93. My way.

Na operowej scenie stała kobieta posągowa, o anielskich blond włosach, w jasnokremowej długiej, olśniewającej sukni. W asyście orkiestry wykonywała przepiękny utwór „Ave Maria”. Podpierał dłonią skroń, powieki miał lekko przymknięte, wsłuchując się w przeszywający głos sopranistki. Jej śpiew trafiał do najciemniejszych zakątków jego mrocznej duszy. Kciukiem dyskretnie otarł jedną, samotną łzę wzruszenia, błądzącą po policzku.
Otworzył ponownie oczy, spojrzał w bok, gdzie pod osłoną przygaszonego światła i mroku cierpliwie czekał młody mężczyzna w eleganckim garniturze. Bez emocji utkwił spojrzenie brązowych oczu w eleganckim młodzieńcu. Kiwnął głową przywołując go, wtedy tamten zbliżył się, szepcząc mu do ucha krótką wiadomość. Skinął dłonią i dopiero kiedy „Ave Maria” dobiegała końca wstał, zapiął guzik czarnej marynarki i dyskretnie wyszedł z sali.
Za drzwiami stał mężczyzna o kwadratowej szczęce, w dłoniach trzymał czarny płaszcz, który zarzucił Markowi na ramiona, kiedy tylko ten pojawił się. Nie zatrzymywali się. Szli powoli, pewnym krokiem. Kolejny mężczyzna, w podobnym do Marka wieku, zrównał z nim krok. Po chwili jeszcze jeden, podał Markowi niewielki pistolet z tłumikiem  i bez słowa zwolnił. Teraz, koło szefa szedł starszy od niego o kilka lat, rosły jegomość.

-Nie lubię, kiedy przerywacie mi koncert… – zrugał go gniewnym spojrzeniem. -Oby było to coś pilnego. – schował pistolet za pasek spodni, zakrywając marynarką.

-Przyjechał kurier…- przypominał trochę lokaja. Postawę miał sztywną, wyprostowaną, język nienaganny i składnie też nie wyniósł z rynsztoka. Dłonie miał czyste i zadbane, co mogło świadczyć o roli rozkazującego niż wykonującego niechciane zadania.

-Który?- Marek zapytał krótko, nie patrząc na towarzysza. Najwyraźniej ufał mu, czego nie robił nagminnie.

-Brylanty. – cicho stąpali po bordowym dywanie, którym wyścielony był korytarz opery.

-Kasa?- Postawił kołnierz.

-W aucie, ale kurier nie będzie chciał współpracować. Chcą udziału od obrotu.

-To się jeszcze okaże. Gdzie on jest?- Marek zaśmiał się szyderczo.

-Na parkingu, pod….- wskazał na podłogę.

-Diego?

-Cisza. Weronika zostanie odwieziona, mam rozumieć?

-Jak będzie chciała. Zajmij się tym. I poszukaj Diego. Jeśli nie ma z nim kontaktu, to albo spierdolił, albo ma go Pierre z Arturem.

-Wtedy już po nim…

-No mówi się trudno….Show must go on!- zaśmiał się. Było w nim coś szatańskiego, podszytego dużą pewnością siebie i ogromną charyzmą. Był wysokim mężczyzną o czarnych, krótkich włosach, lekkim zaroście, i jeśli trzeba było, nienagannych manierach. Jednak, kiedy pozwalał swoim demonom dochodzić do głosu, zmieniał się w bestię, niezdolną do współodczuwania na zadane krzywdy. Teraz spokojnie schodził do podziemnego parkingu, pogwizdując pod nosem.

Przy niewielkim samochodzie dostawczym stało dwóch facetów, pilnując drzwi. Podszedł do nich powoli, z dłońmi schowanymi w kieszeniach płaszcza.

-Co my tu mamy… panowie?- przeszywał spojrzeniem ochroniarzy, którzy natychmiast otworzyli drzwi z tyłu dostawczaka. Oczom Marka ukazała się para skutych i zakneblowanych mężczyzn. -Ale wpadliście, co?- uniósł brwi, a irytacja w nim rosła z sekundy na sekundę. – Ty… – wskazał brodą na jednego z nich. – Jesteś kurierem. Gdzie towar? – w odpowiedzi usłyszał jedynie jęk i niewyraźne słowa.- A tak… nie powiesz nic, ze szmatą w gębie! – w momencie wskoczył na pakę auta, wyszarpał z ust mężczyzny kawałek materiału, chwycił za ubranie i z całej siły przycisnął do zimnej blachy. – Gdzie jest towar skurwysynie? Gadaj!

-Szefie….

-Czego?- warknął spoglądając na jednego z ochroniarzy.

- Ten co zajebał diamenty… to jest w bagażniku… tam.- wskazał na czarne audi zaparkowane niedaleko.

- Okradł mnie! Próbował uciec! Musisz mi uwierzyć!

-Nic nie muszę! Zapamiętaj to!- Marek przyciskał dalej mężczyznę.

-Okazuje się, że ten obok i ten w bagażniku działali w zmowie. – koło samochodu pojawił się starszy jegomość, który towarzyszył Markowi na korytarzu opery. – Próbowali wywieź towar z kraju i upłynnić…- mówił cicho, opierając się o otwarte drzwi i przyglądając swoim spinką od mankietów.

-Mnie się nie okrada! – przyciskając kuriera do ściany auta, wyciągnął zza paska broń i szybkim strzałem trafił siedzącego obok mężczyznę w środek czoła, zostawiając na ścianie solidny ślad krwi. – Zrozumiano?! Powinieneś skończyć tak samo, gnoju!

-Nic nie zrobiłem! -szeptał histerycznie. – Okradli mnie!

-I właśnie za to powinieneś dostać po ryju! – puścił go, schował broń za pasek, wysiadł z samochodu. – Jeśli coś jest moje… to moje pozostanie! Bardzo przywiązuje się do rzeczy mi bliskich… I nie lubię, jak ktoś próbuje mi je odebrać…- poprawił płaszcz i marynarkę.- Załatwcie to. – powiedział do ochroniarzy, którzy wsiedli na pakę auta, zamknęli drzwi i szybko odjechali. – Dawaj tego drugiego.

-Tutaj. – asystent przyciskiem na kluczykach otworzył bagażnik.

-Nikt nie lubi być oszukiwany…. Nikt nie lubi być dymany na taką ilość kasy… Jak chciałeś to zrobić?

-Tak…- przed oczami ukazał się worek z dużą garstką świecidełek. -Fałszywe. Mieliśmy się zorientować, kiedy oni będę już za siedmioma górami i lasami.- asystent schował woreczek

 

 

 

 

 

 

 

 

-Okraść złodzieja… Ironia, czyż nie? Dwa minusy dają plus? Otóż nie! Obrażasz mnie, sądząc, że nabiorę się na tak stary i naiwny numer. – ponownie wyciągnął zza paska broń i wrzucił ją na przednie siedzenie Audi. Po kilku chwilach wrócił, a w dłoniach błyszczała mu srebrna stal. – Zawsze bardziej od broni palnej lubiłem broń białą. A już najbardziej lubię noże. Ten moment, kiedy zanurzają się w miękką tkankę, a spod nich wypływa ciepła krew…- warczał nad bagażnikiem.- Kiedy powoli odbieram życie, nie jak pistolet, który zabija prawie natychmiast… I powiem ci jeszcze coś… Nóż jest cichy…Jest precyzyjny… nie rządzi nim przypadek…Tak jak teraz…Z chęcią poderżnąłbym ci gardło…

-Szefie, nie tu… Będzie widać.- cicho szepnął towarzysz Marka.

-Masz rację, tracę rezon, kiedy ktoś próbuje przywłaszczyć sobie coś mojego… – uśmiechnął się złowrogo. – Zatem przejedźmy się…- Zamknął bagażnik zostawiając przerażonego mężczyznę w środku.

-Chcesz go zlikwidować? Moze ktoś to zrobi za ciebie….- wsiadali do auta

-Nie. Wolę sam. Lubię to uczucie. Mieć władzę, trzymać w rękach czyjeś życie…- spojrzał przez szybę.- Mieć panowanie nad tym co twoje i mścić się za to, co ci zabrano…

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Otulał ją ciepłym kocem, kiedy chowała się w jego ramionach. Położyła głowę na jego ramieniu i z lubością wąchała zapach jego szyi, pachnący tak przyjemnie słodko, ciepło, bezpiecznie, męsko. Spod przymkniętych powiek dostrzegła półokrągłe księżyce wokół jego ust. Uśmiechał się. Niesforne kosmyki włosów, szarpane wiatrem, co chwilę wchodziły mu do oczu. Szybkim gestem dłoni przygładzał je, aby już po chwili trzymać jej dłoń. Kciukiem gładził kawałek jej gładkiej skóry. Chwyciła w palce kilka koralików w bransoletce, na jego nadgarstku. Uśmiechnęła się.

- Nie mam pojęcia skąd się wzięła. „Love”- przeczytała napis układający się z kolejnych białych kostek, wśród niebieskich koralików, – Podobno należała do Manuela a raczej do części jego zbiorów.

-Nigdy jej nie widziałem…- przycisnął ją mocniej do siebie.

-Zgnieciesz mnie Paddy…- zachichotała lekko.

- Wciąż nie mogę w to uwierzyć…- pocałował jej chłodny policzek. – Jeszcze chwilę temu myślałem, że cię stracę, że to już koniec. Teraz jesteśmy tu… – odchylił głowę do tyłu i spojrzał w niebo.- Oświadczyłaś mi się, wariatko! – zaśmiał się w głos. – Oświadczyłaś się!

-I zrobiłabym to drugi raz. I trzeci… – spojrzała w głęboki granat jego spojrzenia. Ich usta dzieliły milimetry. – I nieskończenie wiele razy… gdybyś za pierwszym razem się nie zgodził… – uniosła kąciki ust.

-Nie potrafię ci odmawiać… – pukiel włosów zawinął za jej ucho. Delikatnie dotknął jej ust. Palcem pogładził jej lekko rozchylone wargi. Spojrzał w jej oczy, by po chwili znów patrzeć tylko na jej usta. – Tak długo na to czekałem…. Kocham cię skarbie…- pocałował ją. Miał wrażenie, że całuje ją pierwszy raz. Najpierw nieśmiało, byle poczuć jak smakuje. Potem łapczywie spijać tą słodycz, którą tak kochał.  Przylgnęła do niego całym ciałem.- Teraz nic nam się nie stanie… Teraz wszystko będzie dobrze….

-Nie chcę przeszkadzać…- Niedaleko nich stał Wiktor, najwyraźniej mocno zawstydzony sceną, jakiej był świadkiem.- Sala Manuela czeka…. Jeśli dalej chcecie… Mogę was zaprowadzić.

- Oczywiście! Po to przyjechaliśmy…- Paddy objął Polę ramieniem i powoli skierowali się w stronę przygarbionego mnicha.

-A ja myślałem, żeby się zaręczyć…

-Mamy jakiś limit czasowy? Wieczorem musimy opuścić budynek?

-Nie. Sala jest do waszej dyspozycji tak długo, jak długo będziecie potrzebować. – spojrzał Poli wymownie w oczy.- I to nie jest statek piracki, gdzie kobieta przynosi pecha.

-Ale nie powinnam tu być po zmroku… prawda? – wtulała się w uśmiechniętego i spokojnego Patricka.

-Nikomu nie powiemy… Nie przewiduję jakiegoś buntu na okręcie… Chodźcie za mną.- skierował się w stronę dziedzińca, a potem klucząc wśród ciemnych, niskich korytarzy, doprowadził ich przed wielkie, podwójne, zbrojone drzwi. Wsadził w zamek jeden z pęku kluczy i wpuścił gości do środka.

-Po co nas prowadziłeś? Na pamięć znam gabinet Manuela i drogę do niego.- Stali na środku ciemnego pokoju.

-Bo widzisz, Patricku…- Wiktor dołożył polano do przygasającego ogniska. – Zazwyczaj, to co widzisz, niekoniecznie jest do końca tym, co widzisz…- zza habitu wyciągnął zwisający na srebrnym łańcuszku dość skomplikowany klucz. – To wszystko jest tylko dla waszych oczu… -Przy oniemiałym z wrażenia Paddym i Poli, ściągnął ze ściany obraz za którym krył się niewielkich rozmiarów sejf. Wstukał odpowiedni kod, uchylając metalowe drzwiczki. W środku nie było nic poza drugim, podobnym kluczem przyozdobionym czerwoną, satynową wstążką. – Ten jest dla ciebie – Podał Poli klucz z sejfu. – A ten na łańcuszku dla ciebie.- podał drugi muzykowi.

-Czuję sie jak w jakimś filmie szpiegowskim!- Poli drżały dłonie.

-Właśnie, co to ma być? Co to za komedia? – Paddy zmrużył oczy. Nie podobała mu sie cała ta sytuacja, w której totalnie nie orientował się, podobnie zresztą jak Pola.

-To nie jest komedia! To jest…- Wiktor odsunął szafę, najwyraźniej na kółkach, bo zrobił to bez większego wysiłku.- To była ostatnia wola Manuela…- za szafą zobaczyli drzwi z dwoma zamkami. – Pola, twój klucz pasuje do górnego zamka. – Podszedł bliżej pary. – Gratuluje zaręczyn. -uścisnął jej dłoń.

-A ja ci ufałem… dzieliłem z tobą cele przez cztery lata…

-Dalej możesz mi ufać przyjacielu. – patrzyli sobie prosto w oczy. – Odrobinę wiary. – poklepał go po plecach, po czym w pośpiechu opuścił pokój polecając, aby zamknęli za nim drzwi na zamek, dla pewności.

-Paddy… Co to ma być?- Pola zamknęła drzwi i podeszła do ukochanego stojącego przed sekretnym zamkiem.

-Nie mam najmniejszego pojęcia, i nawet gdybym chciał coś wymyślić, to nie potrafię! -wzruszył ramionami.- W moich oczach Manuel zawsze był zwykłym mnichem, moim przyjacielem a jak widać, nie za dobrze go znałem…Ale…- spojrzał na klucze w ich dłoniach. – Musimy się o tym przekonać.

-Jesteś pewny? Nie wiem czy chcę wiedzieć…

- Co się może stać? – wsadził klucz w dolny zamek.- Nie bój się.

-No nie wiem… – przekręcili klucze, drzwi ustąpiły. Paddy delikatnie pchnął i ich oczom ukazał się mały pokoik.
Ściany pokrywała tapeta w kolorze ciemnej pomarańczy. Pokoik był mały, mierzył zaledwie sześć może osiem metrów kwadratowych. Nie było w nim okien, jedynym źródłem światła była żarówka luźno zwisająca z sufitu. W kącie stał duży fotel obity wytartym materiałem w brązową kratkę. Na bocznej ścianie stał niewielki regał a na nim kilka grubych teczek, obok których stało pudełeczko cygar i butelka napoczętej szkockiej. Zrobili krok do przodu blokując zapobiegawczo drzwi.

-Patrz… – cicho wyszeptał wskazując na stoliczek a raczej małą szafkę wyłaniającą się zza fotela. Na jej półkach leżała mlecznobiała papeteria, obok wieczne pióro misternie inkrustowane. Na niedbałym stosiku piętrzyły się koperty, na których zaległa luźno  rzucona czerwona, satynowa wstążka.

-Te same koperty….

-Możliwe? – Spojrzał na kobietę pochyloną nad półeczką. – Powiedz, że to nie Manuel wysyłał te liściki?- zrobił krok do tyłu a w oczach stanęły mu łzy. – Wszystko było kłamstwem! Fałszem! Powiedz, że to nie prawda?!Wszystko wiedział…- rozejrzał się po pomieszczeniu.- Manipulował mną. Wszystko było ukartowane?

-Nie do końca…- odezwała się cicho, delikatnie. – To dla ciebie…- klęcząc na podłodze, odwróciła się, podając Patrickowi kopertę z jego imieniem. -Zobacz napis na odwrocie.

-Confession?  Co to znaczy? Co chce mi powiedzieć…

-Spowiedź? Manuela?- usiadła pod ścianą podkurczając nogi pod brodę. – Otworzysz?

-Tak. – usiadł w fotelu, obok Poli i otworzył kopertę…

-Może powinnam cię zostawić?

-Nigdy mnie nie zostawiaj!- powiedział machinalnie, odruchowo, nie odrywając wzroku od kolejnych słów na papierze.


Michaelu…

Wiedziałem, że kiedyś nastąpi ten dzień, gdzie los niejako przymusi mnie do napisania do ciebie tych kilku skromnych słów, ale sądzę, że będzie w nim wszystko to, co chciałem ci przekazać i co czułem przez ostatnie cztery lata.
Nigdy nie miałem dzieci, nie żałuje. Nie chciałbym przywoływać niewinnej istoty do mojego świata, w którym było tyle zła, cierpienia i śmierci. Tam, gdzie przez cały swój podły czas walczyłeś o przetrwanie, o każdy oddech…Nie. Moje życie nigdy nie było usłane różami…nawet maków nie doświadczyłem. Było za to pełne krętych i zawiłych dróg. Miałem w swoim życiu jedynie dwóch przyjaciół, którym ufałem i to jeden z nich wyciągnął do mnie pomocną dłoń. „Możesz być inny…. możesz ratować zagubione dusze, nawet dla ciebie nie jest za późno…Gdzieś jest dusza, którą uratujesz…” Nie wiedział, jak prorocze były jego słowa.
W dniu, kiedy byłeś na samej krawędzi, kiedy chciałeś zrobić ten jeden, przekreślający wszystko, krok wtedy podjąłem o ciebie walkę. I chyba wygrałem, skoro tu jesteś. Pamiętaj, w naszym życiu, mało rzeczy jest dziełem przypadku i nic nie dzieje się bez przyczyny.
Każda krzywda, jakiej doznałeś, umacnia cię i hartuje na nowo. Każda jej łza wylana w twojej obecności czyni cie bardziej doświadczonym i wrażliwym człowiekiem. Wszystko to, czego doświadczyliście, umacnia wasz związek i czyni waszą miłość nieskończenie wielką, pamiętaj moje słowa w chwili zwątpienia.
Wybacz, że wiele razy cię  oszukałem, robiłem to z potrzeby chronienia i dbania o ciebie. Tak jak pisałem, mało rzeczy dzieje się z czystego przypadku. Wiem, że odkryłeś już koperty i papier, na którym kreśliłem do ciebie i Poli te kilka zdań co jakiś czas. Nie miej mi za złe. Czasem trzeba losowi pomóc, a ty musiałeś przecież spotkać miłość swojego życia, czyż nie? A ja znam cię bardzo dobrze, lepiej niż ty sam siebie….Może myślisz sobie teraz, ze w takim razie, nie ma na świecie magii i czegoś czego nie potrafimy wytłumaczyć własną logiką. Mylisz się Patricku. Twoje wizje, mała dziewczynka, twoje sny… to właśnie coś, czego nie potrafimy wyjaśnić.
Jesteś tak bardzo do niej podobny. Kiedy pierwszy raz opowiedziałeś mi swój sen, który nawiedzał cię prawie co noc, wtedy wiedziałem… jesteś taki jak ona.
Kochali ją wszyscy, bez wyjątku.  Anna była… iskrą rozjaśniającą każdy ponury dzień. Teraz jest gwiazdą rozświetlającą niebo… Ona przegrała, ty nie musisz i nie możesz przegrać. Leon nie zdołał  jej pomóc, ty trafiłeś do mnie…. Teraz pewnie, dziwisz się, skąd wiem o Leonie? To dzięki niemu trafiłeś pod moją opiekę. Poza twoimi opowieściami cóż, on był moim przyjacielem..A Anna jego pacjentką…Tyle powinieneś wiedzieć.
Masz cieszyć się życiem, czerpać z niego jak najwięcej… co najmniej jakby jutra miało nie być. Dbaj o Polę, bez niej twoje życie będzie niepełne i bez wartości. Razem przetrwacie wszystko, z czymkolwiek przyjdzie wam się mierzyć.
Jeszcze raz bardzo przepraszam cię za wszelkie oszustwa i kłamstwa jakich dopuściłem się na twojej osobie. Mam nadzieję, że mi wybaczysz…Dzięki nam spotkałeś miłość swojego życia. Wiem, że teraz możesz czuć się skołowany od nadmiaru informacji… pamiętać musisz jedno, to co czujesz teraz w głębi duszy  jest prawdziwe! To ciepło, jakie oblewa twoje serce, kiedy spoglądasz w jej piękne oczy, ta tęsknota, kiedy nie ma jej obok a pod dłonią jedynie pusta, chłodna poduszka. Ta radość, kiedy słyszysz jej śmiech… To jest miłość Patricku i jest ona jak najbardziej prawdziwa.
Zapewne masz wiele pytań, na które nie mogę już ci odpowiedzieć. Mogę dodać, jako podsumowanie swojego chaotycznego, podsyconego chorobą, listu, że twoje przekroczenie progu gabinetu Leona, było twoim ratunkiem, ale i twoją zgubą, bo to od niego i waszych wspólnych z Anna snów, wszystko się zaczęło. Twoje drugie życie…Decyzja należy do ciebie, jak je przeżyjesz. Ja za swoje jestem wdzięczny i dziękuję Bogu, że pozwolił mi, cię spotkać i że mogłem zobaczyć,że jesteś szczęśliwy. Spełniłem swoje zadanie.. Kocham cię. Manuel.”

Złożył kartki na pół i wsadził ponownie do koperty, zaklejając brzeg. Bez słowa odłożył list na stoliczek koło fotela, podszedł do półki i nalał solidną szklankę szkockiej. Podał ją Poli a sam przechylił butelkę i pociągnął kilka solidnych łyków.

-Co… Co to ma wszystko znaczyć? Ale.. O co chodzi?! Nic z tego nie rozumiem…- Pola nie ruszyła się z miejsca i teraz obracała szklaneczkę w dłoniach.

- Nie mam pojęcia… Ja… Ja nawet nie wiem jak mam to skomentować…Kurwa mać! – opadł bezsilnie na fotel zamykając twarz w dłoniach.

-Może zobaczmy co jest w tych teczkach?-Ostrożnie wskazała na pozostałe dokumenty.

-Nie! Nie chcę już nic więcej czytać. Nie chcę już niczego więcej wiedzieć! Nie ogarnę kolejnej porcji informacji! Mam dość! Co za cholerny cyrk!

-Już dobra, cicho. Uspokój się!- Natychmiast otoczyła go ramionami.

-Oszukał mnie… Był moim przyjacielem!

-Może musiał. Nie oceniaj go zbyt pochopnie. Mimo tego wszystkiego Manuel był twoim przyjacielem i to powinieneś zapamiętać! – gładziła jego plecy.

 

 

 

Na przedmieściach Warszawy, między zakładami produkcyjnymi, gdzie po godzinach pracy raczej nikt nie chodzi, stał mały, blaszany bunkier. Przypominał trochę pomieszczenie pracownicze, w jakich mieszkali ludzie na budowach. Z Zewnątrz nie rzucał się w żaden sposób w oczy. W drzwiach, które swoją drogą, były jedyną drogą ucieczki, stał Pierre, leniwie popijając kawę wyczekiwał ostatniego gościa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Niepozorny, szary Citroen podjechał niedaleko bunkra. Wysiadł z niego Artur i podpierając się laską, wszedł do pomieszczenia witając się ze wszystkimi. Nad skutym Diego pastwiła się Gwen wymierzając mu razy, prawie siedząc na nim okrakiem. Alex niedaleko zajęty był jakąś lekturą i porządną porcją kawy. Artur z Pierrem stali na środku bunkra, lekko rozbawieni, przyglądając się całej scenie.

Nie zdążyli zareagować, kiedy Diego zrzucając Gwen z siebie, jednocześnie wyciągnął jej zza spodni broń i mając wolne ręce, wystrzelił trafiając Artura w klatkę piersiową.

Pierre natychmiast jedną ręką objął upadającego starszego mężczyznę, sam odwracając się w wyprostowanej ręce trzymał glocka. Strzelił cztery razy. Trafił Diego dwa razy prosto w serce, raz w dłoń i raz w udo zabijając go na miejscu.

Odrzucił broń, i ze łzami w oczach pochylił się nad ledwo przytomnym Arturem. Alex uciskał ranę, Gwen dzwoniła po karetkę a Pierre trzymał dłoń Artura zaciśniętą na swojej piersi. Parzyli sobie w oczy, prowadząc niemą rozmowę.

-Nie umieraj! Nie umieraj, tato! Błagam cię… Nie teraz ojcze! – wyrwało się z przepełnionych przerażeniem płuc Pierra.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | Skomentuj

92. I reach the sky

 

„Im mniej człowiek wie, tym łatwiej mu żyć. Wiedza daje wolność, ale unieszczęśliwia.”

 Erich Maria Remarque 

 

 

 

Pod koniec marca wieczory były jeszcze chłodne, mimo błyszczącego nieba nad ich głowami. Spacerowali powoli, niespiesznie mijając lekko oświetlone witryny mniej lub bardziej ekskluzywnych sklepów.  Dalej wspomnieniami byli na tamtym cmentarzu, gdzie kilka godzin temu pochowali swojego przyjaciela. Zostali tam do końca. Pierre stał nad grobem, nie zważając na nikogo. Oni przyjmowali kondolencję, aż w końcu zostali sami.
Powoli otaczała ich szarość mijającego dnia. Podniósł się lekki wiatr, który rozwiewał kobietom włosy a mężczyzn zaczepiał szarpiąc brzegi czarnych płaszczy. Dominika postawiła kołnierz, naciągnęła czapkę i wtuliła się w objęcia Pawła.

-Pierre… już czas…- Pola stała za posągowym mężczyzną. Nieśmiało położyła mu dłoń na ramieniu, którą natychmiast chwycił. – Żałoba może długo trwać ale…

-Nie będzie trwać długo. – mówił spokojnie, cicho. – Pożegnam się z nim tu i teraz. I koniec, więcej nie będę do tego wracać…

-Ale nie musisz… Pierre… – głos jej się złamał. Było jej szkoda mężczyzny, nie wiedziała jak mu pomóc.

- Owszem, muszę! – odwrócił się i spojrzał w jej duże oczy. – Życie toczy się dalej! Ci, co odpadli mogą już odpocząć! Trzeba żyć, bo przecież nie wiadomo, kiedy dopadnie nas…- poprawił płaszcz i wyciągnął paczkę papierosów. – Kiedy dopadnie nas depresja!

-Wiecie co…za dużo tych negatywnych emocji. – Fiona spojrzała na resztę przyjaciół. – Wiem, że cmentarz nie jest najlepszym miejscem na tego typu motywujące przemowy, ale myślę, że już za dużo! – westchnęła tak, jakby dźwigała na swoich barkach zło całego świata.- Za dużo dzieje się złego w naszym życiu… Tak nie może być… Już wystarczy, już dość! Pamiętacie, kiedy naszym jedynym problemem był jutrzejszy kac w pracy? Nie możemy choć na chwilę wrócić do tamtych czasów? Spróbujmy być szczęśliwi, chociaż przez chwilę….- wszyscy zwiesili głowy. – Choroba Dominiki, mój rozwód, śmierć Łukasza, poronienie Polki…Nie zasługujemy na to wszystko! Wkurza mnie to! – tupnęła nogą. – Tak bardzo bym chciała, żeby znowu było normalnie.

-Wyjdźmy z tego cmentarza…- po chwili odezwał się zamyślony Pierre.

-I zostawmy wszystko za sobą…- Paweł splótł palce z dłonią Dominiki.

- Zacznijmy jeszcze raz… – Paddy spojrzał Poli w o czy. – Na nowo….- delikatnie uniósł kąciki ust.

- Ale nie na trzeźwo! Musimy się napić…- Adam kopał mały kamyczek

 

 

 

 

 

 

 

 

-Niezły pomysł. Chodźcie…Znam fajny bar…

-Odreagujemy… Macie rację, potrzebujemy tego…

-Chodź…- Edyta chwyciła francuza pod ramię i wszyscy w ciszy opuścili, usłany małymi ognikami, spokojny cmentarz, zostawiając za sobą okwiecony grób.

Szli szeroką ulicą, mijając po drodze grupki rozbawionych przyjaciół i objęte, zakochane pary. Podczas spaceru utworzyły się grupki, gdzie każdy pochłonięty był swoją dyskusją. Na samym końcu szli Paddy z Pierrem. Długo milczeli wpatrując się w kobiety idące przed nimi. Oboje nie wiedzieli, że wpatrują się w jedną i tą samą kobietę.

-Powinna wiedzieć…- Paddy przerwał milczenie.

-Ty nie powinieneś wiedzieć, a  co dopiero ona.- wciągnął do płuc szary, nikotynowy dym.

-W co wy ją wmieszaliście?! – warknął najciszej jak potrafił.

-W nic. Pola jest winna jednego… Pokutuje za winy swojego ojca.

-Nie mogę myśleć o tym, co by się stało, gdyby jej były ją dorwał.

-Nic jej nie zrobi. Podszedł Łukasza, z Polą nie miałby problemu…Gdyby chciał, ona już by nie żyła.

-Chryste niedobrze mi!

-Ale to nic Paddy, żyliście do teraz bez większych ceregieli… utrzymamy ten stan.

-Co ja mam zrobić Pierre? Nie jestem na to gotowy! Jestem muzykiem… muzykiem rozumiesz! Jedyne co potrafie szarpać to gitara!

-Widzę właśnie…- zmierzył go wzrokiem.- Wiem, że to dla ciebie ciężkie, możesz zrezygnować… opuścić ją…

-Wiesz, że tego nie zrobię!

-Wychodzi, że nie za specjalnie masz wybór co, robaczku?

-Przypominam ci, że mierzymy mniej więcej tyle samo, żuczku!- zaśmiali się smutno, nostalgicznie.

-A serio, myślałem, żebyście gdzieś wyjechali…powinniście odpocząć…

-Też o tym myślałem! Nawet wiem gdzie. – na twarzy muzyka pojawił się tajemniczy uśmiech.

- Tak? A gdzie?

-Do Francji! – poklepał mężczyznę po plecach i podbiegł do Poli i Dominiki.

-No przecież! – Pierre westchnął gasząc papierosa.- Ze wszystkich cholernych krajów… Francja! Już mógł ją do Afryki wywieź! Baran jeden! – mruczał pod nosem.

-Piękny pogrzeb… o ile pogrzeby mogą być piękne…- Adam westchnął spoglądając w czyste, gwieździste niebo.

-Wchodzimy? -Paweł  wskazał drzwi.

-Za to wszystko, jestem wam winny kolejkę…-Pierre spojrzał na grupę przyjaciół.- No może kilka kolejek…

-Czuję się oburzony taką małą ilością! – Paddy wywrócił oczami.

-Właśnie, mamy odreagować… Nowy start, jutro zaczynamy…- Fiona weszła w słowo. – Niech ten dzień i śmierć Łukasza coś dla nas znaczy… Nie tylko dla ciebie Pierre. Uczcijmy pamięć twojego przyjaciela…

-Dobra! Postawie kilka butelek! – objął Fionę ramieniem.- Ale ja Paddiego nie niosę do domu….- puścił muzykowi oczko.

-Dlaczego mnie?! To Adaś zawsze pierwszy odpada!

-Ja Adaśka wlekę do domu…- Paweł zgłosił się na ochotnika.

-Słuchajcie… Nie chcę psuć wam tego patetycznego planu dzisiejszego uchlania się w trzy dupy ale…- Soczysta czerwień zalała twarz Dominiki. -Nie czuje się najlepiej.

-Co ci jest?- w sekundę kilka osób podskoczyło do kobiety. – Zawieźć cię do szpitala?

-Nie, oszalałeś?! Nic takiego, jestem zmęczona, trochę mi niedobrze. To ta chemia… osłabia mnie.

-Nie musisz się tłumaczyć kochanie. – Pola z Fioną przytuliły delikatnie przyjaciółkę.

-Pojadę z tobą. Odpoczniesz. – Paweł już zamawiał taksówkę.

-Mam inny pomysł…- Pola wymieniła jednoznaczne spojrzenie z Fioną. – Pojedziemy  z tobą.

-A jak zaśniesz, to my uchlejemy się przy twoim łóżku! Bez chłopów! To jak duża? Zabierzesz nas ze sobą?

-Zabiorę, nie mam za bardzo wyboru. – Dominika powoli wsiadała do taksówki.

- Jakbyś miała inne wyjście! – Pola prychnęła. Obdarowała Patricka pocałunkiem, od którego po ciele mężczyzny przeszedł zniewalający dreszcz subtelnej rozkoszy.

-Mała, a może zwolnicie Jima z opieki? – Iglesias krzyknął za wsiadającą Fioną. – Przyda nam się jeszcze jeden kompan do butelki…Chyba że dalej każesz go, jako opiekunkę czwórki dzieci…

-Niech się cieszy, że nie ma z nim mojej matki…

-Ty łaskawco! To my czekamy na niego! – Iglesias krzyknął w stronę auta

-Zastanowię się! – Fiona pokazała przyjacielowi język. Długo nie ruszały dochodząc się w środku auta, aż w końcu kierowca zaczął tracić cierpliwość i przewracać oczami.

