63. Knick Knack Paddy Wack

Dwie ciemnowłose kobiety spacerowały między rzędem kanap i różnego rodzaju mebli. Co chwilę któraś siadała na sofie bądź krześle a sekundę później szły dalej. Pola opowiedziała przyjaciółce wydarzenia z ostatniego weekendu i teraz obie siedziały na jednej z kanap w idealnym środku wystawy.

-No i zadzwoniłam do tej kliniki, umówiłam się na kolejną wizytę. Z Paddym. – mimowolnie uniosła kąciki ust. -Zmienił się, Fiona. Jest stanowczy, władczy. Tak jakby przestał się bać. Jest taki…

-Zdeterminowany?-Fiona rozsiadała się wygodnie testując mebel. – Zależy mu na tobie, na rodzinie. Jak cię tylko głaskał to chciałaś uciec dla jego dobra. Teraz może zacznie cię chłostać bacikiem to zmądrzejesz. Ty, to skóra?- gładziła materiał.

-Źle zrobiłam co?

1

-No źle! Od kiedy to taka bohaterka jesteś? – usiadła bokiem i spojrzała Poli prosto w oczy przybierając poważny ton- Posłuchaj, Paddy wie na co się pisze. Wie, że jeśli uda się wam zajść w ciążę to możesz poronić. Zdaje sobie doskonale sprawę z jakimi konsekwencjami wiąże się bycie z tobą. Wie wszystko a mimo tego dalej jest i chce. Dlatego postąpiłaś jak idiotka… – zmierzyła ją wzrokiem.- Chociaż cel miałaś szlachetny i twoje argumenty tez do mnie przemawiają ale reasumując… O zobacz jaki piękny stół. – Poderwała się i po sekundzie była już po drugiej stronie sklepu.

-Ale co?- krzyknęła do Fiony.

-Jesteś kretynką!

-No wiem… – powłócząc nogami poszła za przyjaciółką, która siedziała już  za wielkim, drewnianym stołem. Usiadła naprzeciw.

-I powiedz mi jeszcze, że udało ci się namówić boskiego Kelly na zrobienie do słoiczka?

-Nie musiałam namawiać. Zależy mu.

-Wiedziałam, że z niego taki fetyszysta! Chodź jemu przyda się bardziej dzban… kanister… no nie wiem… wiadro?! – obie zaczęły śmiać się na cały sklep.

-Pamiętaj, że mówisz o ojcu moich przyszłych dzieci! Chociaż jak taki wyposzczony będzie to faktycznie może to wiadro?

-Tyle istnień… -Fiona teatralnie westchnęła – I nie przejmuj się, ojciec moich dzieci to skretyniały dupek – wstała i powoli zaczęła odchodzić. – Więc twój może być koniem – fetyszystą.

-Jak ty coś powiesz… – Zrobiły kilka zdjęć mebli i dodatków i udały się na obiad.

Rozsiadły się się w niewielkiej restauracji i zamówiły obiad. Czekając na posiłek Pola oparła o cukiernice telefon i włączyła wideo-rozmowę z Dominiką.

-Cześć sieroty! I jak, znalazłyście kanapę na te nasze wielkie tyłki?

-Wystarczy twój jeden!

-Jest kilka ciekawych rzeczy. Jak ty się czujesz?

-Coraz lepiej. -kaszlnęła.

-Widzimy właśnie..- Pola dodała z ironią.

-Domi ty wiesz, że na sobotę musisz być zdrowa?-Fiona puknęła w ekran telefonu. -Pamiętaj, otwarcie studia Adama!

large

-Lepiej mi! Poważnie! Gorączka coraz niższa i gardło boli mnie coraz mniej, chociaż mam węzły powiększone. No może przeżyje! Opowiadajcie jak u was. Jak tam Jimboooo?

-Właśnie Fiona? Jak Jim? Tak mnie ochrzaniasz o Paddiego a ty co?

-Jak o Paddiego? Co żeś zrobiła?- Dominika zmarszczyła brwi i przestała się uśmiechać.

-Chciała z nim zerwać, żeby poszukał sobie kogoś zdrowego! Rozumiesz ją?

-Nie. Ale Polkę trudno zrozumieć.

-Dzięki! – Pola machnęła dłonią i zamyśliła się na ułamek sekundy- Hej! Że ja głupia jestem?

-Mądra też nie skoro tak postępujesz! A ty, aniołku? Co bez przerwy zmieniasz temat?- Dominika nie odpuszczała.

-A cholera nic! -Fiona opadła czołem o blat stołu

-Dzień dobry panu! – Dominika pomachała kelnerowi. -Pan im to tu postawi, i niech pan ucieka bo tu się dyskusje toczą! – poczekała aż mężczyzna się oddali. -Gadaj cholera!

- Był u mnie. Było super. Rozwaliłam kilka mebli!

-Dzień jak co dzień! -Pola wtrąciła.

-Wypiliśmy kilka piw i usnęłam na kanapie. Rano obudziłam się u siebie w łóżku…

-Ubrana?

-Tak Domi! Ubrana! – westchnęła i pokiwała głową. – A jego nie było. – ukroiła kawałek pieczeni- A teraz nie odzywa się. I od rana nie odbiera ode mnie telefonów. – wzruszyła ramionami. -No to przestałam dzwonić.

-Mało danych!- Pola kiwnęła palcem.

-Zgadzam się z Matką Teresą!

-Bo cię wyłączę!

-Wiem gdzie mieszkasz!

-No i? Zakaszlesz mnie na amen?!

-Nic więcej nie wiem dziewczyny ale chyba wiem kto może nas doinformować….- Dominika z Fioną spojrzały wymownie na jedzącą Polę.

-Co? No co? Przecież ja nie pogadam z Jimem, co wy?!

-Weź może gluten odstaw albo zacznij inne leki brać, bo coraz gorzej z tobą!

-Dominice chodzi o to, że mamy w rodzinie jeszcze jednego Kelly, czyż nie?

-Paddy? Paddy ma z nim pogadać? – prychnęła śmiechem- No w sumie, mógłby! Ale sama go nie poproszę bo się nie zgodzi.

-Aj tam, nie zgodzi się! To powiemy, że nie zajdziesz. Wystraszy się! -Dominika aż podskakiwała.

-Ale powiem, że to wasz pomysł. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego!

-Przyjaźnisz się z nami więc siłą rzeczy, masz dużo z tym wspólnego! – Fiona poklepała załamaną Polę po plecach.

-Dobra to jutro. Najdalej w środę! Ale żadnych odwiedzin w czwartek! Jedziemy do tej kliniki, więc musicie wytrzymać bez nas jeden dzień!

- Oby tylko świat przeżył bez was! – Dominika wywróciła oczami.

-Zamknij się! Idź lecz się. -Pola sięgnęła po telefon.

-Jutro u Polki! – Fiona krzyknęła w ostatniej chwili.

-Byś chociaż raz zapytała! – Pola wtrąciła po zakończeniu połączenia.

-Byś chociaż raz się tym przejęła! – wydęła wargi. – Jedz, bo ci wystygnie.

 

 

 

 

-Zacznijmy inaczej… – Paddy gryzł długopis- Basti… wejdź pierwszy ale troche szybciej. Chris włączysz się w połowie. Spróbujmy.Raz… Dwa… Trzy… – Siedział na niewielkim krzesełku z kubkiem kawy w dłoni i notatkami na kolanach.

-Padd, lepiej wychodzi poprzednia wersja. -Chris ściągnął z ramion gitarę.

-Tez tak myślę… – wpatrywał się w notatki.

2

-Chris ma rację, przerwa na kawę. Ćwiczymy od czterech  godzin! Daj żyć Padd!

-Macie rację. Nie zauważyłem, ze tyle czasu minęło! – Zmierzwił dłonią włosy. – Mam trochę innych spraw na głowie.

-Coś poważnego?- Christian położył dłoń na ramieniu Patricka.

-A takie tam. Nic poważnego! Dzięki za troskę. – powiedział cicho. – Panowie, pół godziny przerwy. Zjedźmy coś. -Kątem oka zobaczył wiadomość od Pawła: „Masz czas wieczorem? Nasz Adaśko trzęsie się jak ratlerek na wietrze przed sobotą. Może odwiedzimy go? Dawno nie gadaliśmy. Ps. Nie mogę dodzwonić się do twojego głupiego brata. Jak zapytasz którego to ci nakopie! Wieczorem u Adama.” Odpisał „Będę. Faktycznie, dawno nie siedzieliśmy we trójkę. A Jim… nie wiem. Do zobaczenia”.

 

Jadąc taksówką do mieszkania Adama wykręcił kilka razy numer Jima. Raz nagrał się na pocztę głosową, prosząc brata o telefon. Czuł lekki niepokój, jednak Jim był dorosły i mógł robić co chciał ze sobą i własnym życiem. Jeszcze nie panikował, zacznie go szukać jeśli nie odezwie się do jutra albo chociaż nie włączy telefonu. Pola, wykończona zakupami z Fioną i obładowana pakunkami wróciła do domu późnym popołudniem chwilę po powrocie Paddiego. Z nieskrywaną ulgą przyjęła wiadomość o odwiedzinach u Pawła. Sama chciała położyć się wcześniej, poczytać i odrobinę odpocząć. Dokuczała Paddiemu żeby jakoś specjalnie nie spieszył się z powrotem do domu. Teraz właśnie podjechał pod budynek gdzie mieściło się mieszkanie Adama. Podszedł bliżej drzwi i usłyszał głośny śmiech Iglesiasa i krzyk oburzenia Adama. Nie pukał, wszedł od razu.

-Co się nabijasz! Zobacz jaki on śliczny! – oboje siedzieli na kanapie z telefonem Adama w dłoni, oglądając zdjęcia z ostatniego koncertu. – Mikołaj jest taki…. o, cześć Artysta!

-A już myślałem, że to o mnie mowa…No to jaki jest ten Mikołaj?-Paddy opadł na fotel i ostatkiem sił ściągnął wysokie buty.

-Taki Adam, tylko mądrzejszy! – Paweł podał Paddiemu piwo. -Miło cię widzieć, stary!

-Jest mądrzejszy!  I śliczny! Tańczyłem z nim. A jak pachnie!

-E ty Homo-Romeo! Zakochałeś się! -Paweł rzucił w przyjaciela turkusową poduszką.

-Fajnie uczucie co? Tak jakby mieć motyle w żołądku!-Patrick przyglądał się przyjacielowi

-Paddy, my mamy motyle… Iglesias ma pszczoły!

-I ciągle tylko bzykają i bzykają!

-Miejmy nadzieję mały, że i ty za niedługo pobzykasz! -Paweł zatrzymał wzrok na muzyku -A jak tam Pola przyjacielu? Przeżyła weekend bez ciebie?

-Ledwo ale jednak. – powiedział szybko – Adam masz wszystko przygotowane na otwarcie?

-Ty, a co ty tak temat zmieniasz, co? Gadaj!

-A takie nasze sprawy! – machnął dłonią.

-Wasze? – Adam złożył ręce na piersi. -Nie wiesz, że od czasów Gliczarowa nie ma wasze?! Gadaj! Nawet jak to coś wstydliwego! Przełkniemy wszystko!

-I kto to mówi! Zbok! – Paweł odrzucił poduszkę.

-Dobra cholera, bo mi spokoju nie dacie! Ale krótką wersję. Bez szczegółów ok? I bez oceniania! Bo was zatłukę.

-Co najwyżej Adama. -Paweł opadł na fotel.

-Ty dostaniesz rykoszetem!

-A gadaj w końcu bo sie tu Adam zestarzeje i nie bzyknie Mikołaja… w tym życiu! – spojrzał w sufit.- Bzyknąć Mikołaja, kurwa ale to brzmi.

-Nie słuchaj debila! Mów co z Polą.

-Była w klinice. Okazuje się że jak już jej się uda zajść w ciążę, to istnieje duże ryzyko, że poroni… – Paddy przymknął na chwilę powieki i głośno przełknął ąślinę zaciskając szczęki. – A w niedzielę zostawiłem ją z tymi rewelacjami na cały dzień i szukałem Pierra… – zobaczył spojrzenia przyjaciół- …. małoistotny wątek, nieważne! Ale ona została sama!Jak kretyn ją zostawiłem a potem ona chciała zostawić mnie, pokłóciliśmy się.

-Czyli generalnie nic się nie wydarzyło?! – Paweł uderzył Paddiego w tył głowy. – Pojebało cię? Teraz mówisz?

-Kurwa poniedziałek jest! Kiedy miałem ci powiedzieć? Zresztą, dzwoniłem! Balowałeś w Krakowie!

-A fakt, mój błąd!

-Uderz mnie jeszcze raz to… – zmrużył oczy- Adam ci odda!

-No i na czym stanęło?

-Zabrałem ją do domu. Nie pozwoliłem zerwać. A rano kupiłem kwiaty i zrobiłem  śniadanie.

3

-Nie no… po tym to pewnie cała twoja! I po dramacie, co? Bo przecież „nie pozwoliłeś”!

-Udam, że nie słyszałem tej uwagi!

-Kurwa, możesz przestać mu przerywać?! Paddy co dalej?

-Muszę oddać spermę.-Patrick odskoczył na bok fotela- oplułeś mnie piwem, kretynie!

-Lepsze piwo niż…

-Po co? Gdzie? -Paweł nic nie rozumiał.

