzie!

-Chyba słabo jej idzie, skoro zaprasza go na święta!

-Nie zaprosiła!!

-Co? – Jim zmarszczył brwi i opuścił gardę na sekundę przed ciosem Iglesiasa.

-Cholera! Jim, przepraszam stary!

-Podbiłeś mi oko! Poważnie, kurwa?!- spojrzeli na siebie i oboje spoceni w mokrych koszulkach z rękawicami na dłoniach, wybuchli głośnym śmiechem i opadli na środek ringu.

-Teraz będziesz wyglądać jak zakapior! Więcej kasy dostaniesz na to oko, jak będziesz grać na ulicy.-Iglesias leżał na podłodze i dyszał.

-Zamknij się! – Jim kopnął Pawła w pośladki. – Chyba wole piwo niż ten boks! – oddychał głęboko sapiąc. – Jak to go nie zaprosiła?! Tak mi powiedziała!

-Wiesz, że kobiety kłamią? Dociera to do ciebie?!

-Po co? Po cholerę mnie okłamała!

-Nie wiem, może boi się twojej rodziny w święta?- Iglesias usiadł i spojrzał na łupiącego na niego Jima.- Co się tak głupio gapisz?- mierzyli się wzrokiem dobrą chwilę. -No nie pieprz, że jej nie poprosiłeś o spędzenie świąt z tobą?

-Jakoś nie zdążyłem…

-Kurwa, Jimbo!

-Chciałem to zrobić! A ona wtedy wyskoczyła z tym durniem Filipem! Honorem się uniosłem!

-Ty i twój głupi honor! – rzucił w niego rękawicą – Kretyn!

-Czemu ona mi nie mówi takich rzeczy?! To chyba oczywiste.

-W życiu Fiony nic teraz nie jest oczywiste! Kobiety patrzą na to inaczej.Nic nie jest czarne i białe, tylko zajebiście wielki, pieprzony wachlarz cholernej szarości! Fiona ma kryzys zaufania. Dopiero co była z mężem tyle lat, który ją zdradził. Święta to czas rodzinny a ona pewnie myśli o dzieciach….

-Gadasz jak Paddy.

-No bo nie da się inaczej o tym gadać Jim. Zostawisz dziewczynki w święta?

-Oczywiście, że nie. I tak mocno za nimi tęsknię.

-Widzisz… Fiona też nie. Ona dodatkowo chciałaby, żeby tata był z nimi. A zaprosił ją Filip a nie odwrotnie. – wymienili spojrzenia. -Dominika mi powiedziała.

-I co teraz? Mam ją porwać do Kolonii?- pociągnął łyk wody.

-Nie możesz wygadać, że wiesz o jej oszustwie! Bo wsypiesz Dominikę… no i mnie! Ehhh kurwa!- opadł na podłogę. – Idź Jim do niej, powiedz co czujesz i jakbyś chciał. Powiedz jej, że cokolwiek zrobi będziesz ją wspierać. I przełknij dumę. Jeśli czuje do ciebie to samo to kopnie Filipa w zad. Nic więcej nie możesz zrobić.

-Mogę odejść i to olać! – -opadł obok Iglesiasa.

-Nie, nie możesz… nie potrafiłbyś!

-Masz rację. Nie potrafiłbym! – przybili sobie „żółwika” – oko mi puchnie.

-Zasłużyłeś!

 

NIEMCY 3 TYGODNIE PÓŹNIEJ

stylowi_pl_uroda_piekna-mila-kunis_6861090

Zamówili pyszny obiad w małej, kameralnej restauracji. Zajęli stolik w samym rogu i poprosili o uszanowanie ich prywatności. Niemiecka trasa właśnie dobiegała końca. Zamówili butelkę szampana, postanawiając uczcić kolejny sukces. Pola towarzyszyła Paddiemu przy każdej możliwej okazji. Zdarzyło jej się nawet rozdać  kilka autografów, co przyznała, strasznie ją peszyło. Niemieckie gazety pisały krótkie wzmianki o Patricku, jego partnerce, z którą podróżuje i planowanych koncertach a także o nowym albumie, który Paddy ma w planach nagrywać lada moment. Nie odwiedzili rodziny Kelly podczas tej trasy. Nie chcieli wcześniej przyjeżdżać. Postanowili, że odwiedzą ich dopiero w święta. Dzisiaj miał odbyć się ostatni koncert z tej mini trasy. Następnego dnia planowali jechać do Francji, odwiedzić Manuela. Reszta zespołu wracała na czas świąt do swoich bliskich. Zaplanowali po nowym roku intensywną pracę nad nowym albumem Patricka.

Teraz oboje cieszyli się sobą, pysznym jedzeniem i wyśmienitym szampanem. Pola z dnia na dzień czuła się coraz lepiej. Sporadycznie miewała mdłości, a co za tym idzie, zaczęła przybierać na wadze. Widok jej uśmiechniętej, rozpromienionej, szczęśliwej cieszył oczy Paddiego. Rozkwitała przy nim. Teraz siedziała przy stole zajadając się frytkami i pieczoną kaczką, wyglądem przypominała beztroską dziewczynkę a nie kobietę po tak ogromnych przejściach.

-Myślisz, że Jim w końcu się odezwie? – Pola wkładała sobie do ust kolejną frytkę.

-Pewnie tak… jest uparty ale do czasu. Odpuści.

-Długo już. Trzy tygodnie nie ma z nią kontaktu. Kiedy z nim rozmawiałeś?

-Przedwczoraj ale kazał mi się nie wtrącać i że to nie moja sprawa. – wypił kilka łyków szampana. – I wiesz co? Ma rację. To nie  nasza sprawa.

-On jest twoim bratem ona moją przyjaciółką. To jest nasza sprawa.

-No ale oni sami muszą się dogadać Pola. Prawda jest taka, ze  jedno i drugie uparte i głupie jak but! Ale nie to mnie zastanawia…

-A co?

-Myślisz, że ona faktycznie spędzi te święta z Filipem, u niej, u nich w domu? – zastanowił się chwilę. – Chyba powinienem powiedzieć u niej… czy u nich… Cholera, rozwiodła by się już!

-Po nowym roku ma rozprawę. Dalej nie poprosił jej o spędzenie razem świąt?Powinni być razem…

-Dalej siedzi cicho…. baran! A tak ją kocha.

-Kocha?

- Przecież to widać! Jim nigdy nie był taki miękki. Jak jakaś kobieta robiła mu problemy to odwracał się na pięcie i tyle go widziała… do Fiony wraca… i sądzę, że tym razem też wróci.

-A może nie chce wchodzić między Fione a jej dzieci z ojcem…- podpierała głowę.

-Eee, Jim nie jest aż tak szlachetny. Jak kocha Fionę to nie będzie zwracał uwagi na Filipa i sytuację. – roześmiał się. – musiała nieźle mu nagadać, że obraził się na tak długi czas. Nie przejmuj się. Czuję, że w te święta będziesz mieć przyjaciółkę obok siebie. Nasze zdrowie!-uniósł kieliszek szampana.

-Obyś miał rację. – stuknęła szkłem wypełnionym szampanem. -Nasze…

-Zagram dzisiaj „Here to stay”. Zapowiedz nowego albumu. – wzruszył ramionami.- Taka promocja.

-Pierwszy kawałek jaki napisałeś do tej płyty….

-W zasadzie to trzeci…Pierwszy kawałek zacząłem pisać w pociągu jak podróżowałem z Francji..- odpłynął do tamtych wspomnień.- A skończyłem już w Polsce. Zaczynałem swoje nowe życie… nie wiedziałem nic i nie miałem nic poza nadzieją… Tak napisałem „Shake Away”. Potem zobaczyłem ciebie…- pocałował jej dłoń.

17523371_1249218005132834_428762664923645881_n

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

- I wtedy powstało….

-”Rose of Jericho”. – uśmiechnął się. -Pamiętam do tej pory jak oblałaś się kawą, przeklinałaś pod nosem…

-Nie przypominaj mi! Najbardziej pechowy dzień ostatniego czasu. – sama zaczęła się śmiać

-Pamiętam jak wtedy pierwszy raz spojrzałaś mi w oczy… zatopiłem się w nich i tak tonę do teraz…

-To jest tak cudowne, że aż nie do uwierzenia!

-A „here to stay” napisałem jak… – spuścił wzrok na stojący przed nim talerz- Jak starałem się abyś mi zaufała… Jak jeszcze nie wiedziałem o tobie tych… – spojrzał na nią i zmarszczył brwi.- Co jest? Zbladłaś.

-Odrobinę mi niedobrze. Wybacz…

-Nie ma czego, nie wygłupiaj się.

-Ty tak pięknie mówisz a ja… przepraszam. – wstała i szybkim krokiem wyszła do toalety.

Został sam. Zamyślony spojrzał na otaczający go świat. Nie zauważył dwóch kobiet nieśmiało stojących koło niego. Delikatnie uśmiechając się, przeprosiły, że przeszkadzają ale skoro został sam, to czy one mogłyby poprosić o autograf i ewentualnie zdjęcie? Paddy przybrał wyćwiczony uśmiech i wesołą, sztuczną minę. Potrafił robić to na zawołanie. Całe życie ćwiczył tą umiejętność. Teraz było odrobinę trudniej, martwił się o Polę. Już przecież czuła się dobrze. Znowu będą przechodzić to wszystko od nowa? Bał się.

Drzwi toalety trzasnęły i na sali pojawiła się Pola. Paddy bardzo szybko pożegnał swoje dwie fanki i odsunął krzesło siadającej kobiecie.

-Wszystko dobrze? – zapytał z troską.

-Teraz już tak.- wypiła kilka łyków wody. -Jedzmy. -powiedziała cicho, nie wdając się w szczegóły.

-Jesteś pewna?- Paddy przyglądał jej się badawczo. – Sądziłem, że mamy to już…

-Ja też. Ale nie psujmy sobie wyjątkowego popołudnia…. Za kilka godzin grasz ostatni koncert. Reszta może poczekać do jutra.- uśmiechnęła się jakby sztucznie. Paddy podejrzewał, że Pola po prostu martwi się i mocno stara się to przed nim ukryć.

 

 

Miała dość. Ponad dwa tygodnie nie odezwał się do niej.Nie odbierał telefonu, nie odpisywał na wiadomości. Za tydzień miała być impreza, którą Fiona wyprawiała dla przyjaciół co roku. Wszyscy wtedy gotowali, ubierali choinkę a w garażu w tajemnicy przed chłopcami, zawsze ktoś pakował prezenty. Nie chciała tak przeżywać tego wieczoru. Martwiąc się o niego, o nich. Bać się, że już odpuścił, że już nie jest jej…Zaparkowała niedbale pod budynkiem, w którymi mieściło się mieszkanie Jima. Z mieszanką złości, strachu, tęsknoty i resztą pomniejszych emocji wbiegła na odpowiednie piętro. Z całej siły zaczęła pięściami uderzać w drzwi. Odpowiedziała jej cisza. Z mieszkania nie dochodziły żadne dzwięki.

08462bfb7c42bf3d5e3fbf317a9ba322

-Jim cholera otwórz! Musisz ze mną porozmawiać! – uderzyła jeszcze raz w pięścią i oparła czoło o chłodne, gładkie drewno. – kurwa mać… – warknęła pod nosem i bez siły usiadła na wycieraczkę, opierając się o drzwi. – Życie ze mną jest ciężkie… – mówiła cicho bawiąc się złotą bransoletką na nadgarstku. -… Mam przeszłość, dzieci, męża… bardzo bym chciała nikogo nie krzywdzić. Postąpić dobrze, żeby każdy był szczęśliwy. Nie zależy mi na Filipie… – zamknęła oczy. – Od dawna mi nie zależało. Byliśmy ze sobą chyba jedynie z przyzwyczajenia po tylu latach i chyba zapomnieliśmy, że można żyć inaczej, lepiej. Niekoniecznie razem. A ty…. powodujesz, że znowu się uśmiecham. Dzięki tobie przechodzę to wszystko z podniesionym czołem i dla ciebie wstaje codziennie rano. Jesteś mężczyzną o którym myślę przed zaśnięciem i po przebudzeniu…. – uderzyła pięścią. – I cholernie tęsknię za tobą!- głos jej się załamał. – Nie zaprosiłam Filipa na święta. On to zrobił, dla dobra dzieci! Ja bardzo chciałam spędzić jej z tobą i wiedzieć, że to co jest między nami jest poważne! Ciebie nie ma a ja gadam do ściany…- westchnęła naciskając guzik windy.W tym samym momencie sąsiednie drzwi otworzyły się i pojawiła się w nich starsza pani.

-Szuka pani tego muzyka co tu pomieszkuje?

-Tak. Widziała go pani?- Fiona poczuła przypływ nadziei.

-Nie. Od kilku dni nikogo tu nie było…

-Tego się obawiałam…. dziękuję pani. -dodała smutno i weszła do windy, zjeżdżając na dół.

Słyszał wszystko. Siedział na schodach piętro niżej. Oczy mu zaszkliły, bardzo za nią tęsknił.