-No idziesz w końcu? Długo mamy na ciebie czekać?- Pola uchyliła szybę i krzyknęła w stronę grupki na chodniku.

-Ja?- Edyta wskazała na siebie mocno zdziwiona i zaskoczona.

-Tak ty! Masz cycki? Masz! – Dominika uśmiechała się nieznacznie

-To nie pasujesz do nich! Wsiadaj! Dzisiaj pijesz z nami!- Pola otworzyła tyle okno.

-I opowiesz nam, jaki jest ten nasz tajemniczy Pierre! – cały samochód zaśmiał się perliście.

-Dobra idę. – puściła dłoń francuza i spojrzała mu w oczy próbując coś z nich wyczytać.

-Pani kochana, jak nie pani, to ja im opowiem jaki ten francuz jest!-zniecierpliwiony kierowca wysiadł z samochodu.

-Idź. Baw się dobrze. – wyszeptał zaciskając szczęki.

Szybko wsiadła do samochodu i taksówka ruszyła zostawiajac za sobą mały obłoczek kurzu i spalin.

-To jaki właściwie jesteś, francuziku?- Paddy poklepał go po plecach.

- Naród jest z ciebie dumny? – Mikołaj podtrzymywał żart. – Biegle władasz językiem francuskim?

-Nie będę z wami gadać, debile! – warknął odprowadzając wzrokiem odjeżdżający samochód

-Oczywiście, że będziesz! Jak trochę wypijemy! Ty stawiasz…

-Mój wewnętrzny demon zaciera ręce ze szczęścia! – Pierre zakpił sarkastycznie.

 

 

W samochodzie panował raban i chaos w tle ciągłych wybuchów śmiechu. W pewnym momencie, po ciągłym krążeniu po mieście, taksówka zjechała na pobocze i zatrzymała się. Grubszy kierowca, czerwony ze złości, odwrócił się w kierunku roześmianych kobiet.

-Zdecydujcie się w końcu gdzie chcecie jechać bo krążę po mieście jak ten kretyn i do tej pory nie dowiedziałem się pod jaki cholerny adres mam jechać! Jak ja nie lubie wozić grupy kobiet! – dyszał z irytacji. W pomieszczeniu zapanowała idealna cisza. – Jaki adres?!- kierowca krzyknął a po kilku sekundach zagłuszył go ponowny wybuch śmiechu.

-Do mnie. Zwolnimy Jima. Musi już czuć ognie piekielne przy czwórce dzieci.

- A może lepiej do mnie? – Dominika naciskała.

- U mnie jest ładniej! – Fiona machnęła dłonią.

-I czyściej! – Pola zaśmiała się.

- Dobra. Mam was gdzieś! Ale śpię w twoim łóżku! – Dominika uniosła ostrzegawczo palec.

- A my razem z tobą! – Fiona objęła siedzącą z przodu Dominikę.

- No panie… jedź pan! Co się pan tak ociąga?!

Podjechały pod wskazany adres i przy ogromnym zadowoleniu kierowcy, opuściły taksówkę. W domu Fiony panowała cisza. Po kątach paliły się niewielkie lampki, tworząc przyjemny ciepły, domowy nastrój. W kominku dogasał ogień, na podłodze leżało kilka zabawek, na ławie w salonie kilka kredek i namalowane dziecięce rysunki. Fiona dotknęła ich delikatnie, uśmiechając się ciepło. Z kuchni dobiegł ją dźwięk obijanych o siebie szklanych kieliszków i trzask zamykanych drzwi lodówki. Po kilku sekundach próba uciszenia siebie nawzajem i ponowny wybuch śmiechu.
Podczas, kiedy dziewczyny szykowały butelki wina i przekąski Fiona poszła na piętro. Uchyliła drzwi pokoju synów. Nie było ich, a łóżka były idealnie zaścielone. W łazience, na wannie stały resztki płynu do baniek mydlanych, obok jakiś dziwny, różowy żel z brokatem i buteleczki z Fiony lakierem do paznokci. Instynkt macierzyński podpowiadał jej wzmożoną czujność i nie myliła się.
Dłonią delikatnie popchnęła niedomknięte drzwi sypialni. Stanęła jak słup soli, zastanawiając się przez kilka sekund czego właśnie jest świadkiem. Powoli sięgnęła do kieszeni eleganckiej, czarnej marynarki wyciągając telefon. Zrobiła kilka zdjęć, a niektóre z dużym zbliżeniem.
Na samym środku łóżka leżał, niczym rozgwiazda, Jimmy ubrany w szare wyciągnięte spodnie dresowe i czarną koszulkę gdzieniegdzie przyozdobioną różowym brokatowym żelem. Do jego prawego ramienia wtulały się dwie małe dziewczynki ubrane w tiulowe spódniczki a młodsza w jednej rączce mocno trzymała różdżkę zakończoną małą gwiazdką.
Drugą dłonią obejmował młodszego Igora w masce Batmana a Bruno spał obok i mimo, że trzymał dystans to jego niewielka dłoń trzymała rękę Jima. Wokół nich panował bałagan a w telewizji cicho leciała „Kraina Lodu”. Fiona podeszła bliżej, wyciągnęła ostrożnie spod nóg mężczyzny kremowy koc i okryła śpiące towarzystwo. Kątem oka dostrzegła żółty lakier na paznokciach dziewczynek i Jima. Ledwo powstrzymując wybuch śmiechu zrobiła jeszcze jedno zdjęcie i wyszła z sypialni nie mogąc doczekać się, kiedy pokaże reszcie co się odbywa na piętrze.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Czy on ma… żółte paznokcie? Serio?- Dominika wpatrywała się w ekran telefonu.

-Ja chce tam iść! Muszę zobaczyć to na żywo!- Pola aż skakała z ekscytacji.

- Ani się waż! Przecież Kelly obraziłby się na najbliższy rok! – Fiona upiła niewielki łyk wina z dużego kieliszka.

-To chociaż daj mi jedno zdjęcie…. Wrzucimy na okładkę…- Pola przybiła żółwika z Edytą.

-Z podpisem ” Każdy facet nosi w sobie pierwiastek kobiecości”. – zawtórowała dziennikarka.

-Ten to nawet całą galaktykę!- Dominika szykowała sobie kanapkę.

-Jak się trzymacie, że tak zmienię temat…- Fiona spojrzała na Polę i Edytę.

- W porządku. Był naszym szefem i porządnym gościem. Mimo, że okazjonalnie wychodził z niego playboy. – Edyta uniosła znacząco brwi.

-No wyszedł, do Polki… raz? Dwa?- Fiona zaśmiała się szturchając zaczepnie przyjaciółkę.

- Dwa i zamknij się!

-Ty i Łukasz?! Kiedy?- Edyta lekko rozchyliła usta ze zdziwienia.

-We Francji, dawno temu. Pomyłka. Nie ma o czym mówić. – Pola machnęła dłonią starając się zakończyć temat.

-A teraz masz Paddiego…

-Dlatego wszystko inne było pomyłką…- Pola zanurzyła usta w cierpkim napoju.

-Szkoda z nią poruszać ten temat. – Dominika dosiadła się do reszty kobiet.  – Są w sobie tak zakochani, że aż nudni.

-A jecie już sobie z dzióbków?! – Edyta zasłaniała usta siląc się na powagę.

- Po pierwsze, o fuj! A po drugie, w dzióbek to zaraz zbierzesz! – zaśmiały się.

-A jak Pierre?- Fiona wbiła spojrzenie w Edytę. – Faktycznie jest taki dziki, na jakiego wygląda?

-Ostrego ma… pazura?- Dominika aż usiadła wyżej na oparciu kanapy.

-Tak, i charata mnie nim, co jakiś czas… wariatki! – Edyta wywróciła oczami na ułamek sekundy zatrzymując spojrzenie na Poli.

-Ale co, jesteście razem?

-Nie wiem… chyba nie. Ciężko stwierdzić.Cholera… nie wiem…

-No, ale sypiasz z nim.

-Dorośnij Fiona! To że z nim sypia, nie znaczy, że zaraz ma wybierać kieckę ślubną! Puknij się w czoło!

-Już chyba wystarczająco mamy tego „pukania”.

-No….- Dominika uniosła kieliszek z sokiem owocowym wznosząc toast.- Za wielokrotny orgazm!

-Za co pijemy? – w salonie pojawił się zaspany i rozczochrany Jimmy przecierając oczy. – Więcej was nie było?

-Więcej kolorów nie mogłeś mieć na sobie… słoneczko? – Fiona przygładziła mu przerzedzoną fryzurę. – Jak się masz?

-To kochane dzieci, ale w stężeniu na metr kwadratowy są nie do opanowania. Miałem ochotę zrobić sobie soczek…- uśmiechnął się złośliwie.- O smaku banan, marchewka, dziecko i jabłko… ale cholera uciekają za szybko…

-A ty już nie jesteś taki młody…- pokiwały głową z udawaną troską.

-Ale dalej drzemie we mnie dusza rockmena!- wyciągnął z dłoni Fiony kieliszek z winem i opróżnił cały za jednym zamachem.

-Z tym brokatem na pewno! -Pola wskazała paluszkiem chlebowym na ubranie mężczyzny.

-O cholera….- Jimmy przyjrzał się koszulce a po chwili z przerażeniem odkrył swoje dłonie. – No cholera! Mogły chociaż  na czarno a nie na żółto! Jak ja teraz wyglądam!

-A z czarnym wyglądałbyś… rockowo, tak?

-Nie kpij! W czarnym byłoby lepiej!

-Mówi to facet co występował na scenie w takiej ilości kolorów, faktur i stylistycznego chaosu…- dziennikarka machała dłońmi

-Edyta ma rację. Adam do teraz nie może tego przeżyć.

-Nie może też przeżyć, że nie było mu dane obciąć mojej grzywy.

-Teraz z grzywy mało co zostało…

-Udam, że tego nie słyszałem…- objął Fione ramieniem.- Jak pogrzeb?

-Smutny, przytłaczający, ale w sumie piękny i taki podniosły. Jak to pogrzeby… nie spodziewasz się fanfar i grubej imprezy…

-A właśnie jeśli mowa o imprezie… Chłopaki czekają na ciebie w barze. Wszyscy siedzą… – dziwczyny wymieniły się spojrzeniami. – No chyba,że chcesz zostać z nami i słuchać tych całych babskich bzdur bo… no wiesz… Dominice maleją cycki i musimy pogadać o jakiś dobrych stanikach oszukujących…

-Dobra! Dość! Nie chce tego słuchać. Zamów mi taksówkę i jadę do nich. Już czuje jak mi testosteron wchłania się przez pory….

-To z powietrza… od nas! – Pola rzuciła w oddalającego Jima kawałek chleba.

-Czemu moje cycki? Popieprzyło cię?- Dominika szepnęła konspiracyjnie.

-Spontanicznie. Spojrzałam i już. Nie było czasu wymyślać innej bzdury! Wiedziałam,że na taki temat ucieknie szybciej niż od dzieciaków.

-Nie spaliśmy ze sobą od czasu poronienia….- Pola przerwała chwilową ciszę, smutno zwieszając głowę. – A Paddy…. chciał, kilka razy… wykręcałam się, uciekałam, szukałam pretekstu…

-Dlaczego?

 

 

 

BAR…

-Nie wiem stary…- Paddy upił łyk piwa. – Może ma traume po tym poronieniu.

-Może już na ciebie nie leci? Nie jesteś aż taki ładny. – Adam poklepał pocieszająco muzyka.

- A ja myślę, że potrzebuje czasu…- Iglesias obserwował obcych ludzi w barze.

- Za długo to już trwa…Pocałować mnie ma problem a co dopiero… coś więcej. – westchnął poprawiajać dłonią opadającą grzywkę. – A jeśli faktycznie…Nie! Na pewno mnie kocha.

-Nie wróciła by do ciebie, gdyby tak nie było. – Pierre pochylał się nad okrągłym stołem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Śliczny ma rację. Cokolwiek wymyślisz, będzie bardziej prawdopodobne, niż to że Polka cię nie kocha! A teorie mam taką… ostatnio wasze małe figle skończyły się jej ciążą, a ta z kolei skończyła się jak wszyscy wiedzą. I teraz ona się boi.- Iglesias uderzył otwartą dłonią w stół.

-Małe figle? Nie takie małe!

-Paddy potrafi finezyjnie potrząsnąć łóżkiem! – przy stole pojawił się starszy Kelly.

-Noo, aż wióry lecą! – Patrick uniósł znacząco brwi.

-Drzazgi, co najwyżej! -Pierre śmiał się złośliwie. – Ale Paweł ma rację tak całkiem serio. Polka boi się i pewnie nie jest gotowa na kolejną ciążę i chociażby batalię o kolejne dziecko.

-Nie wiem czy chcę…- rozejrzał się po mężczyznach siedzących przy stole.- Chyba nie jestem gotów na kolejne starcie… to co wtedy się stało…Nie chcę tego przechodzić ponownie. Nie chcę widzieć jej w takim stanie…

-Zainwestuj w lateks drogi przyjacielu….- Mikołaj wyzerował szklaneczkę whisky – Nie musicie rozmnażać się już natychmiast. Polka jest jeszcze młoda…. z medycznego…

-Weźcie mu polejcie bo pieprzy jak potrzaskany!

- Zamówię jeszcze butelkę. – Pierre odszedł od stolika.

-Jimmy… Nie to że jestem wścibski i nawet uważam, że pasuje ci ten kolor, ale dlaczego masz żółte paznokcie do jasnej cholery?- Adam nie wytrzymał.

- Powiedz mu, bo odkąd przyszedłeś, to ci się przygląda, a w sumie my chyba też chcielibyśmy wiedzieć…- Paweł usiadł na swoim miejscu.

-Poza drobnymi potknięciami, to jakoś wam się układa? – Pierre z Paddym stali przy barze.

-Myślę, że… najgorsze mamy za sobą. Mam nadzieję, że teraz będzie już tylko lepiej.Oboje tego chcemy, więc jest szansa…

-Na pewno tak będzie! – Pierre poklepał Paddiego po plecach.

-Ożenię się z nią.

-Alkohol przez ciebie przemawia.

- Co nie zmienia faktu, że tak zrobię.

-Błąd stary. Jeśli teraz poprosisz ją o rękę, to będzie to akt desperacji. Pomyśl Paddy… myśl kurwa! Nie zatrzymasz jej w ten sposób. Nie żeń się, żeby mieć pewność co do niej!

-Mam do niej pewność!

-To po co?

-Bo ją kocham! Proste, kocham ją jak jasna cholera!Zresztą, co ty tam wiesz.

-Wiem o miłości więcej, niż ci się wydaje. Widziałem jej różne oblicza i uwierz mi… nie oświadczaj się… jeszcze nie teraz.

 

 

 

 

Ławka w parku niedaleko biurowca lśniła kolorem świeżozielonym. Siedziały na niej dwie postacie, kurczące się od cyklicznych podmuchów wiatru. Mężczyzna co chwilę zaciągał się zapalonym papierosem a kobieta piła gorącą, parującą kawę.

-Jak piło się z Kelly i spółką? – Edyta spojrzała na bladego Pierra.

- Jakieś chrzczone to whisky było. Głowa mnie boli.

-Nie jakość a ilość…

-Nie praw mi moralii. – odchylił głowę do tyłu. – I tak cieszę się, że znam tylko Paddiego i Jima. Dla mnie wystarczy.

-Znam tylko Jima… No i Patricka, wiadomo…- upiła łyk gorącej kawy z mlekiem spoglądając na budzący się do życia park.- Resztę z artykułów..

- Trochę ich jest..- zamyślił się

-Chociaż nie! Znam… właściwie zamieniłam z nią raptem kilka uprzejmych słów ale jednak…

-Kogo? – powoli rozluźniał się.

-Kathy. Była tu… Pytała o adres Paddiego.

-Dziwne…Kiedy to było?- zmrużył oczy przyglądajac się Edycie.

-O cholera! – przed oczami przeleciały jej kolorowe obrazy.

-Co? Mów! – Pierre wstał i pochylił się patrząc kobiecie prosto w oczy.

- To wtedy co pisałam artykuł o „Florence”.

-Kiedy?!

-Czekaj! – spojrzała w ekran telefonu. – Tego samego dnia kiedy Pola…- jej twarz wykrzywił dziwny grymas

- Kiedy poroniła…- Pierre zwiesił głowę.

-Myślisz, że ona ma coś z tym wspólnego?

-Nie wiem, ale Polka zapewne widziała się z nią i nikomu o tym nie powiedziała, więc coś jest na rzeczy.

-A może Paddy wie?

-Nie wie! Jimmy by wiedział a on by się wygadał! – poprawiał czarny płaszcz. – To papla, nie utrzymałby języka za zębami. A Paddy nie miałby powodu, aby ukrywać takie odwiedziny.

-Co teraz?

-Z tobą? Nic. A co do tamtej… coś sie stało i zamierzam dowiedzieć się, co to było.

 

 

 

 

Spojrzał na tablicę odlotów. Dyszał mocno zaciskając dłoń na spoconej kobiecej ręce. Jeszcze kilka minut. Musi się spieszyć.

-Chodź, zdążymy! – pobiegli w kierunku hali odlotów.- Przecież nie spóźnimy się na samolot bo zaspaliśmy! – prychnął nerwowym śmiechem.

- Często nam sie to zdarza. Musimy kupować bilety na popołudniowe loty. – Pola wywracała oczami.

- Skarbie pogadamy o tym w samolocie, albo najlepiej dopiero we Francji.

- Cieszę się, że się jednak zdecydowaliśmy.

-Kilka dni, ale zawsze coś. Potem studio i koncerty. Nie będzie czasu.- Paddy ciągnąc Polę za sobą ustawił się w kolejce.

Jakaś kobieta z koleżanką podeszła do nich, przerywając im dyskusję. Pola, lekko zmieszana chciała puścić dłoń Patricka i oddalić się na kilka metrów, ten jej jednak na to nie pozwolił. Trzymał jej dłoń mocno i pewnie, nie zamierzając puścić jej nawet na moment. Porozmawiał z nimi chwilę, uściskał i kiedy poprosiły o zdjęcie to wtedy na chwilę puścił delikatną, kobiecą dłoń. Objął ramieniem dwie uśmiechnięte fanki, Pola zrobiła kilka fotek. Pożegnali się serdecznie wymieniając uprzejmości a kiedy jedna z fanek podeszła do Poli odbierając aparat powiedziała cicho.

-Jesteś niesamowita. Odkąd Paddy powiedział o was, to facebook i instagram rozpisuje się o nowych ploteczkach.

-Ploteczkach?

-Ale w samych superlatywach. – dodała druga fanka.

-Cieszymy się. Masz szczęście. Taki facet to skarb. Gratulacje. – uścisnęły serdecznie jej dłoń i uśmiechnięte oddaliły się w swoim kiernku.

-Słyszałaś? Jestem skarb!- Zza Poli wyłonił się Paddy.

-Taki idealny do zakopania w piachu na bezludnej wyspie. – uniosła jedną brew.

-Na bezludną tylko z tobą.- zbliżył usta do jej mokrych warg.

-I gitarą.

-Ty to potrafisz zepsuć nastój. – żartował.

 

 

 

Dwadzieścia cztery godziny później, na skalistym urwisku, szczelnie owinięta ciepłym kocem, siedziała czarnowłosa kobieta. Wiatr niosący kropelki słonej wody targał zazdrośnie jej krucze pasma, osadzał się na jej karmelowej skórze, raniąc niczym maleńkie igiełki wbijane w twarz. W jej duszy panował spokój, o który tak długo walczyła. Bo przecież najważniejsze jest uspokoić swoją duszę a wtedy i sumienie wtula się w niewielkie zagłębienie pod naszym sercem i zasypia snem głębokim i sprawiedliwym. Jeśli dusza jest spokojna… ty też jesteś a przecież o to w życiu chodzi.
Pozwalała swoim myślom dryfować. Obserwowała kolejne fale nieszczęśliwie rozbijające się o skalisty brzeg.  Szum wody subtelnie pieścił jej zmysły. Przymknęła oczy, przywołując najlepsze momenty swojego życia. Wstała, owinęła się szczelnie kocem, po czym przekładając w palcach małe koraliki niczym różaniec podeszła na sam skraj gdzie kończyła swoje życie gładka skała. Niebieskie koraliki wędrowały między jej palcami…

-Historia lubi zataczać koło, jak widać…- tuż za nią pojawił się Paddy. – mszalne, grzane z tajemniczą przyprawą. – podał jej gliniany, mały dzbanuszek.- Nie pytaj co to, do teraz nie chcą mi powiedzieć… Braciszki. – z wyrzutem spojrzał na stary klasztor wyrastający zza ich pleców.

- Paddy… Ja…- położyła dzbanek na ziemi. Jej usta drżały, palce zaciskały się na małych koralikach, niebieskich, jak to morze i jak jego oczy wpatrujące się w nią ze strachem.

-Co się stało?- pogładził jej policzek. Wtuliła twarz w jego dłoń.

-Nie wiem czy kiedyś wybaczysz mi to wszystko, te krzywdy które wyrządziłam. Te momenty, kiedy twoje serce bolało tak bardzo, jak moje kiedy cię traciłam.

-Nie mówmy o tym…

-Zawsze zastanawiałam się, wątpiłam… czy ja wiedziałam, czym jest miłość? Myślałam, że wiem… Potem okazało się, jak bardzo się myliłam…A potem pojawiłeś się moim życiu, nadałeś mu sens, przywołałeś wiatr, który ponownie uniósł moje skrzydła. I już wtedy wiedziałam, kiedy pierwszy raz spojrzałam w twoje oczy… tak jakbym obudziła się z głębokiego snu. Jesteś miłością mojego życia…

-Jak ty moją…- po policzku Paddiego popłynęło kilka łez.

-Tak długo na ciebie czekałam…. – zaśmiała się wycierając wierzchem dłoni mokrą twarz. – I nie chce już iść dalej przez życie bez ciebie.

-Co chcesz powiedzieć?

- Wyjdź za mnie Paddy! Wiem,  że nie tak to miało wyglądać! Nie tu i nie teraz. Ale kocham cię najmocniej na świecie. Wyjdź za mnie Michaelu Patricku Kelly. Tutaj, gdzie historia zatoczyła koło.

-Nie możesz tak mówić! – zamarli spoglądając sobie w oczy.

-Słucham?- zbladła a ręce jej opadły.

-Powinnaś powiedzieć „Czy ożenisz się ze mną”. – kąciki ust lekko zaznaczyły zmarszczki na twarzy mężczyzny. -

-Podaj mi dłoń…- wyciągnęła spod koca na ramionach ciepłe dłonie i założyła Paddiemu bransoletkę na nadgarstek. – Ożenisz się ze mną, Paddy?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

- Zawsze! Nie musisz nawet pytać! – zamknął ją w swoich ramionach a podmuch wiatru zrucił z nich ciepłe okrycie. Nie zauważyli, zatopieni w pocałunku, przez który przepływały słone łzy wzruszenia. -Skąd to masz?- uniósł nadgarstek

-Stąd. Dał mi to Wiktor. Podobno należy do mnie. Ja tego nie pamiętam, ale czuje, że ma wielką siłę i jest dla mnie jakoś ważne…

- Oświadczyłaś mi się. Tutaj… w tym samym miejscu, gdzie ponad rok temu, w grudniu klęczałem i pytałem Boga o sens mojego życia, bo wtedy go nie widziałem… Teraz już wiem…- pocałował jej czoło. -To ty nim byłaś…To dlatego Bóg tak mnie tutaj doświadczał. To tu stałem i godzinami rozmawiałem z Manuelem. I w końcu to tu…- spojrzał w jej duże, błyszczące, zielone oczy. – Tak bardzo cię kocham! – zatopił wargi w jej miękkich ustach.- Na zawsze…- wyszeptał między pocałunkami.

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 2 komentarzy

91. The last river has been poisoned

Cała trójka siedziała w salonie. Wokół nich panowała cisza. Co chwilę któreś sięgało po kubek z kawą, inne głęboko wzdychało. Minuty mijały, Pierre wydawałoby się, był myślami gdzieś daleko. Co jakiś czas spoglądali z Patrickiem na siebie, jakby próbując czytać własne myśli.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Nie mogę w to uwierzyć…- Pola przygryzała skórkę paznokcia lekko kiwając się do przodu.- Łukasz nie mógł cierpieć na depresję! On?

- Nie zawsze się da zauważyć…

-Facet miał wszystko! – kobieta zapiszczała z niedowierzaniem.

-Najwyraźniej nie.

-Poza tym skąd wiesz, że to depresja?- wbiła w przyjaciela gniewne spojrzenie.

-Edyta kilka dni temu znalazła u niego psychotropy na depresję! – Pierre delikatnie uniósł głos. – Nie rzucałbym słów na wiatr, zastanów się!

-Wiedziałeś o tym i nic nie zrobiłeś?!

-Pola… oddychaj. Nic ci to nie da. Nie potrzebnie skaczesz mu do gardła… – Paddy próbował powstrzymać kobietę.

-A co ty myślisz, że ja ratuje wszystkich utraceńców?! Skąd mogłem wiedzieć?! Zejdź ze mnie! I bez tego nie potrafię sobie z tym poradzić! Idę zapalić! – Pierre szybko wyszedł na balkon.

-Poczekaj, daj mu chwilę. Musi się uspokoić. – Paddy chwycił za rękę wstającą kobietę.

- Co się tu wyrabia? – pokiwała głową. – Co to ma być, co?! Z jednym problemem jeszcze sobie nie poradziliśmy, a teraz to. Dlaczego wszystko się sypie?! Mam tego dość Idę się ubrać… – ścisnęła dłoń muzyka i powłócząc nogami wyszła do sypialni po ubrania.

- Posłuchaj…- wszedł za Polą siadając na łóżku. – Też kiedyś miałem takie myśli…Depresja, jest podstępną choroba, czasami niewidoczną gołym okiem, jest takim… cichym zabójcą, nawet nie wiesz, kiedy zaczyna dyszeć ci za uchem a potem towarzyszy ci na każdym kroku, jak najlepszy przyjaciel…- zamrugał szybko, wyrywając się z lekkiego otępienia. – A francuz chciał dobrze, nie wiń go…

-Pierre ma rację. Nic to nie zmieni, on i tak nie żyje. -rzuciła na łóżko białą koszulkę, szare leginsy i brązowy, szeroki sweter. Zamyślona zaczęła obsesyjnie składać ubrania w nienaganną kostkę, co odrobinę zdziwiło Patricka.

-Zaraz będziesz to zakładać. Po co to robisz? – wskazał na ubrania

- Kocham cię Paddy… -gwałtownie ujęła w dłonie jego twarz i spojrzała w oczy. – I codziennie będę dziękować Bogu, że nie zrobiłeś tego jednego kroku, że nie skoczyłeś. Ty się nie poddałeś.

-Byłem blisko.

- Być blisko a coś zrobić to znaczna różnica. Jesteś tu dalej, ze mną, z nami. To jest najważniejsze!

-Tak… – zamyślił się. –  A też miałem wszystko, tak przynajmniej mogło się wydawać. – westchnął masując swoje uda. – Pójdę może… pogadam z nim, co?A ty się ubierzesz, mało spałaś.- pogłaskał policzek kobiety

-To nic, nie przejmuj się. – zniknęła za drzwiami.

 

 

 

- Uważaj na nie! – Meike poprawiła okulary, trzymając za rękę młodszą z córek.

-Nie przesadzasz? Jestem ich ojcem, z definicji będę na nie uważał. – Jim wywrócił oczami.

-Nie zostawiaj ich samych! W obcym kraju sobie nie poradzą!

-Meike! Panikujesz. Nic im nie będzie! Wokół jest pełno ciotek… no i Paddy. Wrócimy za dwa tygodnie.

-Akurat na pożegnanie Angelo? – zobaczyła zaskoczone spojrzenie mężczyzny. – Słyszałam. Nie myśl sobie! Docierają do mnie jeszcze resztki plotek ze świata Kelly. Choć coraz mniej…

-Bo dzieje się coraz mniej. Aime, nie odchodź! – krzyknął za oddalającą się dziewczynką. – Widzisz, troskliwy ojciec!- wskazał na siebie.

-Wolałabym, żeby dziewczynki nie obcowały z tą całą… Fioną. – ostatnie słowo wypowiedziała z obrzydzeniem.

-Po raz kolejny powtarzam ci… nie masz na to wpływu.- uśmiechnął się – Ona ma dwóch synów! Dzieciaki będą miały co robić, wyluzuj matka! – klepnął Maike w tył pleców tak jak poklepuje się starego kumpla.

-Karma cię jeszcze dopadnie, ty stary głupku! – śmiała się sztucznie do swoich dzieci

-E no ale bez takich!! – poprawił kurtkę. – Nie jestem jeszcze taki stary. Chociaż… trochę życia mam już za sobą. – wygiął usta w podkówkę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-To może napisz o tym książkę. – była żona prychnęła z ironią, kiedy szli w stronę odprawy.

-Ty to masz pomysły…

-Mamo, będziemy dzwonić codziennie.

- Aż tata splajtuje na rachunku. – dziewczynki podbiegły do rodziców ściskając mamę.

-Taki był wasz plan tak?- Jim nie krył rozbawienia. – Niezły, ale nie tym razem moje kochane! – podniósł młodszą na ręce. – Jak braknie mi pieniążków, to pożyczę od wujka Paddiego.

-Wujek nie wygląda, jakby miał dużo kasy…

-To prawda kochanie… nie wygląda. – mężczyzna zacisnął usta powstrzymując śmiech. – Bo on jest bogaty… miłością!

-Ło Chryste! Dobra, pogadacie w samolocie. Będziecie mieć tatę na całe dwa tygodnie. A teraz uściskajcie mamę tak porządnie! – Meike kucnęła obejmując dziewczynki.

-Tak ściskajcie coby mamie tlenu brakło. – ironizował  dalej.

-Pa mamo, kochamy cię! – Machały do oddalającej się kobiety.

-A może faktycznie napisać książkę…- zamruczał sam do siebie, drapiąc się po lekko zarośniętej brodzie.

 

 

 

- Witaj kochana! Oj, co jest? Wyglądasz gorzej ode mnie!- Naprzeciwko Poli stała uśmiechnięta Dominika z Iglesiasem pod rękę.

-A trochę porobiło się, jak was nie było. Wejdźcie. – otworzyła zapraszająco drzwi wpuszczając parę do środka. -Łukasz nie żyje… powiesił się. – dodała cicho.

-Co?!- oboje krzyknęli jednocześnie.

-Jak to nie żyje? Ten Łukasz? Twój naczelny? – Dominika wyrzucała z siebie potok słów

-Miał jakieś problemy? Co się stało? To na pewno samobójstwo?- Paweł przekrzykiwał kobietę.

-Dobrze słyszę? – do przedpokoju wszedł Paddy z lekko wymuszonym uśmiechem.- Cieszę się, że was widzę. Choć okoliczności trochę przykre, ale poprawiliście nam humor. A ty kochana, wyglądasz cudownie. – pocałował policzek Dominiki.

-Chodźcie do środka, pogadamy. Opowiecie jak szpital, chemia…- Pola lekko potykając się o własne nogi, weszła do salonu.

-Wiecie… może to nie najlepszy pomysł…- czuli, że to nie dzień na odwiedziny. – O, jest i Pierre…Witaj kolego. – Paweł podał francuzowi dłoń.

-Ja… będę się już zbierał. – przyglądał się Dominice.

-Co się tak gapisz? Nie mam włosów…

-Właśnie zastanawiałem się, dlaczego masz tak małą głowę i rozważałem odstawienie whisky, bo chyba mam halucynację… A potem przypomniałem sobie jak Pola…-machał zakłopotany dłońmi we wszystkie strony.

-No raka mam. Ogoliłam. Nie będziemy tego wałkować ponownie! Spoko mały, to nie problem. Powiedzcie o tym Łukaszu!- para usiadła na kanapie.

-To ja już pójdę. – Pierre zerwał się, chwytając kurtkę i telefon.

-Nie, no coś ty… Pierre zostań. Jesteś… częścią…przyjacielem. – Paddy poklepał francuza po plecach.

-Muszę. Ktoś powinien zająć się pogrzebem… tym wszystkim. – pokiwał głową

-A Łukasz…

-Nie miał rodziny… był sam. – zakładał kurtkę. – Paddy…- położył dłoń na ramieniu muzyka. – Dzięki za dziś… pomogłeś mi. Zawsze będę to pamiętać.

-Zadzwoń. – Pola podeszła do mężczyzny całując go w policzek.

-Tak zrobię. Trzymajcie się. – pospiesznie wyszedł z mieszkania.

-Przez chwilę sądziłem, że dacie sobie buzi. – Paweł przerwał milczenie

Damon Salvatore

 

-Przestań kpić! To było nie na miejscu!- Dominika uszczypnęła mężczyznę w bok.

-Macie rację, przepraszam!

-A co u was?- Pola zebrała kilka talerzy i kubków ze stołu, odnosząc do kuchni. Po drodze potknęła się, upuszczając z talerza jeden, porcelanowy kubek.

-Co jest mała? – Dominika zmrużyła oczy.