-W klinice. Taka procedura par, które się starają. Nic wielkiego…- muzyk zrozumiał swój zły dobór słów i wystraszony zerkał na przyjaciół

-Nic wielkiego? MAŁA rzecz?- Paweł ledwo powstrzymywał śmiech.

-Mały ale wariat, powiadasz?-Adam podchwycił humor przyjaciela.

-Mówcie co chcecie! Nie będę wam się tłumaczył głąby!

-Wyświadczasz Poli…. drobną przysługę?- Adam spływał z kanapy ze śmiechu.

-Ty mi zazdrościsz bo ja bzykam a ty nie! – wskazał na Adama.- A ty się nabijasz, bo sam idziesz na ilość a nie na jakoś! Głupki…. – powstrzymywał wybuch śmiechu. – Oko by wam wybił, taki wariat!- strzepnął okruszki ze spodni. – jestem niski to gdzieś ten rozmiar musiał iść, nie?

-Nooo proszę! Jak się wyrabiasz!! Brawo! My i twój słoiczek miłości jesteśmy z  ciebie dumni.

-Nie przypominaj mi! Do czwartku zero seksu a na koniec…. słoiczek…

-No to kochany, statystyki ci … zmaleją!

-A odwal się już od tego rozmiaru łajzo!

- Z innej beczki! Zagrasz na moim otwarciu?

-Mam nadzieję ze pytasz mnie a nie tego ślicznego beztalencia?-Paddy próbował kopnąć Iglesiasa.

-Ciebie. Może Jimmy też by zagrał? Zrobiłbym furorę.

-Ja zagram, chętnie! Jim nie wiem, nie odbiera ale pewnie też.

-Tiaaa, zagra… jak mu ręka nie odpadnie po wizycie w tej klinice. Musisz Paddy nadgarstki trenować.Zaufaj mi, wiem co mówię….

-Komu ty to mówisz! W klasztorze był!

-Jesteście obrzydliwi! Jak ja mogę się  z wami przyjaźnić?!

-I tak długo już wytrzymałeś! Kochasz nas… dlatego! Spójrz prawdzie w oczy i przyznaj się.

-Idziesz z Mikołajem i jego rózgą, tak oficjalnie na tą imprezę.

-Chciałbym. Fajnie by było, jakby stał obok i trzymał mnie za rękę.- Adam westchnął- Uprzedzam wasze pytanie, nie ludzi się obawiam a tego ze to może za wcześnie…Nie chcę go wystraszyć…

-To lekarz! Gorsze rzeczy widział!

-Wyjdzie samo w praniu. Nic na siłę. Wyczujesz moment i samo pójdzie. -Paddy zamyślony wstał i podszedł do okna.

-A tobie co? Rozczulają cię dwa całujące się geje czy jak?

-Chciałem się jej oświadczyć…. – Schował dłonie do kieszeni i powoli odwrócił się twarzą do przyjaciół. W pokoju nastąpiła głęboka cisza. – Wiedziałem że was zaskoczę. Nie zrobię tego jednak…

-Bo? Nie kochasz jej?

-Nigdy nikogo tak nie kochałem! Ale nie oświadczę się teraz, kiedy wyniknął ten cyrk z kliniką i ciążą. Pola pomyśli, że to na siłę. Że coś jej próbuje zrekompensować.

-Kiedy chciałeś to zrobić?

- W święta… u mojej rodziny. Wiem, że się zgodzi ale chciałem żeby było tak… kurde… romantycznie no!

-Faktycznie, nie rób tego. – Paweł przybrał bardzo poważny ton – Na bank odbierze to jako rekompensatę za brak dziecka. Tak nie może być.

-Albo teraz się oświadcz…. zanim jeszcze na dobre się nie zaczęło!-Adam zamyślił się, skubiąc dolną wargę.

-Ona wczoraj chciała go zostawić a ten się oświadczać będzie… no rewelacja! Już wiesz, dlaczego jesteś do tej pory singlem?

-Zasadniczo, już nie jest! A po sobocie, to już na pewno nie będzie! Doktorek leci na ciebie, widać jak na dłoni! -skończył butelkę piwa i odstawił na stolik. – Oświadczyć się mogę zawsze, teraz faktycznie, nie jest dobry czas. Wystarczy tych emocji.

 

 

 

-Widziałeś, jaki idiota? Dzięki Angi za info. -rozłączył się i wrócił do przeglądania kilku stron internetowych. Zerknął na Polę, myła naczynia po śniadaniu. Mógł spokojnie sprawdzić kilka informacji, nie martwiąc się, że zostanie nakryty.

-Kto dzwonił?- Zapytała nie odrywając się od wykonywanej czynności.

-Hm? A to? Angelo. Dał znać, że Jimbo znalazł się w Kolonii.

-Tam go wyrzuciło! Ciekawe czemu?- wycierała dłonie w suchą ściereczkę.

-Nie wiem.Dalej ma wyłączony telefon. – Paddy w pośpiechu zamknął laptopa- Angelo dostał info, że był tam widziany. Żyje… reszta mnie nie obchodzi.

-Trzymaj.

-Co? Odkurzacz? Tak z rana, Polka zlituj się!

-Nie marudź, szybko posprzątamy i wypijemy kawę.

-Jestem artystą wielkiego formatu a muszę…-powiedział hardo.

-Ty artysta wielkiego formatu co podkrada dziewczynie krem na pryszcze!- poklepała go po policzku.

-…Odkurzać. – wplótł palce we włosy. – A może zrobimy coś innego… – porwał ją w ramiona, składając na jej ustach namiętny pocałunek.

-Próbujesz się wykręcić? Żadnego seksu, Kelly! Do czwartku musisz wytrzymać. – pocałowała go ponownie.

-Nie pomagasz….

-Odkurzaj. – zniknęła w sypialni

-Ja może jednak do studia pojadę… pracować muszę…

- Odkurzaj!

-Dobra no… już! – mruknął pod nosem, rozciągając kabel od odkurzacza.

Godzinę później oboje siedzieli na kanapie, rozmawiając na temat studia, prób, chłopaków z zespołu i kiedy rozmowa zbiegała w kierunku kliniki usłyszeli dzwonek do drzwi. Spojrzeli na siebie i ze zdziwioną miną Pola poszła otworzyć.

-Jak to Pierre to idę jeszcze okoliczny park odkurzyć! – przechylił się przez oparcie kanapy.

-Nie słodziutki, to tylko my!- Do salonu wkroczyły Fiona i Dominika. Obie usiadły po bokach Paddiego biorąc go pod ramię.

- O coś chodzi? Co się tak głupio uśmiechacie?- Patrick zerkał raz na jedną, raz na drugą.-Wiesz o co im chodzi Pola?

-Pewnie zaraz się przekonasz.- Stała nad nimi z figlarnym uśmiechem.

-Co chcecie, sępy?-próbował się wyswobodzić – Jaka ty jesteś silna Dominika!

-Zadzwoń do Jima.- Fiona trzymała Patricka z drugiej strony. – Dowiedź się, co jest grane.

-Zostawił Fionę w pół słowa i zniknął. Chyba powinien powiedzieć jej gdzie jest… Albo chociaż tobie, cytrynka!

-Aaa, chciałybyście wiedzieć! Nie ma nic za darmo! Co z tego będę mieć?- nie powstrzymywał śmiechu.

-Polka ci da! -Dominika poluzowała uścisk

-I tak mi da! – Pola wywróciła oczami i poszła zrobić kawę.

- Ale przed czwartkiem!-Fiona uniosła brwi.

-Blefujesz! – Paddy pochylił się bliżej twarzy Fiony i zmrużył oczy.- Wiesz, że nam nie wolno…. mała cholero!

-Tez cię kocham! – Fiona pocałowała Paddiego w czubek nosa.

-Powiedz im, bo nie odpuszczą…- Pola usiadła naprzeciw wyraźnie rozbawiona.

-Dobra! Ale nie dam się przekupić seksem! Zapamiętajcie to sobie! – westchnął i udał, że wyciera pot z czoła. – Jimmy jest w Kolonii. I nieee…. nie mogę z nim pogadać bo nie ma go pod telefonem! Wyłączony ma od kilku dni. Przykro mi… Fiona.

-Cholera… co jest? Nic z tego nie rozumiem.- kobieta zanurzyła usta w gorącej kawie.

 

 

 

Czwartkowy wieczór czarne auto Patricka podjechało pod Jasny budynek kliniki. Fasadę wieńczyły zdobione gipsowe ornamenty. Wokół rosły różnego gatunku iglaki, starannie przycięte do kulistych kształtów. Wokół wszystko wysypane było białym, drobnym kamieniem. Zaparkowali na parkingu, z tyłu budynku. Chwilę siedzieli w ciszy ciężko oddychając. W końcu Paddy bez słowa wysiadł z auta, otworzył Poli drzwi i podał jej dłoń. Spojrzała na niego.

-Damy radę. Wszystko będzie dobrze! Cokolwiek się nie stanie, przejdziemy to razem. Chwyć moją dłoń…- uniósł kąciki ust- i już nie puszczaj!

-Załóż kaptur, żeby nikt cię nie widział.

-Nie mam takiego zamiaru! Nie zrobimy tego aż tak po kryjomu. – ścisnął mocniej jej dłoń. -Idziemy!

Weszli do środka i skierowali się do rejestracji. Miła, młoda blondynka po wpisaniu danych, poprosiła o poczekanie w wygodnych, białych fotelach. Nie puszczał jej dłoni. Chcąc zająć czymś myśli zaczął rozglądać się po pomieszczeniu. Ściana naprzeciw nich cała ozdobiona była zdjęciami noworodków i malutkich dzieci. W tle sączyła się spokojna muzyka. Wszędzie królowały pastele i jasne kolory. Było całkiem przytulnie i przyjemnie. Miła blondynka z rejestracji podeszła do nich i cicho zapytała czy może napiją się kawy, herbaty bądź wody. Grzecznie podziękowali. Pola zdawała się być skupiona, spięta. Mało się odzywała a jedyną oznaką zdenerwowania były wykręcane palce dłoni. Bardzo się starał nie okazywać stresu. Dla niej musiał być silny, choć wewnątrz siebie toczył walkę z bardzo dużymi emocjami.  Po jakimś czasie z gabinetu wyszła kobieta w średnim wieku i uśmiechnęła się serdecznie do Poli. Podeszła do rejestracji i cicho powiedziała coś do młodej blondynki po czym wróciła do gabinetu zamykając za sobą drzwi.  Blondynka ponownie podeszła do Poli I Paddiego i podając Poli formularz do wypisania poprosiła Paddiego na stronę.

-Proszę wybaczyć, nie powiedziałam wcześniej. Do narzeczonego proszę mówić po angielsku. Nie jest polakiem.

-Rozumiem. Oczywiście. – zwróciła się do Patricka. – Panie Kelly, proszę ze mną. Odda pan materiał, pani Pola zaraz będzie badana.

cd1bfa295fa8409a85f04e224389d8f4

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Nie zgadzam się.

-Słucham?

-Co ty, Paddy?

-To znaczy zgadzam się ale później. Chcę być teraz z nią. – splótł palce z dłonią Poli.

-Oczywiście, rozumiem. Czekam na pana w takim razie. – uśmiechnęła sie ciepło i wróciła za kontuar.

-Może ci pomoże, skoro tak czeka na ciebie… – Pola uśmiechnęła się do Paddiego.

-Faktycznie, głupio to zabrzmiało. -prychnął.

-Pani Martin, zapraszam. -Doktor Woźniak gestem zaprosiła Polę do środka. Usiedli na wygodnych krzesłach pi drugiej stronie biurka.

-Aleksandra Woźniak. Miło mi, panie Kelly. – podała mu chłodną dłoń. -Mam pani wyniki badań, poziomy hormonów, krew, białko. – rozłożyła cienką teczkę i przeglądała wyniki. – Pani usg i obraz konsultowałam z kolegą i jednym specjalistą z Monachium. Nie jest najlepiej ale można coś z tym zrobić.

-Pani doktor, zrobimy co w naszej mocy. – Pola ściskała dłoń Patricka.

-Wiecie z czym to się wiąże?Jak płód się zagnieździ, może nie utrzymać się. Musicie być tego świadomi.

-Jesteśmy pani doktor. I…- spojrzała głęboko w granat oczu Paddiego otoczony malutkimi zmarszczkami. – … i chcemy podjąć to ryzyko.

-Dobrze. W takim razie mam dla was propozycję kuracji. Lek nie jest wprawdzie tani ale  może pomóc na zmniejszenie pani bliznowca na macicy. – podąła receptę. – ważne jest aby aplikować zastrzyk codziennie, na noc. To bardzo ważne aby nie przeoczyć dawek ale sądzę, że mam do czynienia z odpowiedzialnymi ludźmi.

- Jak długo będę musiała brać ten lek?

-Przez kolejne trzy, maksymalnie cztery cykle. Potem się zbadamy i zobaczymy jak to wygląda.

-Pani doktor a przez ten czas możemy dalej się starać jak dotychczas?

-Jak najbardziej! Proszę tylko często robić testy. Jeśli dojdzie do zapłodnienia wcześniej, proszę wtedy odstawić ten lek a brać jedynie te pomocnicze, z drugiej recepty. Nie zaszkodzą testy na owulację, dodatkowo.

-dziecku nic się nie stanie od tych zastrzyków?