 

 

Podzielili się. Paddy od godziny przebywał w klubie, gdzie miał odbyć się kolejny koncert, szykując wszystko i starając się dopilnować każdego szczegółu. Pola została w pokoju hotelowym. Przyjechać miała na pół godziny przed koncertem. Wyszła spod prysznica i szykowała ubrania na ten wieczór. Chciała założyć czarne obcisłe spodnie, sztyblety, obcisłą białą bluzkę i skórzaną kurtkę. Włosy rozpuściła i wyprostowała. Zapięła na plecach biustonosz i poczuła dziwny ucisk w piersiach. Poprawiła bieliznę jeszcze raz, próbując dopasować ją do swojego ciała. Dostała wiadomość od Willa czekającego na dole. Szybko chwyciła torbę, telefon i wybiegła z pokoju. Weszli do klubu od zaplecza i od razu skierowali się za kulisy.

-Jesteś! – Paddy zamknął ją w swoich ramionach mocno całując. -Tęskniłem.

-Nie przesadzajcie. -Will wywracał oczami.- Nie widzieliście się raptem chwilę! Ja za żadną z żon tak nie tęskniłem.

-Dlatego miałeś ich kilka! -Paddy roześmiał się. Był zrelaksowany i szczęśliwy. Pocałował Polę w czubek głowy i pogładził jej włosy. – Bądź tu jak skończę.

-Nigdzie się nie wybieram. -pocałowała go. – Zaśpiewaj ten nowy kawałek.

-Taki mamy plan. Wiesz gdzie będę myślami śpiewając go? W tamtej chwili….

-Wiem…ale to już za nami. Połamania nóg!

-Mówi się rąk! -Will stanął za Polą, kiedy Paddy pobiegł na scenę.

-Nie Will… nóg… nie wymądrzaj się. – dała mu kuksańca w bok.

Koncert przebiegał planowo. Żarty Patricka były trafione, interakcja z publicznością, radość i okrzyki. Wszystko było cudowne. Obserwowała go, jaki jest pewny siebie, charyzmatyczny, jak bardzo była z niego dumna. Zachwycał ją w każdej sekundzie coraz bardziej. Śmiała się serdecznie kiedy Basti z Christianem toczyli gitarowy pojedynek a między nimi jako sekundant stał Paddy. Will podał jej kubek wody i oboje obserwowali kończący się powoli koncert. Pola lekko przesunęła się i zobaczyła w pierwszym rzędzie, po prawej stronie, kobietę w zaawansowanej ciąży bawiącej się i skaczącej w najlepsze. Przez kilka minut Pola zachwycona obserwowała tą beztroskę. Fakty zaczęły składać się w jedną całość. Spojrzała jeszcze raz na kobietę… na kubek z wodą w swojej dłoni… na wystające ramiączko biustonosza… Oczy rozszerzyły się do wielkości spodków… odłożyła kubek, chwyciła Willa za kurtkę i przyciągnęła do siebie.

-Wiedziałem, że na mnie lecisz!

-Will, jedz do apteki. – mówiła szybko, cicho. – Ja nie mogę bo mnie zobaczą. Jedz natychmiast. Kup test ciążowy.

-Co mam ci kupić? Test…

-Ciszej cholera! – warknęła.

-Nie możesz jutro?

-Nie. Nie doczekam się. Jedz najszybciej jak możesz!- zobaczyła jego minę.- Jedz i nie denerwuj potencjalnej ciężarnej!

-Dobra! – tupnął nogą. – Ale na drugie dacie mu Will.- wyszedł szybko z klubu. Pola nalała sobie kolejny kubek wody i starając się opanować nerwy i podniecenie. Paddy co jakiś czas zerkał na nią upewniając się, że dalej tam jest i czeka. Po 15 minutach, kiedy koncert dobiegał końca i Paddy zapowiadał nowy kawałek z płyty, którą mają właśnie nagrywać, Will pojawił się za kulisami z papierową torbą. Pola niewiele myśląc chwyciła ją i uciekła do łazienki.

Paddy zerknął w miejsce gdzie powinna być. Nie było jej. Will jedynie wzruszył ramionami. Zaczął swój kawałek. Zamknął oczy i przeniósł się do początku swojej miłości. Co chwilę zerkał czy wróciła. Dalej jej nie było. Czuł lekki niepokój…

Zamknęła się w toalecie. Na kolanach rozpakowała test i całe rozerwane  opakowanie wrzuciła do torebki. Czuła jak pęcherz powoli zaczyna wygrywać więc trzęsącymi dłońmi rozerwała folię i wykonała wszystkie czynności jak nakazuje instrukcja. Usiadła na toalecie z malutkim pudełeczkiem na kolanach. Objęła głowę dłońmi i kiwając się do przodu powtarzała.

-Błagam Panie Boże…. błagam! Boże…. błagam… dwie kreski… błagam. O nic więcej nie proszę. Tylko o to. Daj nam dziecko… daj mu dziecko. Błagam…. proszę.- Te trzy minuty dłużyły się Poli w nieskończoność. Otworzyła oczy i zamarła wpatrując się w pudełeczko. Pojawiła się jedna kreska…- poczuła smutek i żal, który rozrywał ją od środka.- Znowu nic… – już miała wyrzucić test do kosza. Zerknęła jeszcze raz ze smutkiem. Nieśmiało obok różowej kreski zaczynała pojawiać się niebieska. Poczuła zalewającą ją falę gorąca. -Nie wierzę! Boże, nie wierzę! – spojrzała jeszcze raz. Druga kreska dumnie już malowała się na kawałku papierka. Łzy szczęścia zalały twarz Poli. Nie panowała nad sobą. Drżącą dłoń zacisnęła na teście i ocierając łzy wyszła z toalety. Wróciła na miejsce gdzie stała cały koncert. Paddy kończył „here to stay”, spojrzał w jej oczy, zobaczył że płacze ze szczęścia. Nie bardzo rozumiał. Pożegnał się z fanami i zerknął na zawartość trzymaną w dłoni kobiety. Musiał szybko zejść ze sceny na której już zaczął się śmiać.  Pomachał widowni i pobiegł do niej. Bez słowa zamknął ją w ramionach i uniósł okręcając wokół siebie.

-Powiedz, że to prawda! Powiedz proszę, że jesteś w ciąży! – rozpłakał się  ujmując w dłonie jej twarz. Nie mogła wykrztusić słowa. Pokiwała głową, wciskając w jego dłoń test. -Dwie kreski. Jesteś w ciąży! Boże, będę ojcem! – ich pocałunki mieszały się ze słonością ich łez. -Kocham cię! Kocham cię tak bardzo mocno! Boże, będziemy mieć dziecko! Dziękuję, dziękuję! – śmiał się, płakał, całował ją i głaskał po głowie.

-Będziemy rodzicami… teraz wszystko będzie dobrze! – tyle potrafiła z siebie wydusić. Wzruszenie zaciskało jej gardło.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 5 komentarzy

67. Time after time

FRANCJA

Po spowiedzi, której udzielał, przytłoczony swoimi myślami, zamknął się w niewielkim pokoju. Umył twarz, dłonie, zmienił ubranie. Mokrymi dłońmi przeczesał przerzedzone siwe włosy i długą chwilę przyglądał się swojemu odbiciu w lustrze. Nie był aż tak stary ale czuł się już mocno zmęczony życiem. Od dawna pokutował za swoje grzechy, nie miał jednak poczucia, że Bóg mu wybaczył. Gdzieś w głębi duszy wiedział doskonale, że tych dawnych czasów już z siebie nie zmyje. Mógł jedynie czynić dobro i ratować inne dusze… i tak robił. Młody mężczyzna cicho zapukał, wyrywając go z zamyślenia i wspomnień.

-Ojcze Manuelu…Artur przyszedł.

-Oczywiście, już idę. Dziękuję. – ucieszył się. Wizyty jego przyjaciela zawsze sprawiały mu radość. Założył grubo pleciony sweter, kaszkiet i wyszedł na dziedziniec. Artur jak zawsze prawie niewidoczny, siedział na ławce. Ubrany na czarno stapiał się z otoczeniem pozbawionych liści krzewów i drzew. -Gdybym nie wiedział, że tu będziesz siedzieć pewnie do teraz stałbym na środku rozglądając się za tobą. Całe życie zastanawiało mnie, jak ty to robisz….

-Jak człowiek bardzo chce być niewidoczny to tak się właśnie stanie. – oczy roześmiały mu się ciepłym blaskiem.- A naprawdę Leon mnie tego nauczył.-poklepał przyjaciela po kolanie i z westchnieniem wstał.

18199251_1785731355089011_6464337982618705100_n

-Gdzie idziesz?- Manuel krzyknął za nim.

-20 lat czekam, aż w końcu ograsz mnie w szachy… – odwrócił sie do przyjaciela – Może dzisiaj ci się uda. Rusz się! – spacerując przeszli do ciepłego, przytulnego pomieszczenia. Przy filiżankach herbaty przysiedli nad partyjką gry.

-Jak Pierre?- Manuel ruszył skoczkiem.

-Bardzo dobrze. Ma doświadczenie. Przy Łukaszu uczy się cierpliwości i ogłady.Za niedługo jadę do Polski… Mam sprawy. – Artur mówił skupiony, lekko zaniepokojony.

-Czym się zamartwiasz?

-A czym nie, mój drogi… – jego, otoczone siateczką zmarszczek, oczy koloru jasnego błękitu, wyrażały smutek połączony ze strachem…

-Martwisz się o nią…

-Poradzi sobie… – ruszył królową- Edmund dobrze ją wychował…-dalej trzymał w dłoni drewnianą figurkę, przyglądając się jej z zamyśleniem. – Pamiętam jak ją zobaczyłem…. pierwszy raz….

-Pamiętam jak zgłupiałeś przez nią….

-Anna…- Artur westchnął i odłożył figurkę na szachownicę.

-Nie mogłeś jej uratować.- Manuel sięgnął po łyk ciepłej herbaty

-Mogłem.- Artur mówił spokojnie, cicho.- Po prostu nie chciałem zobaczyć tego co Leon próbował mi powiedzieć.

-A ja do teraz nie uważam, że była psych…- spojrzał na zaciśnięte szczęki przyjaciela- … chora. Wybacz.

-Leon chciał ją uratować, nie posłuchałem, wywiozłem ją.- masował swoje pomarszczone czoło.- Byłem zazdrosny…ślepy.

-Kochałeś głupcze!

-Ostatni raz w życiu. – uśmiechnął się ciepło do swoich wspomnień. – Była piękna, ulotna, dobra. Inna niż my… niż ja. Jej śmierć była bezsensowna… – spuścił głowę.

-To była jej decyzja, Artur. -położył dłoń na ramieniu przyjaciela- Postanowiła sie zabić… nic nie mogłeś…

POLSKA.

Pola z Paddym biegali po mieszkaniu pakując ostatnie rzeczy do dużych walizek. Pola przechadzała się po pomieszczeniach wyłączając wszystko z prądu i sprawdzając pozamykane okna. Paddy wyszedł zanieś bagaże do auta. Przez chwilę została sama. Chciała się czegoś obawiać, czuć strach… cokolwiek co by ją powstrzymywało. Tak już miała, długie lata trzymała swój strach w ryzach, obłaskawiała swojego demona. którego nosiła w sobie. Teraz nie czuła nic poza spokojem, bezpieczeństwem i szczęściem.

ab5db9b1dbeb109ce5f26988478537a7

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Gotowa? -Paddy stał przed nią, wyciągając z uśmiechem dłoń. -Coś się stało?- spojrzała na niego, zatapiając się w granacie jego oczu. Znała na pamięć każdą jego zmarszczkę. Pamiętała każdy jego ciepły i czuły dotyk. Każdą jego walkę o nią… o jej zaufanie… Jego upór w dążeniu do celu. Kochała go całym sercem. Bez niego… nie istniałaby.

-Absolutnie nic. – wstała i głaszcząc jego policzek delikatnie go pocałowała. Odsunęła się po chwili- kocham cię. – badała każdą złotą iskierkę w jego oczach.

-Skarbie też cię kocham. Nad życie nawet, ale teraz chodź już po się spóźnimy. – pociągnął jej dłoń i szybko wyszli zamykając za sobą drzwi.

Pod studiem wszyscy na nich czekali. Postanowili jechać dwoma autami. W jednym jechał cały zespół i Will a w drugim Paddy z Polą. Chcieli po skończonej trasie pojechać jeszcze do Francji do Manuela, stąd taka decyzja. Teraz pod studiem dodatkowo czekała cała grupa przyjaciół. Uściskom i pożegnaniom nie było końca.

-Uważaj na siebie kochana! – Fiona ściskała Polę. – I róbcie tego dzieciaka, ciotką bym została!

-Ja machnę dziecko Dominice to zostaniesz ciotką zrzędo! Odsuń się! -Iglesias delikatnie odsunął kobietę od przyjaciółki, zajmując jej miejsce. -Dbaj o siebie mała! I dzwoń do mnie dużo i często!- pocałował jej usta.

-Ej, jedziemy tam gdzie cywilizacja już dotarła więc będzie z nami kontakt! -Paddy wyrywał się z uścisku Adama.