-Nie spaliśmy chyba… z tydzień. – Paddy lekko przymykał oczy.

-Nie mogliście powiedzieć, łajzy?! – Paweł wstał, natychmiast dopijając kawę. – Domi chodź. Te dwie tragedie muszą się wyspać.

-Tak właściwie, to dlaczego nie śpicie tyle czasu??

- Rozstaliśmy się…- Pola stała w drzwiach salonu masując skronie.

-Co?! – Paweł z Dominiką zszokowani spojrzeli na przyjaciółkę. -Zdurnieliście? I nic nam nie mówicie?!

-Spokojnie. – Paddy machnął dłonią nie wstając z kanapy. – Wróciliśmy do siebie po dwudziestu czterech godzinach.

-Co jest z wami?! Rozstajecie się na próbę czy co? -Paweł podniósł głos

-Taki kurwa falstart, czy jak? – Dominika nie kryła oburzenia.

-Tak, ja wiem… możesz krzyczeć na mnie do woli, ale jutro. Dziś nie mam już siły słuchać nawet ciebie! Idź stąd, jutro też będziesz na mnie tak samo wkurzona.

-A może to wina tego tu?- Paweł zmrużył oczy. – Co zbroiłeś?

-Ja…

-On nic…To wszystko moja wina. On jest…- podeszła do muzyka pozwalając, aby ten objął ja ramieniem. – Doskonały…

-Doskonała to jest woda z Lichenia i tyłek Iglesiasa! – Dominika wywróciła teatralnie oczami. – I tak mi wszystko powiesz jak się spotkamy… same! Bez tych tu…

- Dobra, chodź. Może odwiedzimy jeszcze Fionę. – przerzucił wzrok z ukochanej na przyjaciół. – Ona wie? O Łukaszu?

-Nie. Sami wiemy od kilku godzin.

-To może powiemy jej…

-Byłoby super.

-Tak możemy pomóc…

-W tej sytuacji sądzę, że Fiona zrobi imprezę dopiero za jakiś czas…

-Nacieszy się Jimem. Wraca dzisiaj podobno. Ma dla niej jakąś niespodziankę.  Ciekawe co?

-Jak wróci z Meike pod pachą to ja się wyprowadzam! -Paddy z uśmiechem uniósł dłonie do góry

-A my stary razem z tobą… Przeraża mnie ta kobieta… jest taka… – Iglesiasa przeszedł nieprzyjemny dreszcz. – Taka… ortodoksyjna.. jak amisze!

- Amisze? Serio? – Pola wbiła wielkie oczy w przyjaciela.

-E nie! Z tego co Jim opowiadał to do amiszów jej bardzo daleko!

-Ciekawe czy potrafi rozpalić ogień bez zapalniczki i zapałek…- Paweł bawił się kosmykiem swoich włosów.

-Idziemy, ty filozofie jak z koziej dupy trąbka! Do zobaczenia kochani. Zadzwonię. Dominika zakładała płaszcz.

- Ale amisze nie używają lakieru do włosów… eee to by nie przetrwała… – Wstał za ukochaną. – Chociaż sądzę,  że niedźwiedzia by zabiła… ma duże dłonie. Widziałaś jej donie, Domi? Są ogromne! Co nie?- spojrzał na przyjaciela.

-Nie wiem, nie przyglądałem się. – Paddy z Polą machali parze na pożegnanie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Dziwnie się zachowuje prawda? – Pola zauważyła, kiedy zostali sami. – Jest wyjątkowo głupszy niż zazwyczaj. Coś go gnębi.  Chociaż nie ma co się dziwić. Jego kobieta ma raka…

-Jego przyjaciółka poroniła…

Nie przypominaj mi…. Chcę to już mieć za sobą…- szepnęła.

-Też bym chciał. Chodź…- pociągnął ją w kierunku sypialni.

-Jesteś pewien?

-Tu jest twoje miejsce, przy mnie! Nigdzie indziej!

-Nie o to pytałam…

-Nie zasnę bez ciebie. – wzruszył ramionami. – Tak już mam od jakiegoś czasu.

-Od jakiego?

- Od dawna… – pocałował jej czoło a kiedy zasypiali wtuleni w siebie dodał szeptem. – Bardzo się cieszę, że jesteś ze mną, że wróciłaś.

-Już nie odejdę.- pocałowała jego dłoń.

 

 

Po wytatuowanej, opalonej piersi powoli spływała pachnąca, migocząca piana. Kropelki wody tańczyły wśród czarnych pasm krótkich włosów. Światło kilku świec tworzyło marazm cieni na ich nagich ciałach. Zanurzył usta w chłodnym, krwisto czerwonym winie i z jęknięciem rozkoszy połknął cierpki płyn. Trzymając kieliszek wsparł ramie o brzeg dużej wanny a głowę odchylił do tyłu, opierając ją o mały, zwinięty ręcznik. Kłamstwa go przytłaczały, tak jak ostatnie wydarzenia. Ilekroć zamykał oczy widział wiszącego Łukasza, a ten widok za każdym razem wzbudzał w nim agresję i potężną chęć zemsty. Teraz miał jedną myśl, która napędzała go obsesyjnie, splamić swoje dłonie krwią Marka. Poczuć ciepłą posokę swojego wroga płynącą między jego palcami. Zacisnął dłoń na kryształowym kieliszku. Chciał zemsty, natychmiast. Gwałtownie otworzył oczy, przerażony swoją wyobraźnią.
Przesunął dłonią po rozgrzanym, kobiecym brzuchu, niżej, zataczając małe kółka wokół jej pępka, jeszcze niżej, delikatnie pieszcząc jej wzgórek, by już po chwili zatopić palce w jej tajemnicy wyginając kobiece ciało. Uniósł kieliszek i powoli, małym, czerwonym strumieniem, przyozdabiał jej sterczące piersi. Wino tworzyło na jej skórze rzeki, jeziora w zagłębieniach, czasem płynąc niczym rwisty potok, aż docierało do linii wody barwiąc ją na kolor mdło różowy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jęczała pod jego dłońmi coraz szybciej i głośniej. Całował jej szyję agresywnie, namiętnie, wdychając zapach jej rozgrzanej skóry. Jęknął, kiedy w nią wszedł zamykając dłoń na jej piersiach. Drażnił ją dalej, coraz szybciej, władczo przyciskając ją do siebie. Opadła na jego klatkę piersiową, głowę wspierając w zagłębienie jego szyi. Jej ciało poddawało się całkowicie, naśladując każdy ruch mężczyzny. Aż w końcu wygięła się w piękny łuk odchylając głowę do tyłu, z chwilą spełnienia chwyciła brzeg wanny zrzucając na puchaty dywanik kryształowy kieliszek.

-Jesteś dla mnie zagadką…- masował jej stopy. Siedzieli teraz na białej kanapie w salonie Edyty, owinięci jedynie w grube ręczniki. – Nie przejęłaś się zbytnio… Tak jakby to nie był pierwszy trup jakiego widziałaś. – udawał obojętność.

-Czyli oboje czegoś o sobie nie wiemy…- uśmiechała się tajemniczo. -I masz rację, nie był to mój pierwszy trup.- podsunęła mu drugą stopę.-Powiedzmy, że przez jakiś czas widziałam sporo… Tylko,że tu był Łukasz… ktoś kogo znałam, lubiłam… coś takiego staje się bardziej osobiste, personalne…

-Jesteś z mafii?- zapytał krótko czytając jej z oczu.

-A ty?- odpowiedziała prawie natychmiast zatrzymując kieliszek wina w połowie drogi do swoich ust.

- Opowiedz mi o sobie. – zignorował jej pytanie lekko unosząc kąciki ust. – Skąd w takim razie bliski kontakt ze zmarłymi? Byłaś dziennikarzem śledczym? To jedyne co przychodzi mi do głowy w tej chwili.

-Mój tata…Był patologiem… A ja… cóż, nie dostałam się na medycynę. – zwiesiła głowę.- To był duży zawód dla mojej rodziny.

-Tak, rodzina niestety nie zawsze jest taka, jaką sobie wymarzyliśmy.

- Zawsze interesowała mnie  zbrodnia, ale nie sama w sobie, a bardziej droga do niej i po niej… uświęcone środki do celu…Okrucieństwo jakie zadają ludzie innym ludziom… Widziałam dużo zdjęć jak byłam młoda… tata, powiedzmy, zabierał prace do domu…- pociągnęła łyk aromatycznego wina.

-Dlatego do mnie przyszłaś?- zapytał szeptem.

-Przecież wiesz, dlaczego… – przesunęła palcem stopy po dużej, okrągłej bliźnie na prawej piersi.

-Zostałem postrzelony…- ujął stopę w swoje dłonie.

-Widzę również inne blizny…

- Mam ciekawe życie…

-Mam nie pytać o więcej tak?

- Stąpasz po bardzo kruchym lodzie Edyta. Zrobisz jeden fałszywy krok, jeden nieprzemyślany ruch i po tobie mała. Nie mów, że cie nie ostrzegałem.- odsunął od siebie nogi kobiety

-A Pola?

-Co z nią? – Wstał, nerwowo podszedł do stolika i nalał sobie kolejną lampkę wina.

-Czujesz coś do niej?- między nimi zapadła chwila ciszy. Stał do niej tyłem powoli upijając kolejne łyki czerwonego alkoholu.

-Chronię ją… to wszystko. – unikał jej spojrzenia.

-Czyli, ona nie jest twoim czułym punktem? Zapalnikiem?

-Oczywiście, że jest… – spojrzał jej w oczy. – Zawsze będzie. Chcę żebyś to wiedziała.- spojrzał na nią zza ramienia.

- Zostaniesz na noc?- odezwała się dopiero, kiedy ponownie usiadł obok niej.

- Nie. Muszę coś załatwić rano. – odpowiedział sucho, beznamiętnie.

 

 

 

 

 

-Chłopcy macie tu tablety, pograjcie sobie. – Fiona podała chłopcom sprzęt, sadzając ich z tyłu dosyć pojemnego auta. Otworzyła bagażnik i wsadziła do niego dwie, duże torby zakupów spożywczych. Za chwilę miała jechać po Jima na lotnisko. Przeczesała dłonią rozpuszczone, kasztanowe włosy. Rozejrzała się po parkingu przed centrum handlowym, wypatrując przystojnego bruneta. Ktoś biegł w jej kierunku, machając dłonią. – No, idzie w końcu.

-Wybacz! Kolejka w aptece!- Iglesias dyszał opierając się o samochód. – Dominika potrzebuje tych leków.

-Nie masz co się tłumaczyć. Czekałabym na tym parkingu nawet przez tydzień, jakby trzeba było.

-A miesiąc? – ukazał rząd białych zębów w szerokim uśmiechu.

-Nie przeginaj! Aż tak cię nie kocham! – wsiedli do auta.

-Ja bym czekał, wujku. – Igor wtrącił.

-A udają, że nie słyszą…- Fiona zaśmiała się krótko.

-Jedźmy po tego Kelly-świra.

-Opowiedz mi coś więcej o tej sprawie z Łukaszem, ale… – spojrzała znacząco na tylne siedzenie. – Pomijaj drastyczne szczegóły i jak możesz to nie przeklinaj. – wcisnęła gaz i ruszyła w kierunku lotniska.

 

Po kilkudziesięciu minutach sprawdzali informację o przylotach. Samolot za chwilę miał lądować. Cała czwórka podeszła do hali przylotów i czekała.

-Swoją drogą, ciekaw jestem, jaką niespodziankę przygotował dla ciebie Jimbo…- Iglesias stał obok przyjaciółki, bawiąc się breloczkiem od kluczy. – Może ogolił się na łyso… to robi wrażenie, uwierz! – uśmiechnął się pod nosem.

- To nie byłoby takie złe… – wypatrywała wśród tłumu jednej, znanej twarzy. – I tak nie dba o włosy.

-A może wrócił do Meike.- chichotał.

-Ty to jednak kretyn jesteś! – szturchnęła go w ramię, lekko odpychając na bok. – Jest! Idzie!- uśmiechnęła się, a jej oczy rozbłysły na widok szczęśliwego Jima. Pomachała mu energicznie, chcąc zwrócić na siebie uwagę. -O kur…- w ostatniej chwili zamilkła a jej dłoń machała już nieco wolniej.

-Tyyy… przyleciał z dziećmi! – Iglesias uśmiechał się sztucznie – Machaj laska!! Machaj i uśmiechaj się, bo za chwilę odleci razem z tym samolotem z powrotem do Kolonii! – Jim przepychał się między ludźmi, próbując dostać się do nich jak najszybciej.

-Boże… z córkami! Przyleciał z córkami! Dobrze widzę nie? Z córkami? – wbiła w przyjaciela szerokie, wystraszone oczy!

-Spoko matka! Masz dwójkę teraz czwórkę. Co za różnica?!- ledwo powstrzymywał śmiech.

-Przyszło ci do głowy, że to dzieci Meike? I że nie mówią po angielsku, ośle jeden?!

-Ale to też dzieci Jima wiec uspokój się i oddychaj! – szepnął, po czym wyszedł naprzeciw Jima witając go serdecznie, by po chwili kucnąć przed dziewczynkami.

-Fiona! Koch…- Jim rozłożył ramiona, kiedy zobaczył zza kobiety wyłaniających się, lekko zagubionych chłopców, natychmiast opuścił dłonie. Spojrzeli porozumiewawczo na siebie.-Hej chłopaki! Miło was widzieć. – podał dłoń starszemu a z młodszym przybił „piątkę”.

-Nie wiedziałam, że nie przylecisz sam…- próbowała ukryć zakłopotanie.- Powinieneś mnie uprzedzić, Jimbo. – mruknęła pod nosem.

-Myślałem, że się ucieszysz! No już, rozchmurz się!- pogłaskał jej ramię. Na tyle czułości mogli sobie teraz pozwolić.

-Powinieneś był mi powiedzieć! Co? Co ja zrobie na kolację? Gdzie je położę spać?! – mamrotała sama do siebie.

-Jak to, co dasz im do jedzenia?- Jim niczego nie rozumiał i co chwilę zerkał na Fionę i na śmiejącego się Iglesiasa.

-No, to co podają w przedszkolach…

-Igi nie dolewaj oliwy do ognia. – muzyk posłał mężczyźnie karcące spojrzenie

-Macie rację, przepraszam! – poprawiła włosy i kucnęła obok lekko wystraszonych dziewczynek. – Hej, jestem Fiona…- spojrzała znacząco na uśmiechającego się Jima.

-Tak, rozumieją po angielsku.

-Mama nas nauczyła…- odezwała się starsza Aime

- Bardzo się cieszę. Dzięki temu mozemy sobie pogadać, prawda? Cieszycie się, że przyjechałyscie z tatą?

-Jeszcze nie wiemy….

-Mamo… mamo! – za brzeg kurtki szarpał Fionę starszy syn Bruno. – Obiecałaś lody jak wujek Jimmy już przyleci…

-Właśnie! A ja chce smerfowe! Obiecałaś smerfowe!

-Właśnie Fiona… obietnice trzeba spełniać…- Jim opierał się o ramię Iglesiasa i obaj trzęśli się ze śmiechu.

- Dziewczynki… lubiecie lody?- uśmiechała się do już spokojniejszych dzieci.

-A kto by nie lubił! Głupia jesteś, czy jaka?- Iglesias wywrócił oczami.

-Zamknij się, albo wrzucę cię pod samolot!- warknęła mimo serdecznego uśmiechu, który niczym przyklejony nie schodził jej z ust.

-A jaki smak?

-Co, słucham?- Fiona ponownie spojrzała na Aime.

-No jaki smak tych lodów?

-Jaki chcecie. Może tak być?

-A tęczowe też będą?- młodsza Maire trzymała siostrę za rękę.

-Oczywiście, że będą. A jak nie to zrobimy sami. Abo wujka Pawła przebierzemy za jednorożca i wtedy na pewno coś wymyślimy.

-Super! Fajna jesteś ciociu!

-Dobra to idziemy na lody. Ciocia, mama… prowadzi. – w jedną dłoń chwyciła chłopców w drugą dziewczynki i cała piątka ruszyła przodem. Jim chwycił część bagaży, resztę zabrał Paweł i oboje powlekli się za kobietą.

-Co się tak przyglądasz? – Iglesias zerkał na Jima. – Przed sobą masz lepszy widok!

-Zastanawiam się….A nic… nie przejmuj się!- szyderczy uśmiech nie schodził mu z twarzy

-No co? Gadaj, bo sam będziesz dźwigać te bagaże!

-Zastanawiałem się, jakbyś wyglądał z rogiem na środku czoła… Nie to, że Dominika ci go przyprawia, ale taki wiesz… skręcony ze spirali…

-Znawca jednorożców się znalazł.

-Mam dwie córki! Kucyki Pony też mam opanowane!

-Masz coś jeszcze! – Iglesias lekko kopnął Jima w pośladek. – Koński zad!

 

 

 

Przed niewielką kaplicą, na środku cmentarza z minuty na minutę przybywało ludzi. Pierre, Edyta i kilku podstawionych ludzi witało przybyłych i przyjmowało kondolencję.

-A gdzie Jim?- Pierre przywitał pocałunkiem w policzek Fionę wraz z Dominiką i Pawłem.

-Został z dziećmi. Nie pytaj! – pokiwała głową.

-Nie miałem zamiaru. Dzięki, że jesteście!- poklepał Pawła po ramieniu. – A Pola z Paddym gdzie?

-Tam są. – Dominika wskazała palcem poza obszar największego tłumu. -Rozmawiają z kimś, chyba z jakimś reporterem. Wiesz… Paddy.

-Cholera…- warknął. Edyta zauważyła jego zmianę nastroju i wzmożoną czujność, więc natychmiast przejęła wszystkie obowiązki na siebie. Zagadywała ludzi, zbierała uwagę na sobie i podstawioną rodziną Łukasza, byle odciągnąć przypadkowych gości od Pierra. Ten posłał jej znaczące spojrzenie i pod pretekstem rozmowy telefonicznej, oddalił się na kilka metrów. Niestety, między nim a parą rozmawiających przyjaciół, był spory tłum żałobników, co utrudniało mu obserwację. Odszedł jeszcze kawałek, gdzie było niewielkie wzniesienie. Trzymając słuchawkę przy uchu wbił spojrzenie w Polę i Patricka.
Rozejrzał się na boki, na samym końcu, z boku stał Artur, wraz z kilkoma ochroniarzami. Kapelusz zaciągnięty na czoło i ciemne okulary skutecznie uniemożliwiały rozpoznanie go. Pierre wywrócił oczami, uważał, że to bardzo nierozsądne z jego strony stać tak blisko Poli. Zobaczył nieznaczny uśmiech starszego mężczyzny, upewniając się, że wszystko gra.
Spojrzał kilkanaście metrów dalej, koło dużego, starego dębu stał Alex pod rękę z Gwen. Każdy we własnym gronie. Każdy udawał nieznajomego i każdy pragnął pożegnać swojego przyjaciela. Nie miał broni, inni zresztą też, co powodowało u niego niepokój. Czuł sie bezbronny, daleko od swoich bliskich, za sobą w kaplicy spoczywała trumna z jego bratem. Starał się być czujnym, ale mętlik w głowie skutecznie mu to utrudniał.
Po stronie nieochranianej przez nikogo, nagle zza krzaków wyłonił się mężczyzna o znajomych rysach. Śniada twarz, czarne pofalowane włosy, mocno zarysowana szczęka. Diego przez kilka sekund rozglądał się, po czym wsadzając dłonie w kieszenie zaczął szybkim krokiem iść w kierunku Poli i Patricka.
Krew Pierra odpłynęła z serca. Był za daleko aby dobiec, było za głośno aby usłyszeli jego krzyk. Mógł jedynie machać dłońmi modląc się, aby Artur lub Alex zwrócili na niego uwagę. Diego przyspieszył, przeciskając się przez gęsty tłum idealnie w kierunku kobiety.

-Boże, błagam nie! – szepnął i zamarł. Mężczyzna był trzy metry od Poli. Zatrzymał się na chwilę, ściągnął przeciwsłoneczne okulary i spojrzał Pierrowi prosto w oczy przygryzając dolną wargę. Sięgnął do kieszeni marynarki schowanej pod czarnym płaszczem i szybkim krokiem znalazł się obok Poli. W tym jednym momencie serce Pierra przestało bić. Kobieta odwróciła się i zatrzymała wzrok na przerażonych oczach swojego przyjaciela. Spuściła go, kiedy jakiś obcy szturchnął ją powodując utratę równowagi i lekkie zachwianie. Uśmiechnął się, szybko przeprosił i poszedł dalej. -Co? Ale jak to?- Pierre nie rozumiał co się stało. Diego powoli oddalał się w kierunku wyjścia.

Niewielka ilość ludzi, głównie przyjaciele i domniemana rodzina, wypełniali powoli kaplicę. Edyta podeszła do Pierra wołając go do środka. Nie chcąc wzbudzać podejrzeń, wszedł spokojnie do kościoła. Kilka minut później obok niego usiadła Pola ujmując jego chłodną dłoń.
Diego spełnił zadanie, które mu powierzono. Był już bardzo blisko swojego samochodu, wyciągnął kluczyki i przyciskiem otworzył auto. Podszedł do drzwi, chwytając za klamkę. Ktoś momentalnie chwycił jego ramię, wyginając je do tyłu, po czym przyłożył broń do pleców.

-Wy, chłopcy zawsze nabieracie się na ten sam numer. – Gwen strzeliła z gumy balonowej.Szarpnęła i zaciągnęła Diego do innego auta wsadzając go do środka.

-Jaki numer?- Diego z szyderczym uśmiechem uniósł twarz.

no one should be surprised about this board bc it was going to be made eventually so might as well do it now

 

-Ano taki…- Siedzący obok Alex wymierzył mu cios z łokcia prosto w szczękę.

-A oni dalej myślą, że dwa palce, to zawsze musi być broń. Debile…- kobieta zrobiła różowego balona z gumy do żucia.

-Ej, też kiedyś nabrałem się na to… numer z palcami zamiast broni….- Alex był wyraźnie oburzony

-No przecież mówię! Ruszaj skarbie. Musimy wyrwać chwasta! – Gwen zmierzwiła włosy na wpół przytomnego Diega.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 2 komentarzy

90.Bring me home

Siedział obok byłej żony, na którą starał się nie zwracać uwagi, więcej niż musiał i niż od niego wymagała przyzwoitość. Wśród kolorowych piłek, które wypełniały ogromny basen, dwie dziewczynki skakały, bawiły się i śmiały w cały głos. Popijał aromatyczną kawę z eleganckiej, białej filiżanki.

-Są dzielne… – Meike obserwowała dziewczynki. – Rozumieją, choć tęsknią za tatą… – spojrzała na zamyślonego mężczyznę spod okularów w delikatnych oprawkach. -Jimmy… one tęsknią… rzadko bywasz.

-Wiem… miałem, nazwijmy to, lekkie problemy.

-Z Fioną?

-Nie mówmy o tym. – ukrócił rozmowę. Przez chwilę oboje wpatrywali się w bawiące dzieci.

-One cię potrzebują… może…- zaczęła niepewnie, zagryzając małego rogalika. – Jimmy… zostań kilka dni. Spędź czas z nimi… możesz zostać w domu. – lekko spuściła głowę. – Do niedawna był to również twój dom.- wzdrygnęła się pod surowym spojrzeniem, jakie na nią padło. – Wiem, może to nie jest dobry pomysł ale…

-Zabiorę je. – szczęki mu pulsowały, nerwowo gładził swoje uda.

-Jak je zabierzesz? Gdzie? Do Patricii? Angelo lada moment wyprowadza się….

-Do Polski…Dlaczego wcześniej o tym nie pomyślałem…- mówił sam do siebie.

-Do niej?

-Nie Meike…. do mnie! Do Polski po prostu. Nie do niej!

-Kiedy chciałbyś to zrobić? – wywróciła oczami.

-Za dwa, może trzy dni. Spakujesz je?

-Tak szybko?

-Przecież mnie potrzebują i tęsknią podobno? – uśmiechnął się szyderczo. – To po co czekać…Prawda?

-E, no tak…myślałam bardziej, że to ty zostaniesz tutaj. Taka zmiana środowiska może nie być dla nich za dobra…

-Nie Meike… nie uda ci się to, przykro mi. – zaśmiał się. – To jak wakacje z tatą, czyż nie?- wstał i poklepał byłą żonę po plecach, niczym starego kumpla. – Dwa tygodnie.Będziesz mieć czas na randki z tym… Jak mu tam na imię. – podszedł kilka kroków do basenu z piłkami. – Dziewczynki, tata musi jechać. Widzimy się jutro? Będziemy mieć z mamą dla was niespodziankę! Cieszycie się?

-Nie powiedziałam, że się zgodzę… – cicho zwróciła się do Jima

-Nie masz aż tyle do gadania…- spojrzał na nią ciepło, ze spokojem w oczach co zaskoczyło kobietę

- Zmieniłeś się… wyciszyłeś. Dawniej już byś mi skakał do gardła a teraz…

- Ludzie się zmieniają Meike. Zarówno my jak i ludzie wokół nas… I tak, wyciszyłem się. Nie próbuj tego zepsuć.- pocałował ją w policzek i spokojnie odszedł w kierunku wyjścia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Adam, pogwizdując pod nosem, wykańczał ostatnimi cięciami brzytwą fryzurę klientki. Ujął twarz pięknej blondynki pod brodę i chwile przyglądał się każdemu pasmu lśniących włosów.

-Poczekaj… nie ruszaj głową teraz…- oblizał wargę. Zawsze tak robił, kiedy czuł inspirację, albo kiedy pracował. Dociął kilka włosów i z zadowoleniem odsunął się na kilka metrów przyglądając się swojemu dziełu.- No… teraz kochana wyglądasz jak człowiek! Możesz iść, brylować na salonach i poderwać tego swojego faceta! – puścił kobiecie oczko.

-Dziękuję Adam! Jak zawsze genialnie! – dotykała z zadowoleniem swojej głowy. Pocałowała w policzek fryzjera i udała się do kasy. Spojrzał na zegarek, miał kilka minut.

-Posprzątaj proszę! – poklepał stażystę po ramieniu. Podszedł do kontuaru, za którym stała miła, wysoka kobieta. Właśnie kończyła telefonicznie umawiać kolejną wizytę. Wypięła słuchawkę z ucha i z rozbrajającym uśmiechem podała szefowi kawę. – Kto następny jest umówiony?- zanurzył wargi w mleczno- kawowym napoju.

-Nie twoja sprawa, dupku! – wczytała się w ekran monitora a po chwili zszokowana dodała.- A teraz zaśmiej się szyderczo…

-Że co proszę! – Adam o mały włos nie opluł kobiety kawą. – Jaki dupek?! Jak ty się do mnie odzywasz?! – spoglądał ku górze, w niebieskie oczy kobiety,

-Ale szefie kiedy ja… – spoglągała raz na monitor raz na Adama.

-Kiedy ty, co? – warknął

- Tak się zapisał klient… Szef zobaczy!- odwróciła ekran, pokazując treść w okienku.- O a tu jest notka … zaśmiej się szyderczo… szef mnie nie zwalnia.. To chyba Natalia przyjmowała zapis!

-Dobrze, już. Uspokój się! – zaśmiał się serdecznie. – Wiem, kto się zapisał… nie przejmuj się i idź na przerwę. – drzwi studia otworzyły się, Adam nawet nie musiał patrzeć, kto wchodzi. – Cześć Iglesias….- powiedział załamując żartobliwie ręce.

-Jest tu jakiś dupek?! -Paweł śmiał się na całego.

-O, tam jest jeden… taki mały… – zza mężczyzny wyłoniła się chuda, wysoka kobieta z bordową chustą na głowie- To trochę jak szukanie krasnoludków…

-No proszę i śpiąca królewna też jest!- wyszedł zza kontuaru chcąc uściskać przyjaciół. – Tęskniłem za wami głupki!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

- E tam, my bardziej! – Paweł chwycił w ramiona Adama i unosząc go w powietrzu,mocno uściskał.

-Postaw mnie na ziemi, nie wywyższaj się! – poprawił ubranie, włosy i spojrzał już spokojniej na przyjaciół – A w ogóle ciebie mam gdzieś! – wskazał na mężczyznę. – Jak ty się czujesz kochanie? – posadził Dominikę na fotelu fryzjerskim.

-Całkiem dobrze. Mam tylko trochę problemów z żołądkiem ale to normalne. – uśmiechnęła się.

- Włosy ci wypadają?- wskazał na chustę zawiniętą wokół głowy kobiety.

-O, to będzie dobre…- Iglesias podsunął sobie krzesełko na kółkach.Usiadł i z dzikim uśmiechem obserwował scenę.

- No tak trochę… wypadło… – Dominika nagle posmutniała a przynajmniej tak to wyglądało. – A dokładnie to… – ściągnęła chustę.- Tyle!- pokazały gładką skórę głowy

-Rany Boskie!- Adam odskoczył kilka kroków,  z impetem usiadł na fotel i wyjechał kilka metrów na środek studia.

- Płacisz mała! – Iglesias wyciągnął do kobiety dłoń.

- Cholera! – podała mu banknot. – Te, kompaktowy, miałeś się rozpłakać i mi współczuć a nie przerazić się i odskoczyć!- Dominika wydęła usta rozgniewana

-Ale… jak? Tak w kilka dni? No co ty?!- podjechał na krześle z powrotem.- Jakie to dziwne! Jak ty dziwnie wyglądasz!

- Te fryzjer! Co ty się tak dziwisz?! Przecież masz do czynienia z czymś takim często!- Paweł kpił dalej.

-Tak ale wiesz… no ona… Łysa Dominika… – udał, że płacze.- Kurde i mam po robocie! Przecież nie będziesz przychodzić na golenie!

-Za chwile ty będziesz łysy, knypku! – kobieta wstała udając groźną.

-Siadaj i cicho… łysa pało! – w ostatniej chwili przytrzymał się krzesła, kiedy kobieta kopnęła w plastikową część i Adam ponownie wylądował na środku studia.

- Solidarnie powinieneś też ogolić się na łyso! – Paweł wtrącił.

-Dlatego ty jesteś zarośnięty jak małpa prosto z drzewa! Coś jeszcze?- włączył maszynkę do golenia.

-Daj mu jeszcze banana to się zamknie!

-Jak ja się cieszę, że was widzę! Kiedy masz następną chemię? – Adam uściskał Dominikę.

-Za niedługo. Chcemy przenieś się tu, do Warszawy.

-Męczą nas te przejazdy. Ja tam spoko, ale Dominika znosi to coraz gorzej. – przeczesał dłonią włosy, podziękował miłej brunetce za kubek kawy i przysunął się bliżej pozostałej dójki.

-Musisz mi pomóc, Adam…- spojrzała w lustrze na twarz przyjaciela

-Skarbie zrobię dla ciebie wszystko!- szybko zerknął na Pawła i uśmiechnął się serdecznie.- Na szczęście nie muszę robić wszystkiego… od tego masz tego tu, troglodytę!

-Ach, twój wysublimowany sarkazm łechce moje ego….

-CO?- fryzjer z kobietą spojrzeli na bruneta

-Nie wiem… do kawy mi coś dosypali najwyraźniej…- spojrzał badawczo na kubek.

-A wracając do tematu… Adam!

-Nic już nie mów. Przygotowałem się. Mam na zapleczu katalog peruk ręcznie robione, genialne! Będziesz zachwycona! Krótkie, długie…. dla ciebie wszystko! Tylko…- ujął chłodną dłoń. – Wracaj do zdrowia, dobrze?

-Robię co mogę kochanie. – pocałowała usta fryzjera.

- Słyszałeś się z Polą?- Iglesias momentalnie spoważniał.

-Raz… Ale powiedziała, że nie chce rozmawiać. Nie naciskałem. Fiona też nie. Byliśmy na obiedzie niedawno, zaprosiliśmy Patricka. Napisał, że nie da rady, że zostaje z Polką w domu… No przecież ich nie zmusimy!

-Paddy ze mną gadał przez telefon kilka razy. Nie wiedział jak ma do niej trafić. Miejmy nadzieję, że się dogadają.

-Tu nie idzie o to czy się dogadają! – Dominika wywróciła oczami.- Polka musi przejść żałobę. Mam nadzieję, że nie utonie w swoim żalu i nie kopnie Paddiego w tyłek! – strzepywała nerwowo kurz ze spodni.

-Byłaby głupia…. – Adam wypił łyk kawy. – W sumie jest głupia pod tym względem!

-Nie uda jej się! Paddy za mocno się trzyma. Nie pozwoliłby się kopnąć w tyłek…W tak mały Polka mogłaby nie trafić!

-Iglesias… jesteś dorosłym facetem, poważnym, statecznym…- fryzjer opadł na oparcie fotela.

-Co próbujesz powiedzieć, mój drogi przyjacielu?

- Ogarnij się cholera! – Dominika warknęła. – Ja nie potrafię rozmawiać z wami na raz! Kiedy ten obiad u Fiony?

-Jutro. Przełożyła. Podobno Jim też wraca. Ma dla Fiony niespodziankę, ale nie chciał powiedzieć co.