-Nie panie Kelly. Trzeba tylko szybko reagować. Każdy dzień jest ważny. – zamknęła teczkę.-Zapraszam panią do badania i jeśli nie mają państwo więcej pytań to pana do gabinetu obok. Mamy tam kilka materiałów pomocniczych. – uśmiechnęła się.

-Nie da się tego określić bardziej subtelniej, doceniam.- Paddy uścisnął dłoń lekarki, pocałował Polę i wyszedł do gabinetu obok.

Pokój był ciemny, w oknach zaciągnięte szczelnie rolety. Paddy przekręcił klucz i usiadł na wygodnym fotelu. Obok znajdował się biały plastikowy stolik na kółkach, na którym znajdowało się sześć sterylnych kubeczków, szczelnie zamykanych.

-Przeceniają mnie. – wziął do ręki jeden i przyjrzał mu się uważnie. Na wprost stał telewizor i półka płyt z filami dla dorosłych. Po drugiej stronie fotela leżał stos gazet. – Jak jaskinia porno! -wypuścił głośno powietrze i odłożył kubeczek. – Tak bez czułości… – rozejrzał się jeszcze raz. – … no to do roboty Paddy! Inaczej stąd nie wyjdziesz! – zamknął oczy i zaczął się relaksować. Po 30 minutach wyszedł z pokoju na krótki korytarz a z niego do poczekalni gdzie zastał Polę pijącą kawę. Młoda blondynka podeszła do niego i uśmiechając się ciepło zapytała czy wszystko się udało i czy zostawił materiał tam gdzie powinien. – Jakoś poszło. Ale na kolację z tym słoiczkiem to się nie umówię. Mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku a teraz przepraszam, narzeczona czeka.

 

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | Skomentuj

62.No One But You

LISTOPAD

„Przewodnią myślą mego życia jest on. Gdyby wszystko przepadło, a on jeden pozostał, to i ja istniałabym nadal. Ale gdyby wszystko zostało, a on zniknął, wszechświat byłby dla mnie obcy i straszny, nie miałabym z nim po porostu nic wspólnego.”

 Emily Jane Brontë – Wichrowe Wzgórza

 

 

-Odchodzę Patrick.- wyszeptała

-Co?- wstrzymał oddech.

-Masz jeszcze szansę…Tak będzie lepiej. -zwiesiła wzrok.

-Dla kogo?! Dla ciebie?! Dla mnie?! Do cholery, co ty wygadujesz?- podniósł głos i wstał z ławki.

17952528_1579094178780907_7260593236220239531_n

 

-Nie jest mi łatwo.Czasu nie cofnę! Codziennie odczuwam ból tamtych czasów.Wiem jak cię krzywdzę…

-Właśnie, że nie krzywdzisz! Bo ja się na to nie zgadzam! Nie zgadzam się, rozumiesz?!Nie zostawisz mnie, żebym poszukał sobie innej!To tak nie działa!- krzyknął na pół parku

-Wiem ale…

-Nie zgadzam się! Myślisz, że tak łatwo ci odpuszczę? Nie znasz mnie? Jak możesz?-krzyczał

-Myślisz, że mi jest łatwo?! Codziennie budzić się koło ciebie wiedząc, że nie mogę dać ci tego o czym marzysz? -zaczęła krzyczeć. – Nosze na sobie to piętno, które codziennie przypomina mi jaką jestem kobietą! – podniosła bluzę do góry ukazując fragment tatuażu.-Wybrakowaną. A jeśli nigdy nie będziemy mieć rodziny? – twarz miała zaciętą, hardą ale z oczu wypływały łzy przy każdym mrugnięciu. -Zajdę w ciążę i poronię. Nie chcę dla ciebie takiego życia. Nie zasługujesz! Nie chcę żebyś przechodził to wszystko! Nie wiesz jak to jest, stracić dziecko!

-A kto dał ci prawo decydować o tym co jest dla mnie najlepsze a co nie?- krzyknął – mam rozumieć, że to, z kim chcę być, już się w ogóle dla ciebie nie liczy? Podjęłaś decyzję za nas oboje!

-Sam nie byłbyś w stanie odejść. Ty masz jeszcze szansę, Paddy. Możesz być szczęśliwy…z kimś innym…

-Polka, co ty gadasz?!-zmrużył oczy – I to jest powód twojego odejścia? Bo chcesz dla mnie dobrze?-roześmiał się czym zaskoczył kobietę. Zrobił kilka kółek wokół ławki, na której siedziała. – Problem w tym, że ja cię doskonale rozumiem! Jednego tylko nie wzięłaś pod uwagę… mojego zdania na ten temat. – usiadł obok niej i ujął jej chłodną dłoń. – Przestań na sekundę kierować się czym podobnym do altruizmu i odpowiedz mi, jak jest na prawdę. Kochasz mnie? Chcesz ze mną być?Te dwie rzeczy się liczą!- wyrwała swoją dłoń z jego uścisku.

-Patrick…Ja nawet nie wiem jak opisać skalę miłości jaką cie darzę! Nie potrafię bez ciebie oddychać.Kocham cię tak mocno, że aż mnie przytyka!   – spojrzała na niego mokrymi oczami. -Nie chcę cię krzywdzić. Nie wiem co mam z tym zrobić, jak postąpić!

-Jesteś w stanie ode mnie odejść? – pochylił się nad nią, badawczo jej się przyglądając.- Odpowiedz, do cholery! Jesteś w stanie mnie opuścić?- ich usta dzieliło kilka centymetrów. -Odpowiedz!- wytrzymał jej spojrzenie

-Nie. Nie potrafię! Myślałam, że tak będzie lepiej ale nie potrafię, kochanie… Nie potrafię bez ciebie żyć…- ujęła jego twarz w dłonie. -A jeśli nie dam ci dzieci? Znienawidzisz mnie…- łza spłynęła po jej policzku.

-Nie to jest wyznacznikiem naszego być albo nie być Pola. Nawet bez dzieci będziemy razem. Nie dam ci odejść tak łatwo. – ujął jej dłonie -Dopiero, jak przestaniesz mnie kochać.Dopiero wtedy puszczę cię wolno.I nawet wtedy nie znienawidzę cię!

-Będziesz cierpiał.-powiedziała cicho.

-Nieprawda! Cierpieć mogę jedynie bez ciebie kochanie! Z tobą nic mnie nie ruszy. – pociągnął ją do siebie i zamknął w ramionach. Czuł jak cała dygocze. -Przestań już zachowywać się w ten sposób! Uszczęśliwiając mnie na siłę i decydować sama o naszym losie.

-Paddy…- dyszała spazmatycznie- Umarłabym bez ciebie. Nie chcę odchodzić! Nigdy nie chciałam cię opuszczać!- zacisnęła dłonie na jego kurtce.- Nie chcę… – powiedziała cicho wtulając się w niego jeszcze mocniej.

-No to masz szczęście kochanie, bo nigdzie się nie wybieram. – Pogłaskał jej potargane włosy i wypuścił powietrze z westchnieniem ulgi. – Tyle już przeszliśmy… przejdziemy i to.

-Przepraszam cię. – uwolniła się z jego uścisku. – Wybacz mi… przepraszam cię za dzisiaj… za wczoraj… za wszystko!

-Nie możesz w nas wątpić! Nigdy, słyszysz? – chwycił ją za ramiona

-Nigdy… Wiesz, że będzie trudno? Że może to się nie udać?

-Wiem… Ale jeśli dalej chcesz, możemy spróbować. Powalczymy o to dziecko.Razem!

-Paddy… zabierz mnie do domu.- ujęła jego dłoń

-Dobrze ale pod jednym warunkiem.-uśmiechnął się i zobaczyła znowu jego cudowne zmarszczki wokół granatowych oczu.

-Każdym…

-Będziesz jak się obudzę?

-Będę. Nigdzie już nie ucieknę….- obejmując się powoli szli w kierunku domu.

-Chodźmy spać… To był długi i ciężki weekend. Resztę przemyślimy jutro. W końcu jutro tez jest dzień.   – pocałował czubek jej głowy.

 

 

k,MjI5NzIzNzUsMTQxNDk2,f,Ohne_20Titel-14 (1)

Krople deszczu nieśmiało stukały w szybę sypialni przy każdym podmuchu wiatru, który wył między drzewami. Tego wieczora rozmawaili do późna siedząc na podłodze, między rozkręconymi meblami. Po którymś piwie Fiona wpadła na pomysł spalenia wszystkich mebli w kominku, na co Jim ledwo ją powstrzymał tłumacząc, że lakierowanego drewna nie pali się w kominku i zdziwił się, że Fiona taka ignorantka i nie wie tak podstawowych rzeczy! Ona nabijała się z niego,że zachowanie drwala już ma ale brakuje mu jeszcze długiej brody i koszuli w kratę no i siekiery. Na sam koniec wieczoru leżąc na dywanie opowiadali  o swoich dzieciach. Widziała jak ten temat jest bolesny dla Jima. On natomiast cieszył się, że na Boże Narodzenie pojedzie do Kolonii i zobaczy się z córkami. Na ten temat z kolei Fiona posmutniała. Święta dla niej zawsze były wyjątkowym czasem. Czasem spędzonym z rodziną.Te będą pierwsze z którymi będzie musiała się zmierzyć. Co jakiś czas wracał temat Filipa, skrzętnie omijany. Po jakimś czasie przenieśli się na kanapę w salonie i Jim opowiadał Fionie o swoich młodych latach, omijając niecne uczynki jakich się dopuścił. Skończył opowiadać kolejną anegdotę i zerknął na Fionę. Zasnęła. Jej głowa spokojnie opadła na wezgłowie przytulnego wypoczynku. Uśmiechnął sie ciepło i ostrożnie wyjął z jej dłoni butelkę niedopitego piwa. Okrył ją kocem, zebrał butelki i talerze po kolacji. Talerze wstawił do zmywarki a butelki postawił na blacie w kuchni. Wrócił do salonu. Było cicho i jak dla Jima niepokojąco. Cały wieczór czuł się źle w tym domu, co starał się ukryć przed Fiona. Teraz, kiedy nic nie mówiła a jedyne co słyszał to jej miarowy oddech, uczucie niechęci tylko w nim rosło.  Rozejrzał się po zdemolowanym pokoju i choć mało przypominał swoją pierwotna wersję, Jim nadal widział wszędzie Filipa. Nie potrafił powstrzymać tych myśli. A może na tej kanapie ona kiedyś całowała się ze swoim mężem…albo się z nim kochała? Czuł się naiwnie, zastanawiając się nad takimi rzeczami. Oczywiście, że to robiła! Na blacie w kuchni pewnie razem gotowali i spędzali wspólnie wieczory przy lampce wina, tocząc niekończące się dyskusję. Rozejrzał się po domu. Nie powinien ale było to silniejsze od niego. Wszedł na piętro. Otworzył pierwsze drzwi. Łazienka. Na wieszaku jej atłasowy szlafrok, obok niedbale przewieszony brzoskwiniowy, koronkowy biustonosz. Koło umywalki stał mały flakonik perfum. Wychylił się, upewniając  że Fiona dalej śpi i cicho otworzył buteleczkę. Wziął głęboki wdech wdychając słodki jej zapach. Przymknął oczy, przenosząc się do tamtego wieczoru, kiedy pierwszy raz do niego przyszła.Pamiętał również ukłucie w sercu, kiedy bez słowa od niego wyszła po wszystkim. Pośpiesznie wyszedł z łazienki i zajrzał obok. Pokój jej dzieci. Nie wchodził, czuł że nie powinien. Zaświecił światło i omiótł spojrzeniem pomieszczenie. Na każdej półce stały kolorowe ramki ze zdjęciami Filipa, dzieci i Jej. Razem, jak szczęśliwa rodzina. Poczuł mdłości w żołądku. Zaczął nerwowo drapać swoje ręce, źle się czuł. Bardzo źle. To nie było jego miejsce. To nie była jego rodzina. Teraz odczuwał to aż za bardzo. Zacisnął dłonie na swoich włosach i szybko zbiegł do salonu. Delikatnie uniósł Fionę, przytulając ją do siebie. Mocno trzymając ją na rękach zaniósł do sypialni. Ułożył ją na łóżku i czule nakrył ciepłym kocem. Widok jej w tej sypialni był dla niego nie do zniesienia. Filip miał rację, kiedy mówił, że miejsce po nim w łóżku jeszcze nie wystygło. Nie mógł tu zostać. Pogłaskał Fionę po policzku i cicho wyszedł z domu. Nie zamawiał taksówki. Było już nad ranem więc postanowił iść na piechotę. Naciągnął kaptur na głowę, dłonie schował do kieszeni i powoli nie podnosząc spojrzenia, kierował się w stronę swojego mieszkania.