-Jako niesamowicie przystojny kardiolog…- Mikołaj położył dłoń na swojej piersi-…mogę jedynie polecić mało alkoholu i używek. I dużo seksu bo to krążenie pobudza…

-Cicho już bądź! – Adam zasłonił mężczyźnie usta- A czy my się jakoś umawiamy?

-Właśnie, kiedy przewidujecie powrót?-Dominika odciągnęła Adama od Mikołaja. – Daj mu oddychać… bo świąt nie będzie w tym roku!

- Wrócimy przed świętami.

-Na naszą imprezę będziecie, prawda?- Fiona z nadzieją patrzyła na Polę.

-Oczywiście. Kto ci kolędy będzie śpiewać? -Pola wzruszyła ramionami.

-Mam nadzieję, że nie mówiłaś o sobie?-Paddy objął Polę ramieniem. -Ona strasznie fałszuje!

-To nam będziesz Kelly przygrywać. -Fiona ścisnęła Patricka.

-Rozmawiałaś z Jimem o świętach?- wyszeptał jej prosto do ucha.

-Jeszcze nie.

-Teraz masz szansę. -pocałował Fionę w policzek.- Przeżyjcie bez nas, jeśli to nie problem?! – krzyknął do wszystkich.

c9ab712546c0ba674be617d949fec8c2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Jedz już! -Jim machnął ręką. – Do zobaczenia u Angelo na święta! – po tym zdaniu w kilka sekund ciszy Pola z Fioną wymieniły znaczące spojrzenia. Paddy lekko ścisnął Polę dalej uśmiechając się do reszty.

-Jedziemy! -Will krzyknął przez okno samochodu.

-Jedziemy. Trzymajcie się kochani. -pomachali, wsiedli do auta i odjechali.

 

-A my co?-Iglesias odezwał się kiedy dwa auta zniknęły za rogiem.

-Ja muszę jechać do pracy. -Fiona szybko wsiadła do auta. – Do zobaczenia. – odjechała.

-A tej co?- Paweł wskazał na Fionę.

-Ja chyba podejrzewam. – Jim poklepał Pawła po plecach i również odjechał.

-Jedziemy na zakupy. Wieczorem muszę być w pracy.-Dominika pomachała reszcie i razem z Pawłem również odjechali.

-Jedziemy do mnie? Zrobimy jakiś obiad? Czy coś? -Adam zwrócił się do Mikołaja.

-Wolałbym „czy coś”… – uniósł kąciki ust.

-No to kupmy wino i jedziemy do mnie. -również odjechali zostawiając parking przed studiem kompletnie pusty.

 

 

392c7d8379d8017245830025cf63e27b

Szybko przekroczyła próg biura projektowego i stukając szpilkami weszła do swojego pokoju, mijając bez słowa uchylone drzwi gabinetu Filipa, który pracował pochylony nad projektem. Ściągnęła marynarkę rzucając ja na małą sofę w rogu pokoju. Usiadła za biurkiem i z westchnieniem ulgi pozbyła się niebotycznie wysokich butów, rozpuściła włosy, które kaskadą opadły na jej ramiona. Oparła czoło o chłodne dłonie, zamknęła oczy i próbowała zebrać myśli. Do świąt zostało jeszcze trochę czasu… podświadomie liczyła na Jima. Czasami jednak docierały do niej wspomnienia z czasów, kiedy byli razem, całą rodziną. Chłopcy byli tacy szczęśliwi. Otworzyła oczy i zobaczyła kilka mokrych kropel na blacie biurka. Kciukiem szybko wytarła łzy. Złożyła na zgrabną kupkę rozłożone  poprzedniego dnia dokumenty, przeszła cały gabinet, otworzyła obszerną szufladę i wyciągnęła teczkę aby schować papiery. Usłyszała za sobą trzask klamki i zamykające się drzwi.

- Filip, nie mam teraz ochoty na rozmowy z tobą! -wycierała kolejną łzę. Upewniwszy się, że po płaczu nie ma śladu, odwróciła się. Tuż za nią stał Jim.

-Co się stało, Fiona? Chciał jej dotknąć ale cofnął dłoń. Nie był pewien czy powinien.

-Co ty tu robisz? Za ścianą siedzi mój jeszcze mąż!-syknęła. Jego twarz napięła się w sekundę

-Ale ja do cholery nie mam wypisane na czole, że z tobą sypiam!- zobaczył jak na te słowa twarz Fiony tężeje a szczęki zaczynają jej pulsować.

-Że ze mną sypiasz?! Tylko ze mną sypiasz?- wysyczała przez zęby. -Wynoś się!

-Nie o to mi chodziło. Źle się wyraziłem. Poczekaj!- uniósł dłonie do góry.

-Bardzo dobrze się wyraziłeś!Przecież my tylko ze sobą sypiamy! A teraz wyjdź!- odeszła krok gdy nagle Jim chwycił jej nadgarstek.

-Uspokoisz się?!

-Puść mnie! – zbliżyła twarz do jego ust i patrząc mu w oczy dodała. – Natychmiast. – puścił ją. -Po co przyszedłeś?

-Odniosłem wrażenie, że pod studiem powiedziałem coś co spowodowało… – pokazał na Fionę – To co właśnie oglądam.

-Mylisz się. -usiadła za biurkiem.

-Powiedziałem – usiadł naprzeciwko. – … mówiłem do Paddiego że spotkamy się u Angelo na Wigilii…. – zmrużył oczy. -O to chodzi?

-Przeceniasz się! – zacisnęła usta. – Ja mam już plany.

-Tak? Oświecisz minie?- skrzyżował ręce na piersi.

-Zaprosiłam Filipa na Wigilie… – spuściła wzrok. – chłopcy się ucieszą. – kłamiąc nie potrafiła spojrzeć mu w oczy.

-Ach tak…- Jim zacisnął pięści.

-Dokładnie… właśnie tak. – wytrzymała jego spojrzenie. Bez słowa wstał i kiedy stał już w drzwiach dodał sam do siebie, jednak na tyle głośno aby Fiona słyszała.

-Mam tego dość! Powodzenia z mężulkiem! Może tym razem cię nie zdradzi! – trzasnął drzwiami.

-Kurwa mać!- Rzuciła w drzwi kubkiem, który trafił Filipa w udo.

-Umyj a nie trzaskaj!

-Wynoś się Filip! Jak Boga kocham, wyjdź bo cię kurwa zabije a potem wykastruję! Już!- warczała. Filip natychmiast wyszedł.- Zwariuje tu zaraz!- zacisnęła dłonie na swoich włosach.

 

 

 

Dwóch mężczyzn spacerowało po małym markecie, niedaleko domu Adama.W ich koszyku co chwilę lądowało coś nowego.Rozmawiali o swoich rodzinach, o szkołach jakie skończyli i o swoim dzieciństwie.

-Ty miałeś łatwiej. We fryzjerstwie współczynnik występowania gejów jest dużo większy niż na medycynie. Chociaż… i u nas znalazło się kilka.

-Ciężko miałeś? Pewnie nie dawali ci żyć.

-Właściwie to nie. – zamyślił się. – Od samego początku nie zachowywałem się jak typowa, i dodam, że cholernie nie lubię tego określenia, ciota.

-Mianowicie?- Adam wrzucił do koszyka kostkę mozzarelli.

-Jak wypijesz z nimi może wódki, głośno bekniesz, podrapiesz się po tyłku a najlepiej jak uda ci się któregoś przebić w siłowaniu na ręce, to wtedy jesteś swój chłop. Akceptują cię w momencie.

-Tak po prostu?

-O ile zachowujesz się bardzo męsko… pomidory weźmiemy…. faceci boją się takich jak my. Oni myślą, że my kierujemy się tylko pociągiem fizycznym a myślimy penisami. – podeszli do stoiska z mięsem i wędliną. -Neandertalczycy! Przecież ja nie chcę każdego podrywać. Ludzie są uprzedzeni.

-Filet z kurczaka poprosimy i pół kilko żywieckiej suchej. -Adam uśmiechnął się do starszej, grubszej ekspedientki. – Na czym stanęliśmy?

-Że myślimy penisami. – Mikołaj spojrzał na zszokowaną sprzedawczynię. – Ale nie my… spokojnie! – uśmiechnął się czarująco. Wiesz ile miałem przypadków, że ludzie przepisywali się do innego lekarza po dowiedzeniu się o mojej orientacji?Tak jakby te dłonie zrobiły komuś coś brudnego, zbereźnego.

-Heterycy robią gorsze rzeczy.

-Otóż to!- Mikołaj wrzucił do koszyka mięso i wędlinę. – Coś ci udowodnię.-zwrócił się do otyłej sprzedawczyni. -Jakby pani padła teraz tutaj na zawał to czy chciałaby pani… życzyła sobie, teraz ma pani wybór podkreślam, żeby ratował panią rasowy gej?

-Słucham?

-No gej! Pedał! Pedzio! Człowiek homoseksualny!

-Oczywiście, że nie! Jeszcze bym co złapała, zaraziła się! A idź pan z tą zarazą!-machnęła otyłą dłonią.

-Jak miło! – Mikołaj uśmiechnął się szyderczo. – Otyłość, gromadzenie wody w kończynach świadcząca o niewydolności krążeniowej, nadciśnienie i domyślam się piękna miażdżyca… zawał murowany! Cóż, moja droga, do zobaczenia na kardiologi! Sądzę, że niebawem. – puścił jej oczko, objął ramieniem Adama i odeszli, zostawiając kobietę z lekko opadniętą szczęką.

-Podziwiam cię. I nie dlatego, że jesteś najprzystojniejszym facetem, jakiego w życiu widziałem ale dlatego że jesteś tak cholernie mądry, pewny siebie i opanowany.

-Kręci cię to? To będę pogłębiać wiedzę!- uniósł uroczo kąciki ust

-Nie, bo zrobi się miedzy nami przepaść nie do przeskoczenia!

-Jesteś tak samo mądry! Który facet otworzyłby coś takiego i już w pierwszym tygodniu odnotował taki zysk! Poza tym władza dodaje ci uroku… a to bardzo podniecające.

Weszli do budynku żartując między sobą i obejmując się. Przed wejściem do mieszkania Adam pocałował Mikołaja, pogłaskał kciukiem jego lekko rozchylone usta przyglądając mu się ciepło. Otworzył drzwi i weszli do kuchni odkładając torby z zakupami na kuchenny blat.

-Kawy? – Adam sięgnął po kubki do szafki, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. – Wstaw wodę i nasyp kawy. Otworzę.

-Jasne! – Mikołaj złapał Adama za rękę, przyciągnął i namiętnie pocałował. -To gdzie ta kawa?

-Co? A tak!Szafka po prawej! – krzyknął podchodząc do drzwi. Otworzył- Mama? Tata?- Z jego twarzy natychmiast zniknął uśmiech.-Co wy tu robicie?- oczy robiły mu się coraz większe.

-Po pierwsze, dzień dobry Adamie! A po drugie… – matka westchnęła – czy my musimy dowiadywać się, że otworzyłeś studio z gazet?

-I przyjechaliście abym to potwierdził? Mam się chwalić?

-Może na początek wpuścisz nas do środka? – zza mamy wychylił się ojciec.

-To nie jest najlepszy moment…- Adam z zakłopotaniem podrapał się po głowie. -Nie jestem sam.- Na te słowa z kuchni wychylił się Mikołaj, przerzucając sobie ręcznik kuchenny przez ramię.

-Witam państwa. – w pierwszym momencie uśmiechnął się ale zobaczywszy minę Adama, spoważniał w kilka chwil.- Niezręczny moment… to może ja wrócę, skąd przyszedłem… – odwrócił się w stronę kuchni.

-A może wrócisz dosłownie skąd przyszedłeś?! Ze swojego brudnego świata zamiast deprawować naszego syna?

0d47f32529c4c0ba0b4216bc819ba774

 

-Że co proszę?- Mikołaj natychmiast odwrócił się z lekko otwartymi ustami.

-Teraz jestem waszym synem? Dopiero co zmykaliście przede mną drzwi, nie chcąc mnie znać, teraz próbujecie wyrzucić mojego gościa….- rodzice weszli do przedpokoju zamykając za sobą drzwi od mieszkania.

-Jaki twój gość?! Dewiant jak cała reszta tego syfu! – ojciec podniósł głos – wynoś się i daj porozmawiać z naszym synem w cztery oczy!

-On nigdzie nie wyjdzie! A ja jestem częścią tego syfu, jak to nazwałeś! – Adam wytrzymał spojrzenie ojca. Mikołaj stanął z zaciekawioną miną tuż za jego plecami.

-Postanowiliśmy, że pójdziesz na terapię. Wyleczymy cię z tego całego pedalstwa! -matka poprawiała kolorową chustę wokół szyi.

-Pedalstwa, dobre! – Mikołaj prychnął śmiechem. -Nie sądziłem, że masz aż tak źle z nimi Adam.

-Masz nas słuchać! To, że zarabiasz i robisz karierę nie znaczy że wiesz co jest dla ciebie najlepsze!

-Ojciec ma rację! Już wystarczy! Nie możesz dalej być…. taki! – Matka wskazała na mężczyzn z obrzydzeniem

-Kiedy ja właśnie jestem taki! Nie potraficie tego zaakceptować?! Nie robię nikomu krzywdy, do cholery!!-Adam krzyczał a do oczy napłynęły mu łzy.