-I dobrze. Odpoczniemy. Ja skoczę do pracy, zobaczyć czy mnie jeszcze nie zwolnili… Pasuje jutro.

-Mnie również… Mikołaj ma dyżur. Jutro wolne, więc będziemy oboje.

-Jak wam się układa kurczaczku?- kobieta zmierzwiła włosy mężczyzny.

-Dobrze… – zmrużył podejrzliwie oczy- … miłość kwitnie. Ej, czy ty mnie właśnie nazwałaś kurczaczkiem?

-A boś taki mały i nieopierzony…

-I kto to mówi! Uspokój się!- cała trójka śmiała się już na całego.

 

 

Wjechał na podziemny parking, zaparkował niedaleko samochodu Patricka. Trzymając słuchawkę przy uchu kończył rozmowę, którą prowadził całą drogę od domu Łukasza do teraz. Oparł rozgrzane czoło o szczyt kierownicy, pociągnął nosem i wciągnął głęboko powietrze, chcąc powstrzymać kolejne łzy. Nie chciał pokazać, że to go przerosło, że mimo otaczającej go z każdej strony śmierci, tą jedną odczuł mocno, dogłębnie. Przed oczami przelatywały mu, niczym obrazki ze źle zmontowanego filmu, sceny jego i Łukasza.

-Pierre… jesteś jeszcze? – troskliwy, męski głos odezwał się w słuchawce.

-Był moim przyjacielem… Chciał z tym skończyć… poznać jakąś miłą pannę, założyć dom, rodzinę… nawet kupić pieprzonego psa! – zaśmiał się przez łzy.- A on nie przepadał za zwierzętami!

-Pierre… on wiedział,że tak to się może skończyć. To co robicie… niesie ze sobą ryzyko, które wpisane jest w wasze życie.

Let’s not forget how he talked on the phone. | It's Time To Give Chuck Bass All The Recognition He Deserves

 

-Wiem… no wiem… Nie sądziłem, że spotka go taki los…to nie była szybka śmierć…

-Nie mówmy o tym… to niczego nie zmieni. Co zamierzasz?

-Idę powiedzieć Poli…stoję pod jej blokiem. Muszę… otrząsnąć się.

-Daj sobie czas…nie musisz być odważny bez przerwy…

-Widzisz, tato… muszę… chcę być, dla niej… Ale dzięki, że mogłem z tobą pogadać…- wypuścił powietrze, na zarośniętym policzku widać było pulsujący mięsień. – …że mnie nie oceniłeś tym razem… doceniam to. -Odezwę się… pewnie za kilka dni… muszę go pochować…muszę się pozbierać. Zadzwonię. – odłożył słuchawkę, nie czekając na pożegnanie, jak to zresztą miał w zwyczaju robić.

 

Nie potrafił powiedzieć, kiedy zasnął. Ostatnią rzeczą, jaką pamiętał był zapach jej skóry, miarowy oddech i gładkość włosów spływających po jego nagim brzuchu. Gdzieś w podświadomości usłyszał pukanie. Zignorował je. Potem jeszcze raz. I znowu. Powoli uświadamiał sobie, gdzie się znajduje. Jeszcze wolniej dochodziło do niego, że pukanie które słyszy nie przyśniło mu się, a wszystko to dzieje się tuż obok niego. Zacisnął mocniej powieki, licząc na kapitulację natręta. Miał wrażenie, że ze zmęczenia kurczy mu się każdy mięsień powodując ból całego ciała. Nie chciał się budzić. Zarówno jego świadomość, jak i ciało buntowały się przeciwko jakiejkolwiek pobudce.
Kiedy pukanie ustało a rozległ się dzwonek u drzwi wejściowych, wiedział, że ten ktoś nie odpuści i nagle dotarło do niego, niczym przez mgłę, że może coś się stało. Otworzył sklejone od łez oczy. Mrugnął kilka razy, próbując pozbyć się wrażenia piasku pod powiekami. Odwrócił głowę i pogłaskał po policzku śpiącą spokojnie kobietę. Kolejny dzwonek wwiercał mu się pod w sam środek mózgu.

-Ło Chryste, no idę! – zamruczał pod nosem, spuszczając nogi z łóżka. Przetarł twarz dłońmi. Spojrzał na zegarek. Spał od niecałych trzech godzin. – A więc tak czuł się Jezus na krzyżu… – wygiął się przeciągając. – Jak mnie boli kręgosłup! -jęknął. Kolejny dzwonek – Ale tego kogoś zaboli coś jeszcze bardziej!
Przeszedł przez salon i już po chwili, szeroko otwierając oczy, przekręcał zamek w drzwiach. Przeklinał pod nosem, coś krzyknął i kiedy zamek ustąpił stanął na wprost francuza. -Pierre?! Stary, oby to było coś ważnego! Mówiła ci, że nie spaliśmy…

-Łukasz nie żyje.- powiedział cicho ze zwieszoną głową.- Powiesił się…- pociągnął nosem i spojrzał w wystraszone oczy muzyka.- Muszę… mogę wejść? Paddy? – bez słowa drzwi uchyliły się bardziej i Pierre wszedł do środka.

- Jak to sie zabił?- muzyk opadł na wolną ścianę przedpokoju- Co ty do mnie mówisz?!

-Powiesił się… pasek wokół szyi… czego ty kurwa nie rozumiesz?!- opadł na tą samą ścianę, obok Patricka przymykając powieki

-Nie mogę w to uwierzyć! Ja nie znałem gościa za specjalnie ale…- spojrzał na smutnego francuza.- On był twoim przyjacielem…Pierre?

-Nie. Spoko. – machnął dłonią. – Nic mi nie jest. Ja muszę powiedzieć Poli… O… porzygam się zaraz!

-Chodź stary. Zrobię ci kawę…Albo dzbanek od razu.- weszli do salonu. Paddy nastawił ekspres a Pierre opadł bez siły na kanapę.

-Przynieś laptopa, proszę. – ściągnął z siebie kurtkę i rozpiął sweter.

- Poczekaj. Ubiorę się. -Paddy cicho wszedł do sypialni. – Boże, co się tu wyrabia… – jęknął sam do siebie. Upewnił się, że Pola śpi w najlepsze i wyszedł ubrany do salonu.

-Pozwoliłem sobie… – wskazał na parujący dzbanek i dwa kubki stojące na stole. – Długo cię nie było.

-I tak czujesz się tutaj jak u siebie w domu…Ale nie czas na żarty. – Paddy opadł na fotel i zanurzył usta w gorącym napoju. – Dlaczego się zabił?

-Wychodzi na to, że cierpiał na depresję… to dosyć spotykana choroba ostatnio, prawda?

-Nie bądź sarkastyczny! Próbuję pomóc Pierre. Poza tym depresja nie pasuje mi do Łukasza…

-Wiadomo… przecież go znałeś! Wiedziałeś kim jest!

-Posłuchaj, musisz to z siebie wyrzucić to ok, możemy się pokłócić, o ile będzie ci lepiej…Ale Łukasz i depresja? – Paddy krążył po salonie.

- Masz rację, głupi wykręt, ale może ktoś to łyknie…- włączył laptopa.

-O czym ty mówisz? Jednak nie depresja? To po cholerę tak mówisz?

-A co za różnica?! Mój przyjaciel nie żyje! A ty przestań udawać!- Pierre warknął przez chwilę nie panując nad sobą. – Idiotę z siebie robisz!

-Próbuje ci pomóc dupku jeden! – Paddy też warknął. Ich ostre spojrzenia ścierały się ze sobą przez krótką chwilę.

-Chcesz wiedzieć jak umarł? – trzymał palec nad klawiszem laptopa

-Nie… nie wiem… chyba nie…Jak to… masz to nagrane czy jak?Jesteś jakimś psychopatą?! Kurwa mać, co za ludzie!

-Siadaj Kelly… nie mam siły i ochoty kłócić się z tobą.- spojrzał na muzyka spod przymkniętych powiek. – A oboje wiemy…- mówił cicho, powoli. – …Kim był Łukasz. Prawda?

-Nie wiem o czym mówisz.- Paddy również ściszył głos.

-Wiesz, że nie był jedynie naczelnym… teraz żałuje, że to nie był jego jedyny problem.

-Ty wiesz…

-Wiem… i tyle póki co. Siadaj wreszcie!

-Po cholerę mam siadać obok ciebie i coś oglądać?!- Paddy zamachnął ręką tak mocno, że wylał odrobinę kawy na podłogę.

-Bo sam nie jestem w stanie….- zdania grzęzły mu w gardle a pięści zaciskały się do białości.- …boje się to obejrzeć sam.

-Dobra, siadam.

-Pola nie wstanie? – szepnął cicho do mężczyzny siedzącego obok.

-Nie. Zasnęła jakieś trzy godziny temu. Pośpi jeszcze z siedem.- odłożył kubek z kawą na blat stołu.

-Jest Łukasz…- Pierre z Patrickiem przyglądali się nagraniu z monitoringu.- Z jakąś dupą…

- To nie jakaś dupa… – pochylił się w kierunku ekranu.- Przyjrzyj się… ja znam tą laskę… gdzie ją widziałem…Oczywiście!- opadł na oparcie. – To Weronika! Była Pawła. Pierre?- spojrzał na skupionego mężczyznę. Ten siedział jak zahipnotyzowany, nie odrywając spojrzenia od obrazu.- Pierre? – nie uzyskał odpowiedzi.

Po chwili zobaczyli Weronikę paradującą w samej bieliźnie. Kilka minut później mężczyźnie bezwładnie opadły ręce, za chwilę głowa a na końcu, próbując wstać, osunął się na oparciu, zsuwając na kolana. Pierre milczał. Wpatrywał się w kolejne obrazy. Nie ruszał się, przypominając posąg.
Kobieta zniknęła z pola widzenia. Po minucie wróciła do ledwo trzymającego się na nogach Łukasza. Za nią do pokoju wkroczył ciemnowłosy mężczyzna, w towarzystwie trzech barczystych facetów.

-Ty skurwielu! – Pierre wysyczał przez zęby.

-Co? Kto to jest?- Paddy aż podskoczył na widok kolejnych osób na nagraniu.

-To jest Marek… Były mąż Poli…- wyszeptał.

- Ten Marek? Chryste! – odsunął się gwałtownie, wstając z kanapy.

-Tak ten… – skubał włoski na brodzie.

-On zabił Łukasza?! – Paddy zatkał usta dłonią.

- Nie powinno cie to dziwić Paddy… przecież wiesz kim był naczelny Poli…- spojrzał na muzyka z nad laptopa, po chwili wrócił do oglądania nagrania.
Kark mu się najeżył, mięśnie stężały… Jego spojrzenie wbite było w oczy umierającego przyjaciela. Łukasz patrzył prosto w kamerę.Wiedział,że Pierre to obejrzy. Jego usta ułożyły się w jedno słowo: „run”. Po chwili powieki opadły i ciało zwaliło się na podłogę. Ściągnęli z niego jedwabny krawat, Marek otrzepał dłonie, wskazał coś reszcie i wyszedł z pokoju.- Kurwa! – Pierre chwycił laptopa i jednym szybkim ciosem rzucił go o ścianę.

-Kurwa, nie wierzę! Kto to jest?!- Paddy siedział na fotelu z twarzą schowaną w dłoniach.

-Ktoś, kto nie pożyje długo! – Pierre próbując rozładować nerwy, krążył po całym pokoju.

-Usłyszałam trzask… Co się tu dzieje?- W drzwiach sypialni stała zaspana, rozczochrana i ziewająca Pola. -Pierre? Co tu robisz? – zakładała szlafrok i właśnie wiązała pasek.

-Pola… Kochanie… – Paddy przetarł twarz, nie zwracając uwagi na krążącego w dalszym ciągu Pierra.

-Co się stało?- skupiona była na zawiązaniu supła.

-Łukasz nie żyje…

-Co?- Podniosła wzrok przerażonym spojrzeniem wpatrując się w ukochanego. – Jak nie żyje? Co? – zatkała usta dłonią.

-Przykro mi skarbie… On…

-Powiesił się… samobójstwo… – Pierre wszedł w zdanie przyjacielowi.

-Tak właśnie… samobójstwo…. – Paddy przytulił płaczącą kobietę i na ułamek sekundy spojrzał na przeczącego głową Pierra.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 2 komentarzy

89. My friend…

Dzień z ledwością budził się z nocnego snu. Owiany poranną mgłą tańczącą między mijanymi drzewami, osiadającą na pobliskich ławkach i złowrogo zwisającą nad spokojną taflą jeziora. Było wczesśnie, za wcześnie, jak dla Pierra, ale ten nie mógł spać. Coś zaprzątało mu umysł, coś powodowało niepokój i to coś było niczym bat uderzający w plecy mężczyzny, by za każdym razem przyspieszyć kroku. Oddychał miarowo, wypuszczając z płuc małe obłoczki pary, zachłannie łączącej się z resztą gęstego, rześkiego powietrza. Był sam, biegł coraz szybciej, czując jak napinają się jego mięśnie, jak po dłuższym wysiłku pieką i przyjemnie bolą. Lubił czasem tak właśnie zacząć dzień, z wolnym umysłem, pozwalając myślom dryfować bezładnie. A wszystkie zbiegały się do jednego tematu. Patrick i Pola. Wczoraj wieczorem wiedział, że dotarła pod dom. Wiedział też, że spotkała się z Paddym…Ale nie wiedział nic poza tym… Siedząc nad szklanką Metaxy, trzymając telefon w dłoni, już prawie pisał do niego wiadomość. Zrezygnował jednak. Pomyślał, że może się godzą, wyobraził sobie jak ta zgoda może wyglądać i uśmiechnął się półgębkiem. nalał sobie kolejnego drinka i będąc w połowie chciał zadzwonić do Łukasza, szukał bowiem kolegi do towarzystwa. Ostatecznie wyzerował szklankę i zasnął na kanapie, przed telewizorem.
Teraz biegnąc przez opustoszały park, próbował wypocić alkohol z całego tygodnia, jaki w siebie wlewał.W takich momentach miał zapędy na zdrowy tryb życia, który dość szybko przechodził, by wrócić za jakiś czas, w kolejnym napadzie na kiełki, sałatę i inne produkty dające zdrowie i witalność.
Usiadł na ławce i pociągnął kilka łyków wody. Przetarł pot z czoła i chwilę napawał oczy widokiem wyludnionego parku.Powtarzał w myślach, że da sobie radę. Cokolwiek się wydarzy jest gotowy. Wypuścił głośno powietrze.
Cichy dzwonek w jego kieszeni wyrwał go z zadumy. Naciągnął na czoło szary kaptur i odczytał wiadomość. „Diego był widziany w Warszawie, uważaj. Alex”.  Przetarł dłonią twarz i zniechęcony wolnym krokiem skierował się w stronę mieszkania. Minął po drodze mały sklep, zastanowił się chwilę, wygiął usta w podkówkę i wszedł do środka.

-A czemu nie…- powiedział sam do siebie wkładając do koszyka, owoce, jarmuż, białe mięso i kilka butelek wody mineralnej. Przy samym wyjściu wziął jeszcze do rąk otręby pszenne i chwilę zastanawiał się nad zakupem. – A zaryzykuję.- wrzucił do koszyka. – Dla zdrowia wszystko. – zamruczał do siebie.- To mnie raczej nie zabije…- dodał w języku francuskim. -Chociaż, cholera wie…

Chwilę później otwierał drzwi do swojego mieszkania. Podniósł torby z zakupami i wszedł do środka. Kupione rzeczy położył na blacie w kuchni, z sypialni wyciągnął ubrania na zmianę i zamknął się w łazience. Wziął szybki, gorący prysznic. Na wilgotne ciało założył czarne bokserki i szare, dresowe spodnie. Umył zęby i skropił szyję piżmowym aromatem. Ułożył dłońmi jeszcze mokre włosy i podkręcając ogrzewanie wyszedł do kuchni. Podgłośnił muzykę lecącą z radia i zaczął przygotowywać sobie śniadanie. Krojąc warzywa mimowolnie spojrzał na telefon. Chwilę zastanowił się i wkładając do ust kawałek selera naciowego wyciągnął spod poduszki broń i położył  na blacie, obok deski do krojenia.

-Kurwa! Zawału przez nią dostanę! – na dzwoniącym telefonie wyświetliło się imię Poli. – Nie za wcześnie dzwonisz jak na ciebie mała?

-Pierre, dzwonił do mnie Tomek z redakcji… Podobno Łukasz miał być na zebraniu ponad godzinę temu, a do teraz go nie ma.

-Dzwoniłaś do niego? – podniósł głos zdenerwowany.

-Dzwoniłam. Wyłączony telefon.- mówiła cicho, najwyraźniej mocno zmęczona.

-Może zapił pałę i wyrwał jakąś dupę, to teraz nie odbiera bo, albo dobrze się bawi albo odsypia kaca. Wrzuć na luz….- mówił odrobinę bez przekonania.

-Łukasz nigdy nie zawalał zebrań zarządu! I daruj sobie te „dupy”! – westchnęła do telefonu. – My nie pojedziemy. Wypiliśmy dwie butelki wina i nic nie spaliśmy…Nie damy rady usiąść za kółkiem.

JUST LOOK AT THOSE EYES ROLL.

-My? Miło to słyszeć… godziliście się tak jak podejrzewam?- zaśmiał się szyderczo. Przez swój własny śmiech usłyszał cichy hałas dochodzący z przedpokoju. – Muszę kończyć!- nie czekając na odpowiedz rozłączył się natychmiast. Wbił czujne spojrzenie w długi korytarz, przyciszył głos w radiu, odbezpieczył magazynek, wycelował i czekał. Wpatrywał najmniejszego ruchu, załamania światła, skrzypnięcia podłogi. Jak ktoś mógł wejść do jego mieszkania niezauważonym? Wytężał wszystkie zmysły stojąc bez ruchu. Ktoś zbliżał się do drugiego końca, gdzie ściana łamała się tworząc kąt prosty. Zrobił szybki krok do przodu i już po chwili mierzył prosto w twarz wystraszonej kobiety. – Edyta?! – sparaliżowany strachem, co mogłoby się stać, gdyby nie jego opanowanie, dalej mierzył w kobietę zimną, stalową lufą.

- Co jest kurwa?!- kobieta piszczała nie ruszając się nawet na centymetr.- Nie zabija mnie! Nie zabijaj, proszę. Dlaczego do mnie celujesz? Pojebało cię?!

- Jak żeś tu wlazła?!

-Otwarte drzwi były…. przestań do mnie celować!

-A wybacz. – opuścił broń, zabezpieczył i odłożył do kuchennej szuflady.

- Dlaczego do mnie celujesz?!

-Dlaczego wkradasz się do mnie? Mało ci?

-Nie przesadzaj! – zmrużyła złowrogo oczy. – Chciałam coś wyjaśnić…

-Co? Co znowu chcesz wyjaśniać?! Boże, czuje się jak w stałym związku! Tłumaczyć się muszę ze wszystkiego!- wywrócił oczami.

-Poczekaj! Właśnie mierzono do mnie z broni! Daj usiąść chociaż na chwilę!  Cholera, oddechu mi brak… czy to atak paniki?! I dlaczego celowałeś do mnie?!

-Nie twoja sprawa! -wskazał na nią ręką. – Siedź, masz napij się a ja idę się ubierać! – wsadził jej do rąk szklankę z zielonym, gęstym płynem. – Muszę wyjść a ty…. – zmierzył ją wzrokiem i odrobinę uśmiechnął się unosząc zaczepnie brwi. – Pojedziesz ze mną mała- szedł w kierunku łazienki.

-Gdzie?! I co to jest?!- wskazała na szklankę. -Teraz chcesz mnie otruć ?!- panicznie piszczała

-Jarmuż! I nie. Nie zniżam się do takich metod. – prychnął pogardliwie, wchodząc na piętro. – Bez przesady! Czekaj tu i nie ruszaj się!  Durne baby….- dodał pod nosem.

Na piętrze, w sypialni zmienił spodnie na czarne, założył koszulkę, sweter a na to zapiął szelki, w które wsadził naładowaną broń. Zapiął zamek pod samą szyję i zszedł do kuchni. Edyta dopijała właśnie zielony koktajl. Na widok zdziwionego Pierra, odstawiła szklankę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-No co? Prawie zawału dostałam chwilę temu, to jakoś musiałam się uspokoić.

-Myślałem, że ci smakowało? Wychodzimy.- trzymał drzwi wejściowe

-Było wstrętne. A na przyszłość zamykaj drzwi zanim kogoś zastrzelisz.

-Nie prowokuj mnie! – warknął wdychając zapach jej perfum.

Wsiedli do samochodu i po chwili pędzili w kierunku mieszkania Łukasza.

- Co masz wspólnego z byłym mężem Polki?

-Nic. Poza tym raczej nie powinno cię to interesować. I skąd masz takie informacje?!- zaciskał dłonie na kierownicy.

-Wiem, że Pola jest rozwódką bo wspominała kiedyś, ale nic więcej nie wiem…

-I dobrze. – dociskał pedał gazu. – Skąd to wiesz tak właściwie?

-Słyszałam przypadkiem… ciebie i Łukasza.

-Co? – gwałtownie zahamował zjeżdżając na bok.- Mało ci? Ty na poważnie chcesz oberwać?!Mam tego dość! Człowiek nie musi wiedzieć wszystkiego i tak jest w twoim przypadku. Nie! Zrozum do w końcu Edyta! Nie twoje sprawa! Wbij sobie to do swojej ślicznej główki!

-Ale… – wbijała się w fotel pasażera pod naporem spojrzenia mężczyzny. – Robisz coś nielegalnego!

- Nawet jeśli, to co?! – był tak wściekły, że prawie pluł na kobietę. – Moje życie! Moje sprawy! Moje własne! Nie twoje! Nie wtrącaj się, nie interesuj się! I raz na zawsze skończ z tym! To sprawa moja i Polki. Koniec! Zrozumiano?!

-Dostałam zdjęcie. Ty i prokurator co zamknął Marka. Sprawdziłam.

-A to dawna sprawa… – ruszył odrobinę spokojniejszy. Przez chwilę jechali w ciszy spoglądając na siebie co jakiś czas. – Dobra, mała… chcesz wiedzieć jak to wygląda? Proszę bardzo!- zaparkował pod domem Łukasza. – Zapraszam do prywatnego raju twojego naczelnego.- otworzył bramkę.- To się cholera, zdziwisz. – zaśmiał się pod nosem.

 

 

 

- Serce mi wtedy pękło. Przez ułamek sekundy, kiedy zamknęły się za tobą drzwi, sądziłem, że cię straciłem.. tak już do końca.- wpatrywał się w resztę czerwonego wina na dnie kieliszka. – Pomyślałem,że mój świat runął. Najpierw dziecko, potem ty… to było straszne. – z głębokim westchnieniem odłożył kieliszek na stół. – Zostałem tutaj… w naszym domu. A wiesz dlaczego?

- Tak?- siedziała na drugim końcu kanapy, z kolanami podciągniętymi pod brodę wpatrywała się w niego sarnimi oczami.

- Bo tu…- rozejrzał się. – Tutaj jest namiastka ciebie. – zaśmiał się pod nosem. – Nasze zdjęcia, ubrania pachnące tobą, twoja ulubiona kawa w kuchni i niedopite wino w lodówce. Nie mogłem pogodzić się i zaakceptować, że cię nie ma…Nie miałem odwagi opuścić tego miejsca. Mimo tego, że wyrwałaś mi serce…- spojrzał na nią. – Nie płacz Pola.. dość już łez. – wyciągnął do niej dłoń, ale natychmiast cofnął, chowając pod gruby koc.

-Tak mocno cię skrzywdziłam…- mówiła szeptem, opierając policzek o jedno ze swoich kolan. – Byłam tak skupiona na sobie… nie widziałam ciebie. Byłam taką egoistą, Chryste jak mogłam! Przeczesała palcami brudne włosy.- Przypominam sobie, kiedy ja straciłam pierwsze dziecko… Byłam otoczona przyjaciółmi, miałam kogoś obok. ty byłeś z tym wszystkim sam. A ja byłam… i nie pomogłam ci.  Chryste, jaka suka ze mnie!

-Nie mów tak! Przechodziłaś wszytsko na swój sposób. W dużym stopniu rozumiem, chociaż…Ciężko było oglądać cię właśnie taką…- zwiesił głowę.

-Nigdy już cię nie zranię. Ja…- poderwała się, lekko pochylając w kierunku mężczyzny, ale widząc brak reakcji, wróciła do swojego kąta kanapy. – Przysięgam ci, już nigdy cię nie skrzywdzę w tak okrutny sposób…- skubała rąbek zniszczonej, różowej sukienki, którą dalej miała na sobie.

-Nie  przysięgaj, jeśli nie możesz dotrzymać obietnicy. – powiedział chłodno, lekko mrużąc oczy.

-Dlatego chcę przysiąc, bo wiem, że dotrzymam. Paddy, kocham cię…- na te słowa kobieta zobaczyła jak twarz mężczyzny lekko rozpromienia się, a po groźnym grymasie nie ma śladu. – Odeszłam, bo nie chciałam cię więcej ranić… wróciłam, bo kocham cię tak mocno, że nie potrafię już żyć bez ciebie. Dlatego jestem przekonana i wierzę, tak jak wierzę w moją miłość… nie skrzywdzę cię już nigdy więcej.Przysięgam. – chwilę czytali ze swoich spojrzeń siedząc kilka metrów od siebie. – Paddy daj mi szansę… Błagam… Nie mogę cię stracić…

-Wiem…- wyszeptał.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Muszę iść do łazienki… – zakłopotana przyglądała się słojom w drewnianej podłodze. Po chwili wstała i powoli powłócząc nogami zmierzała do łazienki. Mijając Patricka mężczyzna ujął jej dłoń. Nieśmiało spojrzała w zmęczone, granatowe oczy wpatrujące się w nią z mieszanką miłości, smutku i niesamowitego zmęczenia.

- Nigdy mnie nie stracisz…- wyszeptał, delikatnie musnął ustami jej dłoń i puścił uścisk odwracając od niej twarz.

-Może zrobię kawę? – zapytała niepewnie, dalej stojąc nad Patrickiem wpatrując się w czubek jego zwieszonej głowy. – Tylko przebiorę się i może zmyje z ciebie ten cały dzień…- spojrzała na swoje tragiczne oblicze.

-Chodźmy Pola spać… dzień się już zaczął… nie spaliśmy czterdzieści osiem godzin… możemy porozmawiać jak wstaniemy…Idź do łazienki. Ja się położę… – wstał i nie patrząc na nią wyszedł do sypialni, po drodze ściągając z siebie sweter i odpinając pas od spodni.-Dość na dzisiaj…- westchnął lekko przymykając drzwi sypialni.

Wzięła szybki, ciepły prysznic. Nałożyła odżywkę na włosy, rozczesała i nałożyła krem na ciało. ściągnęła z wieszaka swój komplet do spania. Krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach.
W salonie panowała cisza. Sprzątnęła dwa kieliszki i butelki po winie. Włączyła cicho łagodną muzykę i usiadła na kanapie, nie wiedząc co robić. Z sypialni dochodziło nikłe światło małej lampki w rogu pokoju. Chciała do niego iść, nie wiedziała jednak czy może… czy on tego chce… Z irytacją wyłączyła muzykę i włączyła telewizor, ustawiając jakiś film obyczajowy. Przyłożyła głowę do ozdobnej poduszki i przymknęła na chwilę powieki.

Po godzinie Paddy otworzył oczy. Nie mógł spać.. Czuł się nieswojo, niepewnie, czegoś lub kogoś mu brakowało. Dłonią pogłaskał czule chłodny materiał białej poduszki obok niego. Miejsce było puste. Podniósł się, przetarł oczy i powoli wyszedł do salonu. Przy świetle jedynie telewizora spała pół naga Pola. Głowa spoczywała jedynie na szarej, małej poduszce. Dotknął jej uda. Było chłodne, niczym  nie przykryte. Spała bez ruchu, blada, przypominająca bardziej trupa, niż kogoś kto właśnie odpoczywa.
Powoli wsunął dłoń pod jej ciało i nie chcąc jej budzić uniósł w ramionach.

-Paddy… – wyszeptała lekko się budząc. – Co się dzieje… – mruczała.

-Cicho, śpij. Mam cię, trzymam. – wtuliła się w zagłębienie jego szyi – Już dobrze maleńka, jestem tutaj.-przytulił policzek do jej czoła i powoli zaniósł do łóżka.
Okrył ją szczelnie ciepłą pościelą i gasząc światło zerknął na telefon. Miał wiadomość od Pawła. „Wracamy dzisiaj do domu. Zjemy razem obiad? Fiona zaprasza podobno. Paweł.” Nic nie odpisał, włączył dźwięk i odłożył aparat na jasną szafkę nocną. Chwilkę wahał się obserwując plecy kobiety. Wyciągnął dłoń i tak jak dotyka się czegoś małorealnego tak on dotykał jej włosów i skóry. – Wróć do mnie kochanie… -szeptał najciszej jak umiał- Już mnie nie zostawiaj… – odwróciła się nagle i nie wybudzając się, przytuliła twrz do jego piersi, spoczywając policzkiem na jego sercu. Nie zastanawiał się długo. Kilka sekund później zamykał ją w swoich ramionach. Szczelnie. Opiekuńczo, chroniąc przed całym światem.

 

 

Przeszli przez czarną bramkę z kutego żeliwa. Kilka metrów pokonali idąc szarą, krętą ścieżką wyłożoną dużym, płaskim kamieniem. Pierre nacisnął na klamkę dużych, dwuskrzydłowych, czarnych drzwi. Ku jego zaskoczeniu drzwi uchyliły się wpuszczając parę do środka. Mężczyzna rozglądał się na wszystkie strony, szukając jakichkolwiek śladów wyjaśniających co stało się z jego przyjacielem.

-Łukasz! Gdzie jesteś?! Łajzo społeczna, co z tobą?! – krzyknął w głąb domu. Odpowiedziała im głucha cisza.

-Boje się…- Edyta odruchowo podeszła do Pierra, trzymając się blisko jego pleców.

-Zazwyczaj kobiety mają tutaj inne odczucia niż strach…- zaśmiał się odrobinę. Stali na środku dużego, klasycznego, w męskim stylu, salonu. Po prawej stronie znajdował się barek z polerowanego drewna, pośrodku duża czarna kanapa, na wprost stał ogromny, szary kominek za którym całą ścianę stanowiły okna i wyjście na taras i ogród. Teraz okna zasłaniały szara, długa zasłona.
Pierre podszedł do baru, chwilę rozejrzał się.
Jego uwagę przykuła butelka wina. Zakorkowana ale w połowie upita. Pierre wiedział, że Łukasz rzadko pija wino. Jeśli już to robi, to zawsze w towarzystwie kobiety, tylko że wtedy opróżniają całą butelkę. Wypił i wyszedł? Zamknąłby drzwi. Zresztą widać byłoby ślady jego zabawiania się. Salon był czysty, wszystko na swoim miejscu. Spojrzał na wystraszoną kobietę, stojącą na środku pokoju. Wykręcała palce dłoni, rozglądając się po pomieszczeniu. Była ubrana w skórzaną kurtę, zielony sweter i spodnie które idealnie podkreślały jej długie nogi i kształtne pośladki. Przełknął głośno ślinę i nagle jego wzrok przykuła uchylona szafka z kieliszkami. Otworzył ją, wyciągnął dwa kieliszki do wina, schowane za szklankami do whisky. Spojrzał na szkło pod światło. – Coś tu nie gra!

- Po kieliszkach wnioskujesz?! Co, niedokładnie umył? – zakpiła nerwowo

-Dokładnie tak. – odłożył gwałtownie kieliszek i wyciągnął broń, odbezpieczając magazynek. – Chodź tu do mnie! Natychmiast!

-Ale co jest? – szepnęła mu prosto do ucha.

-Łukasz ma sprzątaczkę, przychodzi co kilka dni.  Ale to nie problem… Łukasz ma fetysz, nie lubi zacieków na kieliszkach i zawsze czyści szkło zanim odłoży do szafki.

-Co? Nie przesadzasz?

- Prawie mnie kiedyś wyrzucił z domu przez to, a jedną babkę o mały włos by zwolnił z pracy. – trzymał beretkę skierowaną w podłogę. – Coś tu się stało… – rozejrzał się po podłodze. Zobacz mały ślad ziemi koło wyjścia na taras. – Edyta… tam jest taki czarny przycisk. Podejdź i przytrzymaj go, odsłonisz zasłonę.
Kobieta powoli podeszła i zrobiła jak kazał Pierre.

Stał przed odsłaniającą się zasłoną. Broń uniósł zapobiegawczo do góry, celując w drzwi. Światło wpadające do pomieszczenia było jasne i oślepiające. Wypełniało pokój białą łuną ukazując tańczące, połyskliwe drobinki kurzu, unoszące się w powietrzu. W połowie drogi zasłony zobaczył go. Pistolet schował do kabury i z przerażającym krzykiem rzucił się do ogrodu.

grafika chuck bass, ed westwick, and gossip girl

 

-NIE! Kurwa, tylko nie to! Błagam tylko nie ty! – stał przy swoim wiszącym przyjacielu, nie wiedząc co zrobić.