 

 

FB_IMG_1479589405014

Otworzył oczy i chwilę trwało zanim złapał ostrość spojrzenia skupiając uwagę na sufitowej lampie. Kilka godzin temu o mało nie stracił Poli. O mały włos by go zostawiła. Nienawiść do Pierra zasłoniła mu jasność umysłu. Kiedy ona sama próbowała uporać się z tak ciężkimi emocjami, on myślał jedynie o swojej urażonej dumie. Na tamto wspomnienie zacisnął mocno powieki i dłońmi przetarł twarz otrzeźwiając się odrobinę. Spojrzał w bok. Spała obok niego. Wyglądała spokojnie, oddychała rytmicznie. Okrył ją szczelniej kołdrą i odgarnął długie, czarne włosy i twarzy. Była może odrobinę blada, oczy przyozdobione sinymi podkówkami a skóra na dłoniach jakby otoczyła jedynie kości. Paddy doskonale wiedział co ona przechodzi, widział ile ją to kosztuje. Sam miał mieszane uczucia. Jeśli jest tak jak mówi Pola, to czy może skazywać ją na kolejne cierpienie jakim jest poronienie? Czy może samolubnie podjąć taką decyzję? Wstał i po szybkim przemyciu twarzy, wstawił wodę na kawę i zabrał się za robienie jajecznicy. Jego myśli krążyły wokół jednego tematu. Pragnął mieć rodzinę, dzieci. Pragnął tego bardzo mocno ale tylko z nią. Nie chciał jej krzywdzić, nie zniósłby takiego cierpienia jakie by ściągnął na nich swoją decyzją. Mieszał beznamiętnie kilka jaj z wcześniej podsmażoną szynką. Miał jechać do studia. Sięgnął po telefon i napisał do Sebastiana wiadomość „coś mnie zatrzymało. Będę jutro. ” Za niecałe trzy tygodnie jedzie w trasę. Ostatnią przed świętami a po nowym roku zamyka się w studiu pracując nad nowym albumem. Nie powinien teraz omijać prób. Dzisiaj jednak nic nie liczyło się tak jak ona. Była jego całym światem a o świat trzeba dbać.  Przerzucił jajecznicę do termicznego półmiska, zrobił ogromny dzbanek kawy i wszystko ustawił na stole w jadalni. Stał nad swoim dziełem i jeszcze ostatni raz pomyślał o wydarzeniach ostatnich dni.

-Paddy, dość! Koniec użalania się!- zrugał sam siebie. – Nie tego nam teraz trzeba. Ktoś musi pozbierać ten cały cyrk w jedną całość! – założył na bokserki czarne dresowe spodnie, trampki i bluzę z kapturem. Najciszej jak potrafił wyszedł z domu i szybko zbiegł po schodach na zewnątrz. Było zimno, mokro, wietrzne i nieprzyjemnie. Podbiegł kilka kroków i dysząc wpadł do najbliższej kwiaciarni a w drodze powrotnej odwiedził jeszcze piekarnie. Mimo pogody powoli wstępowała w niego nadzieja. Czarne myśli ustępowały miejsca jasnym promieniom. Z czasem i uśmiech pojawił się na jego twarzy a kiedy wrócił do mieszkania był już pełen życia i chęci do działania. Bukiet białych jaskrów wstawił do różowego wazonu. Pieczywo przełożył do małego koszyczka i nalał sobie duży kubek kawy. -Od teraz będzie inaczej… – szepnął sam do siebie zatapiając wargi w gorącym napoju. Postanowił włączyć cicho muzykę. Usiadł na kanapie i pilotem przeglądał kanały w telewizji. Jego uwagę zwróciła wystająca spod stosu gazet biała wizytówka. Nie potrafił przeczytać kogo przedstawiają te dane jednak rysunek małego dziecka w prawym rogu i nazwa kliniki pozwoliło mu zorientować się z czym ma do czynienia. Schował ją pod swój talerz w jadalni i czekał na Polę. Kilka minut później w kucni pojawiła się i ona. Rozczochrana, ziewając zawiązywała w pasie puszysty szlafrok. Dla niego była cudowna właśnie taka.

ce5e524d97be3e44d52e9dd5035b49a7

-Kochanie, muszę powiedzieć, że wyglądasz rześko i kwitnąco! – podpierał dłonią brodę siedząc przy stole

-Nie kpij. – stawała się poprawić włosy. – Wyglądam strasznie! – Jej wzrok skupił się na zastawionym stole. – Co to jest?- nieśmiało zagościł mały uśmiech na jej twarzy- Przygotowałeś śniadanie? I świeże pieczywo? I takie piękne… skąd masz takie piękne kwiaty? Tylko mi nie mów, że leżały na wycieraczce z jakimś liścikiem?

-Pobiegłem po nie. – uniósł zawadiacko brwi. – No i po bułki też!

-Jak to pobiegłeś? Przecież ty nawet po schodach nie wchodzisz. – przeciągając się usiadła naprzeciwko Paddiego.

-Dzisiaj jest nowy dzień i nie będzie przesadą jak dodam, że czas na zmiany? A tak serio…- ujął jej dłoń- Chciałem zrobić dla ciebie coś miłego.

-Wiesz, że wystarczyłaby kawa. Ale kwiaty cudowne! – pocałowała wnętrze jego dłoni.

-Kocham cię Pola. Nic tego nie zmieni.

-Nie zasługuje na…

-Dość! Miałaś skończyć z takim głupim gadaniem! – przekrawał bułkę. – Zasługujesz na wszystko co najlepsze a teraz wcinaj jajecznicę. Narobiłem się przy niej. Doceń kunszt mistrza!

- Ten kunszt to ta szynka?- uniosła jedną brew.

-Wiesz jak ciężko pokroić tak drobne paseczki, nie raniąc sobie przy tym tych cennych palców? – uniósł dłonie do góry.

-No tak! Artysta i jego genialne palce.- dobry humor wypełniał pokój z minuty na minutę.

-Pij kawę bo głupio gadasz! Wyjątkowo dobra jajecznica! Nawet jak na mnie!

-Nawet jak na ciebie…- Pola prychnęła śmiechem przyglądając się z czułością swojemu mężczyźnie. Zamyśliła się popijając gorącą kawę i przez chwilę była jakby nieobecna. -Mogę jakoś wynagrodzić ci ostatnie dni?

-Chyba możesz…- powiedział cicho i przesunął po stole w kierunku Poli wizytówkę kliniki.- Zadzwoń tam. – dodał z pełną powagą i troską.

- Nie chcę. Boję się. – zaczęła kręcić się na krześle.

-Czego Pola? Dowiemy się więcej i tyle. Nikt nas do niczego nie zmusi. Zadzwoń, nie bój się. Jestem z tobą.- mówił ciepło lekko zachrypniętym głosem.

-Chcesz zrobić ten krok?

-Oczywiście. Chcę spróbować. Ale sam tego nie zrobię. Aż tak genialny nie jestem! – podsunął wizytówkę blisko niej.

-Dobra zadzwonię. – sięgnęła po telefon i wykręciła numer. Stukając paznokciami w stół oczekiwała połączenia. – Dzień dobry Pani doktor. Pola Martin z tej strony. Chciałabym jeszcze raz panią odwiedzić. Kiedy ma pani wolny termin? Tak szybko? A rozumiem, ktoś odwołał wizytę. Świetnie. Chciałabym jeszcze zaznaczyć, że tym razem przyjdę z partnerem.- Paddy widział jak nieznacznie się uśmiecha i choć nie rozumiał ponad połowę, z tonu głosu Poli wnioskował, że jest dobrze.- No to jesteśmy umówione. Czwartek o osiemnastej. Pozdrawiam. – rozłączyła się. Spojrzała na Paddiego i tylko uśmiechała się szyderczo.

-I teraz będziesz się pastwić nade mną i nic mi nie powiesz?

-Powiem powiem ale uroczo się denerwujesz.

-Mów bo usiedzieć nie mogę.

- Czwartek popołudniu mamy wizytę.

-Tak szybko?- Paddiemu odrobinę zrzedła mina.

-Powiedziała, że to dobrze się składa, że ze mną przyjdziesz…- posmarowała bułkę masłem

-Bo? Dlaczego?- Paddy przechylał się w kierunku Poli.

2016-11-19 21.05.30

-Bo oddasz spermę.- smarowała bułkę dalej lekko się przy tym uśmiechając

-Jaką spermę? Moją? – Paddy splótł dłonie z tyłu głowy

-No a czyją? Chcą się upewnić, że u ciebie wszystko ok. Taka procedura. Nie musimy iść jak nie chcesz.

-Idziemy. Po prostu raczej nie robię takich rzeczy za często?

-Ale co jakiś czas, tak?- śmiała się już na całego.

-Przestań bo aż mi słabo! – Paddy udawał urażonego.

-I zero seksu do czwartku.

-Ee, bez sensu taka robota! – machnął rękami.- Ja chyba jednak pojadę do tego studia w takim razie! Spożytkuję jakoś tą energię! – wstał i mrucząc pod nosem coś o badaniach, seksie i spermie poszedł do łazienki.

- Cały dzień będziesz w studiu?- robiło jej się ciepło na duszy. Po dzisiejszym poranku wiedziała, że nie jest sama i już nie musi mierzyć się ze wszystkim. Czuła się bezpiecznie i z każdą chwilą mrok opuszczał jej serce.

- Słuchaj… – wyszedł z łazienki z plamkami kremu na twarzy.- Za trzy tygodnie jadę w trasę do  Niemiec, kilka miast.

-Pamiętam. -stanęła w drzwiach z kubkiem kawy w dłoni. -Coś się zmieniło?

-Jedź ze mną. Nie było cię przy mnie w Krakowie.

-Nie przypominaj.

-Nie o to mi chodzi. Po prostu czułem się fatalnie, kiedy nie było cię obok. Chcę żebyś była blisko kiedy śpiewam. To jak, pojedziesz?

-O ile Pierre da sobie radę sam.

-Założę się, że da sobie doskonale radę…. sam.

- Nie zauważyłam złości w twoim głosie. Coś sie zmieniło?

-Powiedzmy, że się dogadaliśmy w kilku kwestiach. To jak?

-Pojadę. Oczywiście, nie musiałeś nawet pytać. – wyszła do kuchni.

-Nie chciałem cię do niczego zmuszać…- powiedział cicho sam do siebie i zaczął układać włosy.

 

 

Obudziła się zadziwiająco wyspana. Spojrzała na zegarek. Była spóźniona. Umówiła się że odbierze dzieci wcześniej. Założyła jeansy, zapięła długi sweter a na niego zarzuciła płaszcz. Zdążyła jeszcze umyć zęby i wybiegając z domu związała włosy w niedbały kucyk. Minęła salon i kątem oka zobaczyła kilka pustych butelek po piwie.

ba51538d4a5f43c7a279361aed1bc5f8

-Boże, Jim! – wróciła do salonu rozglądając się po każdym kącie i wszędzie gdzie mógłby się znajdować. Nie było go. W domu panowała cisza. -Kurwa mać! – warknęła i z telefonem w dłoni wsiadła do auta ruszając jak najszybciej do swojej teściowej. W połowie drogi wykręcała już trzeci raz numer Jima. Miał wyłączony telefon. Jedyne co słyszała to sygnał poczty głosowej. Podjechała pod dom rodziców Filipa. Chowając telefon do kieszeni płaszcza cicho przekroczyła próg. Z kuchni wyłoniła się jej teściowa wycierając dłonie o małą ściereczkę.

-Dobrze, że jesteś bo ja lada moment muszę wyjść. Już myślałam, że nie przyjedziesz po chłopców.

-Jak mogłabym po nich nie przyjechać?

-Może o nich zapomniałaś? Zważywszy na to jak wyglądasz…- starsza kobieta uniosła znacząco brwi

-Zapomniałam? O własnych dzieciach? Nie przesadzasz? – z tymi słowami dwóch małych chłopców wszczepiło się w nogi Fiony z głośnym okrzykiem „mama”- Zaspałam…. po ludzku zaspałam.

- Właśnie widzę. Cóż… układanie swojego życia na nowo bywa męczące.- zauważyła wyniosłym tonem.

-Chłopcy zabierzcie swoje rzeczy i ubierzcie sie. – Fiona uśmiechnęła się do synów i zaczekała jak znikną z przedpokoju. – Przypomnę ci jedynie, że to twój syn mnie zdradzał wiec czy możesz już odpuścić i skupić się na Filipie? – rozejrzała się – A właśnie, gdzie on jest?

- Już od dawna w pracy. Nie będzie przecież się spóźniać!

-Jakby nie robił tego do tej pory. – Fiona mruknęła pod nosem. Poczuła wibracje w kieszeni płaszcza. – Wybacz… klient.

-Pewnie zastanawia się, czemu nie ma cię w biurze.

-Na szczęście jest w nim twój kryształowy syn. – warknęła za wychodzącą do kuchni teściową. – Chłopaki! Pospieszcie się! – zerknęła na telefon. Wiadomość. „Abonent jest już dostępny.” Ucieszyła się i wykręciła pośpiesznie numer Jima wychodząc przed dom. Po trzech sygnałach znowu odezwała się poczta. – Rozłącza mnie! Co jest cholera? Znowu wibracje „wybacz, nie mogę teraz rozmawiać. Odezwę się. Jim.”

-Mamoooo… jedziemy do domu?

-Nie. Od razu do szkoły i przedszkola. Chodźcie bo się spóźnimy. Pocałowaliście babcie?

-Tak! A ty się nie żegnasz?

-Chyba nie jest to konieczne. – Spojrzenia jej i teściowej w oknie, spotkały się i Fionę przeszedł lodowaty dreszcz. Szybko odjechała.

 

 

Paweł wstał skoro świt. Postanowił przed praca w agencji odwiedzić siłownię. Czuł się odrobinę zaniedbany czego wyjątkowo nie lubił. Spakował swoją torbę i czule pocałował śpiącą Dominikę. Ta na chwilę otworzyła oczy.

-Witaj. I jak się czujesz?