-Zawiodłeś mnie! Na całej linii jestem tobą rozczarowany… – z oczu ojca ciskały gromy – …i tak, brzydzę się tobą! Nie będę mieć syna cioty!

-Nie zmienię się. – szeptał. – Taki właśnie jestem…taki się urodziłem. Inni mnie akceptują, akceptują jego…- splótł palce z dłonią Mikołaja- wy jedni nie potraficie…

-Nigdy nie będziesz mieć dzieci… nie będę mieć wnuków! No bo jak… dwóch chłopów!

-Twój żelazny argument! Dzieci… – spuścił głowę. – Całe życie marzyłem, że w końcu zaakceptujecie mnie chociaż odrobinę. Z biegiem lat utwierdzam się w przekonaniu, że tak  nigdy się nie stanie. Zawsze będę dla was jedynie zwykłą ciotą a nie waszym synem…. bo nim jestem czy chcecie tego czy nie! Cokolwiek bym nie zrobił, jak bardzo bym się nie starał i jak wielki odniósłbym sukces, was to i tak nie obchodzi…. nie widzicie tego! I chyba czas spojrzeć prawdzie w oczy… nie zobaczycie tego nigdy. Ja dla was nie istnieję.- z oczy Adama poleciały ogromne łzy- Dla niego owszem… – ścisnął mocniej Mikołaja dłoń- … istnieję właśnie taki, jaki jestem! Ten facet jest najmądrzejszym, najwspanialszym człowiekiem jakiego w życiu spotkałem! Jest mądry, wykształcony i nieprawdopodobnie dobry! – spojrzał matce głęboko w oczy. – Ale wy i tak macie w dupie to, że jestem niesamowicie szczęśliwy! I sam sięgnąłem po to wszystko… od was mam jedynie zło i pogardę… więc chyba…

650f9e868172ace24c083c7eeaa4e46d

-Co chcesz powiedzieć?! – Ojciec warknął

-Adam chce powiedzieć, że powinniście państwo wyjść. Sugerowałbym jak najszybciej. – położył dłoń na ramieniu płaczącego Adama.

- Wychodzimy. Nic tu po nas! – Matka obróciła się i z zadartym do góry nosem wyszła z mieszkania a chwilę po niej również ojciec. Moment stali w ciszy patrząc bezmyślnie na zamknięte drzwi. Adam jeszcze próbował zahamować emocje, które jednak wzięły górę.

-Cholera! – jego ciałem wstrząsnął potężny dreszcz i pochylił się do przodu chowając twarz w dłoniach.

-Ciii… Cicho już! Już po krzyku… – Mikołaj zamknął go w swoich ramionach. – Oddychaj. Cicho… – głaskał go po włosach. – Starzy z piekła rodem! Przykro mi. – ścisnął go jeszcze mocniej.

 

 

 

Nie miał do kogo pojechać. Każdy poddałby go ocenie. Nie tego potrzebował a uspokojenia się. Wygadania. Nie będzie dzwonił do Paddiego. Pewnie jeszcze nie zdążył wyjechać z Polski, nie mógł znowu zawracać mu głowy. Do głowy przyszła mu jedyna osoba, która mogła w razie czego dać mu po pysku.

-W agencji modelek to mnie kurwa jeszcze nie widzieli. – spojrzał na swoje ubranie. Poprawił kurtkę w kolorze zgniłej zieleni, ściągnął czapkę i w lusterku poprawił włosy, ze schowka wyciągnął miętowe gumy. – No dobra, idziemy!- wszedł do nowoczesnego holu. Miła, drobna blondynka z zamontowaną słuchawką na uchu uśmiechała się sztucznie.

-Witam pana. W czym mogę pomóc.

-Szukam kogoś….

-A kogo? – przerwała mu.

-Przyjaciela… eee… mały wypadek w rodzinie. Paweł Skolan. Można go jakoś namierzyć?

-Oczywiście. – kobieta wstukała kilka danych w komputer. – Pan Skolan ma teraz sesję, studio 3. Zaprowadzić pana?

-Skoro jest pani tak miła to poproszę. -Po chwili Jimmy został wprowadzony do ciemnego, dużego pomieszczenia. Wokół kręciło się mnóstwo osób, zmieniali tła za plecami Iglesiasa. Młoda kobieta podeszła do mężczyzny z aparatem w ręce, szepnęła coś na ucho.

-Paweł, ktoś do ciebie! Chyba ważne! Coś w rodzinie! – mężczyzna krzyknął i Paweł rzucił się w kierunku Jima.

-Co jest? Dominika? Coś się stało z Polą? Gadaj Kelly!

-Co? A nie nic! Pogadać muszę! Pilne ale nic się nie stało. – wymienili znaczące spojrzenia.

-Dostaniesz po pysku za to. – wysyczał mu prosto do ucha. – Muszę wyjść! – krzyknął do reszty- Moja babcia miała wypadek, jest w szpitalu. Muszę jechać!- szarpnął Jima za kurtkę. – Będę jutro z samego rana. Niech Amber skończy moją sesję!- poklepał Jima po plecach – Chodź póki nie zmienię zdania! Mam nawet pomysł gdzie pójdziemy!

-Tak? Zaskocz mnie?

-Mówiłem, że dostaniesz po pysku. A skoro chcesz pogadać to idziemy… – uniósł brwi. – Na ring!

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 2 komentarzy

66. Ares Qui

Krople listopadowego deszczu toczyły na szybie samobójczy wyścig, łącząc się w coraz większe, aż zanikały zlewając się w niewielką kałuże na parapecie. Był późny poranek, kiedy otworzył powoli oczy spoglądając na sufit. Bał się spojrzeć obok. Lekko wyciągnął dłoń i dotknął jej aksamitnych pleców. Wciągnął powietrze do płuc, wdychając zapach jej perfum. Była tu z nim… w jego łóżku… Nie przyśniło mu się. Szara pościel zakrywała jedynie jej pośladki tworząc przepiękny widok, na który Jim mógłby patrzeć godzinami. Spała, spokojnie oddychając. Zauważył, że lekko drży więc okrył jej nagie ciało, lekko przyciskając do siebie.  Odwróciła się i wtuliła twarz w jego szyje. Ujął  dłoń i pocałował jej wnętrze.Mógł tak trwać do końca świata a nawet o jeden dzień dłużej. Kciukiem delikatnie drażnił skórę na jej ramieniu do momentu, kiedy głośno wypuściła powietrze odrobinę  się przy tym uśmiechając. Pogłaskała go po policzku i złożyła na jego ustach mały pocałunek.

-Witaj…cudowna noc… – przeciągnęła się lekko ziewając

-Lepszy od minionej nocy jest ten poranek. – położyła głowę na jego piersi.-Rzadko mam cię na całą noc… łącznie z porankiem. -Całował każdy palec jej dłoni. -Jakie cuda potrafią te dłonie!

-Nie wspomnę o innych częściach ciała!- wybuchnęła śmiechem, kiedy Jim zanurzył głowę pod kołdrę, całując jej rozgrzany brzuch i pieszcząc jej ciało. -Nie masz dość?

-Nigdy chyba nie będę miał dość! – zamruczał zaczepnie wystawiając głowę spod pościeli. Romantyczną chwilę przerwał im sygnał telefonu Fiony. Mimowolnie Jim zerknął na leżący obok niego aparat. Dzwonił Filip. Zacisnął szczeki i podał Fionie. – Zostawić was samych? – wysyczał.

-Jim, rozmawialiśmy już o tym! Panuj nad sobą! – wywróciła oczami – Halo?! – powiedziała niezbyt przyjemnie.

-Fiona? Jadę do domu z chłopakami. Będę za jakieś 15 minut. Jesteś?

-Ee… nie ma mnie… – zaczęła się jąkać. – Jestem u….- spojrzała na Jima. -Jestem u Paddiego… to znaczy u Poli! Oczywiście, że u Poli!

- A za ile będziesz w domu?

-Czemu ja ci się w ogóle spowiadam co?! – oprzytomniała- Nie twoja sprawa gdzie jestem i za ile będę! – najeżyła się.

-Dzieci ci zostawiam, więc jest to dosyć istotne, kiedy będziesz. Nie pytam gdzie jesteś i z kim spędziłaś noc… – zamilknął na chwilę, wypuścił z wysiłkiem powietrze i dodał spokojnie.- Koniec listopada… Ustalmy, co robimy ze świętami. – odchrząknął. – Dzieci mam z tyłu na siedzeniu…. nie mogę tak przy nich… no wiesz…

-Tak, jasne, rozumiem….Zaczekaj w domu, porozmawiamy. Do zobaczenia! – rozłączyła się i spojrzała na wpatrującego się w nią Jima. – Nie patrz tak na mnie! Muszę iść!

-No oczywiście! Mąż wzywa!-usiadł na łóżku

-Jim cholera! – ścisnęła jego policzki- Nie mąż a dzieci! Gdyby jechał sam to niech zgnije na schodach czekając na mnie ale przywozi chłopaków a one same w domu nie zostaną!- zaczęła zakładać bieliznę.

-Czemu nie powiedziałaś, że jesteś u mnie… ze mną?

-Poważnie pytasz? Przecież ja się jeszcze nie rozwiodłam! – zobaczyła smutek w jego oczach – Jim, kochanie…- usiadła na brzegu łóżka. – Na wszystko przyjdzie czas. Daj mi rozegrać to po swojemu i… – uniosła kąciki ust- Zaufaj mi choć odrobinę.

-Tobie ufam… jemu nie!

-Filip nic mi nie zrobi, spokojnie! – upinała włosy w kucyk. – Zobaczymy się później?

-Nie wiem… może moja była żona zadzwoni….

-Jak tak chcesz rozmawiać, to nie ze mną! Nie możemy kłócić się za każdym razem, kiedy Filip zadzwoni bądź wypłynie jego temat! Przemyśl to sobie. Ja jadę do dzieci. Przyjedź wieczorem, pogadamy.

-Zobaczę! – krzyknął za zamykającymi się drzwiami. -Kurwa mać! – rzucił poduszką o podłogę!

 

W całej kuchni rozbrzmiewały dźwięki gitary. Paddy siedział na stole i grał Poli roboczą wersję „Happiness”.Co jakiś czas przerywając i nanosząc zmiany w podręcznym notatniku. Pola trochę nuciła pod nosem, trochę tańczyła a czasem jedynie tupała nogą. Kroiła paprykę i czerwoną cebulę wrzucając wszystko do skwierczącego na patelni boczku.

-Podaj chleb. Za tobą, na stole.

-Łap! – Paddy rzucił bochenek zza pleców, wprost w jej dłonie. – Stresujesz się tą trasą?

-Trochę. Niby nic ale jakiś niepokój czuję. – wzięła głęboki oddech. – Cholera, niedobrze mi! – rzuciła nóż z masłem na blat i pobiegła do toalety.  Spokojnie odłożył gitarę i wolnym krokiem poszedł za Polą. Stanął przy drzwiach łazienki i cicho zapukał. Nie był to jej pierwszy raz. Napady mdłości miewała często. Zdarzały się nawet dwa dziennie. Zaczynali przyzwyczajać się. Ona na pewno… Paddy próbował być odważny… dla niej

-Mogę wejść?

-Wejdź. – zobaczył ją, jak klęczy nad toaletą. Usiadł za nią, przetarł chłodną dłonią jej spocone czoło i cierpliwie głaskał plecy czule masując. – Nie powinieneś tego oglądać.

- Wszystko powinienem oglądać. – szepnął.- Związek to nie tylko różowe cukierki. Jesteśmy w tym razem. Nie mogę wybaczyć sobie, że tak cierpisz! Jak mogę ci pomóc?

- Nie zostawiaj mnie!- kolejna salwa torsji wstrząsnęła Polą.

-Nigdy cię nie zostawię! – Nie widziała jak jedna mała łza szybko spłynęła po jego policzku.

-Wezmę prysznic. Skończysz jedzenie? – oparła się o brzeg wanny.

-Jasne. Nie spiesz się. – stanął w drzwiach- A może Pola… – zastanowił się chwilę.

-Robiłam wczoraj… nie zaszłam. – przetarła twarz- Przykro mi…

- Niepotrzebnie. Nie spiesz się. -wrócił do kuchni i chwilę stał nad skwierczącą patelnią opierając dłonie o blat kuchenny. Szczęki mu pulsowały, dłonie zaciskał na brzegu kawałka drewna. Czuł się bezsilny, niemoc ogarniała go przy każdym jej spadku samopoczucia. Teraz zaczął się wahać, czy powinien ją zabierać w trasę. Ale nie, nie zostawi jej samej… nie teraz, kiedy dzieje się coś takiego. Nie powtórzy tego błędu i tym razem niczego nie przeoczy. Wbił na patelnie kilka jaj, zmniejszył ogień i przykrył patelnię.

W tym samym momencie zadzwonił telefon i dzwonek do drzwi. Szybko wytarł dłonie w ściereczkę, przyłożył telefon do ucha, zmierzał otworzyć drzwi.