-Ja pierdole! – Edyta wbiegła za Pierrem.

-Wyjdź, nie powinnaś tego widzieć! – mówił machinalnie. Po chwili upadł na kolana obok powieszonego mężczyzny, mrugnął a z oczu poleciały łzy. – Kurwa Łukasz! – przetarł dłońmi twarz. – Przyjacielu! Nie wierzę… Boże nie wierzę!- zasłonił twarz dłońmi lekko kiwając się.

- Może powinniśmy go odciąć…- Edyta wpatrywała się w wiszące ciało.

-Po co… nie żyje. – spojrzał do góry, na zamknięte oczy, na wydłużoną od zwiotcznenia mięśni szyję, na opadnięte spuchnięte ręce, na bladą skórę kogoś, kto był dla niego jak brat. -Nie dotykaj go…Kurwa musze pomyśleć!

-Ale co… samobójstwo? – Edyta rozkładała dłonie.

-Nie. To skarbie, jest morderstwo! – wstał z kolan, rękawem przetarł mokrą od łez twarz.- Muszę… pomyśleć… Muszę…tak, pomyśleć… – jakby zamroczony wszedł do salonu, usiadł na kanapie i odpalił papierosa. Edyta stała w drzwiach tarasowych.

- Może zadzwonimy na policję w takim razie? No zróbmy coś!

- Zamknij się i daj pomyśleć! – krzyknął agresywnie. Zaciągnął się dymem wpatrując w ciało przyjaciela za szybą. Siedział tak kilka minut., po których zgasił fajkę i spojrzał na Edytę. – Zadzwonisz na policję… – szeptał spokojnie. – Powiesz, że przyjechałaś bo Łukasz nie zjawił się na zebraniu…

-Twoim autem?

-Powiesz, ze ze mną sypiasz… co przecież nie jest takim kłamstwem do końca… – zmrużył oczy. – Zaczekasz tu na nich…

-A ty?

-A mnie tu nie było…- jego twarz zmieniła wyraz – Coś mi się przypomniało… – nie tłumacząc, zniknął w małym pomieszczeniu, przypominającym gabinet.

-Ale co?- poszła za mężczyzną.

-Dzwoń na te psy! To nie jest dla ciebie! – przymknął drzwi. – Dzwoń Edyta! -krzyknął za nią.
Zalogował się do monitoringu, wstukał datę początkową, od której chciał zobaczyć materiał. Na ekranie monitora pojawił się Łukasz… za nim kobieta… Pierre wyłączył nagranie. Nie będzie tego oglądać teraz… Z szuflady wyciągnął nośnik pamięci i całe nagranie skopiował na pamięć. Potem używając całej swojej siły, zaczął rozwalać cały sprzęt, łamiąc plastik, tucząc szkło do tego stopnia, aż po sprzęcie mało co zostało.

-Zadzwoniłam. Będą lada moment, za 10 minut.- Edyta puknęła do gabinetu.

-Dziękuję. – pogłaskał jej policzek czule i delikatnie musnął jej usta. – Wyjaśnię ci wszystko. Teraz muszę uciekać. Spotkamy się u ciebie w domu. – ujął jej dłoń, lekko ścisnął i już po chwili opuszczął dom.

- Gdzie jedziesz?

-Muszę jej powiedzieć… – skrzywił się na samą myśl.

-Komu?!

-Poli… Jadę do nich. Nie dzwon do mnie. Przyjadę wieczorem.

-Powiem, że Łukasz leczył się na depresję. Zrobią z tego samobójstwo…

- Jestem zaskoczony i dumny z ciebie. -Zacisnął szczęki i nieznacznie kiwnął głową.  Trzasnęły drzwi i szybko odjechał spod domu Łukasza.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 3 komentarzy

88. Flip a coin…

Było koło trzeciej nad ranem, kiedy pustymi ulicami Warszawy taksówka przemieszczała się do celu. Milczeli trzymając w uścisku dłonie. Bali się. Oboje. Przyszłości i tego co przyniesie następny dzień. Czy wystarczy im sił aby i tym razem podnieść się z kolan i po raz kolejny nie poddać się, wystawić twarz do słońca i już nie bać się kolejnego kroku.
Zmęczeni jechali windą na swoje piętro. Pola trzymała buty w dłoniach, stojąc boso. Paddy płaszcz miał przewieszony przez ramię. Jego myśli pochłonięte były słowami Łukasza i zajściem ze zdjęciem kobiety. Kto to był? Dlaczego Łukasz zbladł na widok tej fotografii?
Weszli do mieszkania. Paddy zawiesił na haku płaszcze, ściągnął buty i powłóczystym krokiem poszedł za Polą do salonu. Ona, dalej ubrana w koronkową sukienkę, siedziała na fotelu, w dłoniach trzymała szklankę whisky wypełnioną lodem. Usiadł w fotelu naprzeciwko. Zmęczoną twarz schował w dłonie, przetarł czerwone oczy. Z westchnieniem ściągnął krawat i odpiął kilka guzików czarnej koszuli. W zamyśleniu bawił się skórzaną bransoletą, jaką nosił na nadgarstku od jakiegoś czasu. Ona jeszcze chwilę wpatrywała się w tańczące, połyskliwe kostki lodu.

-Przy każdym twoim spojrzeniu…- głos jej się złamał. – przy każdym dotyku, zawsze będę czuła na sobie… będę wiedzieć jak wielką wyrządzam ci krzywdę…- otwierała się. Mówiła powoli, urywała zdania. – I mimo tego, że bardzo nie chciałam, aby tak się stało i zrobiłabym wszystko aby cofnąć czas… – odłożyła drżącą dłonią szklankę na stół. – Bardzo cię kocham, Paddy. Nigdy nikogo tak nie kochałam i… pewnie nikogo już nigdy tak nie będę kochać…

- Co próbujesz powiedzieć? – wbił w nią gniewne spojrzenie.

- Powiedziałeś dzisiaj, że uchylasz mi nieba…- makijaż spływał i każda czarna łza wsiąkała w różową koronkę. – Ja zabiorę cię teraz z tego piekła… Nie powinieneś tego przechodzić… nie mogę skazywać cie na to wszystko! To musi się skończyć…

- Pola…- doskoczył do niej.

-Nie mogę ci tego robić… – spojrzała w jego smutne oczy i poderwała się z fotela. – Paddy, ja tego nie wytrzymam! Na każdym kroku, wszystko przypomina mi jaka jestem wybrakowana! Jedna śmierć, teraz druga! – wplotła palce we włosy próbując złapać oddech. – Wszystko niszczę! Niszczę ciebie!

-Teraz robisz to na własne życzenie!

- Paddy… chcesz mieć rodzinę? Żonę, dzieci? Cholerny domek ze ślicznym płotkiem?- wycierała łzy, rozmazując resztę tuszu.

-Chcę, wiesz o tym, nigdy tego przed tobą nie ukrywałem.

- Ale ja ci nie mogę tego dać, rozumiesz? Spróbowałam! Nie udało się! Znowu się nie udało! Nie wyobrażasz sobie jaki to ból… Ja… Ja go czułam… pod sercem… Czułam go…- mimowolnie dotknęła swojego brzucha. – Będziemy razem, trwać w tym zawieszeniu, ale ja  widzę jak boli cię widok dzieci w piaskownicy a na dziecięcy wózek odwracasz wzrok! Myślisz, że tego nie widzę?!

-Wiem co czujesz…

-Paddy, nie mogę dać ci dziecka… Ta myśl mnie prześladuje…. Boże, ja już dłużej nie mogę! To mnie zabija! – schowała twarz w dłonie i uklękła na podłodze.

- Myślisz, że tylko ty cierpisz?! – podniósł głos. – Ja też straciłem to dziecko! Było tak samo moje, jak twoje! Ile łez za nim wylałem, ile godzin siedziałem w samochodzie płacząc jak dziecko! Ale musiałem się trzymać! – stanął nad nią.

-Paddy…-spojrzała do góry.

- I kto ci dał monopol na użalanie się nad sobą! Ja muszę trzymać wszystko za pysk, jeździć do studia nagrywać płytę i normalnie funkcjonować! Serce mi rozrywa, kiedy na ciebie patrzę. Staram się pomóc! Staram się, rozumiesz?

-Wiem…

-Nie wiesz! Chcesz heroicznie mnie rzucić! Podczas, kiedy ja ciebie ratuje, ty mnie rzucasz? Tak po prostu? Po tym wszystkim?

-Nie tak po prostu! Ale nie widzę innego wyjścia! – wsparła się na jego dłoni i wstała.

-Mieliśmy przez to przejść razem! Ty tymczasem…- odwrócił się od kobiety. – Widzisz tylko siebie!

- Widzę tylko twoje życie Paddy… mojego już nie ma.- spuściła wzrok. Stała na środku salonu, na bosych nogach, w pogniecionej, brudnej sukience z potarganymi włosami, lewno łapiąc oddech.

-Nikt cię o to nie prosił! – sięgnął po drinka stojącego na stole. Upił solidnego łyka i spojrzał na ich wspólne zdjęcie wiszące na ścianie. – Nie potrafię bez ciebie żyć Pola….potrzebuje cię jak tlenu. Ale…- zacisnął szczęki. – Ale jeśli ty potrafisz żyć beze mnie… – odwrócił się i spojrzał na nią. Wszystko w nim krzyczało, każda komórka jego ciała wyła z rozpaczy. -… Nie zmuszę cię do miłości… do tego abyś mnie kochała…chcesz odejść…- mrugnął i łzy poleciały po jego policzku. -… to odejdź….

-Nie chcę…- kręciła głową jednocześnie schylając się po buty. – Bardzo tego nie chcę…Oddałabym życie za ciebie…za twoje szczęście…- jęknęła. Stał nieruchomo obserwując ją, widział każdą błyszczącą łzę kapiącą na drewnianą podłogę, widział jak od nadmiaru emocji ledwo trzyma się na nogach.

-To zostań…- zaciśnięte gardło odcinało mu głos.

-Chcę dla ciebie lepszego życia. Lepszego niż teraz…- wyszeptała sięgając po torebkę i płaszcz. Spojrzała w jego oczy. -Bardzo cię kocham….

-Wiem…Ja ciebie również… – z tym słowem drzwi mieszkania zamknęły się a Patricka otoczyła głucha cisza. – Zaczekam tu…. na ciebie kochanie. .. -opróżnił szklankę. – Zaczekam…wrócisz, wiem to….- cisnął szklanką o podłogę.

 

 

-Gdzie panią zawieźć? – taksówkarz spojrzał na kobietę w lusterku. – Wszystko w porządku?

-Tak. Proszę…- spojrzała w okna swojego mieszkania. – Nie wiem… proszę po prostu jeździć po mieście, zapłacę, proszę się nie martwić. – opadła na siedzenie i rozpłakała się na dobre.

-Na pewno nic pani nie jest? Mogę jakoś pomóc?

-Nie, nikt nie może mi pomóc. Straciłam właśnie swoje życie…- wyszeptała do siebie.

Nie pamiętała jak znalazła się w podrzędnym hotelu, gdzieś daleko od miasta. Nie mogła wrócić do domu. Nie mogła spojrzeć mu w oczy, wtedy jej miłość do niego by wygrała. Zostałaby…tak bardzo tego pragnęła. Z ledwością podniosła sklejoną od zaschniętych łez powiekę. Pod brodą poczuła własne kolana. Zwinięta w kłębek leżała pod zatęchłym kocem. Zamknęła oczy… Jeszcze raz go zobaczyć, jego granatowe oczy. Kolejna łza spłynęła jej po policzku powodując szczypiący ból. Zaciskała oczy jeszcze mocniej, nie chcąc wracać do rzeczywistości. Jego ciepłe dłonie, chowające ją przed całym światem. Jego palce gładzące delikatnie włosy, kiedy czytała książkę wtulona w jego ramiona. Drżącą dłonią przetarła twarz. Jego głos, wołający ją z oddali… Czuła ucisk na piersi, oddech miała płytki… umierała… bez niego umierała.

-Zobaczę cię kiedyś szczęśliwym… raz jeden. Wystarczy…- szeptała, ściskając rąbek koca. -To mi wystarczy aby móc dalej oddychać. Jakoś to przetrwam… abyś znów się uśmiechał… Tak cię kocham! – usiadła prawie nie mając siły. – Boże tak bardzo…

Powłócząc nogami podeszła kilka kroków zbierając z podłogi brudną sukienkę. Założyła na siebie lekko wilgotne ubranie. Nie obchodziło ją kompletnie nic. Jak wygląda, jak się czuje, gdzie pójdzie. Wszystko straciło dla niej sens. Była sama, otaczał ją mrok jej własnej rozpaczy. Tylko jego obraz, który próbowała utrzymać w sercu, zmuszał ją do następnego kroku. Inaczej… po prostu by się zatrzymała. Nie interesowało ją co się stanie. Chciała być tylko z nim. Teraz narzuciła na siebie brudny płaszcz. Zapytała w recepcji, pod jakim adresem się znajduje po czym po raz kolejny odmówiła pomocy. Zamówiła taksówkę a następnie kazała zawieźć się pod znany adres. Resztą pieniędzy jaką miała w torebce zapłaciła i niczym cień wsiadła do swojego samochodu. Wzięła kilka głębokich oddechów i drżącą dłonią przekręciła kluczyk. Podniosła wzrok. Jego auto stało kilka metrów od niej. Był w domu. Znowu zaczynała się dusić. Musiała uciec… jak najszybciej. Wbiła wsteczny i najszybciej jak mogła starała się wyjechać z miasta.
Bateria w telefonie padła, z każdą minutą deszcz przybierał na sile. Ona ledwo widziała drogę. Łzy mieszały się z obrazem deszczowych fal bijących o przednią szybę. Odpłynęła. Wspomnieniami była w tamtym parku… pierwszy raz go usłyszała… przedzierała się przez tłum gapiów. Noga mimowolnie wciskała gaz coraz mocniej. Deszcz zasłaniał całkowicie obraz drogi. Pierwsze spojrzenie w jego oczy… Nagle zobaczyła światła jadące wprost na nią. Gwałtownie zahamowała, obracając samochód o 180 stopni. Natychmiast zjechała na pobocze. Serce waliło jej jak oszalałe. Oddychała szybko, histerycznie. Deszcz uderzał w maskę i dach powodując niesamowity hałas, który wytłumił jej gwałtowny, gardłowy krzyk. Krzyczała ile sił w płucach. Krzyczała dopóki nie poczuła, że już dłużej nie da rady. Oparła gorące czoło o chłodną, skórzaną kierownicę.

-Nie dam rady Paddy… nie potrafię cię zostawić…. – szeptała – Nie potrafię bez ciebie żyć. I nie chcę żyć bez ciebie. -zamknęła oczy. – Muszę wrócić, znowu cię zobaczyć… Nie mam tyle siły… Nie pójdę tam, gdzie nie ma ciebie! – zacisnęła powieki.

Nagle drzwi z impetem otworzyły się, czyjaś ręka chwyciła ją mocno za płaszcz i jednym szarpnięciem wyciągnęła z samochodu, wprost pod ścianę ciepłego deszczu. Musiała zasłonić oczy jakby przed słońcem, aby zobaczyć kto przed nią stoi.

-Pierre? – zapytała ochrypłym głosem.

-Możesz mi kurwa powiedzieć, co ty wyprawiasz Polka? Mogłaś się zabić, kretynko! -krzyczał, plując na kobietę kropelkami deszczu.

-Muszę stąd uciec… – dyszała wystraszona.

-Jak ty wyglądasz? I czemu zapierdalasz w deszczu?

-Odeszłam od Paddiego. – kiedy usłyszała swoje własne słowa, ból ugiął jej kolana.

-No masz rację, do dupy był!

 

 

 

 

 

 

-Co ty mówisz?! To najwspanialszy człowiek jakiego znam!

-A wiesz co to ironia? – odszedł kilka metrów ze zwieszoną głową. – Jak ty mnie wkurwiasz!

-Proszę cię, nie dobijaj mnie. Poza tym to nie twoja sprawa…- opierała się o bok samochodu.

-Dzwoniłem do niego… wiem, że go zostawiłaś… dzwoniłem też do ciebie….

-Telefon mi padł.

-Coraz lepiej…- ściągnął kurtkę i położył Poli na ramionach. – Po co to robisz, co? Paddy przypomina ci nienarodzone dziecko czy jak?

-Chcę mu dać szansę. Beze mnie może mieć rodzinę, być…. szczęśliwy…

-Jesteś głupia…. tak bardzo głupia,że gdyby głupota mogła latać to byś zapierdalała jak Boeing po tym cholernym niebie! – Uderzył w maskę samochodu.

-Nie mogę mu tego zrobić. On nie ma tej odwagi! Kocha mnie… – twarz zalewamy jej łzy.

-On ma odwagę być z Tobą!! To dużo więcej niż ci się wydaje!! A związek z tobą nie jest prosty…- zmierzył ją wzrokiem- Z tego co widzę.

-Myślisz, że tego nie wiem?!

-Polka… żyjesz. Strata dziecka jest straszna, kurwesko straszna, ale ty żyjesz do cholery! A to daje wam szansę… kolejną i znowu!

- A jeśli…

-O przestań już być taka w dupę szlachetna! To nie ty decydujesz z kim on będzie! Jeśli przestanie cię kochać to odejdzie… to jest w gruncie rzeczy proste. On… – spuścił wzrok.- Jest z tobą nie dla dziecka czy rodziny….- głos mu odrobinę złagodniał. – Jest bo cię kocha. Czy mozesz mieć dzieci czy nie to nie zmieni jego uczuć do ciebie. Wiem mała, że w tej swojej durnej głowie wymyśliłaś, że się poświęcisz dla niego aby on mógł odnaleźć szczęście większe niż on sam, ale nie pomyślałaś o jednym….

- Raczej nie myśle ostatnio racjolanie…

-On nie znajdzie szczęścia tam gdzie nie ma ciebie…- objął ją ramieniem, on oparła głowę na jego barku. – Nie możesz go zostawić… teraz właśnie traci kolejną osobę. – pocałował czubek jej mokrych włosów. -Odejdź od niego, jeśli go nie kochasz, ale nie odchodź od niego bo ty zadecydowałaś co będzie dla niego najlepsze.

-Nigdy nie przestane go kochać.

-To po cholerę tu stoisz?! – wybuchnął gniewem ponownie. – Facet robi wszystko, abyście przez to przebrnęli, tkwi przy tobie nawet wtedy, kiedy jesteś tak bardzo irytująca! Znosi cię, co swoją drogą bardzo podziwiam u niego, a ty wykręcasz taki numer! Jesteś tchórzem i tyle Polka. Zwykłym, śmierdzącym tchórzem!

-Przestań mnie w końcu obrażać!

-Bo wkurwiasz mnie, że marnujesz sobie życie w tym momencie! Co chcesz zrobić? Czego pragniesz mała?!

-Chcę z nim być… ponad wszystko!

-A gdzie jesteś? Tu, ze mną! Nie jest odwagą skulić ogon i przy pierwszym potknięciu uciec jak najdalej! Trzeba mieć cholernie dużą odwagę, aby trwać, kiedy wszystko wali się na pysk! – splunął w bok. – A ty?

-Co ja? – obejmowała się, mając wrażenie, że rozpada się na kawałki. Nie patrzyła na Pierra, po czarnych strąkach włosów spływały kolejne krople deszczu.

-Masz odwagę z nim być czy chcesz uciec i opuścić raz na zawsze jego życie?- stał na wprost milczącej kobiety. – Masz?! – chwycił jej ramiona. Uniosła wzrok i spojrzała prosto w jego oczy. Przyciągnął ją bliżej siebie. Patrzyła na niego niczym wystraszona sarna, mały ptaszek złapany w garść. Przewiercał ją swoim spojrzeniem. – Bo jak nie masz, to w tym momencie wsiądę z tobą do tego auta i wyjadę. Gdzie tylko będziesz chciała. Pojadę z tobą wszędzie! – szczęki pulsowały mu nienaturalnie. – Nie zostawię cię… powiedz tylko jedno słowo…Że nie masz odwagi…-Po łzach nie było śladu. Tężące spojrzenie wypalało dziury w oczach Pierra. Powoli ściągnęła ze swoich ramion kurtkę mężczyzny.

-Masz rację Pierre.. Nie mam odwagi…Nie potrafię…- przeczyła głową jakby znajdowała się gdzieś daleko od realnej sytuacji.- Nie potrafię go zostawić… ja nie mogę bez niego żyć..Nie chcę być wszędzie… Nie chcę być z nikim innym!- zapłakała i roześmiała się jednocześnie.

-To jedź do niego…- uniósł lekko kąciki ust podając jej kluczyki.

-Po tym co mu zrobiłam…- zatrzymała się w połowie kroku.

-Czeka na ciebie… wiedział, że wrócisz. Pola, on postawił wszystko na tą miłość. Zna cie, dlatego czeka. Dał ci czas… – machnął dłonią. – Na te wszytskie bzdury i etapy negacji czy jak to się zwie. Wszystko jedno.

-Dziękuję Pierre… Jesteś… – ujęła jego zimną dłoń.

-Wiem kochanie. Jedź! – po chwili krzyknął do kobiety siedzącej już w samochodzie. – A Pola, co spuściłaś w kiblu w tamtym dniu? – pochylił się do otwartej szyby. – Pomogłem ci?Jesteś mi winna to jedną informację.

- To był czek. Ktoś chciał, żebym zostawiła Paddiego. – nie czekając na odpowiedź wcisnęła gaz do dechy i ruszyła w kierunku Warszawy.

- Dobra dziewczynka. Jedź! – wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. – Kurwa, mokre. Pieprzony deszcz! Dramatów im się zachciało! – warczał wsiadając do swojego auta.

 

 

Późnym wieczorem Warszawa rozświetlała się milionem świateł, miasto zaczynało swoje drugie, nocne życie. Kolorowe, roześmiane postacie wypełniały stopniowo ulicę mieszając się z czarnymi cieniami przesuwającymi się w pośpiechu, w niewiadomym kierunku.
Pod jeden z modniejszych klubów podjechał czarny mercedes. Wysiadła z niego brunetka. Była piękną kobietą o niebotycznie długich opalonych nogach. Włosy sięgające ramion rozświetlały słoneczne pasma. Na usta nałożyła karminową szminkę, nadgarstki spryskała perfumami. Odwróciła się jeszcze na chwilę do kierowcy.

-Weronika… uważaj. On jest nieprzewidywalny, może przejrzeć cię na wylot jeśli drgnie ci chociaż powieka..

-Jest pijany i nieuzbrojony… spokojnie. Powiedz Markowi, żeby trzymał się blisko. Dam znać. Czekajcie na sygnał. – puściła oczko i zniknęła w klubie.

 

- Biały Rosjanin jeszcze raz. – Łukasz wskazał barmanowi pustą szklankę. Po chwili wrócił do przeglądania zdjęć w telefonie. Była na nim fotografia Anny z balu. Przyglądał jej się, myślał nad sensem, próbował przewidzieć ruch swojego przeciwnika. Znał go dobrze. Może nie tak jak Pierra czy Artura ale Marka poznał nie raz. Teraz jednak gubił się, miotał, kroczył we mgle. Co on wiedział, jeśli wszystko to Artur jest w dużym niebezpieczeństwie. Odgonił na chwilę złe myśli, przesunął kilka zdjęć i zatrzymał się na jednym, wyjątkowym. Zrobionym we Francji, kiedy on i Pola zbliżyli się do siebie. Pogłaskał kciukiem miejsce gdzie kobieta śmiała się z ekranu. Czy ją kochał? W tamtej chwili pewnie tak. Miłość jest jednak mylnym uczuciem, zauroczeniem często bywając. Przypomniał sobie zapach jej skóry, gładkość jej ust… czuł narastające napięcie. Wypije drinka i wróci do domu. Ale nie będzie sam. Wyłączył telefon i rozejrzał się po barze. Kiedy na powrót pochylił się nad szklaneczką drinka koło niego siedziała posagowa piękność.

-Ciężki dzień?

-Intensywny… można tak to nazwać…- zmierzył ja wzrokiem. Była piękna.

-Dotrzymam ci towarzystwa, o ile postawisz mi drinka…-delikatnie przygryzła karminową wargę.

-Martini? Wyglądasz na kobietę co pija wykwintne trunki…

-Może być.. .. Tak poza tym Wiktoria jestem…- podała mu delikatną, blada dłoń ozdobioną dużą ilością srebrnych bransolet.- Dwie oliwki i kilka kropel solanki.

-I wstrząsnąć nie mieszać? – uśmiechnął się pokazując mimiczne zmarszczki wokół oczu.- Łukasz, miło mi.

-Jestem nowa w tym mieście. Może pokażesz mi, co macie tu… – spojrzała na jego usta. – Atrakcyjnego?

-Wersja dla turystów czy prywatny pokaz?

-Myślę, że prywatnym pokazem byłabym bardziej usatysfakcjonowana.- mruczała kładąc dłoń na jego udzie. – Kim jesteś Łukaszu?

Znalezione obrazy dla zapytania derek shepherd in the bar

 

-Zwykłym facetem pijącym drinka w barze…

-A czy ten zwykły facet pomógłby mi odrobinę zabawić się i rozerwać?

-Wystraszę cie kochanie…- wyszeptał jej do ucha

-Nie jestem taką grzeczną dziewczynką… nie boje się byle czego… -przygryzła delikatnie jego płatek ucha.- Nie łatwo mnie zaskoczyć.

- Chodź, pokaże ci piękny widok z tarasu… w końcu chciałaś zobaczyć miasto….

 

Po godzinie podjechali taksówką pod dom mężczyzny. Dłoń kobiety przesuwała się po wnętrzu jego uda. Czuj się zrelaksowany, kobieta obok była piękna, lekko pijana i nieprawdopodobnie łatwa… Prześpi się z nią. Zrzuci napięcie kilku dni… To mu dobrze zrobi. Wstukał kod, przeszli przez ogromny ogród i weszli do ogromnego salonu. Podeszła do niego, namiętnie pocałowała jednocześnie rozwiązując jedwabny, szary krawat z szyi mężczyzny.

-Napijesz się czegoś? Wina?

-Chętnie…- zamruczała siadając prowokująco na kanapie.

-Proszę. -położył na stole dwa kieliszki z czerwonym płynem

- Chciałabym, żebyś patrzył…

-Lubie patrzeć…

-Zasłoń rolety… to będzie pokaz jedynie dla ciebie…- uniosła zawadiacko jedną brew.

Łukasz wstał, podszedł do dużych okien i trzymając przycisk zasuwał dużą, czarną zasłonę. Korzystając z nieuwagi, Weronika otworzyła jeden z koralików w swojej bransoletce i wsypała do kieliszka odrobinę białego proszku. Wzięła alkohol i podeszłą do Łukasza podając mu wino.

-Za dzisiejszy wieczór…wypijmy i przenieśmy się na kanapę…- zanurzyła usta nie spuszczając spojrzenia z mężczyzny, który właśnie zerował kieliszek. całowała go namiętnie, pożądliwie… zsunął z niej ramiączko czerwonej sukienki, potem drugie… powoli rozsunął zamek na plecach zsuwając z niej ubranie.Rzuciła go na kanapę siadając na nim okrakiem.
Głowa Łukasza co jakiś czas opadała do tyłu. Nagle dłoń, która pieściła pierś Weroniki opadła bezwładnie. Potem druga. Mężczyzna lekko osunął się na oparcie.

-Co się ze mną dzieje? – mrugał szybko, próbując złapać ostrość.

-Tracisz przytomność. – zeszła z niego i powoli zaczęła ubierać biustonosz. Była spokojna i opanowana.

-Otrułaś mnie, suko! – próbował wstać ale zatoczył sie i opadł ponownie na kanapę.

- Oj tam, zaraz suko….- z szyderczym uśmiechem podeszła do jego marynarki, wyciągnęła telefon i wyłączyła rzucając w kąt.

-Jesteś od…- ciało odmawiało mu posłuszeństwa

-Tak… od niego. – stojąc w bieliźnie i niebotycznie wysokich szpilkach podeszła do panelu sterującego i wcisnęła przycisk. – Możecie wejść….

- Jak możesz…Ty kurwo!

- Gorzej mnie nazywali. – zakładała właśnie czerwoną sukienkę.

-Pozwól… pomogę. – za Weroniką stał Marek zasuwając zamek na jej plecach. – Niezawodna, jak zawsze. – pocałował jej dłoń. – Przynieście go!

Dwóch osiłków chwyciło pod ramiona Łukasza, rzucając go na kolana przed siedzącym na fotelu Markiem.

-Jesteś tam jeszcze? – chwycił ledwo przytomnego Łukasza za twarz lekko potrząsając nim.- Wiesz…zabijam cię nie przez Artura…Ale…- poprawił złoty zegarek. – Jej nie wolno kochać…- przewiercali się spojrzeniami. – Ona ma być nieszczęśliwa… bez prawa do miłości… a ty. Przespałeś się z nią… To zabolało, Łukasz… Nie wiesz,że tylko ja mogę ją…

-Daj jej spokój! Ona… ona nie jest winna!

-Nie jest, owszem. – pochylił się tak blisko, że oddechy mężczyzn mieszały się ze sobą. -Ale za błędy rodziców się płaci, prawda Łukasz?

-Jesteś świrem Marek….

- Co za różnica? Powiedz, jak smakowała? Klasycznie smaczna? Wyrafinowana? Piękna Pola…ciężko jest się oprzeć. – spojrzał w bok, wymienił spojrzenia z Weroniką. – Wyjdź, nie patrz na to.  Jeden z osiłków podał jedwabny krawat leżący na podłodze. Marek stanął za Łukaszem, który już nie miał siły szarpać się i protestować. Zarzucił jedwab na jego gardło zaciskając pętle. Pochylił się i szeptał wprost do jego ucha. – Przegrałeś… miłość cię zabija…- zacisnął jeszcze mocniej. Oddech Łukasza robił się coraz krótszy i nagły. Ostatkiem sił próbował poluzować ucisk. – O nie, ty dzisiaj schodzisz. – zacisnął z całej siły. – Ona jest moja… zawsze była i będzie. Nie ukryjecie jej. Spod ziemi ją wyciągnę! Koniec Łukasz… Żegnaj. -mężczyzna przestał się ruszać, opadł bezwładnie na podłogę a jego spojrzenie zaszło mgłą.

-Złość Pierra nie będzie znała granic. – Jeden z osiłków stał za Markiem.

-Na to liczę. – poprawił garnitur. – Posprzątajcie… A jego powieście.

 

 

 

 

Siedziała na ławce przed swoim blokiem. Otoczona ciemnością nocy, która tuszowała brudny, biały płaszcz, spod którego wystawała potargana różowa koronka. Siedziała na oparciu podkurczając kolana pod brodę, ramiona zaciskała na brzuchu. Nic nie jadła przez cały dzień, otoczona smutkiem i żalem nie skupiała się na tak przyziemnych czynnościach jak jedzenie czy toaleta. Chciała wejść na górę ale strach paraliżował jej ciało.

- Witaj. Pola, dobrze pamiętam? – obok kobiety usiadł starszy pan, podpierając się laską.

-Witaj, pamiętam cię z kościoła…

-Artur. – uśmiechnął się ciepło.

-Zawsze pojawiasz się, kiedy tak bardzo źle dzieje się w moim życiu.

-Może jakimś aniołem stróżem jestem dla ciebie? – poprawił kaszkiet. – Co cię boli dziecko?

-Miłość. – odpowiedziała krótko.

- A miłość…- westchnął.- Miłość cierpliwa jest… potrafi długo czekać…- uśmiechał się ciepło. – Miłość skarbie jest miła… przychodzi niczym tornado a czasami umiera samotnie w ciszy. Ale prawdziwa miłość trwa zawsze… Nawet jak wydaje nam się, że już jej nie ma. -puścił jej oczko. – Miłość nie szuka poklasku, nie oczekuje fajerwerków ani wzniosłych gestów. Miłość jest wszędzie tam gdzie ukochana osoba. – przyglądała się z nieskrywaną fascynacją. – Trzeba zawsze mieć wiarę no i  mieć nadzieję na lepsze jutro… Los zawsze potrafi się zmienić. Powiem ci jeden sekret… -przeszedł w szept. – Trzeba mieć odwagę…

-Nie wiem czy on mi wybaczy…

-Wybaczy… Miłość wiele potrafi znieść. – odwrócił się dyskretnie. – Pójdę już, jest bardzo ciemno a do domu mam daleko…- wstał podpierając się o laskę.

- Dziękuję Arturze…Miło było cię zobaczyć ponownie.