-Jak z krzyża zdjęta. Chyba faktycznie nie powinnam pić tego zimnego piwa. Wszystko mnie boli. – mruczała zachrypniętym głosem.

- Zostań dzisiaj w łóżku. dam ci jakieś leki a w drodze z pracy kupię ci co trzeba ok?

-Zgodzę się na wszystko!

-No właśnie widzę! Do popołudnia. Postaram się wrócić jak najszybciej. – pocałował Dominikę w czoło – Aaa żadnych ust! Nie zarażę się! Paaa kochanie.

-Wszystko jedno! – Dominika obróciła się na drugi bok i zasnęła ponownie.

 

 

 

-Łukasz! Jest Pierre? Muszę z nim pogadać! -Pola krzyknęła w kierunku gabinetu szefa.

-Będzie później. Coś dla mnie załatwia. A co chcesz?-Łukasz również krzyczał w kierunku gabinetu Poli.

-Hej, łazjy!- Edyta stanęła w połowie drogi między dwoma pokojami – Istnieje taki wynalazek jak telefon, wiec bądźcie uprzejmi skorzystać z niego, skoro już wam nie chce się nawet do siebie iść! Ogłuchnąć idzie! Jezu co za lenie!- uniosła w górę ręce.

-Edzia, nie jęcz! Jak do niego pójdę to każe mi ze sobą rozmawiać a mi się nie chcę! -Pola dalej nie wychylała się z gabinetu

-Nie muszę w tobą gadać! Będziesz coś chciała! Zobaczysz… A właściwie to nie zobaczysz! – usłyszały śmiech i szelest gazet.

- Jak dzieci, dosłownie! Jak dzieci! – Edyta zrezygnowana wróciła do swojego pomieszczenia zamykając za sobą drzwi. Upewniła się,że każdy zajęty jest swoimi sprawami i wstukała w wyszukiwarkę nazwę uczelni. Université d’Aix-Marseille. Znalazła numer na sekretariat.

c7211afddede002f9b88136c32344a0d

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Witam. Chciałabym uzyskać od państwa podstawowe informacje o jednym z waszych byłych studentów. – Spojrzała na akta leżące na biurku. – Dzwonię z gazety w Polsce. Potrzebujemy potwierdzić dane naszego pracownika. Sama pani rozumie, taka konkurencja w dzisiejszych czasach. Można? A więc nazwisko to Pront. Jean Pierre. Tak, zaczekam.- stukała paznokciami w blat biurka. po kilku minutach kobieta ponownie odezwała się łamaną angielszczyzną, udzielając informacji. – Nie studiował nikt taki u państwa. Rozumiem. Dziękuję. – rozłączyła się, wpatrując w zdjęcie mężczyzny na widok którego serce szybciej jej bije. -Kim ty jesteś, do cholery? – zamyśliła się.

 

 

Z zamyślenia nad kolejnym artykułem wyrwał Polę dźwięk telefonu. Zerknęła na wyświetlacz. Fiona.

-Słucham cię. Już się stęskniłaś?

-Nie mam mebli. Odwiozłam dzieci do szkoły a nie mam mebli.

-Okradli cię? – Pola kończyła zdanie i zapisywała plik.

-Rozwaliłam…

-Mówiłam ci nie pij tyle…. a przynajmniej nie beze mnie! – odchyliła się na oparcie fotela rozpuszczając mocno spięte włosy. -Po co je rozwaliłaś?

-Nie mogłam na nie  patrzeć! Nie sądzisz ze odbiegamy od tematu?

-A to nie mogłaś kupić nowych, zanim te stare rozwalisz? Co ty, wariatka jesteś?

-Jim…

-A, czyli wariatka! No i czego ode mnie oczekujesz? Mam ci stolarza poszukać? Tobie to by się od razu Noe przydał! – zaśmiała się.

-Tak, i cieśla Jezus do kompletu! Jedziesz ze mną obejrzeć kilka sklepów?

-Pytasz? Mam wybór?

-Nie masz. Przykro mi ale jesteś na mnie skazana. Kupię ci miodownik i kawę.

-No nie wiem…

-Dużą kawę i lody.

-Dobra. Przyjedź po mnie do pracy. A Domi?

-Chora.

-Fuksiara! – westchnęła – No dobra, obejrzę tobą kilka kanap i komód,skoro muszę!

-Cieszę się, że z takim entuzjazmem do tego podchodzisz.

-A Jim?

-Nie oddzywa się. Nie wiem… Do zobaczenia. – pośpiesznie rozłączyła się.

 

Jim wrzucił małą torbę na tylne siedzenie swojego auta, dopił kawę z plastikowego kubka, kupioną na stacji benzynowej. Niepewnie rozejrzał się po okolicy, kiwnął głową jakby sam siebie chciał utwierdzić w przekonaniu, że dobrze robi. Napisał jeszcze jedną, ostatnią wiadomość: „Meike, będę za kilka godzin. Jim”. Zobaczył powiadomienia od Fiony i ze smutnym westchnieniem wyłączył telefon.

-No to kierunek Kolonia…- szepnął sam do siebie wbijając pierwszy bieg.

Opublikowano paddy kelly | 2 komentarzy

61.what have you done?

Powoli przekręciła klucz w zamku. Torbę podróżną rzuciła niedbale w kąt ciemnego holu. Dom był cichy i ciemny. Chłopcy dalej przebywali u Filipa rodziców a i jej mama postanowiła na weekend pojechać do siebie. Fiona została sama. Jim nie naciskał. Zaproponował, że ją odwiezie do domu ale grzecznie odmówiła tłumacząc, że chce być przez chwilę sama. Pocałowała delikatnie jego usta na pożegnanie i teraz stojąc w ciemnym pokoju te wspomnienia wracały do niej w postaci przebłysków scen. Poczuła przyjemne ciepło zalewające całe jej ciało. Przypomniała sobie miękkie, delikatne dłonie Jima na jej ciele i po kręgosłupie przebiegł ją przyjemny dreszcz. Masując kark weszła do kuchni, zapaliła małą lampkę stojącą na stole. Nalała wody do czajnika a do kubka wrzuciła torebkę rumianku. Poczekała chwilę patrząc beznamiętnie na obłoczek pary unoszący się nad czajnikiem. Ogrzewając dłonie o gorący kubek podkręciła temperaturę na piecu gazowym i rozsiadła się na wygodnej kanapie. Włączyła telewizor i bezmyślnie przełączała kanały, zatrzymała dopiero na jakimś programie muzycznym. Przyjrzała się uważniej, leciał blok „the best of 90′”. Uśmiechnęła się znowu, lata świetności Jima, pomyślała. Sięgnęła po laptopa i zaczęła przeglądać pocztę, której nazbierało się przez weekend. Usłyszała pierwsze dźwięki dobiegające z telewizora i natychmiast podniosła szeroko otwarte oczy.

Zamknęła laptopa i wsłuchała się w jego głos. Dotknęła swojej szyi na której jeszcze chwilę temu czuła jego usta. Stukała paznokciami w blat stołu.

-A cholera, pieprzyć to! – przechyliła się i sięgnęła po telefon. Wykręciła numer.

-Proszę. – odezwał się już po trzech sygnałach

-Jim. Przyjedziesz? Wiem, że mówiłam, że chcę być sama ale…

-Przyjadę. Przecież wiesz. Piłem piwo więc przyjadę taksówką.

-Czekam. A i Jim!

-Tak? – mówił cicho. Jej głos sprawiał mu radość.

-Przywieź to piwo! – rozejrzała się po salonie. – Mam pewien pomysł…. – dodała tajemniczo.- Do zobaczenia.

 

 

 

Lubił ćwiczyć wieczorami albo wcześnie rano. Łukasz odstawił go pod mieszkanie dosyć późno. Chwycił tylko torbę sportową, wiszącą zaraz przy drzwiach i przesiadł się do swojego auta. Jechał na pamięć. Myśli pływały bardzo daleko od niego.Bał się a na pewno martwił się o Polę. Informację uzyskane w Krakowie całkowicie zburzyły mu plan, jaki wykonywał. Nie będzie mógł spuścić oka z Poli, jednocześnie nie narażając związku Patricka z nią. Coraz trudniej było ją chronić, coraz trudniej było być blisko niej. Ma jeszcze trochę czasu, coś powinien wymyślić. Wszedł do szatni małej siłowni. Zorientował się, że ma na sobie uprząż z bronią. Zaklął pod nosem, taki błąd. Rozejrzał się, był sam. Sciągnął kaburę i schował między ubrania w metalowej szafce. Założył słuchawki, włączył muzykę i odpłynął na bieżni. Ćwiczył krótko, nie miał dotego głowy ani za specjalnie chęci. Po godzinie stał pod prysznicem. Owinął biodra niewielkim ręcznikiem i pośpiesznie założył na siebie ubranie. Broń schował z tyłu, za pas, spakował się i powoli wracał do swojego mieszkania. Zaparkował w najmniej widocznym miejscu i zamyślony zaczął wchodzić po schodach na swoje piętro. Nie korzystał z windy, nigdy nie wiadomo, kogo można spotkać po rozsunięciu drzwi. Jak sam twierdził, łatwiej cię trafić w windzie. Szedł powoli, zaprzątnięty swoimi myślami. Wszedł na piętro trzecie i usłyszał nad sobą szurnięcie buta o podłogę. Zamarł. Nasłuchiwał w bezruchu. Znowu niewielki hałas. Ktoś wypuścił głośno powietrze. Ten ktoś jest odrobinę za głośno. Pierre ruszył dalej ale jeszcze wolniej. Nikogo się nie spodziewał a na samej górze było tylko jego mieszkanie. Wyjął broń zza paska, odbezpieczył magazynek i bacznie obserwując otoczenie, wchodził na swoje piętro. W półmroku zobaczył niskiego mężczyznę, który dobijał się do jego drzwi.

Czarny-kominek

-Paddy?!- Rozpoznał go po kilku sekundach i szybko schował pistolet do torby. -Co ty tu robisz, do cholery?! – podszedł do drzwi, wpuszczając gościa do środka. Ten milczał ale szczęki mu pulsowały.

 

- Czego ty od niej chcesz co? Czego kurwa?- Patrick popchnął Pierra na pobliską  ścianę.

-A ty co?! Przyszedłeś się bić?

-Tak chcesz to rozegrać?! Będziesz dobrym przyjacielem, wyrozumiałym i serdecznym i tylko poczekasz jak mnie zostawi dla ciebie?! – wykrzyczał mu w twarz. Nie potrafił powstrzymywać złości. Wiedział, że pod tą emocją kryje się ogromny strach. Strach o nią, o sytuację, która wymyka mu się spod kontroli, strach przed utratą przyszłości z nią.

-Co? – Pierre zmarszczył brwi – Jak chcę co rozegrać? – rzucił torbę w kąt i ściągnął kurtkę i bluzę. – Przede wszystkim uspokój się i powiedź coś taki narwany jak Chihuahua na sterydach?

-Byłeś z Polką w Poznaniu? – oparł się o drugą ścianę.

-A co?- Pierre najeżył się.

-Odpowiedz do cholery!

-Tak byłem z nią! – Pierre wszedł do pokoju.

-Gówno prawda! -Paddy wszedł za nim.- Powiedziała mi…- dodał cicho z założonymi dłońmi na piersi.

-A… – Podszedł do szafy i wyciągnął z niej czystą koszulkę. Szybko ściągając z siebie ubranie z całego dnia. – To zmienia postać rzeczy.

-No właśnie kurewsko zmienia. -Paddy usiadł na fotelu. Przez chwilę przyglądał się plecom Pierra. Zobaczył dwie okrągłe blizny na wysokości łopatki. Jedną bliznę długości ok. 20 centymetrów biegnącą w poprzek jego prawego boku. Na ramieniu miał tatuaż ale Paddy nie zdążył mu się przyjrzeć. -Wiem o klinice, Pierre. Wiem jaka jest diagnoza i wiem, że gnoju byłeś z nią!

-Ty! Nie pozwalaj sobie na za dużo! -Pierre warknął

-Dlaczego mi nie powiedziałeś? Kurwa!

-Bo jej obiecałem! Bo tak robią przyjaciele!

-I ty niby masz się za jej przyjaciela mam rozumieć?

-Paddy, o co tobie tak na prawdę chodzi?-spuścił z tonu

-Nie zrozumiesz! -spuścił głowę.

-Przyszedłeś tutaj. Siedzisz w moim fotelu, jesteśmy sami. Nikt nas nie usłyszy więc może ośle jeden naleje ci whisky i pogadamy?-Pierre przyglądał się milczącemu Paddiemu,który od kilku minut nie ruszył się nawet centymetr. -Hej, halo! Ziemia do artysty! Co jest? Paddy?

-Ona..nie może mieć dzieci…nie, że ze mną…. w ogóle… – wykręcał palce dłoni do białości. Podniósł głowę i Pierre zobaczył kilka łez spływających z jego policzka. – Nie wiem co robić…. Czuje się bezsilny… Kurwa stary… co ja mam zrobić?!No co?! – wplótł palce we włosy.

-Eee… po pierwsze przestać się mazać jak baba! Nie wiedziałem, że z Polą jest tak źle. Nie rozmawiała ze mną.Wybacz stary… – położył dłoń na ramieniu Patricka, który natychmiast gwałtownie ją zrzucił.