-Halo? Tak, przy telefonie. – za drzwiami stał Pierre z teczką dokumentów i laptopem. Paddy kiwnął dłonią, zapraszając do środka. – Jest pan na miejscu? Świetnie. Wyślę panu adres studia, proszę podjechać dzisiaj popołudniu. Do zobaczenia!

-Dorabiasz jako sekretarka?- Pierre rozkładał papiery w kuchni. -Mało ci płacą? – prychnął

-I kto to mówi? Nie ja noszę tony dokumentów i laptopa! – uśmiechnał się szyderczo.- Wciśniemy cię jeszcze w obcisłą kieckę i będzie komplet!

bda4f087aa2c4fde7f8335053ccc650e

- I w takiej kiecce byłbym bardziej męski od ciebie!

-Schodzimy na niebezpieczny grunt! -Paddy wyraźnie rozbawiony nakładał omleta na półmisek. – Chcesz kawy?

-Nikt nie robi takiej dobrej jak ty, Patricku.

-Nie kpij bo sam będziesz musiał sobie zrobić.

-Nie pierwszy raz tutaj…

-Co?

-A nic! – włączył laptopa – Z kim rozmawiałeś?

-A nie twoja sprawa! – usiadł naprzeciw Pierra z talerzem jedzenia.

-Masz jakieś tajemnice, Kelly? – wziął drugi widelec i odkroił kawałek omleta z talerza Paddiego.

-Nie no częstuj się, bez skrępowania!Może zrobić ci takiego?

-E nie, nie jestem głodny! – spojrzał na zdziwionego Patricka – No co? Z drugiej strony jem! Zrobisz mi tą kawę w końcu gwiazdo? A właśnie, gdzie Pola?

-Kąpie się. Nie czuje się za dobrze. – Ton mu się zmienił.

-Może zjadła twojego omleta…

- Jak ja się cieszę, że przez kilka tygodni nie będę cię oglądał!

-Kiedy jedziecie, przypomnij?

-Za kilka dni.

-Hej, jesteś już. – w drzwiach stanęła Pola. Nie widział jej kilka dni. Była blada, oczy miała lekko zapadnięte, dostrzegł jej kości policzkowe wystające teraz jak nigdy. – Cholera, fatalnie wyglądasz!

-Jak miło z twojej strony! To leki. Podobno na początku tak jest. – machnęła ręką. – Nie przejmuj się. Popracujmy. Zostaniesz sam więc musisz wiedzieć co i jak.

-Od czego ma się telefony! Damy sobie radę, nie marudź! – Pierre podniósł wzrok znad zaczytanej Poli na kiwającego Paddiego. -Wybacz, zostawiłem kilka rzeczy w aucie. Zejdę z Paddym. Zaraz wracam. – W pośpiechu wyszli z mieszkania.

-Nie ciągnij jej dzisiaj nigdzie. Zostańcie w domu.

-Ale co jest? Przecież ona wygląda fatalnie! W kilka dni?!- Pierre odpalił papierosa i krążył wzdłuż samochodu Patricka. -Może wycofać się z tego?

-Nie wycofa się! Ona pragnie dziecka. Wiedziała, że może coś takiego się dziać. Rozmawialiśmy z lekarką. Musimy to przeczekać.

-Jak długo?

-Jeszcze pewnie z kilka dni… może z tydzień i organizm się uspokoi, przywyknie. – przeczesał włosy dłonią. -Nie wiem jak jej jeszcze pomóc, Pierre! Zaczynam obawiać się o jej zdrowie… – mówił cicho.W pewnym momencie zmierzył przyjaciela wzrokiem, wyciągnął z jego dłoni papierosa i zaciągnął się głęboko.

-Ty? Palisz? Oszalałeś? Oddawaj!

-Zaraz, czekaj. – Paddy odwrócił się plecami do Pierra i zaciągnał się jeszcze raz.

-Ogarnij się mały!

-Cały czas jestem ogarnięty! Nie pozwalam sobie na chwilę słabości, dla niej! To jest jedna z takich właśnie chwil. Więc zamknij się i daj mi zaciągnąć się jeszcze raz. – tak zrobił i oddał przyjacielowi papierosa.

-Przecież ty nie palisz…

-Nie palę. – dodał już spokojny, opanowany- Ale zjadłeś kawałek mojego omleta! – poklepał go po ramieniu.- Dbaj o nią. Jestem w studiu cały dzień! – wsiadł do auta i odjechał.

-Dziwny jest ten koleś! – Pierre wrócił do mieszkania.

 

 

Podjechała pod swój dom hamując z piskiem opon. Jedną ręką przytrzymując płaszcz zasłaniając płuca, wbiegła do domu. Oparła się o drzwi wyrównując oddech. Zamknęła oczy i wciągnęła mocno powietrze. Poczuła zapach świeżo mielonej kawy, otworzyła szeroko oczy i jeszcze nie wyrzuciwszy z pamięci kłótni z Jimem, weszła do kuchni. Na stole stały dwa kubki parującego napoju. Przy jednym, podpierając głowę siedział Filip.

-Jak tam Pola?- zmrużył oczy przyglądając się żonie.

f56cadbe12ab861ece8c288a25bbd340

-Zamknij sie! – rzuciła na krzesło płaszcz i spięła włosy gumką. Usiadła naprzeciw Filipa wypijając kilka łyków kawy.

-O nic już nie pytam…No prawie. – nerwowo stukał palcami w blat stołu.

-Dobra, Chryste! Mów co chcesz i idź sobie! – położyła głowę na blacie i zakryła dłońmi. -Mam was dość na dzisiaj! – mruknęła sama do siebie

-Dziwnie się zachowujesz…. A właśnie, wyrzuciłem te butelki po winie co stały na stole…dużo ich było…

-Kolekcjonuje, co ci do tego?- warknęła

-Może pogadamy innym razem bo widzę, że nie w sosie jesteś?

-Prywatne problemy. – machnęła ręką.

-Z Jimem?- nastąpiła chwila ciszy, Fiona wytrzymała spojrzenie Filipa bez jednego drgnięcia powieki.

-Czego chcesz Fi?- zawsze tak mówiła do niego, kiedy czule się do siebie zwracali. Zauważyła, że zacisnął szczęki i lekko pochylił się w jej kierunku.

- Masz plany na święta? Może spędzimy je razem? Jak… rodzina?- powiedział cicho… niemalże z czułoscią.

-Że co proszę?! – zamrugała szybko nie dowierzając.- Nie ma mowy! Mam spędzić z tobą święta? Jak ty to sobie wyobrażasz?! – zaprzeczała głową – Może jeszcze ubierzesz z nami cholerną choinkę?

-Chłopcy mieliby rodziców razem. To dla nich ciężki czas.

-Nie wyjeżdżaj mi tu z dziećmi! Wiesz, że to cios poniżej pasa!

2437d7644bfce83928ed1341366f0977

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Fiona ale ja nie chcę zadawać ci ciosów. Coś ty taka najeżona dzisiaj?- podniósł ręce poddając się. – Przemyśl to, przystanę na każde twoje warunki ale chciałbym wigilie spędzić z wami… z tobą i dziećmi…- chwycił kurtkę i zaczął opuszczać kuchnię.

-A co z Weroniką? – zapytała nie podnosząc wzroku znad kubka kawy.

-Rzuciła mnie… – wyszedł z domu. Stała przy oknie odprowadzając go wzrokiem.

 

 

Siedziała ubrana w dres, z włosami upiętymi na czubku głowy. Nogi podciągnięte prawie pod brodę podpierały teczkę z papierami potrzebnymi do artykułu. Co chwilę poganiała Pierra w wyszukiwaniu informacji a sama na boku coś notowała. Kiedy zaczytywała się w materiałach, przyglądał jej się. Trochę było mu jej szkoda, jednak więcej czuł dumy i radości, że walczy i znosi to wszystko.

-Zjemy coś?-opadł na oparcie kanapy, chwycił Polę za kostki i położył jej nogi na swoich kolanach. Odchylił głowę do tyłu i spojrzał w sufit.

-Czy ty aby nie przesadzasz?- uniosła ze zdziwienia brwi

-Nie jęcz! Głodny jestem…

-Mam ci coś ugotować bo nie rozumiem do czego zmierzasz? I puść moje stopy!

-Zamówimy coś?- spojrzał na nią ciepło. -Pizze albo inne śmieciowe jedzenie, po którym dostaniesz pryszczy?

-Właściwie już jest późno… – potarła czoło- Możemy coś zamówić. Zadzwonię. – sięgnęła po telefon. Usłyszeli pukanie do drzwi.

-Dzwoń! Otworzę! – Pierre powoli opuścił nogi Poli ze swoich kolan i podszedł do drzwi.- Tylko nie wy!

-Część Francuzik! Oczywiście jest w domu?

-Czy ty pilnujesz mieszkania?- Fiona podeszła do Pierra i poklepała go po głowie. – Dobry Pierre, dobry. Pani kupiła ci śliczną kość! – puściła buziaka w powietrze.

-Nienawidzę was! – otworzył szerzej drzwi wpuszczając Dominikę i Fionę do środka.

Po godzinie całe towarzystwo… i Pierre, siedzieli na kanapach zajadając się pizza i rozmawiając na mało znaczące tematy. Był już wczesny wieczór, kiedy mężczyzna pod pretekstem kupienia czegoś w sklepie wyszedł z mieszkania, zostawiając je same.

-Rzygam jak kot. Prawie jak mdłości ciążowe….- Pola opierała głowę o ramię Dominiki.

-Ty, a może faktycznie zaszłaś tylko nie wiesz?

-Ta nie wiem! Test robiłam, głupia! Nie jestem w ciąży! To te zastrzyki… siekę robią w moim ciele ale… – machnęła rękę – tak podobno ma być. A wy jak?

-Nic specjalnego. Paweł pracuje po 12 godzin bo nadrabia swoją nieobecność w agencji. – Dominika zaśmiała się. – Tylko mu nie mówcie ale przytył prawie osiem kilo i teraz wieczorami musi katować się na siłowni bo mu w pracy głowę suszą.

-Nie ma to jak zarabiać ciałem…-Pola zaśmiała się. – Jak dziwka.

e0cb68e9f1f1f19da56a2301f2175cbc

-Dobrze, że się nie puszcza! – sięgnęła po kawałek pizzy.

-A ty mała co? Cicho siedzisz?- Obie kobiety spojrzały na Fionę.

-Filip poprosił, żebyyśmy spędzili świeta razem… no Wigilie w sensie….- zapadła cisza. Pola z Dominiką spojrzały na siebie wymownie.

-Dobra, ja zapytam… No a Jim? Fajnie wam ostatnio przecież?

-Nie zaprosił cię na święta?

-Sądziłam, że spotakmy się u Kelly w Koloni jak wrócimy z Paddym…- opadła na oparcie. -Głupi Jimbo!

-Olej Jima! – Dominik klepnęła Polę w kolano. – Co zrobimy z Filipem?

-No przeciez nie może z nim spędzić świąt! Oszalałaś?

-A co z dziećmi?O nich muszę myśleć a nie o własnych powodach! Rozumiecie?- wtrąciła.

-Eh kurwa… – Dominika westchnęła. -Nie wiem co masz robić! Dla chłopców może powinnaś spotkać się z Filipem? Jeden dzień udawać i mieć z głowy.

-I narobić chłopcom nadziei, że mamusia z tatusiem zejdą się z powrotem? Bez sensu! Lepiej zrobić ze świąt atrakcję i zabrać ich na wycieczkę do Kolonii. Jim ci nie wybaczy…

-I zostawić Filipa samego?

-A co się nim przejmujesz? Mamusię ma to niech wraca do korzeni! Przydałoby się piwo do tej pizzy! – usłyszały otwierane drzwi mieszkania.

-Mówisz i masz. – Pola szepnęła do dziewczyn. Po chwili w salonie pojawił się Pierre. Nie miał ze sobą nic. Usiadł na pufie naprzeciw kobiet i szyderczo uśmiechał się do każdej z nich.

-Przerażasz mnie!

-Właśnie. Co się tak szczerzysz?

-Widzę, że macie nie lada problem. Nie rozwiążecie go bez tego…. – Pierre położył na stole małe zawiniątko. – Tadaaa!

-Przyniosłeś skręta?! -Dominika uniosła brwi.

-Mamy się zjarać to nam pomoże? -Pola odłożyła kawałek pizzy.

-Ty cholera, nie zaszkodzi! -Fiona sięgnęła po pokaźnych rozmiarów zawiniątko.

-Odezwała się porządna matka dwójki dzieci.- Pola szturchnęła przyjaciółkę w ramię.

-Od dawna nie jesteśmy takie porządne więc mnie nie umoralniaj teraz.

-Dobra, niech się dzieje! Palimy!- Dominika machnęła dłonią i sięgnęła po skręta.- Może po tym poczuje się trochę lepiej.

-Co ci?- Fiona cicho zapytała

-Nie mogę się wyleczyć. Jakiegoś cholernego wirusa złapałam najwyraźniej.

-No to go zagazujmy!

-Czekajcie! Puśćmy sobie jakiś koncert Kelly! -Pola wyglądała jak małe psocące dziecko.

-Pod warunkiem, że dasz całe słodycze jakie masz w domu!

-Ja ci nie wystarczam?