-Mnie również drogie dziecko… — machnął dłonią. – Mnie również… Do zobaczenia. – oddalił się

Siedziała wśród mroku jeszcze kilkanaście minut próbując zebrać całą swoją odwagę aby wejść do budynku. Na ulicy nie było nikogo. Słyszała swój ciężki oddech i mocne bicie serca, które aż bolało.
Usłyszała szelest trawy za swoimi plecami. Nim zdążyła odwrócić się, ktoś położył jej na ramiona gruby, szary koc, otulając ją szczelnie. Ktoś wsadził jej w dłoń termiczny kubek z gorącą kawą. Usiadł obok niej bez słowa.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Paddy! – wyszeptała. – Wybacz mi… błagam…

-Cicho… nic nie mów! Dość słów! – wypił łyk ze swojego kubka. – Nie widziałem cię tu wcześniej… jesteś nowa? -odezwał się po dłuższej chwili.

-Co?- wbijała w niego duże wystraszone oczy.

-Jestem Patrick… Ale możesz mówić mi Paddy…- wyciągnął do niej dłoń.

-Pola…- powiedziała powoli.

-Miło mi Pola. – uśmiechnął się delikatnie. – Muszę powiedzieć,że pierwszy raz widzę kogoś z tak niesamowitymi oczami…

- Paddy….- powiedziała smutno.

-Cicho Pola…- splótł palce z jej dłonią, przyciągając ją bliżej siebie.

-Wybaczysz mi?

-Za jakiś czas… – wyszeptał cicho. – Tęskniłem…

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 1 komentarz

87. Beautiful Soul

Paddy siedział od kilku minut na kanapie w swoim salonie, cierpliwie wpatrując się w drzwi łazienki. Co jakiś czas nerwowo poprawiał mankiet koszuli wystającej spod garnituru, na zmianę luzował i ściskał krawat, nie potrafiąc odpowiednio dopasować.

-Pola, skarbie pospiesz się. Za niedługo taksówka przyjedzie. – wraz z wypowiedzianym zdaniem drzwi łazienki nieśmiało uchyliły się i w do salonu weszła Pola.
Paddy zaniemówił. Jej widok mocno kontrastował z  obrazami, jakie przyszło mu oglądać ostatnimi czasy. Zamiast wyciągniętych dresów miała na sobie koronkową sukienkę, w kolorze zgaszonego, pudrowego różu. Czarne, lśniące, gładkie włosy spływały miękką kaskadą na ramiona. Uniosła głowę i spojrzała nieśmiało Patrickowi w oczy.

-Jestem gotowa.- sięgnęła po biały płaszcz.

- Wyglądasz zachwycająco! – wstał, bez słowa zabrał kobiecie płaszcz i pomógł założyć.

-Robiłam co mogłam. To i tak dla mnie dużo, że zmusiłam się do tego wszystkiego. – wskazała na swoje ubranie.

- Wyszło idealnie. – wyszeptał jej do ucha. – Szkoda tylko, że uśmiech nie gości na twojej twarzy…- jego dłoń delikatnie spoczęła na jej brzuchu.

- Musimy już iść! – natychmiast, niemal poparzona wyswobodziła się z jego uścisku i dotyku dłoni. Chwyciła torebkę i podeszła do drzwi.

-Tak dawno już go nie widziałem…- dodał sam do siebie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po kwadransie podjechali pod wskazany adres. Paddy wysiadł pierwszy i podał dłoń, pomagając wysiąść Poli. W pierwszym momencie zaskoczeni, że ktoś robi im zdjęcia, po chwili zaczęli pozować, obejmując się w pasie a na ich twarzach pojawił się sztuczny, wymuszony uśmiech. Po kilku minutach i wymianie uprzejmości, weszli do budynku. Ktoś zaprowadził ich do jednego z kilkudziesięciu okrągłych stołów.

-Pola, nareszcie przyjechaliście! – Łukasz wstał od stołu zapinając czarną marynarkę. – Przedstawisz mnie? Tak oficjalnie, rzecz jasna.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

- Oczywiście. Paddy, to jest Łukasz, mój szef. Łukasz, to jest Paddy, mój chłopak.

-Miło mi wreszcie cię poznać, tyle o tobie słyszałem dobrego! – Łukasz wyciągnął dłoń do muzyka, jednocześnie nie spuszczając z niego wzroku. Paddiemu nawet wydawało się, że Łukasz puścił oczko, ale nie zwrócił na to szczególnej uwagi.

- Mnie również miło, choć ja o tobie nie słyszałem prawie nic…- Paddy zaśmiał się szyderczo. Oboje wymienili znaczące spojrzenia, od których Patrickowi przebiegł zimny dreszcz po plecach.

- Pola, jak zwykle piękna! – Pierre pocałował przyjaciółkę w policzek. – I nieogar Paddy, z miną cierpiącej dziewicy! Co tym razem przyjacielu, spodnie cię cisną? – poklepał muzyka po plecach.

-Mógłbym powiedzieć, że nawet tęskniłem za tobą, francuski ewenemencie społeczny, ale nie mam w zwyczaju okłamywać… kogokolwiek!

-Edytę pamiętasz? – zza Pierra wyłoniła się posągowa piękność.

- Oczywiście. Pięknie wyglądasz. Nawet udało ci się przyćmić blask Pierra. – Pocałował dłoń kobiety.

-Tego nikt nie jest w stanie zrobić, ale mam na to sposób, krem z wysokim filtrem. – Zachichotała.

-Dobre! Pasujecie do siebie! – Paddy ściskał dłoń Poli, nie pozwalając jej oddalić się bez niego.

-Ta, jak ogień i benzyna… – Pierre wydął usta.

-Usiądziemy? – Łukasz wskazał krzesła.

-Co dla państwa do picia? – Kelner zbierał zamówienia.

- Butelkę wina. Czerwone, wytrawne. – Paddy zamówił.

-Nie, butelkę dobrej whisky i lód. Tyle wystarczy. – Pola zaoponowała.

-Ok…- Paddy przyjrzał się kobiecie. – Niech zatem będzie butelka whisky i wino.

- Już przynoszę. – Kelner oddalił się do następnych gości siedzących obok.

- Chcę się napić. Nie patrz tak na mnie. – upiła łyk wody powstrzymując emocję. – Do niedawna byłam w ciąży i nie mogłam pić, więc teraz mogę sobie pozwolić na odrobinę luzu, prawda?! – syknęła.

 

Kelnerzy szybkim krokiem przemierzali salę, niosąc półmiski z wykwintnie przystrojonymi perliczkami, kieliszkami wypełnionymi złocistym szampanem i wachlarzem kolorowych sałat. Ktoś na małym podium przemawiał, dziękując za przybycie. Każdy stolik toczył przyjemne, lekkie rozmowy, umilając sobie czas. Koło Poli siedział Pierre i dyskretnie wymieniał spojrzenia z Paddym za każdym razem, kiedy sięgała po szklankę złotego napoju. Łukasz sprawiał wrażenie nieprzejmującego się niczym.
Po ponad godzinie pierwsze pary ruszyły na parkiet, otwarto bar a oficjalna część wieczoru została zakończona. Atmosfera zrobiła się swobodna a towarzystwo odeszło od stolików mieszając się i tocząc biznesowe, nieoficjalne rozmowy.

Na małej scenie, gdzie wcześnie przemawiano, teraz grał niewielki zespół, za którym znajdował się mały ekran, na którym wyświetlano spoty sponsorów, fundacji charytatywnych bądź wizualizacje współgrające z muzyką.
Łukasz stał przy kolumnie, o którą opierał się nonszalancko, rozmawiając z nieznanym, starszym mężczyzną.

-Nie oddam ci Poli i Pierra. Są związani z wydawnictwem umową. Poza tym to dobrzy dziennikarze. Nie oddaje się kur znoszących złote jaja.

-Otwieram filie w Nicei. Pierre jest francuzem… Pola chyba też posługuje się tym językiem… Przydali by się. Są doświadczeni.

-Podejrzewam, że w całej Francji znajdziesz wielu lepszych specjalistów niż ta dwójka. – śmiał się z politowaniem. – Nie oddam ci ich, to nie podlega negocjacji. – Spojrzał na swój stolik. Paddy z Polą ruszali na parkiet a zaraz za nimi Pierre z Edytą. – Wybacz, w kieliszku mi zaschło. – poklepał rozmówcę po ramieniu i odszedł w kierunku baru. Zamówił kieliszek wina i odwrócił się obserwując tańczące pary.

-Jak się bawisz? Rozchmurzyłaś się odrobinę. – Paddy przytulał Polę mocno do siebie.

- Masz rację, to nam było potrzebne. Poczuć się swobodnie, potańczyć, zjeść pyszne jedzenie, wypić wyborny alkohol… oderwać się od… – spojrzała mu w oczy przygryzając wargę.

- Co się trapi Pola? Czego mi nie mówisz?

- Nic… muszę to tylko przetrawić, przeżyć… postarać się iść dalej…Ale poradzę sobie.- bała się tej rozmowy, bała się, że powie o kilka słów za dużo, że nie zapanuje nad emocjami a przede wszystkim bała się, że Paddy nie zrozumie.

-Czemu nie dasz sobie pomóc?

-Kiedy właśnie mi pomagasz! – nie da się uleczyć kogoś ot tak. Tu potrzeba czasu… – spuściła wzrok. – Znowu potrzebuje czasu…- westchnęła smutno.

- Mamy go aż nadto. – Przytulił policzek do jej twarzy, dłonią delikatnie gładził jej plecy.

- Za co mnie kochasz, Paddy? – wyszeptała wprost do jego ucha zaskakując go odrobinę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Pola… Kocham cię nie za coś, a mimo wszystko. – mówił cicho, niskim, gardłowym barytonem, który powodował u kobiety gęsią skórkę. – Miłość…- przymknął oczy wdychając zapach jej perfum na karku. – Miłość, kochanie… jest silniejsza niż ból jaki teraz czujemy… ona przekracza każde inne uczucie. Nie da się jej zmierzyć, ocenić, osadzić w ramy…- ścisnął jej dłoń. – Moja miłość do ciebie nie potrzebuje, aby jej dogadzano, nie stara się o własną wygodę…- spojrzał w jej błyszczące oczy. – Ona buduje dla ciebie niebo wśród tego piekła, w jakim chwilowo się znajdujemy ale… – zacisnął szczęki. – wyciągnę cię z niego… obiecuje. Kocham cię Pola… to wystarczy.

-Kocham cię. Nie chcę cię krzywdzić… sprawia mi to fizyczny ból..

-Nie…- nie skończył zdania.

- Mogę prosić? – na ramieniu Patricka pojawiła się dłoń Pierra. – Zaraz ci ją oddam.

- Tylko jej nie porwij. – Paddy uśmiechnął się odrobinie sztucznie.

-Jeszcze nie teraz. – puścił oczko muzykowi.

-Jak tam mała?- Pierre porwał Polę w ramiona, kiedy Paddy podszedł do baru, stając obok popijającego wino Łukasza,

- Jest nieszczęśliwa…- muzyk cicho stwierdził.

-Ale przeoczyła wyjście byłego męża. Jej skupienie na swoim nieszczęściu ma jakiś… -Łukasz wywrócił oczami – dziwny plus.

-Nawet nie wiem, co ci mam odpowiedzieć… – Paddy zanurzył usta w whisky z lodem.

-Ile już wypiłaś? – Pierre uniósł znacząco brwi.

- A co cię to obchodzi?! Matką moją jesteś, czy jak?! – cała najeżyła się.

- Potykasz się o własne nogi.

-Ja tańczę, kretynie!

-Co się z tobą dzieje Polka?! Aż rzygasz tą frustracją.

-Nie z tobą będę o tym rozmawiać.

- Z Paddym powinnaś, owszem! O ile jeszcze tego nie zrobiłaś!

-On nie zasługuje na brak rodziny… na kogoś… – wypuściła głośno powietrze. – Nie mam gdzie tego upuścić, wyrzucić z siebie! Dlatego pije… więc nic ci do tego!

-Martwię się o ciebie, to wszystko. Nie jestem takim sukinsynem za jakiego mnie mają. – obrócił ją kilka razy.

-Jak zatrzymuje się, pozwalam myślom dryfować… widzę tamten dzień. Tą łazienkę… tą krew. Prześladuje mnie ten obraz.

-Co się tam właściwie stało? Co robiłaś w tej łazience?

-Poważnie? Mam ci powiedzieć co robiłam w łazience?! Zwariowałeś?!- zaśmiała się. – Ze szczegółami sobie życzysz?

- Co spuściłaś w kiblu? – zatrzymali się, Pierre spojrzał jej w oczy.

-Piosenka się skończyła. -natychmiast odsunęła się.

- Co to było, Polka?- trzymał jej dłoń.

-Nie twój pieprzony interes, Pierre! I puść mnie, jeśli nie chcesz afery! Podobno pijana jestem! – warknęła mierząc się wzrokiem z przyjacielem.

-Dobra ok! Już nie dąsaj się. Dajmy Łukaszowi z Paddym dopić drinki. Zatańcz ze mną jeszcze ten kawałek dobra? Obiecuje nie pytać o tamten dzień.

-Ani słowa?

-Ani słowa. – wróciła w ramiona przyjaciela.- Już spokojnie!

-A jak z Edytą?- szybko zmieniła temat. Nie chciała rozmawiać o sobie z nikim, temat jej osoby był dla niej jak niewygodne buty z których próbowała wyskoczyć za każdym razem.

- Gorący seks. Agresywny… Paznokcie do krwi te sprawy… no sama rozumiesz. Znasz mnie. – Teatralnie poprawił włosy.

-Od tej strony nie… i nie mam zamiaru poznawać!

-A kto powiedział, że bym się dał.

- Łatwy jesteś!

-Zdaje ci się. – obrócił ją ponownie.

Po sali rozległy się pierwsze nuty fortepianu, za którym siedział przyprószony siwizną mężczyzna. Zaczął śpiewać… Zamarli.  W tym samym czasie Pierre i Łukasz spojrzeli na ekran za orkiestrą. Pojawiła się na nim Anna.. Jej czarno biała fotografia.Tego się nie spodziewali. Każdy mięsień Łukasza i Pierra napiął się powodując fizyczny ból. Anna z pogardą spoglądała na nich, z ust zwisał jej papieros, czarne włosy targał wiatr.

-Cholera… Anna. – Łukasz warknął.

- Co? Jaka Anna? Kto to jest? -Paddy nic nie rozumiał.

- To jest powód całego zamieszania.

-Co ty mówisz?!- muzyk zobaczył w oczach wysokiego mężczyzny dezorientacje i strach.

- Nie teraz!- odłożył na barowy blat kieliszek z winem. – Posłuchaj mnie uważnie. Weź Polkę i nie odstępuj jej na krok. Zatańcz z nią, nalej jej kolejną szklankę whisky, cokolwiek. Ale niech nie zostaje sama.

-Co ona ma wspólnego z tą kobietą?

- Musze dowiedzieć się kto za tym stoi. Muszę… zadzwonić. – wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i telefon. Nie czekając na odpowiedź muzyka, szybkim krokiem wyszedł z sali. Nie spojrzał na zdjęcie Anny już ani razu.

- Odbijany Pierre! – Paddy porwał w ramiona swoją kobietę. – Skarbie chodź, zjemy coś i napijemy się. – odprowadził ją do stolika.

W zamieszaniu jakie zrobiło się na parkiecie nie zauważyli, kiedy Łukasz i Pierre zniknęli. Zauważyła to jednak Edyta. Rozejrzała się na boki i utrzymując dystans wyszła przed salę za Pierrem i Łukaszem. Stała za rogiem, kiedy słysząc szybkie bicie własnego serca usłyszała również rozmowę dwój mężczyzn.

-Mówię ci! To sprawka Dębskiego! Skurwiel jeszcze nie dojechał a już się dzieje! – Pierre splunął z pogardą.

- Przecież on teraz jedzie z pierdla do…. no kurwa nie wiem gdzie, ale gdzieś jedzie! – Łukasz zaciągnął się dymem z papierosa.

-Ale chyba nie jest problemem zorganizować coś tak durnego!

-Po pierwsze nie krzycz. Były mąż Poli to nie temat to radosnego obwieszczania!

-Wiedział, że tu będziemy. Wiedział gnój jeden, że ona tu będzie! – Pierre w nerwach kopał kamyczki żwiru na niewielkiej ścieżce wokół sali bankietowej.

-Wydaje mnie się, że nie o nią chodziło… – Łukasz zamyślony skubał brodę.

-A o kogo, kurwa mać?! Oświecisz mnie?!

-Uspokój się.Nie potrafię z tobą rozmawiać, jak tak się rzucasz!

-A co by było, jakby tak po prostu wszedł tu na sale?

-Alex z chłopakami pilnuje wejścia, przecież wiesz! I nie wszedłby, wiedział, że tu jesteśmy! A to zdjęcie było do nas! Chciał nam powiedzieć jedną rzecz…- spojrzeli sobie w oczy. – On wie. Zna prawdę!

-Trzeba go sprzątnąć. Stary… trzeba go kropnąć, jak nic! Strzelić gnojowi prosto między oczy… Albo on albo ona… – wskazał na budynek. – Wiesz, że on jej nie daruje.

 

W hotelowej łazience, ubrany jedynie w spodnie, na bosych nogach, stał Iglesias i golił brodę. Maszynkę ustawił na krótki włos i teraz jego twarz zdobił jednodniowy zarost. Obok mężczyzny, siedząc na toalecie, przyglądała mu się blondynka, cierpliwie czekając.

-Nie ogolę ci głowy. – zerkał na nią spod przymkniętych oczu. – Zapomnij!

-Paweł, nie wygłupiaj się. Przecież to nic takiego! – zwiesiła ręce wzdłuż ciała. – Ło Boże!

-Boga w to nie mieszaj! – uśmiechnął się szyderczo. – Jak taka pobożna jesteś to niech on cię ogoli! – wymachiwał maszynką przed twarzą Dominiki. – A zapomniałem, on działa długofalowo! Wyrwie ci każdy włos pojedynczo….

-I co, będę wyglądać jak babcia z zakolami? Tego chcesz?

-Będziesz wyglądać jak babcia, kiedy będziesz mieć między piersiami nie wisiorek a pępek. – pocałował jej usta.

-Dobra, bez sensu! Nie będę się prosić głupiego faceta! – wyrwała z rąk zaskoczonego Pawła maszynkę i jednym zamaszystym ruchem wygoliła sobie szeroki pas idealnie przez środek głowy.

-Jezus! – Iglesias zapiszczał jak kobieta zasłaniając usta. – Jak ty wyglądasz!

-Teraz to Jezus tak?! No jak wyglądam?! Jak kobieta z wygolonym pasem na głowie!

-Wyglądasz… – wybuchł nagłym i głośnym śmiechem podpierając się o ścianę.

-Bo zaraz ciebie ogolę!

-No zgłupiałaś?! I zbankrutujemy!- uchylił się przed maszynką-  Przecież ja tym zarabiam na wszystkie twoje zachcianki! – wskazał na swoje ciało.

-Ale ogolić głowy mi nie chciałeś! Wielkie mi zachcianki!

-Wyglądasz jak ten gość z Monty Pythona! Zatrzep jeszcze głową to chyba posikam się ze śmiechu!

-Tak, i to będzie cholernie męskie! Gol tą głowę! Denerwujesz mnie! – powstrzymywała śmiech.

- Nie jesteś groźna z pasem startowym na czubku głowy. Toż to prawie jak lądowisko w dżungli!

-Zamkniesz się?!

-No już, dobra! – wziął do reki golarkę i stanął za kobietą.- Patrząc w ich wspólne odbicie spojrzał w ukochane oczy swojej kobiety. – Jesteś pewna?

-Spójrz na mnie! Czy ja wyglądam jakbym nie była pewna?! Jedziesz z tym, maleńki!

- Łooo kurwa! – przejechał kobiecie po głowie, wygalając solidny płat skóry. – Ja pierdziele, jakie to dziwne uczucie. – dotknął skóry kobiety. – Jaka szczecinka!

-Paweł streść się z tym goleniem! Zanim dojdzie do mnie, że to bez sensu. – Paweł machnął rękami, przekrzywił na boki głowę, strzelając z kości karku po czym kilkoma ruchami ogolił kobiecie całą głowę.

- Ja pierdole, jak ja wyglądam! – pogłaskała głowę przyglądając się swojemu odbiciu.

-Jak dla mnie… Rajcownie.

-Rajcownie? -spojrzała na męskie dłonie wędrujące pod jej koszulką. Na szyi poczuła ciepły oddech i zobaczyła niebieskie oczy wpatrujące się w nią z nieskrywanym pożądaniem. Szybko ściągnął z niej koszulkę na ramiączkach, odsłaniając sterczące piersi.

- O, naszyjnik! – całował jej piersi, lekko przygryzając sutki.
Oplotła nogami jego biodra, przyciągając go mocniej do siebie.

-Chodź… pod prysznic… – całując go ledwo łapała oddech na kolejne słowa. Powędrowała niżej, do linii spodni, gdzie szybko rozpięła rozporek okalając jego męskość ciepłą dłonią.

- Dawaj portki mała!- odsunął się i chwytając za nogawki jednym zamaszystym ruchem ściągnął kobiecie spodnie. – Chodź do mnie, pokaże ci jak bardzo podobasz mi się… taka skinheadka! – pociągnął ją pod ciepły prysznic.
Oparł ją delikatnie o chłodną ścianę. Nie mogąc powstrzymać zachłannych z pożądania dłoni przyciągnęła go do siebie. Spijała z jego ust każdy oddech, każde słowo. – Kocham cię… Tak bardzo cię kocham! – ujął jej twarz, gładząc kciukiem karminowe wargi.
Odwrócił ją, przytulając tors do jej nagich, mokrych pleców. Zniewolone dłonie poddały się uściskowi, oddając ciało we władanie mężczyzny. Pochyliła głowę, krople ciepłej wody spływały po jej karku, drażniąc skórę wraz z kolejnymi pocałunkami. Palce Pawła zwiedzały  każdy zakamarek jej rozgrzanego ciała. Zanurzyły się w jej kobiecości doprowadzając na skraj rozkoszy. Kochali się powoli,intensywnie, głęboko i namiętnie. Ze spełnieniem opadli na ścianę, zakręcając wodę.

-To było coś! Zawsze mnie zadziwiasz.- Dominika dyszała.

- Do usług. Mogę tak cię zadziwiać codziennie. – zaczesał dłonią czarne włosy. Przyglądała mu się z ognikami w oczach.

- Mam pomysł. – sięgnęła poza kabinę. Po chwili trzymała w dłoniach maszynkę i piankę do golenia.

-Ale… taki fetysz… – spojrzał między nogi Dominiki.- Tylko,że tu nie ma czego golić.

-Orgazm odprowadził ci chyba całą krew z mózgu! Tutaj!- wskazała na głowę. – To jak, gwiazdo…. golimy dalej?

-Mam ci znowu ogolić głowę? Nago? Pod prysznicem? – zaśmiał się. – Tak dziwnej laski to jeszcze nie miałem. – wziął do reki maszynkę.

-I już nie będziesz mieć! – uniosła zawadiacko brwi nakładając sobie na głowę piankę do golenia.

-No to runda druga! Hotel bankrutuje na rachunku za wodę.

-A kto nas tu zna! – zaśmiała się.

 

 

 

Wieczory były jeszcze chłodne mimo połowy marca i budzącej się powoli wiosny. Jim siedział na jednym z wielu pudeł, podczas gdy Angelo pakował kolejne. Przeprowadzali się lada moment, więc teraz mieszkali głównie na pudłach i workach ze spakowanymi rzeczami. Jimmy przez większość czasu milczał. Obracał w dłoniach butelkę piwa, przyglądając się etykiecie. Co chwilę prostował się i brał głęboki oddech na co Angelo spoglądał na niego spod okularów na czubku nosa.

-To twoje sapanie może znaczyć, że albo masz problemy z sercem albo coś cię trapi….

-A nic.- kolejny łyk piwa i kolejne westchnienie.

-Jak nic arytmia.- odkładał kolejne pudło na stos.

-Pogodziłem się z Paddym… – spuścił głowę. – Ale w kurewsko fatalnych warunkach…-odłożył z impetem butelkę piwa i zaczął krążyć po niewielkim, blaszanym baraku, co nie uszło uwadze Angelo.

- No to pogadajmy o tych… warunkach! Siedzisz tu już dwa dni i trzymasz mordę na kłódkę. Może zacznij gadać bo cierpliwość mi się kończy!

-Odwiozłem Polę do szpitala… – spuścił głowę.- Potem przyszedł Paddy… wybaczył mi… może dlatego, że ją uratowałem… a może miał już dość tego syfu, który był między nami…Tak czy siak, wybaczył mi… szkoda tylko, że… stracił dziecko. – Jim usiadł na podłodze i zapłakał.

 

-Czekaj, co? Jakie dziecko?! Co ty pierdolisz?! – Angelo kucnął na wprost brata. – Pola była w ciąży?- poprawił okulary. -Przestań ryczeć! Od kiedy ty płaczesz, co?! Ty?!

-Kurwa, stary jakie to było straszne! Poroniła… wokół niej było tyle krwi… Porzygam się zaraz! Niosłem ją na rękach. Do teraz mam w domu sweter z jej krwią. Nie potrafię go wyprać czy wyrzucić. Z dłoni zmyłem, nie chciałem żeby Paddy widział. – spojrzał na swoje dłonie. Oni wiedzieli o ciąży jak… jak tu byli ostatnio. Jak Kathy zrobiła ten cały cyrk…

- Ja pierdole…- Angelo usiadł obok brata podając mu kolejne piwo. – I nic nam nie powiedział…- zamyślił się.

- Widocznie tyle znaczymy dla niego… jako rodzina…

-Tracimy go Jimmy… znowu go tracimy…

-No… a ty się wyprowadzasz! Też sobie wybrałeś moment!

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 1 komentarz

86. They call me devil

Zameldowali się w hotelu od razu po przyjechaniu do Gliwic. Paweł dbał o jak najlepsze warunki i nie szczędził przyjemności Dominice, co odrobinę ją zawstydzało. Przyjechali popołudniu, a następnego dnia, mieli jechać z samego rana na badania i trzeci wlew. Dominika była dzielna, bagatelizowała skutki chemii, które coraz częściej dawały jej w kość. Traciła apetyt, zdarzało jej się wymiotować, często zaraz po posiłku. Na skórze pojawiało się pełno wyprysków i co najgorsze do zaakceptowania przez kobietę, zaczęły wypadać jej włosy.
Widziała coraz więcej blond kosmyków na poduszce, w odpływie prysznica, na szczotce. To był najgorszy do zaakceptowania objaw jej choroby widoczny gołym okiem. Stała w hotelowej łazience, malując usta ciemną czerwienią. Iglesias siedział na łóżku. Rozmawiał z Paddym. Odkąd Pola opuściła szpital, w ich domu zaczął się nowy etap życia, smutniejszy, mroczniejszy, wypełniony ciszą. Teraz mężczyźni często prowadzili długie rozmowy, w których Paweł próbował pomóc, doradzić przyjacielowi. Lekko uchyliła drzwi łazienki widząc,że Iglesias wychodzi na balkon z telefonem przy uchu. Szybko napisała sms do Fiony: ” Jak mała?”. Długo nie otrzymywała odpowiedzi. Ubrała się, delikatnie zaczesała włosy i dokończyła makijaż. Zabrała marynarkę, torebkę i wraz z Pawłem opuścili hotel udając się na późny obiad.

- Co u nich? Martwię się.- wtuliła się w silne, ciepłe ramię swojego mężczyzny, który dzisiaj wydawał się jeszcze bardziej zamyślony i nieobecny niż zazwyczaj.

-I jest o co… Paddy został trochę sam…Jim wyjechał a kilka dni do Kolonii, jakieś sprawy z córkami, Paddy nie zgłębiał się w szczegóły.

-Teraz? Przecież za chwilę rozwód Fiony?! Chyba nie uciekł?

-Nie. Fiona sobie poradzi. Zresztą od pewnego czasu Filip nie stwarza problemów, ciekawe tylko na jak długo!

-Patrickowi został jedynie Adam, no i ten cały Pierre, ale w nim raczej nie znajdzie przyjaciela, tak podejrzewam. -Dominika wywróciła oczami.

-Tym bardziej martwię się o niego.- Na jego czole pojawiła się gruba bruzda od zbiegniętych brwi.

-Paweł a może…-przygryzła wargę intensywnie zastanawiając się. – A może jedź do nich teraz, a ja zostanę? Nie musisz być ze mną przy każdej chemii.

-Absolutnie, nie zgadzam się! – zasiadali do stołu w przytulnej restauracji. – I do niczego się nie zmuszam! Chcę, rozumiesz?! Kocham cię i chcę z tobą być, nawet jak będę musiał jeździć do tych cholernych Gliwic co tydzień! Wracamy za trzy dni, wytrzymają jakoś bez nas! Poza tym,to ty jesteś dla mnie najważniejsza! – strzepnął agresywnie dużą serwetę i położył ją na kolanach.

-Ten kawałek materiału nie zrobił ci aż takiej wielkiej krzywdy. – zmarszczyła brwi przyglądając się Pawłowi. – Co jeszcze cię trapi?

-Paddy chyba nie mówi wszystkiego. Coś czuje, że gdzieś tam jest jeszcze jakiś trup w szafie!- skubał swój dwudniowy zarost.- Muszę zgolić tą brodę! Kuje mnie w szyje!

-Trup w szafie? – zachichotała.

-Nie znasz tego określenia? Coś się jeszcze dzieje!

-E tam! Przesadzasz! Pola z nim nie rozmawia, z nami w sumie też nie. Jemu nawet dotknąć się nie da! Paddy musi pracować a sytuacja mu tego nie ułatwia! Przerasta go to.Nie dziwne, że sobie nie radzi! I nie uważam, żeby było coś jeszcze. Zamówimy?

-Jesteś głodna? -zmierzył blondynkę z uznaniem. – Bardzo mnie to cieszy!

-Nie czuję głodu ale wiem, że coś zjeść muszę! Więc…makaron?

-A ja może jakieś mięcho z grilla? – znowu masował brodę.- Poważnie, muszę się ogolić. Jak tylko wrócimy do pokoju!

-To ja od razu ogolę sobie głowę. – kobieta wpatrywała się w kartę dań a Paweł z kolei, gapił się na Dominikę.

-A nie, bo ty tak serio?!- odchylił się, po chwili wpatrywania w duże, błękitne oczy.

-Tak, serio! – spojrzała na niego. – I tak je wszystkie stracę. Ale chyba nie chcę czekać, aż same wypadną. Dobijające to jest. – wróciła do karty dań.- Zrobić to raz, a dobrze!

- Przepraszam, z pracy!- Iglesias pokazał ekran telefonu. – Muszę być w poniedziałek w agencji. Zamów, proszę. – pogłaskał jej ramię i wyszedł przed restaurację.

 

 

Kolejne akordy nie brzmiały tak jak powinny. Nie radził sobie. Co kilka chwil wypuszczał głośno powietrze. Męczył się, co dostrzegali również koledzy z zespołu. Nagrywali „little giants”. Paddy co chwilę sięgał po butelkę z wodą, zamyślony wyglądał przez okno, mylił tekst. Christian z Sebastianem wymieniali znaczące spojrzenia coraz częściej, a po kilku godzinach, każdy prosił w duchu, aby Paddy zakończył już ten dzień. Ten jednak uparcie trzymał się próby. Po czterech godzinach, odłożył gitarę na stojak i usiadł na rozkładanym krześle. Pochylił głowę, a palce wplótł we włosy. Czuł się bezsilny, niemoc towarzyszyła mu od ponad tygodnia. Nie wiedział co robić. Nawet jego cierpienie schodziło w tym momencie na dalszy plan. Martwił się, a może nawet bał. Tak, bardziej czuł strach. Przerażało go zachowanie Poli, jego uczucie podkręcała wiedza, jaką uzyskał po osobliwych odwiedzinach Łukasza. Nosił to wszystko w sobie i choć o przeszłości Poli i jej rodziny nie mógł nikomu powiedzieć, tak o kryzysie w ich domu musiał z kimś pogadać, wyrzucić to z siebie.

-Paddy…możemy ci jakoś pomóc? – Christian podał muzykowi kubek kawy z mlekiem.

-Dzięki stary, ale chyba nie. Muszę przewietrzyć umysł.- delikatnie odłożył kawę na parapet, zacisnął usta w wąską kreskę. – Skończmy na dzisiaj. I tak nic dobrego z tego nie wychodzi! – wyszedł z pomieszczenia i wpadł wprost na Willa.

-Pogadamy? Chodź!- Irlandczyk objął Paddiego ramieniem i zaprowadził do auta. Po kilku chwilach siedzieli w małej knajpce, gdzieś daleko od miasta. – Tutaj możemy w spokoju pogadać. Nie ma dziennikarzy…- przyjrzał się muzykowi. – A skoro mowa o dziennikarzach…

-Nie wiem Will! – przetarł dłońmi twarz. – Nie umiem do niej trafić. W szpitalu sądziłem, że razem to przejdziemy, razem przebolejemy stratę. Teraz widzę, że ona sama próbuje sobie z tym poradzić.

-To chyba nie jest takie złe, skoro próbuje? Gorzej byłoby, gdyby zatracała się w tym swoim nieszczęściu.

-Może tak jest. Nie wiem, cholera! Nie rozmawia ze mną, nie wiem co jest! A może ona też sobie z tym nie radzi?!

-Też?- Will zmrużył spojrzenie.