-I za to cię kurwa nienawidzę! – Paddy warknął i gwałtownie wstał z fotela- Właśnie za to! Że z nią rozmawiasz, że jesteś blisko, że ci się zwierza! Dlaczego akurat tobie, co? Ja powinienem być na twoim miejscu! Dlaczego ciebie wzięła do tej kliniki?!Przecież to ja powinienem z nią tam być! Ja cholera a nie ty!- popchnął Pierra

-Nie wzięła mnie! Wprosiłem się! Kurwa, ona była sama, co miałem zrobić?! Zostawić ją tak jak sobie życzyła? Musiałem działać trochę wbrew niej!- odepchnął Paddiego na fotel.

-Ale nie zadziałałeś wbrew niej i nie zadzwoniłeś do mnie! To już nie w twoim stylu czy jak?

-Zlazłbyś ze sceny i byś zapieprzał tutaj kretynie, klub zostawiając bez wokalisty! Pięknie by było, nie powiem!

-W dupie mam ten klub! Nie rozumiesz, ona jest najważniejsza! Klub może poczekać, cały cholerny świat może poczekać jeśli o nią chodzi. -chwycił Pierra za koszulkę

-A ja?-mierzyli się wzrokiem

-Co ty?!- warknął prosto na niego.

-Ja nie mogę poczekać? -Paddy puścił koszulkę Pierra a mina powoli mu rzedła. -Gdzie ona jest Patrick? – Pierre cedził każde słowo bardzo powoli. Podszedł do barku i nalał gin z tonikiem do szklanek.

-Jest w domu… zostawiłem ją samą… bo…

-Bo oślepłeś z nienawiści do mnie! I nie widzisz kretynie tego co masz przed nosem! – pochylił się nad siedzącym, zszokowanym Paddym.

-Boże… Ale ze mnie dupek!

-Nie jest z tobą tak źle… muszę przyznać. -usiadł naprzeciwko. – Wiesz czemu Polka postąpiła tak a nie inaczej? Bo cię kocha na zabój a jednocześnie ma poczucie bycia gorszą. Chciała zrobić cos tylko dla ciebie. Opuściłeś klasztor….- spojrzał mu w oczy. -Tak, coś wspominała a zresztą jest internet! Wracając do tematu, przyjechałeś do innego, obcego kraju…Spotkałeś ją i zakochałeś się.

-To źle?!- pociągnął solidny łyk ginu. Nie chciał mu przerywać. Pierre mówił a o to chodziło Patrickowi.

c9c8658edb21f12b1975081b7b72b525

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-No nie ale w jej oczach ty poświęciłeś wszystko, przewartościowałeś swoje życie i zostałeś tu, dla niej. I teraz pomyśl… ona jedyne co może zrobić to cię kochać, co zresztą robi bardzo dobrze, o ile zauważyłeś łajzo skończona!

-Ale…

-Nie przerywaj! Pomyśl jak ona się czuje skoro nawet i aż, nie może dać ci dziecka. A ty zamiast być z nią, urządzasz sobie pogawędki ze mną… chociaż nie! -podniósł dłonie do góry- Ty przyszedłeś mnie pobić! Głupek!

-Zamknij się! – nastąpiła chwila ciszy – Jak ty to robisz, co Pierre? Z nią?

-Nie wiem. Samo wychodzi. Pozwalam jej decydować. Słucham, a przynajmniej udaje, że słucham. Staram sie, żeby czuła się przy mnie swobodnie.Weź ze mnie przykłąd, chociaż… -wygiął usta w podkówkę- Tobie to się nie uda.

-Oświeć mnie. Dlaczego?

-Wiesz czym się różnimy, artysta?

-Tym, że ja tak do ciebie nie mówię?- uśmiechnął się lekko – Wiem czym się różnimy, Pierre. Ona mnie kocha a ciebie nie….-odchylił głowę do tyłu.

-Własnie! Jej jest obojętne czy mnie obrazi, jak coś odbiorę jak ona coś zrobi. Nie jestem przyjacielem na zawsze. A ty… ty jesteś jak jej skarb, za dużo do stracenia wiec pewnie czasami odczuwa lęk, że cię straci. Dlatego nie mówi ci wszystkiego. Tak podejrzewam…

-Może masz rację.- pomyślał jak wielu rzeczy Pierre nie wie o Poli i ostatnich wydarzeniach jakie się zdarzyły w ich życiu. Pocieszył się, że jednak nie wszystko mu mówi a ich związek jest dla Poli tajemnicą, której nie odkryła przed Pierrem. Poczuł ciepło w sercu. I po chwili zalewający go strach pomieszany z wyrzutami sumienia. Ogromnymi wyrzutami.

-Jasne, że mam! Baranie jeden! – Odłożył szklankę i pochylił się – Nigdy nie byłem zakochany, nigdy nie kochałem i uważam, że to wybitnie nie dla mnie! Ale znam się na ludziach. Porozmawiaj z Polą, jeśli macie przez to przejść to tylko razem. A ja dalej będę jej przyjacielem i w razie czego będę ją przed tobą krył! – uśmiechnął się szeroko. – Tak wiem, wiem… nienawidzisz mnie i masz ochotę wyrwać mi wątrobę.

-No właśnie nie… Coś zrozumiałem… – Paddy myślał nad czymś intensywnie

-Co zrozumiałeś?Ej, gdzie idziesz? -Pierre odprowadzał Paddiego który prawie wybiegł z mieszkania.

-Jestem zaszczycony, że ona ma takiego przyjaciela jak ty! I może kiedyś ci nakopię dupku!  -zbiegał ze schodów.

-Kretyn! – Pierre krzyknął za znikającym z oczu Paddym.- No! Załapał! – dodał cicho sam do siebie i spojrzał na pustą szklankę – Że tez zawsze są puste i nie ma kto mi polać…

 

 

 

Dom Fiony otoczony był z dwóch stron wykarczowanymi polanami, za którymi zaczynał się niewielkich rozmiarów las. Mieścił się na wzgórzu co potęgowało uczucie spokoju i ciszy panującej wokół. Do domu prowadziła uklepana szosa, która zimną była prawie nie do sforsowania. Taksówka zaparkowała pod samą bramą zostawiając za sobą chmurę kurzu. Mężczyzna w czarnej bluzie i zgniłozielonej kurtce zapłacił i poprawiając włosy cicho zapukał do drzwi. Prawie natychmiast otworzyły się a w nich pojawiła się Fiona trzymając w jednej ręce wkrętarkę a w drugiej szlifierkę kątową. Zobaczyła zdziwioną miną Jima.

-Co? Niektóre śruby nie chcą puścić! Właź! – odwróciła się na pięcie i pognała wesołym krokiem w kierunku salonu. Jim ściągając z siebie kurtkę, bluzę i buty zdążył zauważyć na Fionie koszulę w kratę zawiązaną w pasie co podkreślało jej szczupłą talię, jeansy z wysokim stanem i solidnym rozcięciem pod pośladkiem. Szybko potrząsnął głową i dodał sam do siebie.

-Czy ja widziałem wkrętarkę?-Na te słowa usłyszał dźwięk ciętego metalu-Fiona! Poczekaj! Co ty wyprawiasz?!- wbiegł do pokoju i zamarł. Kobieta jedną nogą przytrzymywała jakiś mebel, drugą opierała o podłogę. Pochylała się i próbowała odciąć jakiś metalowy element, wypinając pośladki w kierunku stojącego z opadniętą szczęką Jima.

15284916_551612081694827_5690858028836236504_n

-Pomożesz mi, czy tak będziesz stał jak słup soli?- podeszła do niego, sięgnęła do torby na ramieniu, wyciągając puszkę piwa. Spojrzała Jimowi w oczy i złożyła na jego ustach delikatny pocałunek. -Hej… – zamruczała- Tęskniłam.

-Ale… no ja też… ale – rozłożył ręce- Co ty do cholery robisz?

-Rozwalam meble. Nie widać?- Otworzyła piwo i usiadła na czymś co kiedyś chyba było biurkiem.-Napij się ze mną.

-A wytłumaczysz dlaczego to robisz?-usiadł koło niej na jakimś meblu

-Nie mogę na nie patrzeć! Za bardzo przypominają mi…

-Męża?

-Za chwilę byłego. – Jim wstał. – Nic nie poradzę Jim.On już zostanie w moim życiu czy ci się to podoba czy nie. Tak jak Meike…

-Masz rację.Trochę z drugiej łapanki jesteśmy…- prychnął

-Nooo… takie gorszy sort! – spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem.

-A w ogóle to panienko od dupy strony się za to zabierasz!

-Bo to mam najfajniejsze.

-Co?

-No dupę!

-Nie zgadzam się! – puścił jej oczko. -To masz najpiękniejsze!- pocałował ją jednocześnie delikatnie przytulając do siebie. -chociaż to rozdarcie pod pośladkiem aż się prosi….

-Nie, Jim! – ze zniewalającym uśmiechem wetknęła mu do reki wkrętarkę.- Czy wolisz młoteczek… chłopczyku? – wspięła się na palcach i ugryzła delikatnie jego dolną wargę.

-Daj to babo! Źle to wszystko robisz! Chodź, pokaże ci jak się powinno rozkręcać meble.

-Wiedziałam, jesteś taki męski… – zamruczała sztucznie- Jeszcze taki pas z kluczami na biodra by ci się przydał.

-Uspokoisz sie? Co w ciebie dzisiaj wstąpiło?

-Idzie nowe! Postanowiłam, że rozwalę tą chatę i umebluje od nowa. – rozejrzała się z satysfakcją po pomieszczeniu- I zrobię wszystko po swojemu. Nie jak sobie życzył mój mąż dupek!- pociągnęła łyk piwa- Ani jego mamusia.

-Teściowa ci się wtrącała do meblowania domu?! Proszę cię!

-No nie… ale wiesz… teściowa to teściowa…- uderzyła dłońmi w kolana- To co bierzemy się do rozwalania?

-To może ja rozwalę a ty zrób coś do jedzenia? – zmrużył oczy. -Proszę?

-Absolutnie nie! – powtórzyła takim samym piskliwym głosem jak Jim.- I nie bądź takim szowinistą tylko zapieprzaj z tymi śrubkami!

-Ja szowinista? Chodź to pokażę ci jak szanuję kobiety! – zrobił krok w kierunku Fiony lecz ta uciekła do kuchni śmiejąc się jak nastolatka.

-Dobra, rozejm! Bo mi przepona pęknie! Zrobimy tak Kelly! Najpierw rozkręcimy te głupie meble i wyniesiemy je przed dom a potem zrobimy kolacje. Razem!

-Lubie to twoje „razem” – uniósł brwi i podkręcił wkrętarką.

-Nie przesadzaj! – chwyciła pudło z zawartością swoich rzeczy i wyniosła do gabinetu.

-Kiedy wracają chłopaki?- Jim krzyknął za Fioną.

-Jutro rano mam po nich jechać do mamy Filipa. A co?

-Tak pytam. – starał się przybrać obojętny ton. – Zobaczysz się z nim?

-Z Filipem?- wróciła z gabinetu. -Nie wiem czy będzie, ale pewnie tak. – przyjrzała mu się. – Masz z tym problem, prawda?

-Nie… – odkręcał tył sporej komody- To znaczy, nie wiem… trochę.Wolałbym, żebyś się z nim nie widziała…

-Jimmy…. Jimbo…. – pochyliła się nad nim obejmując jego szyje i przytulając się do jego pleców. -Nic z tym nie możesz zrobić. Możemy cieszyć się tym wieczorem i nie rozmawiać o czymś, co jest trudne zarówno dla ciebie a już na pewno dla mnie?

-Możemy… jasne… -powiedział smutno całując wnętrze jej dłoni.

-Chodź, ugotujmy coś. – pociągneła go za rękę do kuchni chcąc odwrócić jego uwagę i zmienić temat.

 

 

Przekroczyli próg mieszkania Dominiki. Oboje ledwo żywi powoli zrzucali z siebie kolejne warstwy ubrań tworząc ścieżkę prowadzącą do sypialni. Było już późno, kiedy dotarli do Warszawy, do własnego domu. Powieki same im się przymykały. Oboje padli na pościelone łóżko i ostatkiem sił okryli się kołdrą. Paweł objął Dominikę kładąc dłoń na jej ciepłym brzuchu i wdychając zapach jej włosów. Kaszlnęła kilka razy.

-Chyba będę chora… gardło mnie boli odrobinę.

-Mogłaś nie pić tego zimnego piwa. Mówiłem ci. Nigdy mnie nie słuchasz. – wyszeptał jej do ucha

-Czasem słucham…Jak dobrze mówisz. – splotła palce z jego dłonią

- Kocham cię. – ziewnął

-O właśnie jak tak mówisz.

-Weź jutro jakieś leki.

-Yhy… daj mi już spokój, spać idę!

 

 

Na zewnątrz panował mrok, kiedy Paddy w pośpiechu opuścił mieszkanie Pierra. Postanowił nie czekać na taksówkę. Szedł szybkim krokiem w kierunku swojego domu. Drżącą ręką wybrał z szybkiego wybierania numer swojej ukochanej.