-Ty nawet nie jesteś w moim guście łajzo! -Dominika uśmiechnęła się do przyjaciółki.-Ale i tak cię kocham! Pod warunkiem, że masz żelki!

-I czekoladę!-Pierre w końcu przebił się przez śmiech i szczebiot przyjaciółek.- No co? Udziela mi się! Jem czekoladę! Zdarza mi się! – tupał nogą patrząc na każdą z kobiet. -A zamknijcie się!

 

 

 

Obserwował go przy pracy. Był skupiony, natchniony i mocno skoncentrowany na tym co robił. Do tego stopnia, że od kilkunastu minut nie widział przyglądającego mu się brata. Jim chciał z nim pogadać. Paddy znał go najlepiej. Choć nie zawsze dobrze mu doradził to Jim i tak czuł potrzebę rozmowy z nim. Musiał gdzieś dać upust swoim emocjom, gdziekolwiek, byle nie na Fionie. Przyglądał mu się i co jakiś czas iskierka zazdrości zapalała się w jego sercu. Widział jaki jest opanowany, jak wszystko mu się udaje. Jak potrafił poukładać całe swoje życie na nowo. Teraz czekał na brata z rękami w kieszeni, kiwając się do przodu, i nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Paddy z zespołem ćwiczyli a wręcz zarzynali w kółko jeden utwór. Już go kiedyś słyszał. Paddy opowiadał mu o nim. „Here to stay” napisał, kiedy Pola nie chciała mu zaufać, kiedy nie mogła, nie potrafiła w nich uwierzyć. Kiedy musiał na prawie każdym kroku przekonywać ją, że zdania nie zmieni i już się stąd nie ruszy… Przypomniał sobie jego słowa, zmrużył oczy i przyjrzał się bratu,  kiedy śpiewał, sprawiał wrażenie natchnionego ale Jim widział coś więcej… Paddy lekko uśmiechał się, tak jakby do własnych wspomnień. Został przy Poli… Teraz on chciałby zostać przy Fionie… mimo wszystko. Odpłynął myślami tak daleko, że nie zauważył stojącego Patricka naprzeciw

14595772_1329465047085822_6213341419636938864_n

-Haloo! Jimbo! Jest tam kto, w tej pustej czaszce? -pstrykał palcami przed twarzą brata. -Co tu robisz?- zapytał, kiedy Jim zamrugał szybko powiekami.

-Idziemy na piwo?

-Tak po prostu? – wzruszył ramionami.

-Tak właśnie. Jak brat z bratem.

- Coś się stało? -zmarszczył czoło, przyjrzał się bratu i nie czekając na odpowiedz sięgnął po telefon. -Pierre? Jesteś z nią?A przyszły dziewczyny? Dominika i…. Fiona…- ich spojrzenia spotkały się. – A gdzie jesteś? Coś załatwiasz… yhy… a dowiem się co?Wiem że nie moja sprawa! A rozrywki? Dobra, zresztą chyba nie chcę wiedzieć. Mam prośbę… – nie dokończył zdania. – Dzięki Pierre. Coraz mniej cie nie lubię! -rozłączył się.

-Po pierwsze, co jest kurwa mać?! – wyszli ze studia.  - Dzwonisz do Francuza zamiast do niej i to jego pytasz jak Pola?! Coś mnie ominęło czy teraz przez małego się komunikujecie?

-Czy ty aby nie chcesz pogadać o Fionie?- zmienił temat.- I rozmawiasz ze mną zamiast z nią?

-Fakt ale ja to nie wy… Wy to… kurde… Pola i Paddy! Po gówno wam jakiś Pierre?!- wsiedli do taksówki.

-Pola mu ufa. Nie wiem czemu ale tak jest! Gadałem z nim ostatnio i postanowiłem dać mu kredyt zaufania. Wiesz… miej wrogów blisko….

-Kiedy z nim gadałeś?

-Kiedy Pola…. – spuścił wzrok. Widać było jak bardzo bolą go tamte wspomnienia.

-Kiedy co? Czego mi nie mówisz Paddy?- poczuł się źle. Okropnie. Wyrzuty zalewały jego sumienie. Skupił się na swoim problemach a teraz dostrzegał coraz wyraźniej, że coś dosłownie przytłacza jego młodszego braciszka.

-Kiedy byłem w Krakowie…. ona była w klinice płodności…. – zobaczył wyraz twarzy Jima i westchnął głeboko. – Dobra, chodź, muszę ci wiele opowiedzieć.

-Najwyraźniej. Chyba sporo mnie ominęło…

Po godzinie spędzonej w barze Paddy odstawiał drugą pustą butelkę po piwie.

-… I teraz robię jej zastrzyki codziennie wieczorem po których marnieje w oczach. Oto cała historia, która miała ostatnio miejsce.

-Czemu mi nie powiedziałeś?- zaczął po dłuższej chwili milczenia.

-Słucham?

-Czemu nie podzieliłeś się tym ze mną. – Powiedział odrobinę głośniej-Jestem twoim bratem! Kurwa mać! To ja się tu zamartwiam takimi duperelami, kiedy tuż obok mnie mój brat przechodzi coś takiego!

-Nie wiedziałeś! I uspokój się.- położył mu dłoń na ramieniu i spojrzał mu w oczy. -Dam sobie z tym radę, rozumiesz? Przejdę to z nią a na końcu zostaniesz wujkiem! – ścisnął go pocieszająco.

-Na imprezie u Adama już to wszystko sie u was działo… Ja to u ciebie widziałem… w twoich oczach….- zapytał jakby sam siebie – A ty pozwoliłeś, żebym gadał ci jak to z Fioną nie ma sensu…. Kurwa, Paddy!

-Zamkniesz się w końcu? Nic ci nie da wkurzanie się na cały świat! Uwierz, próbowałem! Opowiedz lepiej co z Fioną. I gadaj , albo wychodzę!

- Była u mnie rano…. zadzwonił Filip… – zacisnął szczęki – Pobiegła do niego.

-A czemu zadzwonił?

-Przywoził dzieci.

-No to nie do niego! Szukasz dziury całym

-Chcę żeby ona była cała moja, a nie kiedy ten dupek zadzwoni to wtedy ona wyrywa sie i biegnie.

-Gdyby nie chciała z tobą być to nie potrzebowała by telefonów od Filipa, żeby uciec. Poza tym, głupku nie wziąłeś sobie dziewczyny panienki bez dzieci, wiec musisz się z tym liczyć!- uśmiechał się, bagatelizując problem. -Duma męska cię boli i tyle.

Tu nie chodzi o dumę….

-A właśnie, że tak! -Paddy w sekundzie spoważniał, pochylając się w kierunku brata. – Właśnie, że tak Jim! -wysyczał- Nie rób mojego błędu! Nie kieruj się męską dumą bo stracisz Fionę do cholery! Pomyśl, ona ma dzieci i zawsze ale to zawsze wybierze je, zamiast kogokolwiek i czegokolwiek na świecie! Jest matką, pamiętaj o tym bo ona tym właśnie kieruje się w życiu!

hqdefault (1)

-To co ja mam zrobić?! Najchętniej wmontowałbym twarz Filipa w najbliższą ścianę…

-Będzie miała ci to za złe… zrobisz krzywdę ojcu jej dzieci.

-Coś sie tak tych dzieci uczepił?! Instynkt ojcowski ci się włączył czy jak?!- wytrzymał spojrzenie Paddiego- A faktycznie, sorry!- stukał palcami w szyjkę butelki – To co mam zrobić?

-A nic! Poczekaj! – prychnął lekko uśmiechając się- Albo zaproś ją na święta…. jak pozna resztę to sama ucieknie najdalej jak się da!- wymienili uśmiechy i każdy w ciszy pociągnął solidny łyk piwa.

-Faktycznie chcesz się w o pakować? Uwielbiam Polę, jest niezłą laską ale….

-Nie mam wyjścia bracie… – kolejny łyk.

-Jak, nie masz wyjścia?

-Nie przestaje się kogoś kochać po jednym kryzysie…A ja ją cholernie mocno kocham!- odstawił butelkę. -Jedziesz do mnie? Siedzą dziewczyny…. – wywrócił oczami- …i Pierre. Zobaczysz się z Fioną…- wyszedł z baru.

-A może faktycznie zaproszę ją na święta…. – zapiął kurtkę i wyszedł za Paddym.

 

Drzwi windy rozsunęły się i bracia dobrą chwilę stali pod drzwiami mieszkania nasłuchując dźwięków. Usłyszeli swoje głosy i nagłe wybuchy śmiechu. Spojrzeli na siebie, kiedy dobiegł ich rechot Pierra. Paddy mimowolnie spojrzał na drzwi obok. Ktoś właśnie podchodził i zerkał przez wizjer. Poklepał Jima i weszli do domu. W salonie cała czwórka leżała na puszystym dywanie. Dominika unosiła do góry nogi, Pola płakała ze śmiechu a Pierre próbował wstać wspierając się na rękach. Przed nimi w telewizji wyświetlany był jeden z wielu koncertów Kelly.

-Co się tu wyprawia?!

-O patrz! Paddy Iwan Groźny wrócił! Ty i jaki zły? -Fiona próbowała skupić wzrok na stojących nad nimi mężczyznach.

-A obok Jimbo Waleczne serce! -Dominika dalej trzymała nogi w górze. – Rusz dupę Pierre bo już krew mi spływa w wiadome miejsce i bez ciebie orgazmu dostanę!

-Ktoś może mi to wytłumaczyć?! -Jim podniósł głos chodź oboje z Paddym byli nieźle rozbawieni tym widokiem i zachowaniem.

-Dominika założyła się z Pierrem, że ma dłuższe nogi niż….- Pola wybuchnęła śmiechem.

-Niż co?-Paddy śmiał się już serdecznie stojąc nad Polą w dalszym ciągu.

-No niż Pierre…. cały Pierre! O kurwa, nie mogę! Szczęka mnie boli ze śmiechu…. jakby mi ktoś przywalił! -po skroni spływały jej krople łez.

48ccf0d9dc78520b6ea7cec56b5dcd8f

 

-A ja cholera nie mogę wstać…. dobry był ten materiał! -zaśmiał się opadając na podłogę ponownie

-Paliliście coś?

-Yhy! -Fiona spojrzała na Jima.-A widziałeś, że jak Pierre się uśmiecha to wygląda jak chińczyk?

-Tyyy no jak z tej knajpy dwie ulice dalej! -Dominika opuściła nogi.

-Lubie Johna…. – Fiona wstała wpatrując się w telewizor. – Wydaje się taki…. mądry.

-Ty się nawet nie wydajesz!

-Paddy… jak wpadniesz między wrony…. -Jim szepnął do brata. – Dobra, coś wam jeszcze zostało?-sięgnął po skręta. – Bracie?- uniósł brwi.

-A co mi tam! Pożegnalna impreza z przyjaciółmi… i Pierrem! – spojrzał na niego.

-Nienawidzę cię!- Francuz wskazał muzyka.

-Goń się! – Paddy zaciągnął się.

-No i Kelly już nie jest taki święty!-Jim poklepał brata

-Z tego co Pola opowiadała to dawno temu stracił tą świętość….

-Nieprawda! Nie słuchaj ich…. nic nie mówiłam!

-A szkoda! Jest się czym chwalić! -Paddiemu ze śmiechu oczy zniknęły za zasłoną kurzych łapek.

-Tak… Tak mówią na mieście! -Jim z bratem opadli na dywan obok reszty przyjaciół. Paddy ścisnął dłoń Poli, spojrzeli czule na siebie… byli szczęśliwi.

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 6 komentarzy

65.Fire in your eyes

Otworzył chłodną butelkę wody i podał bratu. Wziął jeszcze jedną i ponownie usiadł obok Jima. Przez dłuższą chwilę nic nie mówili. Wsłuchiwali się w basy dochodzące z sali gdzie Adam, z dwoma swoimi fryzjerami, dawał pokaz stylizacji nowoczesnych fryzur.

-Co ja tu robię?! Nie powinienem tu przychodzić! -Jim wstał i przerzucił sobie przez ramię skórzaną kurtkę.

-Gdzie idziesz?! Siadaj! -Paddy nie ruszył się z miejsca obserwując brata.

-To był głupi pomysł! Ona… to wszystko! – wskazał na uchylone drzwi na sale.

-Ty cały jesteś głupim pomysłem! Siadaj do cholery!- warknął na brata

-Byłem u niej… wczoraj. Był u niej Filip.- podniósł wzrok i spojrzał w granatowe oczy brata.

-No i?- wzruszył ramionami. -Gadałeś z jej mężem czy od razu dałeś mu po mordzie?-parsknął stłumionym śmiechem.

-Nie wszedłem. Stałem w ogrodzie jak ten debil i obserwowałem…

-Faktycznie… jak debil! -pociągnął łyka wody – I to cię boli? O to chodzi?

-Ona ma rodzinę! Wpieprzam się w czyjeś życie! Włażę z butami na jego miejsce!

-Ale jak na jego miejsce? Nie jesteś jak Filip! On ją zdradził!

-Ona jego też! Ze mną! Może gdyby nie ja to by im się udało?

-Weronika i tak by się pojawiła. Czy byś był czy nie! Jim, skup się, oni i tak by się rozstali! Nie przybieraj do siebie całej winy!