-A od kiedy ty się taki przenikliwy zrobiłeś, co?- Paddy zanurzył usta w gorącym napoju. – Wiesz z czym mam problem? Jako facet, powinienem dawać jej oparcie, ostoję. Panować nad tym, jak na głowę rodziny przystało!

-Z tą głową przesadziłeś! Głowa nie jest taka ważna jak szyja, mój drogi przyjacielu. A kobiety są tą cholerną, żylastą szyją, która kręci nami na boki!

-Jak Była żona, Will! – lekko uniósł kąciki ust.

- Nie bądź taki mądry! – uniósł filiżankę do góry- Zdrowie!

-A poważnie, co ja mam zrobić?

-Nie wiem Paddy.

-Tak po prostu, nie wiesz?

-No nie wiem! Jedyne co mogę doradzić to czas i cierpliwość. Może na tym balu dziennikarzy trochę wam się polepszy? Oderwiecie się.

-Może masz rację. Przyda nam się chwila oddechu.

-A jak nie, to weź wolne.

-A płyta? Koncerty?

-Wszystko da się przesunąć. Są rzeczy ważne i ważniejsze Paddy. A ona jest…

- Najważniejsza! Dzięki Will, świetny z ciebie przyjaciel.

 

 

 

 

-Ogłaszam rozwód Pana Filipa Kamińskiego z Panią Fioną Kamińską…- dalsze ogłaszanie wyroku nie docierało do jej uszu. Siedzieli naprzeciw siebie. Widziała ogromy smutek w oczach Filipa. Bolało ja serce, bolała ją dusza. Coś się właśnie kończy. Jakiś etap ich życia zostaje zamknięty. Przed oczami przelatywały jej obrazy ich wspólnie spędzonych lat, a teraz tego nie ma. Czas się rozstać, odwrócić i iść w swoją stronę nie oglądając się za siebie. Między palcami okręcała papierową chusteczkę, którą co jakiś czas wycierała łzy. Pożegnała się z adwokatem i chwilę stała na chodniku, szukając telefonu w dużej, czerwonej torbie.

-Zawsze miałaś z tym problem. Musisz nosić telefon na łańcuszku, najlepiej na szyi. – Przed nią nagle pojawił się już były mąż.

-Albo kupić mniejszą torbę. – wysiliła się na delikatny uśmiech.

- Nie w twoim stylu. – zapinał płaszcz – Gdzie byś trzymała cały swój świat? – również uśmiechał się.

-W garści Filip.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Jesteś wolną kobietą. Jak się z tym czujesz?

-Nigdy nie byłam zniewolona, żeby teraz być wolną. – poprawiła rozpuszczone włosy – A jak się czuję w tej całej sytuacji? – napięcie powoli z niej schodziło – Dziwnie… trochę mi przykro… trochę czuję ulgę.- wzruszyła ramionami. – Ciężko określić.

-Czekasz na Jima? Ma podjechać?

-Nie. Jim jest w Kolonii. – wytrzymała jego ciepłe spojrzenie.

- Czy będzie nietaktem, jeśli teraz zaproszę byłą żonę na kawę? No i może kawałek sernika

-Filip, no nie wiem. – zakłopotanie odrobinę mieszało jej w głowie.

-Nie przesadzaj. Byliśmy małżeństwem, pamiętasz? – zaśmiał się, a i ona lekko się rozchmurzyła.

-Jakoś chyba pamiętam jeszcze te stare czasy. – przyjrzała mu się. – Ok. Ale małe espresso i pół porcji sernika. – odwróciła się w stronę kawiarni.

- I tak wiem, że zamówisz największy kawałek.

-Będzie okazja ustalić co dalej…

-Fiona…- usiedli w kawiarnianych fotelach. – Nie wiem jak mam ci to powiedzieć. – bawił się obrączką na swoim palcu, której zapomniał zdjąć. – Złapałem zlecenie. Duża fucha. Będę musiał wyjechać, zostawić cię samą, chociaż… – ściągnął obrączkę i położył ją na stoliczku, przed kobietą. – Chyba nie będę ci aż tak potrzebny?

-Zawsze będziesz mi potrzebny. A właściwie to chłopcom, im oczywiście! Ale skoro masz jakiś projekt, to powiesz mi coś więcej?

-Projekt biurowca. – zawahał się, spojrzał ciepło w oczy Fiony. – W Szwecji.

-W Szwecji?!- prawie zakrztusiła się małym łykiem kawy. – Już podjąłeś decyzję? -Zasadniczo tak. Wylatuje za niecałe dwa tygodnie.

-A firma? Sądziłam, że zajmiemy się twoją spłatą i oddam ci ją w całości.

-Tak właśnie będzie. Mój notariusz będzie z tobą dopinać sprawę.

-Wiesz, że to nie w porządku? – pobiegła wzrokiem za wstającym mężczyzną.

-Wiem, ale nie  mam innego wyjścia. Chcę cię spłacić, muszę zarobić tą kasę.

-Jednym słowem, bierzesz się za życie? Nareszcie dorastasz, brawo!

-Można tak powiedzieć. Muszę już iść. Mogę?- pochylił się nad siedzącą Fioną a gdy kiwnęła głową, pocałował ją w policzek. – Przyjadę pożegnać się z chłopcami.

-Filip! Przyjedź wcześniej, chłopcy tęsknią.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Oczywiście. Dziękuję. Pozdrów Jima. – szybko opuścił kawiarnię, dopinając pod szyją płaszcz. Wyciągnął telefon i wykręcił ostatnio wybrany numer. – Łukasz? Chcę potwierdzić twoją ofertę. Kasa na spłatę Fiony firmy. Przelejesz? Gotówką? Dobrze. Wiem jaki jest warunek! Z niechęcią to robię. Tak wiem, że inaczej nie zobaczę tej kasy. Ale to są moje dzieci! – przetarł dłonią twarz. – Dam się zamknąć. Wiem, że to dla mojego dobra. – podszedł do swojego samochodu. – Za dwa tygodnie zgłaszam się na miejsce. – wyciągnął z kieszeni wizytówkę: ” Klinika leczenia uzależnień”. – Będę na pewno. Dnia następnego chce mieć kasę. Wiem, że nie ja stawiam warunki… wybacz. Do usłyszenia. – rozłączył się, wypuścił zgromadzone w płucach powietrze i odjechał.

 

 

Wrócił późno. Ostatnio tak właśnie wracał. Nie miał ochoty siedzieć w ciszy obok ukochanej osoby. Ciszy, która wdzierała się swoimi oparami w najdalszy nawet kąt. Ciszą przesiąknięte było ich łóżko, ostatnio dzielące na pół niż jednoczące w całość.
Jadąc windą na piętro zastanawiał się, jak będzie wyglądać ich dalsze życie.Czy właśnie tak? A może potrzebują czasu, podobno on leczy wszelkie rany, albo przynajmniej uczy nas żyć z bliznami, jakie zostają na naszej duszy. Strata boli, bardzo boli. Strata kogoś, kogo się nie znało, a już kochało jest bolesna ale widzieć jak powoli odchodzi od ciebie cześć twojego serca, boli jeszcze bardziej.
Z ciężkim westchnieniem przekroczył próg domu. Na białej komodzie w przedpokoju leżała jej torba, a obok gruba teczka z materiałami do artykułu. Przez ułamek sekundy pomyślał, że dawno nie widział Pierra, co wydawało się dziwne, bo przecież zawsze był blisko. W piekarniku dochodziła porcja pieczonego mięsa, całe mieszkanie wypełniało delikatne światło z małych lamp stojących w rogach pomieszczeń.

Usłyszał plusk wody. Była w łazience. Drzwi nie były zamknięte, odrobinę uchylając rąbka tajemnicy. Cicho podszedł i stanął przy samym wejściu. Jedną dłoń położył na klamce, drugą oparł o białe drewno. Nie wiedział czy może wejść. Pierwszy raz, od roku, odkąd byli razem, zawahał się czy powinien? Spuścił głowę, wypuścił powietrze i powoli uchylił drzwi łazienki. W pomieszczeniu było duszno i gorąco. Otaczała ją srebrzysta, połyskliwa piana, która gdzieniegdzie powoli spływała z jej gładkiej skóry. Miała przymknięte oczy i głowę spoczywającą na zwiniętym ręczniku. Dłoń bezładnie zwisała poza krawędzią wanny. Wyglądała tak spokojnie. Bez ruchu, z lekko zapadniętymi policzkami, odrobinę rozchylonymi ustami i wodą delikatnie falująca wokół ciała.

Usiadł na brzegu. Jego dłoń spoczywała niedaleko jej stopy. Otworzyła oczy i spojrzała w smutne tęczówki mężczyzny.

-Nie wiem jak ci pomóc Pola…- zaczął cicho. – Nie mogę patrzeć jak ginie w tobie światło, jak zadręczasz się i zapadasz w siebie coraz bardziej. Wiem, że potrzeba czasu, ale pamiętaj, że ja tu jestem i kocham cię najmocniej na świecie. – szeptał. Delikatnie ujął stopę kobiety, powoli masując ją niewielką gąbką. – Rozmawiaj ze mną, błagam cię. – spojrzał w jej oczy po raz drugi.

-To wszystko moja wina… – odwróciła wzrok. – Gdybyś mnie nie spotkał…- łza popłynęła po nieruchomym policzku.

-Nie możesz tak mówić! Tonie twoje wina! Tak musiało się stać…

-Byłbyś szczęśliwy, Paddy…

-Tego nie wiesz… Nie byłbym szczęśliwy bez ciebie. – zaprzeczył głową.

-Teraz też jesteś?- wyszeptała.

-Pola, ale to przejdzie. Poradzimy sobie a potem może…- skupił wzrok na czerwonych paznokciach stopy kobiety.

-Może co? Kolejna próba? Nie stracę trzeciego dziecka… Nie chcę przez to przechodzić znowu, a i tobie tego nie zrobię. Nie skrzywdzę cię w ten sposób…

- To będziemy żyć razem, we dwójkę. Kocham cię…- uklęknął przy wezgłowiu wanny. Pogłaskał jej policzek ciepłą dłonią. – I nic tego nie zmieni. Pomogę ci Pola! Jestem tu, przy tobie. Słyszysz?! Nie odejdę.

-Jak w twojej piosence co? – ujęła jego dłoń.

-Jak w mojej piosence, maleńka. Wyjdź, proszę. Mały krok, nie spieszmy się. – sięgnął po duży, biały ręcznik.
Czekając, aż Pola wyjdzie z wanny by móc ją otulić, miał wrażenie, że coś spada z jego płuc, że może teraz mógłby wziąć chociaż jeden głęboki oddech. – Za kilka dni minie rok…

-Tak, wiem…- odpowiedziała smutno, owijając się szczelnie ręcznikiem. – Nie wiem tylko czy mamy co… świętować. – na te słowa ucisk w płucach Patricka powrócił.

-Pomyślałem…- wychodził powoli z łazienki.- Poszlibyśmy na ten bal dziennikarzy, może… pomogłoby nam. Oderwalibyśmy się.

-Dobrze. Skoro chcesz. – odwróciła się do lustra. – To pójdziemy.

- Pola…- cofnął się. – Spójrz na mnie. – odczekał moment. Spojrzała załzawionymi oczami.
-Kochasz mnie jeszcze?

-Od dnia kiedy zobaczyłam cię w parku. Nigdy nie przestałam cię kochać, Paddy.

- Czyli… mimo tych gorzkich słów… jest o co walczyć i co świętować. Pamiętaj, ja nie odpuszczę. Dopóki mnie kochasz…- uderzył lekko w futrynę drzwi.

- Cieszę się, Paddy.- wyszeptała sama do siebie. – Tylko nie przestawaj… – wsparła dłonie o umywalkę pod lustrem. – Błagam cię. – dodała do samej siebie.

 

 

 

Edyta krytycznym okiem spojrzała na swoje odbicie. Było dobrze. Czuła się seksownie i kobieco. Czerwona, obcisła sukienka była jej asem w rękawie, trzymała ją na wyjątkowe okazje, jaką niewątpliwie był wiosenny, dobroczynny bal dziennikarzy. Marcin miał po nią przyjechać, jak zawsze na godzinę przed balem. Wypijali po drinku dla rozluźnienia a potem wkraczali na salę, otoczeni kolegami po fachu. Miała jeszcze sporo czasu, ale lubiła być wcześniej przygotowana. Ściągała niewidzialną nitkę z czerwonego materiału, kiedy zadzwonił dzwonek do drzwi. W pierwszej chwili pomyślała, że to zapewne Marcin jest wcześniej. Z uśmiechem odsłaniającym śnieżnobiałe zęby, otworzyła drzwi.
Stał w nich wysoki, barczysty mężczyzna. Ubrany w elegancki garnitur, trzymał w dłoni mlecznobiałą paczkę, przewiązaną bordową, szeroką wstążką.

-Pan chyba się pomylił. Nie czekam na kuriera – przyjrzała mu się – Czy kogoś podobnego.

-Proszę, to dla pani. – bezceremonialnie podał jej pakunek. – Będę czekać. Przed wejściem. – nie czekając na odpowiedź Edyty, udał się na zewnątrz.

-Ale… że co?- Nic nie rozumiała. Zamknęła drzwi i położyła paczkę na łóżku.

Nalała sobie szklankę wody i popijając ją małymi łykami, krążyła wokół intrygującego pakunku. Co chwilę zerkała na niego walcząc ze swoją narastającą ciekawością.

-A dobra! Co mi tam! – dopiła ostatni łyk wody, odłożyła szklankę i pociągnęła za wstążkę. Powoli ściągnęła wieko pudełka. W środku był jakiś materiał zawinięty w delikatny, waniliowy papier. Na wierzchu, w asyście czerwonej róży, leżał liścik.

” Nie potrzebujesz ozdabiać się w czerwień. Suknia powinna być jedynie ramą dla takiego dzieła sztuki. ”

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

- Acha, czyli nie czerwony. – sięgnęła po materiał. Była to rozkloszowana  suknia w kolorze głębokiej czerni. Misternie zdobiona czarnym ornamentem, stapiając się w jedną całość. Była kunsztownie uszyta i niesamowicie ciężka.  Nie zastanawiając się długo, zsunęła z siebie czerwoną kreację i założyła czarną. Spojrzała na siebie. – Jezu…. Wyglądam jak milion dolców! – delikatnie dotknęła materiału. – I pewnie tyle kosztowała. Marcin jest nienormalny. – uśmiechnęła się do liściku, zabrała torebkę, skropiła kark odrobiną perfum i wyszła.

Przed budynkiem stał czarny samochód z przyciemnionymi szybami. Wysiadł z niego wcześniej widziany, barczysty mężczyzna. Otworzył Edycie drzwi, zapraszając do środka.

-I mam tak po prostu wsiąść? Kto cię przysłał? – zmrużyła podejrzliwie oczy.

-Nie mogę pani powiedzieć.

-A gdzie jedziemy? To muszę wiedzieć.

- Mam panią zawieź na bal. Tyle mogę powiedzieć. – cień uśmiechu pojawił się na twarzy osiłka.

-Dobra. Niech ci będzie. – Wsiadła. Na siedzeniu obok leżała kolejna róża i kolejny liścik.

„Zarezerwuj dla mnie choć jeden taniec.”

Marcin nie byłby w stanie zorganizować czegoś takiego. Powoli zaczynała podejrzewać. Ale czy możliwe? Nie widziała się z nim od tak dawna. Unikał jej? A teraz…
Samochód zatrzymał się, ale kierowca nie wysiadł. Kilka sekund stali bez ruchu. Nagle drzwi otworzyły się i przed oczami Edyty pojawiła się kolejna róża, tym razem w męskiej dłoni. Zabrała ją i położyła na siedzeniu, razem z innymi kwiatami. Męska dłoń dalej wyciągnięta w jej kierunku, trwała w oczekiwaniu. Delikatnie, powoli ujęła ją, pomagając sobie w ten sposób wysiąść z samochodu. Uniosła głowę i stanęła twarzą w twarz z Pierrem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

- Zachwycająca… jak zawsze. – pocałował jej dłoń.

 

 

 

 

 

W otoczeniu półmroku i wczesnowiosennego chłodu pewien ciemnowłosy mężczyzna odbierał swoje rzeczy, zakładał skórzaną kurtkę i opuszczał krakowski budynek. Czekał na niego niepozorny samochód. Ogromne, metalowe drzwi zamknęły się za nim z hukiem.
Stał kilka sekund na chodniku paląc papierosa.

-Szefie? – dwóch rosłych mężczyzn podeszło do niego.

-A myślałem, że w pierdlu rzucę to gówno! – zgasił papierosa zgniatając go butem. – Gdzie Weronika?

- W domu. Czeka na szefa.

-Dobrze. A moja była żona? Na balu jak co roku?- uśmiechnął się szyderczo.

-Tak. Z Pierrem i Łukaszem.

- Tyle pieczeni… a tylko jeden ogień… cóż. Najpierw obowiązki, przyjemności potem.- wsiadł do samochodu. – Wieź mnie do domu.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 2 komentarzy

85. If I Should Fall Behind

-Myślisz, że jest już po badaniach?- Dominika kroczyła powoli z Fioną.

-Jest już późny poranek. Jak nie to zaczekamy najwyżej. – szatynka spojrzała na zegarek

-Mogłyśmy zadzwonić do Mikołaja.

-A coś ty taka drażliwa? Ja wiem, że godzina za wczesna jak dla ciebie ale sytuacja też wyjątkowa!Poza tym Mikołaj to kardiologia a nie ginekologia.

-Wiem wiem. Całą noc nie spałam. Martwiłam się! Poza tym nie czuje się najlepiej…

-Chemia daje w kość?- przemierzały szpitalny korytarz

-A nawet nie wspominaj. Rzygałam jak pies przez pierwszą dobę.

-Radzisz sobie jakoś?- chwyciła dłoń Dominiki.

- Czasami sobie nie radzę… ale nie mam innego wyjścia. Ale teraz nie o tym ok? Mój rak może poczekać… Pola nas potrzebuje! – przyspieszyły kroku.

-Pusto… – przymknęła drzwi sali gdzie leżała ich przyjaciółka. -Pewnie jeszcze nie wróciła z badań.

-Zaczekamy… – usiadły na drewnianej ławeczce.

-Paweł jak znosi całą waszą sytuację?

- Nie mówi o tym… – Dominika zwiesiła głowę pochylając się nad kubkiem kawy.- Nie jest na to gotowy…

-Nasz twardziel poległ?

-Każdy ma swoją granicę… Iglesias dotarł właśnie do jednej ze swoich. – drzwi na korytarz otworzyły się. Zobaczyły swoją siostrę siedzącą na wózku prowadzonym przez młodą pielęgniarkę. W pierwszym momencie nie poznały Poli, która bardziej przypominała cień samej siebie niż tamtą, wesołą kobietę sprzed kilku dni.

-Kochanie, jesteśmy! – Fiona ujęła jej dłoń i razem podjechały pod same łóżko. Pomogły jej wstać, poprawiły poduszki i pozwoliły Poli ułożyć się wygodnie.

-Coś wiadomo?- Dominika nieśmiało zapytała. Bały się wspominać, mówić o przyczynie trafienia do szpitala.

-Nie wychodzę dzisiaj… mam za mało krwi…- Pola odezwała się po raz pierwszy, mówiła zachrypniętym, niskim głosem. -Ale bardzo wam dziękuję, że przyszłyście. Nic mi nie jest…- próbowała podnieść się na poduszce. – Czuje się bardzo słabo jedynie…

 

 

 

 

 

 

 

 

-Pola, to może…

-Tak, zadzwoń do Paddiego. Powiedź mu, że nie wychodzę dzisiaj. – Mówiła chłodno, spokojnie, wręcz formalnie.

-Już dzwonię! – Fiona ścisnęła dłoń przyjaciółki po raz kolejny i wyszła na szpitalny korytarz, wykręcając numer.

-A ty jak….- Dominika nieśmiało zapytała

-Ja nic! – odpowiedziała hardo. – Opowiedz lepiej jak było w Gliwicach. Jak przechodzisz chemię. Bardzo źle?

-Polka, co ty wyprawiasz? Pytasz mnie o szpitale a sama w takim się znajdujesz? Nie chcesz o tym rozmawiać to nie będziemy! – Pogłaskała jej zmierzwione włosy. – Jestem twoją siostrą… nie musisz przed nami udawać. – usiadła na brzegu łóżka i spojrzała przyjaciółce w oczy – Powiedź nam, co czujesz?- Za Dominiką pojawiła się Fiona.

-Nic….- przekładała między palcami rąbek pościeli.

-Nic?

-Kompletnie nic… czuje pustkę. A właściwie…. nic nie czuje….- wzruszyła ramionami. – Chcę stąd wyjść, wrócić do domu… wykąpać się i przeczytać książkę.

- Książkę? – Fiona odrobinę podniosła głos ale dyskretnie uszczypnięta przez Dominikę nie pociągnęła wypowiedzi o kolejne słowa.

-Skarbie… niedługo wyjdziesz, weźmiesz kąpiel w wannie i przeczytasz tyle książek ile będziesz chciała.- Dominika uśmiechnęła się sztucznie. Widziała swoją przyjaciółkę, szarą, nieobecną, z tępym wzrokiem utkwionym gdzieś w oddali. Spod igieł wbitych w jej cienką skórę wyrastały fioletowe plamki powoli zlewając się z kolorem jej skóry.

-Idźcie już… Paddy za niedługo przyjedzie. – nakryła się pościelą i lekko przymknęła oczy.

-Dasz sobie radę? Może jednak zostaniemy?- Fiona dalej stała przy łóżku.

-Idźcie… przecież się nie zabije…- to zdanie zawisło między kobietami….

 

 

 

 

Wysoki, ciemnowłosy, groźny mężczyzna siedział bezruchu, wpatrując się w wykończonego ostatnimi wydarzeniami muzyka. Paddy z każdą upływającą chwilą czuł coraz większą moc bijącą od Łukasza. Było w nim coś władczego a zarazem dostojnego. Wyglądał jakby każdy jego gest, ruch dłoni, lekki, szyderczy uśmiech, drgnięcie powieki było dokładnie zaplanowane i przemyślane.

-Zrobię sobie chociaż kawy… padam na twarz.- Paddy oderwał wzrok od hipnotyzującego spojrzenia.

-Nie ma takiej potrzeby. – Łukasz lekko skinął dwoma palcami a barczysty, duży mężczyzna zniknął w kuchennej wnęce.

-Kim ty jesteś? – Paddy pochylił się w stronę Łukasza. – Naczelny nie wkrada sie do czyiś mieszkań w towarzystwie goryla…- wskazał brodą osiłka, który stawiał przed Paddym kubek kawy.

- Taka jak lubisz, prawda? Dwie łyżeczki cukru… – Łukaszowi drgnęły kąciki ust.

-Skąd? Jakim cudem? Pola mówiła… stąd wiesz?

-Zapewne masz dużo pytać Patricku? – pokerowa twarz zastygła w oczekiwaniu na odpowiedź

-Nie ukrywam. Przede wszystkim co tu robisz, do cholery i dlaczego zabierasz mi czas?! Muszę wrócić do szpitala, do…

-Nic jej nie będzie. – spojrzał na osiłka. – Zostaw nas.- W kilka sekund Łukasz i Paddy zostali sami, wśród ciszy jaka wypełniała całe mieszkanie. -A teraz odpowiedz mi na pytanie… Kim jestem? I dlaczego pojawiłem się w najgorszym momencie twojego dotychczasowego życia?- szczęki Patricka pulsowały od nadmiaru wrażeń. Szybko analizował całą sytuację.

-Nie mam pojęcia czego ode mnie chcesz! – podniósł głos. – Nie wiem czego ode mnie oczekujesz! – wstał zdenerwowany. – Ale prosiłbym cię grzecznie o opuszczenie mojego mieszkania. – wskazał dłonią drzwi sam stając tyłem do swojego rozmówcy.

- Znałem jej ojca….- wyciągnął srebrną zapalniczkę i odpalił cygaro.

- Co?- Paddy powoli odwrócił się i spojrzał ogromnymi ze zdziwienia oczami wprost na spokojnego Łukasza. – O czym ty mówisz?! Kim był jej ojciec? – zakręciło mu się w głowie i ostrożnie opadł na fotel. Jego oddech i bicie serca w nienaturalny sposób przyspieszyły.

- Kimś, kogo powinieneś się bać… poważnie bać. – wstał i wciągając do płuc aromatyczny dym cygara zaczął krążyć po mieszkaniu, przyglądając się zdjęciom Poli z Patrickiem.

-Przecież on nie żyje…miał wypadek!

- Tak… – zamyślił się. – Jechał uratować swojego przyjaciela…

-To odrobinę uszlachetnia jego bezsensowną śmierć w wypadku samochodowym… – Był skupiony, wyłapywał każdą informację, strzępek wiedzy jaką przekazuje mu elegancki mężczyzna w czarnym garniturze.

-Ależ nie Patricku…żadna śmierć nie jest bezsensowna. Ma na nas wpływ….- odwrócił się w stronę okna. – Na Polę też miała.

-Możesz jaśniej? – wplótł palce we włosy niczego nie rozumiejąc.

- A kojarzysz nazwisko Dębski?- zobaczył rozbiegany wzrok muzyka – Widzę, że nie kojarzysz… To Marek… były mąż Poli…

-Ten skurwiel?! Pracujesz dla niego?

-Absolutnie…. nie! Nie oceniaj mnie aż tak źle! – uśmiechnął się, odsłaniając rząd białych zębów, niczym wygłodniałe zwierzę. – Gdyby tak było… leżałbyś już z dziurą między oczami.

-Słucham?! – Paddy zbladł. – Co ty mówisz? Jesteście jakąś mafią?

-Nie lubię tego określenia. Może być „uśpieni”, jak z tego filmu… oglądałeś?- poprawiał srebrny zegarek na nadgarstku.

- Tak sie składa, że jakoś przeoczyłem tą produkcję. – wycedził przez zęby.

-Wróćmy do tematu… Otóż… – rozpiął garnitur, poprawił spodnie i spokojnie usiadł naprzeciw Paddiego, odsłaniając szelki z bronią ukrytą pod ubraniem. – Marek próbował zabić tego przyjaciela, o którym ci wspominałem….Skatował go tak niemiłosiernie, że poznaliśmy ciało jedynie po znakach szczególnych…

-Zabił go? Marek jest mordercą?!

-Możesz przestać dziwić się na każdą rewelację?! – zaśmiał się. – Może przyjmijmy od razu, że nikt w tej opowieści nie jest bez winy….I tak, Marek myślał, że zabił tamtego faceta…w pierwszym założeniu miał nim być ojciec Poli…Jednak Marek dostał błędne informacje i pojechał skatować nie tego faceta co trzeba…

-Skatować?- ciało Paddiego instynktownie wbijało się w fotel.

-Marek, drogi Patricku, to socjopata i psychol… bardzo niebezpieczny. Rzadko kiedy sięga po broń… woli jak krew tryska spod kolejnych uderzeń… woli rozciąć ciało nożem niż strzelić ale…- spojrzał na bladego, przerażonego Patricka.- to już wiesz, Pola ci opowiadała….czyż nie?

-Co było z tamtym przyjacielem i ojcem Polki? – prawie wykrzyczał z napięcia jakie w nim kumulowało cały tygiel emocji..

- Zabili ojca Marka…

-Kto? Który? O czym ty mówisz?! Kurwa…. to się nie dzieje na prawdę! – Paddy nieświadomie kiwał się do w przód i tempo gapił się w linie drewna na podłodze.

-Na prawdę to zabił Edmund, ojciec Poli…

-Zabił człowieka?

-No tak wyszło. Winę za śmierć ojca Marka wziął na siebie nasz skatowany przyjaciel.

-Dlaczego?!

-Nie krzycz… A dlaczego… Edmund miał dziecko, małą Polę. A rodzina….- odwrócił wzrok. – to rzecz święta!

-Tamten chciał chronić ojca Poli za wszelką cenę… co to za więź była! – zapytał retorycznie.

-Krwi… ale dzisiaj nie o tym! – machnął dłonią. – Napij się kawy, zbladłeś.

-Ze strachu…

-Przy mnie nic ci nie grozi… gwarantuje ci! – spojrzał na ekran telefonu. – Dobra pospieszmy się. Marek katuje faceta… nadążasz?

-Kurwa staram się… – zmrużył oczy wpatrując się jeszcze intensywniej w Łukasza.

-Ostatkiem sił wykręca numer do ojca Poli, Edmunda. Ten, lekko już pijany, słyszy jak zabijają jego przyjaciela. Ładuje magazynek i wsiada do auta, jadąc na pomoc przyjacielowi. Zapierdala i rozbija się o drzewo. – wygiął usta w podkówkę. – Wychodzi z tego, że Pola nie kłamała z wersją śmierci ojczulka.

-Co było dalej?  I dlaczego Marek nie odpowiedział za swoje czyny?!

- Bo tamci zabronili… A my nie robimy czegoś jeśli nam zabraniają.

-My?

-A o tym za chwilę. – zgasił cygaro i wypił ostatni łyk kawy. – Ten mały sukinsyn sądził, że zabił tego skatowanego.

-Czemu nie mówisz jak miał na imię.

-Mam zabronione.- Łukasz powiedział krótko ucinając kolejne pytania. – Wszystkie wydarzenia dzieją się w bardzo krótkim czasie. Marek dowiaduje się, że popełnił błąd, i że zabił nie tego co trzeba. Nie wie jeszcze, że ojciec Poli już nie żyje. Podejrzewa, że zwiał ze strachu przed srogą zemstą, tymczasem on już leżał w kawałkach w kostnicy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Porzygam się zaraz. Pola nie powiedziała o śmierci ojca?

-Już wtedy bała się Marka niemiłosiernie.

-Marek nie znajdując ojca Poli… mści się na niej…- Paddy skubał dolną wargę

-Tak właśnie było. Kiedy Pola została prawie zabita, mieliśmy bardzo kiepski bilans… Jeden pod ziemią, drugi wracający do zdrowia po ciosach kijem bejsbolowym, nożem i cholera wie czym jeszcze…a Pola… no sam wiesz… To była rzeź! – zacisnął szczęki, widać było, że Łukasza bolą tamte wspomnienia.

-Dlaczego go nie zabiliście!? Przecież on zasługuje na śmierć jak nikt inny!  Boże, co ja wygaduje?!

-Nikt nie zasługuje na śmierć! – uniósł ostrzegawczo palec. – I nie mogliśmy go zabić… mieliśmy zabronione! Mieliśmy go odizolować ale nie zabijać…

-Dlaczego?! Przecież to się kupy dupy nie trzyma!

-On też stracił ojca… zabiliśmy mu rodzica… nie jest gorszy od nas… Jest taki sam!

-Czyli jaki?! Kim wy jesteście?

-Jej aniołami stróżami! Można nas tak nazwać…- prychnął z delikatnym uśmiechem.

-Coś wam to kiepsko idzie, zważywszy na okoliczności!- warknął..

- Nie na wszystko mamy wpływ… niektóre rzeczy dzieją się same…tak jak ta teraz. – w sekundę spoważniał. – Nie mogliśmy uratować tego dziecka, nie mieliśmy na to wpływu Paddy…

-Dlaczego mówisz mi to wszystko?- przetarł dłońmi piekące od łez oczy.

- Zło…- podszedł do zasłony, odchylił ją i dyskretnie wyjrzał przez okno. – Nieujarzmione zło lubi powracać, zatacza koła i jak sęp krąży nad nami czekając na jakiś ochłap padliny…

-Poważnie, zwymiotuję zaraz! O czym ty bredzisz?

-Kochasz Polę, Patricku?- gwałtownie odwrócił się i spojrzał na muzyka.

-Kocham. Najbardziej na świecie.

-A kiedy staniesz między nią a Markiem… oddasz za nią życie?- zobaczył strach i przerażenie w oczach Patricka. – Boisz się, to dobrze! Znaczy, zdajesz sobie sprawę z powagi sytuacji… -podszedł do muzyka bardzo blisko i zniżył głos. – W drugiej połowie marca Marek wychodzi z więzienia. – zaciekawiony przyjrzał się muzykowi, który robiąc krok w tył, potknął się o własne nogi i upadł na oparcie fotela. – Postaramy się go zabić. To znaczy, zrobimy to na pewno, pytanie tylko jak dużo czasu nam to zajmie.

-Czego wy chcecie ode mnie? Przecież ja jestem jedynie muzykiem! W życiu nie trzymałem broni w dłoniach! Oszaleliście?! Wy, kimkolwiek jesteście!

-Obejdzie się! – Łukasz przybrał lekko kpiący ton. – Poradzimy sobie bez ciebie… jakoś!

-Wiec po co to wszystko?!

-Paddy, po pierwsze uspokój się! Musiałeś dowiedzieć się tego wszystkiego, żebyś wiedział z czym masz do czynienia. Chcę, żebyś nie uświadamiając Poli, w miarę własnych możliwości izolował ją od świata, na jakiś czas. Albo chociaż był blisko niej i pilnował jej. Dopóki nie pozbędziemy się problemu…

-To może potrwać…

-Nie! – uśmiechnął się na myśl o swoim francuskim przyjacielu. – Mamy asa w rękawie.- założył krótki, wełniany płaszcz i skórzane rękawiczki. – Wywieź ją gdzieś… pojedź na wakacje… Straciliście dziecko… jest pretekst do spontanicznych wakacji. Nic nie będzie podejrzewać.