-Szlag! – warknął. – Poczta! – wykręcił jeszcze raz, uchodząc kilka kroków. -Kurwa! Wyłączony! – zaczął biec. Coraz szybciej. Po jakimś czasie poczuł palenie w przełyku więc zwolnił kroku pozwalając sobie uspokoić oddech. Oparł dłoń o mijane drzewo, wziął kilka wdechów i wykręcił do Poli jeszcze raz. Od razu zgłosiła się poczta. Poczekał na sygnał oznaczający początek nagrywania. -Kochanie… pamiętasz co ci mówiłem, kiedy pierwszy raz powiedziałaś mi, że mnie kochasz? Że jedyne czego pragnę to być z tobą. Niczego więcej, żebyś była ze mną, żebym mógł być przy tobie… -głos mu się złamał, poczuł dziwny ucisk na gardle. Przełknął ślinę i spróbował opanować emocje…. bezskutecznie – Skarbie… jesteś dla mnie jedyna… idealna…Jesteś moim marzeniem… – zamilkł na kilka sekund – …przepraszam i kocham cię. – trzęsącą dłonią rozłączył połączenie. Rękawem wytarł nos, telefon schował do kieszeni i biegł dalej.

Znajdował się na prostej drodze do swojego i Poli mieszkania. Bał się spojrzeć do góry. Powoli uniósł głowę, policzył piętra i poczuł jeszcze większy strach. Było ciemno. W każdym pokoju panował mrok. Miał jeszcze nadzieję, jedną ostatnią… że może najnormalniej w świecie śpi. Nie wiedział dokładnie co jej powie, ale wiedział co czuje… co ma w sercu, w duszy… i to jej powie. Bez ubierania wszystkiego w piękne słowa.Nie były tu potrzebne. O ile będzie mu dane cokolwiek powiedzieć, pomyślał wjeżdżając windą na swoje piętro. Na korytarzu nie było śladu żywej duszy. Otworzył drzwi od mieszkania i cicho wszedł do środka świecąc jedynie małą lampkę stojącą na komodzie w salonie. Czuł się dziwne. W mieszkaniu panowała nieprzyjemna atmosfera, a może to z jego winy i on sam tak to odczuwał.

5d026f783d47cf7bb867a1d1ed51a675

Salon był jak zawsze, ze średnim porządkiem i śladami użytkowania. Wszedł do kuchni. W lodówce zobaczył zafoliowane porcje obiadu a na stole otwarte i ponownie zakorkowane wino. -Nie piła.- powiedział sam do siebie. Dotknął czajnika i palników pieca. Wszystko było zimne. Tak jak to mieszkanie…. bez niej. -Paddy, skup się! – zrugał sam siebie i rozejrzał się po pokoju i kuchni. Zauważył kluczyki od auta Poli na stole, podpiętą ładowarkę do telefonu, brak jej kurtki i butów. Wyszła. Ostatnią nadzieją wszedł do sypialni. Zmieniła pościel i starannie pościeliła łóżko. Paddy miał wrażenie, że przez jego żołądek przebiega stado koni. Otworzył szafę, wszystko było na miejscu. Jej ubrania, rzeczy, kosmetyki. Brakowało tylko jej. Usiadł na łóżku i schował twarz w dłonie. Już nie oddychał a spazmatycznie dyszał.-Kochanie, gdzie jesteś? -podniósł wzrok i zatrzymał na zdjęciu stojącym w ramce na szafce przy łóżku. Była tam Pola i on… razem… uśmiechnięci, szczęśliwi. Zdjęcie robione latem na…- Ławka w parku! Wiem, gdzie jesteś! – wybiegł z mieszkania nie zamykając go nawet. Pół godziny. Tyle trwało , zanim dobiegł we właściwe miejsce. Siedziała tam.Tyłem do niego. Na głowie miała naciągnięty kaptur od bluzy, spod którego rozwiewały się czarne pasma włosów. Splecione palce dłoni spoczywały spokojnie na udach. Obserwowała przestrzeń przed sobą, co jakiś czas patrząc w niebo. Była spokojna. Nie płakała. Powoli, z mocno bijącym sercem, podszedł i usiadł obok. Wyswobodził jedną jej dłoń i złożył na niej ciepły pocałunek nie puszczając jej później.

FB_IMG_1476601656569_1476646618477

-Wybacz mi…- szepnął- Błagam cię, wybacz mi, że cię dzisiaj zostawiłem… Przysięgam, nie zrobię tego nigdy więcej! Zawsze już będę przy tobie. – na te słowa Pola wzięła głęboki oddech ale dalej milczała. Próbował odczytać z jej oczu, twarzy, cokolwiek co mogło by mu pomóc. Nic nie widział. Siedzieli w ciszy kilka minut. – Pamiętasz co ci kiedyś powiedziałem…Dawno temu… Kiedy zakochiwałem się w tobie?- spojrzała na niego. Prosto w jego oczy. - Jesteś całym moim życiem Pola- szepnął. -Całym moim światem… moją duszą…Jeśli ty przestaniesz istnieć, ja też zniknę, bo nie potrafię oddychać bez ciebie…Pamiętasz, jak to mówiłem? Nic się nie zmieniło kochanie! – czuł jak ziemia usuwa mu się spod nóg. Bał się. – Powiedz cokolwiek bo oszaleje zaraz! – ścisnął jej dłoń.

-Odchodzę Patrick.-powiedziała cicho.

-Co?- wstrzymał oddech.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | Skomentuj

60. Angel on my shoulder

Jej wystraszony umysł szybko analizował sytuację. Stała naprzeciw Johna, przed jej własnym mieszkaniem. Było około 2 w nocy. Coraz bardziej zdawała sobie sprawę, jak kiepsko to wygląda. Spuściła wzrok starając się ukryć ślady płaczu i mocno liczyła na to, że słabe światło na klatce schodowej ułatwi jej to zadanie.

-Pola? Co ty? Tutaj? O tej godzinie? – pochylił się. – Płakałaś? Boże coś się stało?!-położył jej dłoń na ramaieniu.

-Nie. John. – uniosła dłoń- Wszystko w porządku. – powiedziała zmeczonym tonem. Miała dość dzisiejszego dnia. Pragnęła jedynie zasnąć. Zamknąć oczy i zapomnieć. Przestać czuć strach, który dławił ją od środka.-Co ty tu robisz?- zmrużyła oczy otwierając drzwi od mieszkania.

-Wstyd się przyznać…- wszedł za Polą do pomieszczenia. – Jechałem już do domu.

-Hiszpania, dobrze zapamiętałam?-Pola wtrąciła stawiając czajnik z wodą na ogniu. Bardzo chciała zachować pozory normalności.

-Tak, masz rację.- przyglądał jej się uważnie. – Tak jak mówiłem, jechałem już do domu, kiedy uświadomiłem sobie, że nie miałem przyjemności poznać cię osobiście. Zboczyłem więc z trasy i niewiele myśląc, przyjechałem. Byłem tak szczęśliwy, że nie pomyślałem iż możecie spać o tak późnej godzinie. – wywrócił oczami. – Już miałem zapukać ale coś mnie tknęło i napisałem do Paddiego wiadomość. -przybrał poważny ton. Serce Poli przyspieszyło  rytm.- O dziwo odpisał od razu. Napisał,że grał w Krakowie koncert a teraz właśnie imprezuje. Nie to mnie zdziwiło… – stukał palcami w blat stołu- A mianowicie wzmianka o tym, że wyjechałaś do Poznania, w interesach z niejakim Pierrem. I dodał, że zarówno ty jak i on, wracacie dopiero w niedzielę.  Wyobraź sobie moje zdziwienie, kiedy już miałem odejść i szukac jakiegoś hotelu gdy nagle stajesz przede mną, zapłakana, w środku nocy, twierdząc, że wszystko w porządku. Nie znamy się ale sądzę, że jest wszystko ale na pewno nie jest w porządku…

-Faktycznie źle to wygląda. – położyła kubki z kawą na stoliku w kuchni i usiadła naprzeciw Johna podpierając dłonią opadającą głowę. – Ale wolałabym o tym nie rozmawiać. – mieszała kawę – Niezły początek znajomości, prawda?

-Pola… zdradzasz Paddiego?

-Nie! – odpowiedziała natychmiast.

-Okłamujesz go?- nie doczekał się odpowiedzi przez dłuższą chwilę.- Dlaczego?

-Nie chcę o tym mówić John.-odpowiedziała stanowczo.

-Powiedz mi jedynie, miałaś swoje powody? Musiałaś tak postąpić? Nie zapytam o nic więcej.

-Musiałam…- wypuściła głośno powietrze – Ja… ja go nie skrzywdziłam John. Nie mogłabym! Musiałam być dzisiaj w innym miejscu, dlatego tak powiedziałam Paddiemu. Nie zdradzam go! Musiałam go okłamać! Zrozum proszę! -wytrzymała jego przenikliwe spojrzenie.

-Skoro musiałaś. Ale nie podoba mi się to.- machnął ręką.

-Mnie tez nie. Uwierz…Przykro mi i bardzo wstyd, że musisz oglądać mnie w takim stanie. A pierwszy raz widzimy się na żywo. – uśmiechnęła się smutno skubiąc skórkę przy paznokciu.

-Mogę ci jakoś pomóc?

-Chciałabym się położyć.- przetarła oczy.

-Jasne. Zamówię taksówkę. – John wstał.

-Nie, czekaj. Wybacz, nie o to mi chodziło. Jeśli nie masz nic przeciwko to zaproponuje ci naszą kanapę, miękką poduszkę i przytulny koc. Jak ci się nie spodoba to jutro możesz poszukać hotelu ale miło będzie rano wypić z kimś kawę. – Pola wysiliła się na uśmiech.

-Mi tez będzie miło. – pogłaskał jej ramię. – Z przyjemnością skorzystam z waszej kanapy.- Pola ostatkiem sił przyniosła z sypialni komplet pościeli, powiedziała gdzie jest kawa w kuchni i że ma się czuć jak u siebie w domu. W końcu bądź co bądź, ale jest u rodziny. Kiedy Pola stała już w drzwiach sypialni, zwrócił się do niej jeszcze raz. -Powiesz mu, prawda? Nie będziesz budować życia na kłamstwie?

- Powiem… – oparła czoło o futrynę drzwi. – Dobranoc John. Miło było cię poznać. – uśmiechnęła się ostatni raz i zniknęła w ciemności pokoju. Wykończona i zmaltretowana psychicznie zasnęła od razu.

 

 

Paddy obudził się jako jeden z pierwszych. Czuł się odrobinę głupio, że nie był duszą towarzystwa ostatniego wieczoru. Nie potrafił się wyluzować. Rozebrał się, ściągnął z szyi różaniec i ułożył go na brzegu umywalki. Wszedł pod ciepły prysznic. Może gdyby z nim była… na pewno gdyby z nim była,czuł się pewniej, mając ją obok o nic by się nie martwił… a tak… ten sms. Ktoś był po drugiej stronie. Żywy człowiek. Nie urojenie, przewidzenie. Ktoś coś wiedział i informował go aby do niej wracał. A jeśli… zamknął oczy: ” Ona umrze Patricku…” jak na zawołanie zobaczył wspomnienie z łąki w Gliczarowie. Uderzył dłonią w ścianę. A jeśli coś jej się stało? A on jest tu. Nie daruje sobie tego. Miał jednak obietnice Pierra. Widział jak patrzył na Polę. Jak przy niej mięknie. Jedynie przy niej. Nawet jeśli ją kocha… a to przecież takie łatwe… pokochać ją… to o nią zadba. Nic jej się nie stanie. Warknął sam do siebie i szybko wyszedł spod prysznica. Zarzucił na siebie szlafrok i zadzwonił do Willa.

2017-03-16 20.20.57

- Za 20 minut w holu hotelu niech czeka kierowca. Muszę wracać do Warszawy, Will. Jak najszybciej! Dziękuję. – odłożył słuchawkę i wrócił do suszenia głowy i zakładania ubrań. Pół godziny później duże terenowe auto sunęło w kierunku stolicy.

 

 

Była godzina 8 rano, kiedy John nie móc dłużej spać, nastawiał wodę na kawę. Za oknem deszcz przybierał na sile. Stał chwilę zamyślony, obserwując spływające krople po szybie. A może nie powinien przyjeżdżać akurat teraz? Czuł się odrobinę jak piąte koło u wozu a bardzo nie chciał jechać dalej, tym właśnie wozem. Zalał kubek kawy wrzątkiem i usłyszał chrobot kluczy w zamku. Paddy wrócił. Ucieszył się i wyszedł mu na spotkanie. Patrick stał w przedpokoju i niepewnie ściągał z siebie płaszcz i dwa swetry. John był już prawie przy nim, chcąc go uściskać.

- Gdzie ona jest John? – Nic nie zdradzało jego emocji. Ani nie był zdziwiony, zastając brata u siebie w domu, nie przytulił go a nawet delikatnie odepchnął. Twarz miał zaciętą, szczęki mu pulsowały.

-W sypialni. Śpi. – bez odpowiedzi minął  brata i szybkim krokiem wszedł do pokoju zamykając za sobą drzwi.