-Nie wiem co robić? Wszystko co ją otacza to jej mąż… rozumiesz, co próbuję ci powiedzieć?

-Rozumiem, ale uważam, że przesadzasz! Potraktuj to jak jej prywatną sprawę. Unikaj tematu Filipa albo nie wiem… – wzruszył ramionami- …Daj jej czas na uporanie się z tym wszystkim. I przede wszystkim…. – stanął nad Jimem. – … pamiętaj, Filip jest ojcem jej dzieci, byli razem kupę lat i nie odseparujesz jej od niego tak do końca.Tak jakbyś chciał.Pogódź się z tym! Ale ona ma wybór i skoro chce być z tobą, to przestań się mazać i weź się w garść bo cię chłopie nie poznaję! Nie byłeś taki od…- zmarszczył brwi- … od… cholera, nigdy nie byłeś taki! – schylił się i spojrzał Jimowi bardzo głęboko w oczy. – Zakochałeś się głupku! Zakochałeś się we Fionie. No brawo, w końcu! Lepiej późno niż wcale!

-Nie wiem co to jest, ale coś na pewno…. – podrapał brodę. – Coś, czego nie potrafię ogarnąć!

-No to masz!- Paddy wcisnął gitarę w dłonie Jima.- Wiesz co masz robić.

-Paddy… kiedy stałeś się mądrzejszy od swojego starszego brata, co?

17855253_1855603801370140_6229896692389589455_o

-Nie wiem… – poprawiał włosy przy lustrze. – Jakoś chyba ostatnio… – na ułamek sekundy smutek zagościł na jego twarzy, który Jim zauważył od razu. Nagle dobiegł ich głos Adama.

 

-W większość z was udało mi się powitać osobiście. Niemniej jednak, jeszcze raz witam was wszystkich  na otwarciu mojego własnego studia! Widzieliście przed chwilą namiastkę naszych umiejętności, które zarówno ja jak i moi fryzjerzy będziemy wcielać w życie codziennie ku waszej… wielkiej radości! Nie będę przedłużać, bo szampan w waszych dłoniach ogrzeje się i cały mój plan poleci w łeb!- usłyszeli gromki śmiech – Chciałbym podziękować przede wszystkim moim przyjaciołom, którzy wierzyli we mnie, wspierali  mnie, kiedy chciałem się wycofać. Kocham was wszystkich! Paweł, Dominika za dodawanie mi wiatru w skrzydła. Fiona, za projekt! Niesamowity, zresztą! Jest z nami również osoba mi bardzo bliska… Mikołaj, twoje zdrowie! – Adam uniósł kieliszek. – I moja najlepsza przyjaciółka, Pola! Byłaś zawsze ze mną, ja zawsze będę z tobą! Masz szczęście, że spotkałaś kogoś tak wyjątkowego jak Patrick…- uśmiechnął się pod nosem. – A skoro już o tym mowa… Proszę państwa, jestem zaszczycony zapowiedzieć mojego przyjaciela… jedyny i niepowtarzalny, Paddy Kelly!!- na sali rozległy się gromkie brawa, kiedy Paddy w asyście gitary, pojawił się na scenie.

-Witajcie! A to nie będzie potrzebne… – przy ogólnym zdziwieniu gości a w szczególności Adama z Polą, odsunął krzesło na bok a mikrofon na statywie podciągnął do góry. – Miałem zaśpiewać „Hotel California” ale…- spojrzał na Polę i z rozbrajającym uśmiechem puścił jej oczko. – … mała zmiana planów. Adam, otrzyj pot z czoła! Obiecałem, że wstydu ci nie narobimy, prawda?! Gramy!- spod palców Paddiego popłynęły pierwsze akordy i po chwili na scenie pojawił się Jim, śpiewając tuż koło swojego brata.

-Nie wierzę! -Fionie prawie wypadł kieliszek wina z dłoni.

-A jednak! – Pola nie spuszczała z nich oczu.

-Wiedziałaś?

-No co ty! Skąd!

-Mały ukochany z gitarą?

-Paddy chyba tez nie wiedział, sądząc po jego minie.

-Zguba się znalazła! – Paweł z Dominiką dołączyli do reszty.

-Zabije go! – Fiona wysyczała przez zęby.

-Sądząc po jego maślanych oczach, chyba ma inne zamiary. – Paweł szepnął do Fiony, która natychmiast odrobinę go odepchnęła.

-Tak czy siak… niech ma maślane oczy… czy jakie tam chce, uduszę go!

-Zapewniam was, że nie tak miało być. – między kobietami pojawił się Will. -Chociaż przyznam, że tak lepiej to wychodzi.

-Jak tylko skończą śpiewać, możemy się jakoś ulotnić? – Dominika dyskretnie szepnęła Iglesiasowi do ucha. – Źle się czuje. Chyba mam gorączkę.

-Przeziębienie nie odpuszcza co?- Objął ją ramieniem- Jasne, jak tylko Jimmy przestanie podlizywać się Fionie, to wyjdziemy. Musisz odpocząć.

-Fatalnie się czuję. Wybacz.

-Nie mam czego! Zrobię ci herbatkę z cytryną i będę cię trzymał za rękę, klęcząc u twego łoża o pani.

- Nie potrafisz być poważny co?

-Potrafię… ale rzadko! – pocałował jej czoło.

Fiona nie spuszczała spojrzenia z oczy Jima a ten śpiewał dalej. Dla niej. Z każdym akordem Fiona lepiej potrafiła odczytywać co mieści się głęboko w jego duszy. Łagodniała. Z każdym następnym momentem łagodniała coraz bardziej, aż w końcu złość ustąpiła a na jej miejscu pojawił się uśmiech i radość, że znowu go widzi.

Paddy wykonał planowany utwór i po zejściu z prowizorycznej sceny odpowiedział jeszcze na kilka krótkich pytań, otoczony przez dziennikarzy. Z tłumu otaczającego go wysunął swoją dłoń i spojrzenia ich zbiegły się ze sobą. Pola zrobiła kilka kroków i w momencie była przy nim, ujmując jego delikatną, ciepłą rękę. Przyciągnął ją do siebie, dając jednoznacznie do zrozumienia, kto jest jego wybranką. W pewnym momencie dziennikarze odpuścili, skupiając się odrobinie na Jimie, ten jednak nie udzielał wywiadów, twierdząc, że jest tu prywatnie i prosi o uszanowanie. Od Fiony dzieliło go kilkanaście kroków. Odłożyła kieliszek białego wina i zrobiła krok w jego stronę.

e11fe0fe3c9a69e042b51af351aa43f4

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Między nią a Jimem stanął Will, tyłem do mężczyzny. Ujął ramię Fiony. Pochylając się wyszeptał kilka zdań wprost do jej ucha. Ona nie spuszczała wzroku z wpatrującego się w nią spojrzenia. Zmarszczyła brwi i z niedowierzaniem spojrzała na Willa.

-Wokół aż roi się od dziennikarzy, którzy tylko czekają na jakąś sensację moja droga.

-Co ty mówisz?

-Jeśli teraz rzucisz mu się w ramiona, jutro zostaniesz dla prasy jego kochanką… – wzruszył ramionami- Mi tam wszystko jedno. Jim nie jest pod moją opieką. Ale jest bratem Paddiego a ty przyjaciółką Polki. Pomyśl, on dopiero co się rozwiódł.

-No i?

-I masz męża! – szarpnął jej ramię, zniżając głos jeszcze bardziej- Strzelisz sobie w kolano!- stanął na wprost niej i spojrzał wymownie. – Nie popełniaj tego błędu. Dobrze ci radze, jak… przyjaciel chyba. – poluzował uścisk na jej ramieniu. Ona spojrzała jeszcze raz na Jima. Smutek zasłonił kolor jej tęczówek i po chwili spuściła głowę, odwracając się w kierunku baru. Uśmiechnął się cierpko, pokiwał z niedowierzaniem głową, zarzucił sobie gitarę na plecy i wyszedł przed studio, odpalając papierosa.

 

Paweł z Dominiką uściskali przyjaciół i szybko wyszli z przyjęcia.Po Jimie nie było śladu. Fiona próbując zagłuszyć myśli i chęć wyjścia, rozmawiała przez jakiś czas z Willem a kiedy ten musiał coś załatwić, jego miejsce zajął Pierre.

-Coś mało rozmowny jesteś?I nie marudzisz… jak zawsze.

-Pastelowe kolory, które zaprojektowałaś, działają na mnie relaksująco…- uniósł kąciki ust.

-Serio?

-Nie. – roześmiał się odsłaniając szpaler białych zębów. -Adam serwuje wybitnie dobrą whisky i wszędzie kręcą się modelki. No sama rozumiesz… to uspokaja.

-Każda jest wyższa od ciebie.

-Pode mną to już nie ma większego znaczenia. -puścił jej oczko.

- Jesteś ordynarny!

-A ty masz brzydką fryzurę.

-Co? – poprawiła włosy. -Czasu nie miałam!

-Gdyby tylko istniało miejsce, gdzie mogliby cię uczesać a wokół kręciłoby się mnóstwo fryzjerów…. – teatralnie podrapał brodę.

- Przestańcie się wydurniać. Pomożecie mi?- Między nimi usiadł zdyszany Adam. – Chryste, nienawidzę tych ludzi!

-W tym mamy ci pomóc?

-Pierre, poważnie nie czas na żarty! Mnie bez przerwy ktoś lub coś otacza a trzeba przytargać z zaplecza beczkę whisky.

-W beczkach sprowadziłeś? – Pierre uniósł brwi z wrażenia, – Szacunek!

-Szanować mnie będziesz, jak przyniesiesz tą beczkę.

-Za trzy cygara.

-Dwa.

-Co to za cygara?-Fiona wychyliła się zza Adama.

-Kubańskie. Dwa, ale dorzucisz pudełko. – spojrzał na kobietę. – wiesz ile waży taka beczka?! Nie jestem taki silny!-Pierre uniósł brwi.

-Dobra! Ty francuski dusigroszu! Dwa i pudełko!

-No to idę. – wyzerował szklankę i wolnym krokiem ruszył w kierunku drzwi z napisem „nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Fiona jeszcze raz spojrzała w kierunku wyjscia, tym razem już śmielej.

Pewnym i szybkim gestem otworzył drzwi naciskając klamkę. Na kilka sekund Pierre wrósł w podłogę, nie mogąc się ruszyć. Ze zdziwienia lekko rozchylił usta chcąc coś powiedzieć, jednak nie potrafił odszukać odpowiednich słów. Zobaczył Polę pochyloną nad stołem z podwiniętą sukienką i wypiętymi pośladkami. Za nią stał Paddy lekko zakłopotany.  Pierre zdążył usłyszeć koniec jego wypowiedzi zanim im przerwał: ” Cholera nie wiem gdzie celować…”

-Jak nie wiesz gdzie, to się nie zabieraj za takie eksperymenty chłopie! – Pierrowi uśmiech nie schodził z twarzy. -Nie możecie wytrzymać jednego wieczoru?Poważnie?

-Nie kochaliśmy się, kretynie!- Pola opuszczała sukienkę a jej twarz oblał bordowy rumieniec. -I w ogóle, puka się!

-Pasowało by powiedzieć, że tak ale ładniejsze…. jednak byłby to za kiczowaty tekst! Dowiem się co wyprawiacie, zajączki?

-A ty co tu robisz?-Paddy chował coś do małego pudełeczka a potem do torebki Poli.

-Załatwiam sobie cygara.- chwycił niewielką beczkę stojącą w rogu pokoju.

-Toaleta była zajęta…- Paddy rozłożył bezradnie dłonie.

-Zastrzyk mi robił! Matko, czego nie rozumiesz?!- Pola niecierpliwie wytłumaczyła widząc zdezorientowaną minę przyjaciela. – I bez komentarza!Ani jednego słowa! – uniosła ostrzegawczo palec. Paddy ledwo powstrzymywał śmiech.

-Ładne majtki! – Pierre puszczał kobietę przodem trzymając w jednej dłoni beczkę a drugą trzymając uchylone drzwi.

-Zamknij się głupku! – warknęła i wyszła do gości.

-Właśnie! Zamknij się, głupku! – Paddy poklepał Pierra po plecach i wyszedł za Polą.

 

 

Dopiła kieliszek białego wina. Poprawiła włosy i zabierając płaszcz dyskretnie wyszła przed studio. Źle się czuła, było jej duszno, ciasno z samą sobą. Liczyła, że nadal tam będzie. Znowu za nim biegła a on uciekał. A może Will ma rację? A jeśli strzela sobie w kolano? Niewielka mgiełka pary wydobywała się z jej uchylonych ust. Okryła się płaszczem jeszcze szczelniej i nerwowo rozejrzała się. Ciemność późnego wieczory przeplatała się z kocem mgły otulającej otaczający ją świat. Było cicho. Jedyne dzwięki dochodziły od bawiących się ludzi i toczącej się imprezie za jej plecami. Jima nie było. Poszedł… Poczuła ukłucie w sercu i smutek zalewał każdą jej myśl. Wróci do Kolonii… nie będzie z nią. Chociaż… czy kiedykolwiek był? Co się z nią działo? Biegała za facetem, choć nigdy tego nie robiła. Potrafiła zatrzymać na chwile swoje życie dla niego… tego tez nigdy nie robiła. Usiadła na ławce i przymknęła oczy. Bardzo mocno chciała, żeby tu był. Żeby zamknął ją w swoich ramionach i zapewnił, że to wszystko jest prawdziwe. Gdyby tylko wiedziała, że to co robią, co jest między nimi  ma jakikolwiek sens, zatopiła by się w tym bez pamięci.