-Nie okłamie jej!

-Będziesz musiał. Inaczej ona będzie działać na własną rękę a wtedy możemy jej nie upilnować, jak dotychczas.

-Od dawna jej pilnujecie?- wstał i powoli odprowadzał gościa.

-Od bardzo dawna…wiele razy uniknęła śmierci.

-A Pierre? Kim jest?

-Ten Pierre? -Łukasz udał zaskoczonego. – Nikim… nic nie znaczącą postacią. Bez związku.

-Lepiej byłoby gdyby jednak był…Jest tak blisko niej… przyjaźnią się.

-Ano jest… – Powstrzymywał śmiech- I faktycznie lepiej byłoby ale Pierre jest niczego nieświadomą postacią, stojącą z boku całej tej historii…- położył dłoń na klamce. – Posłuchaj… z dniem wyjścia tego gnoja z pierdla rozpocznie się batalia o wasze życia…- zobaczył jak Paddy opada na sąsiednią ścianę. – Tak, Patricku… o twoje też…

-Nic mu nie zrobiłem…

-Każdy kto ją kocha… kończy źle. Zawsze tak mówił… A skoro kochasz…dopowiedz sobie resztę. – położył mu dłoń na ramieniu – Masz ponad dwa tygodnie…- drzwi cicho zamknęły się za wysokim mężczyzną.

 

- Kim ty jesteś do cholery?- Paddy opadł na fotel gapiąc się na przeciwległą ścianę. Czuł mdłości, pewnie ze zmęczenia ale również od nadmiaru wrażeń. Aż tak jej nie znał? Mafia? Morderstwa? Jakieś zbrodnicze zażyłości i spłacane długi… Czy ona o tym wiedziała i ukrywała to wszystko przed nim czy… całe życie była nieświadoma, kim w rzeczywistości jest? Co ma zrobić z tą wiedzą? Marek… nie mogą zostać w Warszawie… ale on ma podpisany kontrakt na płytę. Nie wydał jeszcze żadnej u tego producenta więc stawiać warunków nie może. Wyprosi Willa o dwa tygodnie wolnego, zabierze Polę i wyjadą, gdzieś gdzie Marek ich nie znajdzie… Znużenie mimo adrenaliny powoli obezwładniało ciało Patricka. Ostatkiem świadomości zastanawiał się kiedy, w którym momencie jego życie wplotło się w taki tragiczny ciąg wydarzeń? Wtedy, kiedy po raz pierwszy zobaczył ją w parku… a teraz zasypiając w ich fotelu wiedział doskonale… że zrobiłby to jeszcze raz…

 

TYDZIEŃ PÓŹNIEJ

Musiał jak co rano jechać do studia. Chcąc wykpić się od prób i pracy na co najmniej dwa tygodnie musiał teraz ćwiczyć jeszcze intensywniej. Ostatnio zasypiał w ich łóżku sam. Ona do późna czytała książki albo pracowała bądź beznamiętnie gapiła się w telewizor. Z dnia na dzień mówiła coraz mniej, zakładała na siebie coraz obszerniejsze ubrania i nie rozmawiała z nim. Kilka razy zasnęła w fotelu obok niedopitego alkoholu… Paddy wiedział, że próbuje uporać się ze stratą, chciał jej pomóc ale ona skutecznie odrzucała jego pomoc, twierdząc, że wszystko gra. Potrzebuje czasu, tak sobie tłumaczył sytuację jaka działa się w jego domu. Nikt nie potrafił trafić do Poli. Wykręcała się ze spotkań, albo reagowała agresywnie. Minął ponad tydzień odkąd wyszła ze szpitala, to krótko. Któregoś dnia, kiedy chciał ją dotknąć, pocałować, poczuć ją jak czuje się kobietę obok, ona strąciła jego dłoń, nie pozwoliła się dotykać.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Pola, dość! – odstawił z impetem kieliszek wina. Spojrzała na niego spod przymkniętych powiek.

-Czego dość?

-Nie możesz zachowywać się w ten sposób. Nie możesz mnie karać za całą naszą sytuację!

-Nie każe cię. – odłożyła książkę na stolik.

-Pola…- westchnął.- Ja nie wiem jak mam z tobą rozmawiać… nie ułatwiasz mi tego.

- Wybacz. – mówiła beznamiętnie, spokojnie odwracając wzrok.

- Nie dasz się dotknąć… nawet za rękę nie mogę cię chwycić. Dlaczego?- wszystko skupiało się na nim, czego nie rozumiał.

- Daj mi czas… – wstała, mijając go niczym cień.

- Kochanie! – chwycił na siłę jej dłoń i spojrzał prosto w jej oczy. – Jeszcze możemy mieć dziecko… spróbujemy i tym razem nam się uda! – starał się mówić ciepło, delikatnie.

-Ja już nie chcę mieć dzieci! – wyrwała jego dłoń. – Ani jednego! Nie chcę! – zniknęła za drzwiami sypialni.

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 1 komentarz

84. danger in the air…

Spieszył się. Chciał kupić wino ale ostatecznie sięgnął po dobrą whisky. Paddy powie o ciąży, to zasługuje na dobry alkohol. Pierre zmierzał już do kasy, sięgnął jeszcze po czekoladki, truskawkowe. Spojrzał na zegarek. Był na czas. Szybko przejechał te kilka kilometrów i wesoło pogwizdując wjechał windą na odpowiednie piętro. Drzwi rozsunęły się i mężczyzna zamarł. Mieszkanie było otwarte. Ale nie zapraszająco na cały korytarz. Drzwi zdawało by się, zostały zamknięte, jednak pozostawiając ponad centymetrową szczelinę. Tak jakby ktoś w pośpiechu wychodził albo przymknął, nie chcąc zostać usłyszanym.

Zrobił krok do przodu. Cicho, delikatnie stawiając podeszwy butów na kamiennej posadzce. Czekoladki schował do kieszeni a z wewnątrz płaszcza wyciągnął mały pistolet. Kolanem delikatnie przesunął drzwi, cicho wszedł do środka i zamknął za sobą nie robiąc przy tym najmniejszego hałasu. W salonie panował porządek. Przeszedł do kuchni. W piekarniku dochodziła pieczona kaczka. Stół nakryty pod nadchodzących gości. Na blacie kuchennym stał niedopity kubek herbaty. Dotknął go. Dalej wykazywał drobne oznaki ciepła. Pomyślał, że może Pola usnęła. Delikatnie otworzył drzwi sypialni. Łóżko nie było specjalnie pościelone ale panował ład i estetyka. Na kremowej narzucie leżał szeroki, czerwony sweter i czarne leginsy. Najwyraźniej naszykowane do założenia. Zaczynał czuć niepokój. Teraz albo Pola jest w łazience albo coś się stało. Podejrzewał najgorsze, w pomieszczeniu było za cicho.  Zapukał, przykładając ucho do drzwi. Cisza. Przerażająca, głucha cisza. Przymknął oczy, przełknął głośno ślinę i powoli uchylił drzwi łazienki, w której dalej paliło się światło nad toaletką. Stał dobrą chwilę, próbując zrozumieć co tu się stało, skąd tyle krwi i czyja ona jest. Krew w jego żyłach mroziła jego ciało paraliżując ze strachu niektóre mięśnie.

Jakby ktoś ją napadł, zostawiliby ślady walki. Jakby strzelili jej w głowę, to ciało dalej by tu było. Cofnął się do przedpokoju i nie zobaczył jakichkolwiek śladów. Wrócił do łazienki. Zobaczył krwiste ślady odbitych dłoni. Zamyślony masował swoją brodę przyozdobioną kilkudniowym zarostem. Kilka śladów na brzegu wanny. Musiała próbować podnosić się o własnych siłach. W rogu łazienki, za toaletą zobaczył biały ręcznik skąpany w czerwonych śladach. – Ja pierdole, jak u  rzeźnika. – zamruczał, kucając przy toalecie. – Polka, co tu się kurwa wyrabia? – zmrużył oczy i z pozycji prawie siedzącej, rozejrzał się jeszcze raz. Na porcelanowej desce toaletowej zobaczył czerwone linie papilarne. Chwycił pilnik leżący na umywalce i wspomagając się nim, podniósł obie deski do góry. Wstał, przyglądając się bliżej. W samym rogu, koło zawiasów, wystawało coś. Pomógł sobie pilnikiem i wysunął przedmiot. Była to karteczka, wielkości centymetr na półtora centymetra. Oderwana od czegoś większego. Przyjrzał się bliżej. Widniał odręczny napis „…Kell…”. Dalej papierek urywał się. W sekundzie poderwał się na równe nogi, wyciągając broń i celując w stronę zamkniętych drzwi łazienki. Kropelki potu spłynęły po jego skroni. Był odcięty od jakiejkolwiek drogi ucieczki, zamknięty w małym pomieszczeniu. Usłyszał głos Dominiki a po chwili śmiech Adama.

-Pola, to my! Ale pięknie pachnie!

-Jak zwykle nie zamykacie drzwi! – Adam rzucił coś na stół.

-Czekaj, chyba w łazience jest. Świeci się. Pola?- Dominika zapukała i w tym momencie drzwi uchylił się. Na środku, obok plamy krwi stał Pierre. Butelka wina wypadła kobiecie z dłoni i potoczyła się pod komodę.

-Chryste! Co się stało?!- Adam wychylił się zza blondynki.

- Czyja to krew?! -Iglesias przesunął przyjaciół i wszedł do łazienki, stając na wprost Pierra.- Czyja?! I gdzie jest Pola?Gdzie oni są, Pierre?!

- Nie wiem! A krew? Też nie wiem! Kurwa, wszedłem chwilę przed wami!

-Dzwońcie! – Adam piszczał.

-Do kogo?!

-Do kogokolwiek!- Dominika warknęła. – Kogo z nami nie ma?! Myśl! Dzwoń do Fiony i Jima!

- Fiona już jedzie. – Adam rozłączył się. – Podobno Jim przyjechał tu wcześniej, chciał pogodzić się z Paddym.

-Kurwa, dzwoń do Jima! – Pierre wskazał na Pawła. – Szybko!

-Ok. Rozumiem! Już jedziemy! – Po chwili Paweł rozłączył się. Wszyscy wstrzymali oddech.- Jest z Paddym i Polą. Są w szpitalu.

-Ale kto?! Które? -Dominika zatykała usta dłonią.

-Nie wiem! – Paweł rozłożył dłonie na boki. – Nie powiedział!

-Pola… ona jest w szpitalu. – szczęki Pierra zaciskały się do granicy bólu.

-Jedziemy. Szybko! – Adam pierwszy sięgnął do kieszeni po kluczyki i wybiegł z mieszkania.

 

 

Wybiegł natychmiast zostawiając za sobą niedomknięte drzwi. W windzie zakończył połączenie z Jimem. Jedyne pytanie jakie przeszło przez jego gardło to ” żyje?”. Usłyszał krótkie „tak”. Po tym już nic nie pamiętał. Ostatnie kilka schodków pokonał prawie z nich spadając. Serce w szaleńczym pędzie wyrywało się z piersi. Z jego ust mimowolnie wydobywały się kolejne wersy modlitwy, przerywane co chwila głośnym westchnieniem „Kochanie, żyj! Boże….”. Nie wiedział co zastanie. Nie wiedział co się stało. Czy dziecko przeżyje? Czy Pola z tego wyjdzie. A jeśli… Właśnie sypał mu się cały świat. Wszystko co kochał, jego kruchy, delikatny, kryształowy świat jaki tworzył z takim wysiłkiem właśnie sypał się jak domek z kart.

Po pokonaniu niezliczonej ilości świateł, samochodów do nauki jazdy, robót drogowych i innych przeszkód, w końcu dotarł przed budynek szpitala. Na zewnątrz panował mrok informując o końcu kolejnego dnia. Dnia, który miał być dla nich taki szczęśliwy. Wystarczyła jedna chwila i wszystko uległo zmianie.

Pozwolił sobie na ułamek sekundy, zatrzymać się. Zacisnął dłonie na kierownicy, wsparł o nią spocone czoło. Głęboko wciągnął powietrze do płuc i chwilę wsłuchiwał się w uderzenia swojego serca, które dudniło mu w uszach.

-Nie zabieraj mi ich… – szeptał powstrzymując łzy. – Nie zabieraj… Błagam! Całe życie staram się być fair… – głos mu zamierał w gardle. -Boże… tak bardzo się starałem! Za co? Dlaczego? – zacisnął szczęki i opadł na oparcie fotela odwracając głowę. Na podłodze pasażera zobaczył opakowanie po czekoladzie, truskawkowej. Jej ulubiona. Postanowił… To był ostatni moment jego słabości. Żadnych łez, wytrzyma to.

- Idę do ciebie skarbie!- spojrzał w okna szpitala, tak jakby wiedział gdzie ona jest. Wyciągnął kluczyki i szybko wbiegł do budynku.

Korytarz był długi i pusty. Światło dawała po druga, zapalona jarzeniówka. Pod ścianą ustawione były niskie, drewniane ławki, na których nikt nie siedział. Z jednej sali wyszła pielęgniarka, przeszła kilka kroków i weszła do kolejnej sali. Po chwili, z zacienionym miejscu zobaczył mężczyznę. Siedział zgarbiony, ze zwieszoną głową. Nogi mu drżały a on sam nerwowo składał i rozkładał wełnianą czapkę w dłoniach. Mężczyzna odwrócił się, spoglądając na zamknięte drzwi obok niego.

-Jimmy! – Paddy szedł coraz szybciej by na końcu biec wprost do stojącego brata. Dysząc, stanął przed nim. Oczy Jima były mokre od łez, otoczone siateczką popękanych naczyń krwionośnych. Wytarł twarz jednym, szybkim ruchem dłoni.

-Paddy nareszcie!To było straszne! Bałem się, cholernie!

-Gdzie ona jest? Co się stało? – owładnięty paniką szarpał brata za ramiona.

-Jest tu, za drzwiami. – powstrzymał brata szarpnięciem za kurtkę. – Jest u niej dwóch lekarzy teraz. Kazali mi wyjść…

-Co z nią?  Co się z nią dzieje Jimmy? – ostatnia iskra nadziei gasła w oczach Patricka z każdą sekundą w której wpatrywał się w oczy brata.

- Straciła dużo krwi…- Jimmy mówił cicho, powoli, upewniając się, że każde słowo trafia do roztrzęsionego brata. – Ale wyjdzie z tego. Słyszysz? – potrząsnął Paddiego za ramiona. -Wyjdzie z tego cała!

-A dziecko?- mrugnął uwalniając potok łez. Usta wygięły się w podkówkę, szczęki zacisnęły się mimowolnie, próbując powstrzymać płacz. Nie ruszał się. Stał na wprost Jima, czekając na odpowiedz a z oczu spływały mu łzy…. jedna za drugą. – Co z dzieckiem Jim?!

- Ono…Ja… Kurwa mać!- Jim szarpnął brata za ramię i jednym ruchem zamknął go w ramionach mocno przytulając. – Przykro mi.

-Nie chcesz tego powiedzieć! – Paddy próbował wyrwać się z uścisku ale Jim trzymał go bardzo mocno. – Nie! Nie chcesz mi powiedzieć, że straciła dziecko?! Nie mów mi, że moje dziecko nie żyje.

-Odkleiło się łożysko. Nie było szans. – powiedział cicho.

-Boże nie wierzę, że to się dzieje! – już się nie szarpał i teraz mocno przytulał brata. -Nie wybaczę sobie tego! Gdzie ja byłem! Dlaczego nie byłem z nią?! Ta krew… ona… była sama! Ona mogła…

-Wiem! Nie myśl o tym. Mogła, ale nic się nie stało! Byłem tam, zdążyłem!

-Ty ją przywiozłeś? Ty? -odsunął się i spojrzał Jimowi w oczy.

-Chciałem z tobą porozmawiać, wtedy ją znalazłem. Nie było czasu. Wybacz. – starszy brat zwiesił głowę.

-Uratowałeś jej życie! – ścisnął obojczyk Jima. – Nie mam ci czego wybaczać bracie! – rzucili się sobie w ramiona.

-Przepraszam cię Paddy… za… wszystko! Powinienem być przy tobie i cię wspierać za każdym razem. kiedy źle się działo w twoim życiu! Wybacz mi proszę!

- Dawno temu ci wybaczyłem Jim. – poklepał go po plecach. – Kocham cię, jesteś moim bratem! Jesteśmy rodziną, nic tego nie zmieni. Ale teraz to ona…- nie dokończył zdania

- Pan Michael Kelly? – w drzwiach pojawił się lekarz w średnim wieku. – Może pan wejść do żony. Później porozmawiamy. Ale uprzedzam, delikatnie proszę. Straciła dużo krwi. Uporaliśmy się z tym. Dostała silne leki uspokajające i nasenne. Takie przeżycie…musieliśmy je podać. Pańska żona bardzo krzyczała i był to dla niej ogromny stres. Proszę mieć to na uwadze. Czekam u siebie w gabinecie. – kiwnął głową na Jima a Paddiego poklepał po plecach dodając mu otuchy, kiedy ten wchodził do sali szpitalnej. Drzwi zamknęły się a kilka sekund później na korytarz wbiegła reszta przyjaciół, za nimi powoli w milczeniu kroczył Pierre.

 

Mało pamiętała z wydarzeń sprzed kilku godzin. Czuła się słabo, zmęczenie ogarniało każdy centymetr jej ciała. Podniosła ciężkie powieki i zamrugała kilka razy. Jedna dłoń powędrowała w stronę brzucha. Poczuła zapadającą pustkę. Tak jakby w miejscu pępka miała wielką, czarną dziurę, która z każdym oddechem rozszerzała się na całe jej ciało. Nie było nic a jedynie delikatna lekko zwiotczała skóra. Pogłaskała czule miejsce gdzie jeszcze chwilę temu było jej dziecko. Czuła się otępiała, tak jakby wszystko działo się wolniej niż zazwyczaj się dzieje. Skupiła wzrok na jednym punkcie, jakim był obrazek wiszący na szpitalnej ścianie. Mimo rozdzierającego jej serce bólu jaki czuła w tym momencie, próbowała skupić się, przypomnieć sobie cokolwiek z ostatnich wydarzeń. Przymknęła powieki, oczami wyobraźni zobaczyła Kathy jak miesza ją z błotem i rani każdym wypowiedzianym słowem. Pamięta tępy ból i upadek koło wanny. Czek… czy spuściła wodę. Paddy się nie dowie, nie może! A potem wszystko przyspieszyło. Pamiętała czuły dotyk Jima, kiedy delikatnie niósł ją do auta. Pamięta jego przerażenie i strach w oczach. To widziała ostatnie kiedy ją zabierali na sale a Jima zostawili na korytarzu. Pamiętała ciepło jego dłoni, która trzymała ją tyle ile mogła. Pamięta kafelki na ścianie, kiedy podali jej jakiś zastrzyk. Pamięta jeszcze jak ostatkiem sił błagała lekarza, żeby ratował jej dziecko. Mimowolnie podkurczyła nogi zwijając się w coraz mniejszy kłębek. W jej uszach wciąż słyszała słowa „Pani się wykrwawi! Musimy przerwać ciążę!”. Ona żyła, jej dziecko nie. Mocno ścisnęła luźną skórę na brzuchu. Ściskała tak mocno i długo aż poczuła przeszywający jej ciało ból.

-Nie ma cię okruszku…- wyszeptała.

-Pola…-Paddy właśnie zamykał za sobą drzwi. Odwrócił się i ujrzał małą zapłakaną dziewczynkę, jaką teraz była. Sama, przerażona.

-Nie ma go już…- jęknęła niskim zapłakanym głosem a twarz jej wygięła się w grymasie cierpienia.

-Wiem, kochanie. – w kilka kroków znalazł się przy jej łóżku. Klęknął, pocałował zimną dłoń i czule odgarnął kosmyk włosów za ucho.

-Tak bardzo chciałam… Mieliśmy być rodziną… Mieliśmy być szczęśliwi…- rozpłakała się na dobre. – Dlaczego nie możemy być szczęśliwi Paddy? Dlaczego?!

-Nie wiem…- pocałował ponownie jej dłoń. -Nie było mnie przy tobie…

-Nic byś nie zrobił. – pogłaskała jego szorstki policzek.

-Co się tam stało?- wyszeptał.

- Schyliłam się, poczułam ból a dalej to już chyba wiesz.- unikała szczegółów. – Nie mówmy o tym, proszę. – mówiła cicho, ledwo słyszalnie.- Nie to się liczy… tylko to, że jego już nie ma… jest tak pusto…

-Tak mi przykro kochanie. Najważniejsze, że tobie nic się nie stało. Mogłaś się wykrwawić! Mogłem cię… stracić…- schował twarz w poduszkę na której leżała Pola.

-Straciłam drugie dziecko… – wyszeptała do siebie słabym głosem.

-Co mogę zrobić? Jak mam ci pomóc co?! Nie wiem co robić Pola! – głaskał jej policzek odrobinę za mocno.

- Nie zostawiaj mnie…Jestem taka śpiąca. – powieki lekko jej opadały.

-Już nigdy tego nie zrobię kochanie!- Paddy zerknął na kroplówkę, która kończyła wlew.

-Dzisiaj…zostań! Nie chcę być sama, boje się być tutaj…. boję się samej siebie.

- Pójdę tylko po wodę i już się stąd nie ruszę! – pocałował jej czoło a kilka męskich łez spłynęło po jej skroni niknąc w gąszczu czarnych włosów. -Zaraz wracam. – cicho wyszedł z sali. Zamknął drzwi i opadł na nie bezsilnie. Chwilę trwało zanim otworzył oczy. Wszyscy w milczeniu i praktycznie bezruchu wpatrywali się w Patricka. Zobaczył płaczącą Dominikę i Fionę, które od powstrzymywania się, teraz próbowały łapać każdy oddech. -Słuchajcie…- podrapał się po głowie mierzwiąc włosy. – Nie tak mieliście się dowiedzieć. Winny wam jestem… chyba przeprosiny. Chcieliśmy powiedzieć wam… dzisiaj. Teraz już… – pociągnął nosem- … nie ma o czym mówić – spuścił głowę nie chcąc znowu się rozpłakać.

-Nic nie musisz i nie masz za co przepraszać stary. – Paweł podszedł do Paddiego i uściskał go krótko.

- Mógłbyś? – Paddy wyszeptał przyjacielowi wprost do ucha.

-Jasne. -Iglesias zwrócił się do reszty. – Słuchajcie, nie będziemy tam teraz wchodzić. To był ciężki dzień. Dajmy jej odpocząć. Paddy zadzwoni jakby coś się działo a my przyjedziemy jutro. – na te słowa wszyscy kiwnęli zgodnie głowami i powoli kierowali się do wyjścia.

-Paddy….- Dominika podeszła do muzyka dalej opierającego się na szpitalnych drzwiach. – Nie znajduje słów… – pogłaskała go po policzku. – Tak mi przykro.

-Damy sobie z tym radę. Dziękuję.

-Chodźcie.- Paweł ponaglał towarzystwo. Odwrócił się i ostatni raz wymienili porozumiewawcze spojrzenia z Paddym.

Stał jeszcze kilka sekund. Bał się. O nią, o siebie. Bał sie, że tego nie udźwignie. Czy Pola to wytrzyma i czy dalej… będzie taka jak dawniej? Zadawał sobie w myślach te pytania.

-To nie jest wyrok śmierci….- Paddy dopiero po chwili zobaczył Pierra, który w dalszym ciągu stał pod ścianą dokłądnie na wprost i nie wiedział co powiedzieć.

-Co? O czym ty mówisz? – Paddy zmrużył zapłakane, opuchnięte oczy.

- Jeszcze macie szansę na dziecko…Wiem, że strasznie to wygląda ale Pola żyje… – przełknął ślinę. – Oboje żyjecie…

-Chryste, ile tam było krwi! –  westchnął, schował twarz w dłonie i osunął się na podłogę.

-Wiem, byłem tam. Faktycznie robiło wrażenie…- Pierre usiadł na pobliskiej ławce.

- Robiło wrażenie? Co ty wygadujesz?! – spojrzał z wyrzutem na francuza

-Ja… Widziałem gorsze rzeczy…Krew to….- bawił się paczką papierosów. – To tylko krew… – spojrzał przed siebie nieobecnym wzrokiem. – Ale pamiętaj, dopóki trwa życie to jest…nadzieja. – podał mu dłoń, pomagając wstać. – A teraz weź się w garść! Masz być silnym facetem, skałą na której ona ma się opierać. Wiem, że serce chce ci rozerwać, znam to uczucie.- podszedł jeszcze bliżej Paddiego. – Ale już koniec! Kup whisky, upij się jutro, rozpierdol jakiś mebel, wykrzycz ten żal ale nie rozklejaj się! Ona teraz cię potrzebuje, tak bardzo jak chyba nigdy w życiu.

-Jak nigdy w życiu? Skąd wiesz…

-Frazes.. w sumie nie wiem!- zerknął na telefon, który informował o otrzymanej wiadomości. ” Jestem pod szpitalem. ł” – Paddy, muszę iść. Pamiętaj moje słowa! -zrobił kilka szybkich kroków w stronę wyjścia, wkładając sobie papierosa do ust.

-Pierre… Dziękuję. Wiem, że ją kochasz…- na te ciche słowa francuz zatrzymał sie w półkroku, nie odwracając się w stronę muzyka. – I że robisz to wszystko mimo to…

-Nie potrafiłbym inaczej…- powiedział cicho lekko przechylając głowę w kierunku rozmówcy.

-Krew, to nie zawsze  jedynie krew… Czasem może uratować komuś życie… Komuś kogo kochasz….

-Wiem Paddy… aż za dobrze. Do zobaczenia! -przyspieszył kroku i zniknął za ścianą.

Wszedł do ciemnej sali. Monitory wydawały z siebie miarowe piknięcia. Pola spała. Butelkę wody położył na stoliczku, ściągnął z siebie płaszcz, sweter, buty, koszulkę wyciągnął ze spodni i ostrożnie położył się obok kobiety. Otoczył ją czule ramieniem a drugą dłoń splótł z jej palcami. Wtulił twarz w jej włosy i wsłuchując się w bicie jej serca również zasnął.

 

 

-Uspokój się! Zdemolujesz sobie całe mieszkanie! – Łukasz z Alexem siedzieli na kanapie obserwując szał przyjaciela.

-Pokurwi mnie tu zaraz! – rzucił szklanką po whisky o ścianę, roztrzaskując ją w drobny mak. – Czemu ona poroniła? Co? Czemu? Wszystko było dobrze! Więc dlaczego? Kurwa mać! – cisnął krzesłem w drugi kąt pokoju.

-Policję zaraz tu będziesz mieć! Uspokój się!- Alex próbował trafić do rozsądku przyjaciela.

-To będą mieć kurwa powód! Bo denata zastaną! Zabije cię, jak się nie zamkniesz! Nie rozumiecie?! Ja ją znam! Aż za dobrze! Nie wiecie co to oznacza!

-Co sugerujesz?

-Tobie sugerować mogę jedynie zmianę stylu twojej garderoby! Ja wiem! Ona się zmieni! Straciła drugie dziecko, sądzicie, że tak po prostu wstanie, otrzepie się i pójdzie dalej jak jakaś idiotka?! To jest Polka! Ona albo zapadnie się w sobie albo dostanie szału!

-Lepiej to pierwsze…- Łukasz kręcił szklanką whisky. – Jak to cały tata to nie ogarniemy jej! Z depresji będzie prościej ją wyprowadzić!

-Nie musisz mi mówić! – opadł na fotel, obok przyjaciół. Po chwili usłyszeli dźwięk telefonu Pierra. – Cholera, jego tylko brakowało! Dzwonisz, więc już wiesz! Poczekaj jest ze mną Alex i papla Łukasz, dam cię na głośnik.

-Pierre… – Artur mówił spokojnie. – Poronienia się zdarzają. Nic nam nie dadzą nerwy.

-Nie ruszyło cię to? Nawet mi nie próbuj wmawiać!

-Po raz kolejny umarłem, kiedy usłyszałem o tym co się stało. Ale nie będziemy teraz płakać!  To nie temat dla waszych uszu. Łukasz…

-Słucham szefie…- mężczyzna pochylił się w kierunku telefonu.

-Twoja kolej. Wkraczasz do akcji. Pierre, trzymaj się od tego z daleka.Ty też, Alex!

-Jasne szefie!

-Uważasz, że już pora? -Łukasz wykrzywiał twarz w dziwnym grymasie.

-Marzec za pasem. Za chwilę Marek wyjdzie z pierdla…Najwyższa pora na ciebie. Ufam ci, chłopcze…

-Doceniam, dziękuję.

-Nie musisz mu się kłaniać! – Pierre prychnął ironicznie. – On cię nie widzi!

-Pierre! Spokój!- Artur warknął – Łukasz… skończysz to co ustaliliśmy, przejmiesz część moich udziałów. Wycofasz się, tak jak chciałeś. Postanowione.

-Dalej uważam, że lepiej byłoby osobiście z nim pogadać a nie przez Łukasza!

-Za wcześnie.

-I tak będzie jak chcesz wiec w sumie po co ja się wypowiadam! – Pierre opadł na oparcie, krzyżując dłonie za głową.

Nad ranem ocierając pot z czoła Paweł z Adamem chowali wybielacz i inne środki czystości pod szafkę. Po krwi w łazience nie było śladu.  Nalali sobie szklaneczkę whisky, zerknęli na zegarek, który wskazywał 5 nad ranem. Wypili po drinku, mało rozmawiając.

 -A jeśli mieliśmy tego nie sprzątać… mogliśmy zapytać.

-Adam… on był w takim stanie, zresztą sam widziałeś… chociaż tak mu pomóżmy!

-Biedna Polka. – Adam podszedł do okna obserwując budzący się dzień. – Nie zasłużyła na taki los…

-Nie mów mi. Nie jestem w stanie o tym rozmawiać. Jeszcze nie. – Iglesias odwrócił wzrok, przymykając powieki.

-Jest dla nas jak siostra…

-Adam! Nie! Nie mogę o tym rozmawiać! Nie dam rady teraz! Ona jest dla mnie siostrą, przyjaciółką, miłością! Nie stracę jej! Ani jej ani Dominiki! Nie stracę, rozumiesz! A nie rozmawiam o tym bo… – wstał zgarniając kurtkę z kanapy.- … Bo wtedy stanie się to realne! A ja nie jestem na to gotowy! – szybko wyszedł, trzaskając drzwiami. Adam został sam. Pół godziny później i on wyszedł, cicho zamykając drzwi za sobą.

 

 

Był zmęczony. Potwornie zmęczony. Spał około dwóch godzin. Przez większość czasu gładził, przytulał i ocierał łzy swojej ukochanej. Ziewnął, łyknął potężny łyk kawy z automatu na szpitalnym korytarzu i wbił wsteczny wyjeżdżając z parkingu. Poli robiono badania. Musiał jechać do mieszkania, przywieź jej ubrania, bieliznę, kilka rzeczy osobistych. Lekarz twierdził, że jeśli hemoglobina jej wzrosła to popołudniu może wyjść.

Teraz prowadząc samochód nie myślał o niczym. Czuł się i działał jak robot. Mechanicznie wykonywał kolejne czynności. Postanowił poczekać aż ich życie wróci na właściwy tor.

Podjechał pod mieszkanie. Ospale wysiadł z samochodu i ze zwieszoną głową ruszył na swoje piętro. Klucze rzucił na szafkę, kurtkę i buty na podłogę. Chciał wykąpać się ale perspektywa krwi jego kobiety rozmazanej po całych kafelkach skutecznie go zniechęcała. Stojąc dalej w przedpokoju, wziął głęboki oddech mobilizując się do zrobienia kilku kroków w głąb mieszkania. I nagle poczuł coś dziwnego. Poczuł… cygaro. Zaskoczony szybko wszedł do salonu.

-Witaj Patricku… – Na fotelu siedział i wpatrywał się w niego Łukasz. W jednej ręce trzymał cygaro, w drugiej filiżankę kawy. -Zrobiłem sobie. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?

-Chyba nie… Co ty tu robisz do cholery?!- warknął. Miał dość.

-Siadaj.- Łukasz mówił spokojnie.

-Nawet nie myślę to robić! – z tymi słowami Paddy poczuł ciężkie dłonie wysokiego osiłka na swoich ramionach, który mimo protestów posadził go na drugim fotelu.

-No, tak już lepiej…- Łukasz uśmiechnął się sztucznie.

-Czego chcesz? Mam Polę w szpitalu… nie mam teraz czasu!

-Ja właśnie o tym… – odłożył na stół filiżankę. – Musimy porozmawiać… Poważnie Porozmawiać Paddy… O twojej kobiecie… zmrużył oczy, otoczony dymem cygara.

Opublikowano paddy kelly | 2 komentarzy