-Wiedziałem, że przyjdziesz… – usłyszała go, jego chrypkę i cichy pomruk.

-Jim! – poderwała się z ławki i szybko odwróciła.

-Co to jest Fiona? Co to ma być? -stał kilka metrów od niej zachowując dystans.

-Wiem, że możesz być skołowany i zdaje sobie sprawę, jak to wygląda…

-Wróciłaś do Filipa?- szczęki mu pulsowały.

-Słucham?- Fione wbiło w ziemię. -Co ty mówisz?

- Najpierw ze mną sypiasz!Później mnie nie chcesz! Potem ja się rozwodzę i wracam, ty się rozwodzisz! – mówił szybko… chaotycznie. -A potem  znowu jesteśmy razem i jest nam cudownie!- głos mu się złamał. – A teraz jesteś… tak… cholera, daleko ode mnie.

-Jim… – przerwała mu. – Nie wróciłam do Filipa! Przyjechał po chłopców! Jest ich ojcem do cholery! Co mam zrobić?! Nie wyrzucę go z mojego życia tak jak ty chcesz!  -tupnęła nogą na co Jim lekko się uśmiechnął – A ty nie powinieneś mi robić wyrzutów, hipokryto!

-Ja hipokryta?- krzyknął oburzony.

-Zasnęłam a ty uciekłeś jak tchórz. I to gdzie? Do Kolonii! Zatęskniłeś za żoną?!

-Jej do tego nie mieszaj!

-Ale ty możesz?! To jest właśnie hipokryzja Jim! Ja akceptuje Meike w twoim życiu. Ty musisz zaakceptować Filipa jeśli…- spuściła głowę.

-Jeśli co, Fiona?

-Jeśli chcesz być ze mną… – wyszeptała, skubiąc nerwowo guzik od płaszcza. Usłyszała jak głośno wypuszcza powietrze.

-Kochasz mnie?

-Nie, kiedy nie ma cię ze mną. – mówiła szeptem, lekko skulona, przypominała małą dziewczynkę przyłapaną na jakiejś psocie.

-No to może po prostu… nie będę cię już zostawiał?!- podszedł do niej szybko i namiętnie pocałował, lekko unosząc ją nad ziemię.

Za rogiem studia zabłysło małe, czerwone światełko i po chwili znikło. Wyłączył dyktafon. Zadowolony, że udało mu się to nagrać.- To będzie warte kupę kasy.- pomyślał.- Jimmy Kelly, jako kochanek mężatki. Pięknie! – naciągnął kaptur na głowę i skrył się w mrocznej ulicy, zostawiając całującą parę w spokoju.

 

796129e3d263b133673c8530c0e06406

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trzymając dłoń Mikołaja krążył  między gośćmi. Wieczór dobiegał końca i co chwilę ktoś gratulował sukcesu, ściskał dłonie, żegnał się serdecznie. Kilka osób na pożegnanie poprosiło Paddiego o autograf i wspólne zdjęcie. Wszystko przebiegało w przyjaznej, lekkiej atmosferze i spokojnie można było stwierdzić, że impreza udała się dokładnie tak jak chciał Adam. Pociągnął Mikołaja za sobą, chowając się w ciemniejszy kąt sali. Podał mu kieliszek szampana i pogładził policzek wierzchem dłoni.

-Chciałem ci podziękować… że dzisiaj byłeś… ze mną. Wiele to dla mnie znaczyło. – spuścił wzrok i poczuł ciepło wylewające się na jego twarz.

-Wiesz, nie mogłem tego przegapić. Chciałem tu być… dla ciebie. Adam czy… – odchrząknął nerwowo- Czy ja mógłbym coś zrobić? -spojrzeli sobie w oczy, kiedy Mikołaj wstał z krzesła.-Coś na co miałem ochotę cały wieczór…-zrobił krok w jego  kierunku i ujął twarz Adama ciepłymi dłońmi.

-Wyprzedziłeś mnie… sam miałem na to ochotę… – uniósł lekko kąciki ust. – Ale chyba nie musimy się ścigać…- Usta Mikołaja delikatnie musnęły trzęsące się wargi Adama by po chwili spleść się w czułym uścisku całując namiętnie.

 

 

Reszta przyjaciół zaczekała, aż zostaną sami, zamknęli studio i rozsiedli się na białych, ogromnych kanapach zajadając niewielkie kanapki, koreczki i roladki z szynki i łososia. Każdy miał dość. Zmęczenie ich paraliżowało. Nie mieli siły nawet ruszyć ręką. Jedynie Pierre nie wzruszony ogólnym zmęczeniem siedział na stołku barowym paląc cygaro…kubańskie.

-Zróbmy przegląd. – Pola poderwała się podtrzymywana przez Paddiego. Sięgnęła po koreczka.- Kto gdzie jest i co się działo?

-Iglesias z Dominiką wyszli wcześnie. Źle się czuła, chyba nie wyleczyła tego przeziębienia do końca. – Adam usiadł obok.

-A mój głupi brat gdzie?- opierał głowę o zagłówek kanapy, zasłaniając ramieniem oczy.

-Chyba przeze mnie nie poszło mu z Fioną. – Will siedział obok Pierra, popijając whisky.

-Jak ty możesz pić nad ranem?-Paddy zrobił grymas obrzydzenia

-A jak ty możesz nie pić? – spojrzał na innych- No co? Mam sobie do drinka dorzucić płatków śniadaniowych, żebyście się odczepili?

-Dobra… mam to gdzieś!

-Cicho Paddy! A wracając do Fiony, Will…..- Pola wbiła spojrzenie w menadżera.-Co zrobiłeś?

-Wytłumaczyłem, że w towarzystwie tylu gołębi nie powinna rzucać się na Jima….

-Sępów!

-Nie, Jima!

-Mówi się sępów a nie gołębi głupku!-Paddy rzucił w Willa paczką zapałek.

-Chyba jednak nie podziałało… – Mikołaj cicho wtrącił.

-Co wiesz?- wszyscy wbili ciekawskie spojrzenie w Mikołaja.

-Chryste… faktycznie jak sępy! – odchylił się do tyłu odrobinę.

-Z tymi sępami to ja miałem na myśli dziennikarzy! -Will uniósł dłoń. – Wybacz Pierre!

-A mam to w dupie! – Zaciągnął się cygarem lekko się uśmiechając.

-Widziałem jak Fiona wychodzi w pośpiechu przed studio. – Mikołaj kontynuował. -Długo nie wracała, więc jak Adam rozmawiał z prasą…- ścisnął dłoń mężczyzny odrobinę mocniej.- Dyskretnie zerknąłem przez okno. Był tam Jim i ona… no i całowali się… pod drzewem… o ile ma to jakieś znaczenie…

-To drzewo już nie koniecznie…-Paddy z jęknięciem podniósł się z kanapy i sięgnął po kanapkę. – Starzeje się.

-Kurwa…. Jim robi fatalny błąd! – Will kiwał głową

-Cały Jim. – Paddy zauważył beznamiętnym tonem – Nie myśli…

 

-Fiona też…-Adam dodał

-Dobrze, że nikt ich nie widział.- Pola masowała skronie.

-Ustalmy coś. -Paddy objął czule Polę – Nie ma nas wszystkich a reszcie powiemy jutro.

-Kurwa, hajtają się! – Adam zasłonił usta dłonią.

-Co?-Pierre zakrztusił się dymem z cygara do tego stopnia, że Will musiał klepać go po plecach.

-Tak… i mówię to w towarzystwie po pijackich zombie nad ranem w studiu fryzjerskim… Adam… ogarnij się! A serio, pod koniec listopada jedziemy do Niemiec w trasę. Zagramy kilka koncertów w kameralnych klubach, jeden większy…zejdzie nam trochę.Pola jedzie ze mną…- nikt nie zareagował.

-Sadziłam, że chociaż zatęsknicie… buce! -udała obrażoną.

-Jak starczy czasu, chciałbym odwiedzić Manuela. Ostatni koncert jest blisko granicy. Moglibyśmy podjechać.

-A co z corocznym przyjęciem u Fiony? W tym roku nie będzie? -Adam wyraźnie posmutniał.

-Jakie przyjęcie?- Paddy wydawał się zbity z tropu.

-Fiona na kilka dni przed świętami zawsze robiła imprezę dla przyjaciół. Potem każdy rozjeżdżał się do swoich ale w ten dzień mieliśmy taką swoją wigilie. -Pola wzruszyła ramionami. -Ale teraz nie wiem… Filip… rozwód.. pogadam z nią.

-Weźcie ją do Kolonii. -Will rzucił od niechcenia.

-Zabrać Fionę na święta do mojej rodziny?! -Paddy otworzył szeroko oczy by po chwili zastanowienia wygiąć usta w podkówkę.  - No moglibyśmy!

-Szybciej Jim ją zabierze. -Mikołaj dodał.

-A może zostawcie ich w spokoju i niech robią co chcą?-Pierre gasił cygaro.

-A ja czuje, że imprezę zrobi… -Pola kontynuowała niewzruszona.

-Tylko teraz zamiast Filipa będzie mój brat…

-Aleeee to będzie dziwne! – Adam zasłonił twarz dłońmi.

-Dobra Martin, idziemy! -Paddy chwycił Polę za rękę i wstał z kanapy. – Jeszcze chwilę i usnę na stojąco.

-Ja też idę.- Pierre zaczął się zbierać. A za nim cała reszta.

 

Nicea, 43 lata wcześniej. 

Młodzi mężczyźni pakowali swój skromny dorobek w postaci rzeczy osobistych. Różaniec z cedrowego drewna powycierany palcami Manuela. Małe skórzane pudełeczko z jedynym zdjęciem matki Artura. Stosik listów przewiązanych starym sznurkiem. Nigdy nie wysłane, pisane bardziej w formie terapii. Artur zapełniał karty raz na miesiąc. Adresował je do przyjaciela, księdza, który kiedyś uratował mu życie. Nigdy ich nie wysłał a i ksiądz do końca swojego życia nie miał szczęścia ich przeczytać.

Jeden z nich  czytał książkę zajmując kąt rozlatującego się łóżka. Co jakiś czas rzucał spojrzenia pełne wyrzutu i pretensji. Odłożył „Małego Księcia”, splótł ramiona na piersi i prychnął pogardliwie.

-Po raz kolejny przypominam ci Edek, że to nie nasza wina. Wychodzimy z Manuelem, ty zostajesz. Takie jest życie, brutalne ale chyba powinieneś do tego przywyknąć. Wystarczy tego burdelu, syfu i ogólnego wkurwienia! Czas pożyć!

-Edek… – Manuel usiadł obok przyjaciela i objął go ramieniem.- Zostało ci jeszcze dwa lata. Zleci… Paczki ci przyślemy… tyle możemy zrobić.

-No wiem wiem!

-Nie tyle! Możemy więcej… – Artur uniósł tajemniczo kąciki ust.

-Co chcesz zrobić?- Manuel spojrzał wystraszony.

-Właśnie, co ty kombinujesz?

-Mam plan. – Artur usiadł naprzeciwko mężczyzn i cicho kontynuował. – O ile kontakt mi się nie wykruszył to mogę dotrzeć do znajomego psychiatry…

-Będziesz się leczyć i to ma mi pomóc?-Edek pochylił się jeszcze bardziej.

-Nie imbecylu! Ten mój znajomy to stary dziad już ale… na pewno kogoś zna. Może uda nam się załatwić ci przeniesienie do psychiatryka.

-Pojebało cię? Z pierdla do czubków?! Tak chcesz mi pomóc, przyjaciel cholera.

-Nie zrozumiałeś Artura…-Manuel wtrącił cicho- Od psycholi łatwiej spierdolić….- Edek z Manuelem spojrzeli na uśmiechniętego Artura.

-Co ja bym bez ciebie zrobił…-Edkowi złagodniał ton.

-Może za kilkanaście lat mi się odwdzięczysz.- poklepał przyjaciela po ramieniu.

pół roku później…

Drzwi celi powoli otworzyły się. Edek zmrużył oczy i nieufnie spojrzał na postać siadającą naprzeciw niego. Mężczyzna był starszy od niego. Najwyraźniej był zaraz po studiach. Włosy miał gęste, czarne przypominające błyszczące skrzydła sroki, kontrastujące z bielą koszuli wystającej spod marynarki.

-Czego chcesz? Kolejny adwokacina próbujący się popisać?- spuścił nogi z łóżka.

-Nie tym razem. Nazywam się Leon Dega. Jestem psychiatrą… – opadł na oparcie krzesła. -Artur pozdrawia serdecznie. – uniósł złowieszczo kąciki ust i zmrużył oczy. – Myślę, że się polubimy… Edmundzie.

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 7 komentarzy