 

Na stoliku przy łóżku zobaczył niedopitą kawę. Na podłodze rzucone niedbale ubrania. Nie czuć było alkoholu. W pokoju pachniało jej perfumami. Spała tyłem do niego, zwinięta w kłębek i okryta szczelnie ciepłą kołdrą i dodatkowym kocem, którego rąbek ściskała między palcami. Dobiegł go dźwięk włączanego telewizora. Dobry John… nie chciał podsłuchiwać. Obszedł łóżko i kucnął przy jego wezgłowiu. Czuł niebywałą ulgę, że ona tu jest i tak po prostu śpi. Nic jej się nie stało, dlatego czuł się jak skończony kretyn, który panikuje z byle powodu. Powoli zaczynał dostrzegać detale, niewidoczne na pierwszy rzut oka. Pola miała mokre włosy, które nieznacznie oblepiały jej czoło. Odchylił koc i dostrzegł, że zasnęła w grubym, bawełnianym szlafroku. Tak jej było zimno? Zwrócił na to uwagę i odrobinę rozejrzał się. Z niedomkniętej szufladki dojrzał biało – czerwone pudełko. Leki na uspokojenie. Nie było trzech tabletek. Wzięła je na raz? Czy może bierze od jakiegoś czasu? Czuł powoli narastający niepokój i poczucie, że coś mu umyka. Przyjrzał się ciepło twarzy Poli. Zauważył wyschnięte, wręcz popalone i spękane usta.Była blada, porcelanowa.  Zobaczył sińce pod oczami i białe ślady zaschniętych łez. Co się działo? Czego była świadkiem, że tak wygląda? Przeraził się i czule dotknął ciepłą dłonią jej zimnego policzka.

-Nie! Błagam, nie zabierajcie jej! -Nagle poderwała się na łóżku, czym przestraszyła Paddiego do tego stopnia, że opadł na podłogę.

-Pola! Pola, jestem! – doskoczył do niej natychmiast zamykając ja w ramionach i mocno ściskając. -Cicho kochanie! Jestem. Nic się nie dzieje.- poczuł jak lekko zaczyna się trząść.

-Paddy! Jesteś! Boże jak dobrze! – objęła go ramionami jeszcze mocniej wtulając się w jego koszulkę. -Musimy porozmawiać! Natychmiast…- zaczynała płakać- … muszę ci coś powiedzieć!

-Cokolwiek to jest, może poczekać! – pocałował czubek jej głowy lekko bujając ją w ramionach. – Zrobię ci kawy. – chwyciła jego dłoń patrząc mu w oczy. Wyglądała jak swój własny cień.

- Nie może poczekać! Jeśli teraz wyjdziesz to ja stracę odwagę i nie będę potrafiła wyznać ci tego co muszę. Boże, to jest jakiś koszmar!

-Skarbie co się dzieje? – usiadł naprzeciw niej nie spuszczając przerażonych oczu. Widział, że Pola walczy z czymś co ją dosłownie zabija od środka. Wzięła głęboki oddech

- Byłam wczoraj w klinice. Jest duże prawdopodobieństwo, że nie będziemy mogli mieć dzieci! – wyrzuciła z siebie na jednym tchu, zacisnęła szczęki i zamknęła oczy z której polały się potoki łez.

-Rozumiem. – powiedział chłodno. Bez słowa wstał i szybko wyszedł z sypialni. Usiadł koło Johna i przez chwilę milczał. – Musisz iść, John. Bardzo się cieszę, że przyjechałeś ale teraz naprawdę musisz iść. – spuścił wzrok. – Chcemy zostać sami.

-Powiedziała ci?

-Ty wiesz?!

-Nie. Ale radziłem, żeby nie okłamywała cię. Nie buduje się związku na kłamstwie. – poklepał brata po kolanie i zaniósł kubek do kuchni. -Będę jeszcze dobę w Polsce. Spotkam się z Jimem. -usłyszeli ciche jęknięcie dochodzące z sypialni. – Idź do niej.Ona cie potrzebuje! Sam wyjdę. – uściskał brata i zaczął zbierać swoje rzeczy.

-John… dziękuję bracie.- Paddy bawił się skórzaną bransoletką na nadgarstku. Poczekał jeszcze chwilę aż zostali sami. Wrócił do sypialni. Siedziała na łóżku. Nie płakała. Głowę miała spuszczoną nie patrząc na niego. -Dlaczego?- zapytał z narastającym zdenerwowaniem, siadając naprzeciwko niej. -Dlaczego, do cholery nic mi o tym nie powiedziałaś?! – krzyknął.

-Termin pokrywał się z twoim koncertem w Krakowie. -wydukała cicho.

-No i co z tego?! – krzyczał dalej nie próbując nawet się uspokoić.

-Odwołałbyś wszystko.

-Oczywiście, że bym odwołał! Albo przełożył! Cokolwiek! Nie to jest teraz ważne, Polka!

- Dla ciebie jest! Przecież muzyka to twoje życie!- spojrzała na niego. Zabolał go widok jej oczu.

-Ty jesteś moim życiem! – chwycił ją za nadgarstki- Nie muzyka! Nigdy nic nie będzie ważniejsze od ciebie! Ale… – puścił ją – Okłamałaś mnie… zataiłaś to przede mną.Jak mogłaś?! – cisnął na ścianę kubek z resztką kawy zostawiając ogromny kleks.

-Wiem. Przepraszam. -objęła się ramionami.

-Jak mogłaś Pola! Jesteśmy razem! W tym wszystkim- zatoczuł dłonią krąg – W całym życiu. Jesteśmy równi, jak… nie wiem… cholera… jak partnerzy! -krażył po pokoju.

-Nie jesteśmy równi… ja jestem wybrakowana, gorsza… Nawet ciąży nie doniosę! Więc nie mów mi o równości. Nie takie powinno być twoje życie! Nie zasługujesz!

-To dziecko byłoby tez moje! Myślisz,  że ja tego nie odczuwam?! Że to tylko twoja sprawa bo ty zajdziesz w ciążę?! A ja to co? Mam cie zapłodnić bez emocji? I czy zajdziesz czy nie to już twój problem? Aż tak mnie postrzegasz?! – zagrzmiało w pokoju. Patrick nie panował nad złością.

-Co ty wygadujesz? To kompletnie nie tak! -usiadła na brzegu łóżka. Paddy siedział w fotelu na drugim końcu pokoju. – Chciałam, żebyś nie musiał wybierać! Żebyś nie musiał poświęcać dla mnie…

-Dla nas Pola! Dla nas! Nie dociera do ciebie, że odsunęłaś mnie od czegoś ważnego dla nas a nie tylko dla ciebie?! -usiadł koło niej na łóżku. – Wiesz jak się teraz czuje? Ja dawałem koncert i bawiłem się na imprezie a ty przechodziłaś to sama, płakałaś a mnie nie było? Nie musisz być bez przewry bohaterką, która sama wszystko załatwi! Mnie nie musisz chronić.

- Kocham cię…. – dotknęła jego napietego barku.- Chciałam, żebyś się spełniał. Żebyś realizował swoje marzenia. To wszystko.

- Pomyślałaś przez chwilę o sobie? – ton mu złagodniał. Ujął delikatnie jej brodę i uniósł jej twarz móc spojrzeć w oczy. Zaprzeczyła głową.-Każda twoja łza zostawia na moim sercu trwały ślad. Nigdy więcej tego nie rób. Nigdy! Rozumiesz?! – dłonią delikatnie otarła spływającą łzę z jego zaciśniętego policzka. Opadli na poduszki i wtuleni w siebie chwilę leżeli w ciszy.

-Muszę ci to powiedzieć…. wiesz o tym. – westchnęła po kilku minutach

-Wiem. Nie chcę tego słuchać ale wiem, że muszę…- głaskał jej plecy.

-Uciekłam stamtąd… nie wzięłam wyników z badania. Wstępnie pani doktor powiedziała, że mam na macicy ogromnego bliznowca jaki utworzył się po… – głos jej się złamał.

-Tak wiem… po czym. – przycisnął ją mocniej do siebie bacznie obserwując.

-Stąd podstawowym ryzykiem jest, że zarodek się nie zagnieździ a jeśli to się uda to czy macica wytrzyma a dokładnie ten bliznowiec. – mówiła rzeczowo, chłodno. Starała się,przypomnieć sobie wszystko to co usłyszała wczoraj. Przekazać mu jak najwięcej informacji. Nie mogła dopuścić do głosu emocji. Nie mogła płakać bez końca. Paddy milczał. Wypuścił ją z objęć i położył się obok niej. Teraz bez problemu mógł patrzeć na jej twarz i głaskać jej włosy.

- Wiesz, jak byłem dzieckiem a potem nastolatkiem, zawsze otaczał mnie tlum ludzi. Wszędzie gdzie się nie obruciłem było moje rodzeństwo. Zawsze był głośno, zawsze ktoś z kimś żartował albo z kimś się kłócił. Zazwyczaj Jimmy ale to już inna historia. – uśmiechnął się lekko – Doświadczyłem życia w ciągłym hałasie, gwarze, pędzie. Nie było wtedy miejsca na moje emocje. Na przemyślenia. – głaskał jej włosy i plecy.- Potem zapragnąłem życia w pojedynkę. Spróbowałem… nie jest to fajne… – zobaczył cień uśmiechu na jej twarzy. – Wieczorami, kiedy było już ciemno ale nie na tyle by wszyscy spali, przechadzałem się między obcymi domami bądź blokami a czasem nawet siadałem na ławce i obserwowałem…

-Co takiego?

-Życie innych ludzi. Zawsze fascynowało mnie światło żyrandolu zawieszonego u kogoś w salonie. Dawał ciepłe, przytulne światło. W takim miejscu, musi mieszkać ktoś bardzo dobry… dochodziłem do takich wniosków. Czasem widziałem zarys postaci, dzieci, za firaną bądź roletą. Lubiłem wyobrażać sobie jaka jest ta rodzina, czy taka jak moja? I co właśnie robią. Wyobrażałem sobie całą tą otoczkę tak długo dopóki nie czułem ciepła w sercu i dopiero wtedy wracałem do domu.

-Chyba wiem co próbujesz mi powiedzieć. – wyszeptała.

- Możemy wyobrazić sobie nasze wspólne przyszłe życie i dążyć do niego. To co się wczoraj stało nie zmieni naszych celów. Będziemy mieć dziecko, obiecuje ci to. – również zniżył głos do szeptu, głaszcząc ją po policzku.

-Jak, Paddy? Zaryzykujemy?- ścisnęła jego dłoń.

-Nie wiem…Może powinniśmy iść do tej lekarki jeszcze raz? Zapytać jakie mamy opcje. Pomyślimy o tym. Mamy czas. – pocałował czubek jej nosa. – Zrobię ci kawy, ok?

-Ok. Wezmę prysznic. – usiadła na brzegu łóżka.

- Pola…nikt mi nic nie powiedział w Krakowie… – stał w drzwiach sypialni. – Wiedzieli?

-Nie o terminie. – poprawiała włosy.

-Ktoś jednak wiedział, prawda? – głos mu stężał. – Powiedz mi, że Pierre nie był z tobą ,zamiast mnie?- warknął

- Zawiózł mnie jedynie… – spuściła głowę. Usłyszała jak wypuścił ciężko powietrze, wyszedł do salonu, zabrał klucze i bez słowa opuścił mieszkanie.

 

 

 

 

-Dlaczego wyglądasz jak siedem nieszczęść? – Łukasz mierzył Pierra stojącego w drzwiach.

-Nie mam cholernego prądu! – zdmuchiwał kosmyk włosów opadający na czoło. -Suszarka nie działa! Żelazko nie działa!

-Rachunków nie zapłaciłeś czy pokonała cie technika? – Łukasz uśmiechał się na całą twarz

-Do dupy z taką techniką! – wszedł do salonu. – Kawy mi zrobisz, czy mam tak czekać jeszcze z godzinę?

-Może coś mocniejszego? Na uspokojenie? – Łukasz wyszedł do kuchni.

-Potrzebuje pasty do włosów! – Pierre poszedł w kierunku łazienki i po kilku sekundach wrócił do kuchni. -Ktoś jest w łazience, wiedziałeś o tym?- zobaczył minę Łukasza- A tak, wiedziałeś!

-Napijmy się kawy. – usiedli w salonie.

-Stary dotarł bezpiecznie do Francji? – Pierre nerwowo poprawiał włosy.

-Cii, nie teraz. -Łukasz przyłożył palec do ust. – Z innego tematu. Jak nasza dziewczyna?

-Nie rozmawiałem z nią. Ale wiem, że badania wyszły kiepsko. Z tym całym dzieckiem może być problem.

- Na szczęście mamy jeszcze ciebie! Cała nasza nadzieja w tobie, francuziku!

-Powiedz do mnie tak jeszcze raz a wsadzę ci dłoń do żołądka! Twoją własną! – przez salon przemknęła zjawiskowo piękna kobieta o długich nogach i kaskadzie złotych włosów. Podeszła do Łukasza i pocałowała go namiętnie. Obdarzyła Pierra lekkim uśmiechem i wyszła.  -Kto to był? – wskazał palcem na zamykające drzwi.

-To, mój drogi była niedziela. A właściwie niedzielne śniadanie.

-Nic się nie zmieniasz. A co z twoim ustatkowaniem się, zakładaniem rodziny?

-Z nią nie. Czy ona wyglądała ci na matkę?

- Oo, stary! Takim fetyszystą to nie jestem!

-Nie mówiłem o twojej matce, kretynie! – krzyknął za przyjacielem znikającym w łazience.

-To jakie mamy plany?

-Jedziemy do Krakowa.

tumblr_okem7byclr1ug6c27o4_1280

-O, do Mareczka? – powiedział z sarkazmem wcierając resztę pasty we włosy nadając im odpowiedni kształt.

-Nie. – Łukasz odstawiał filiżankę na kuchenny blat. – Odwiedzimy Kamila. Jest niedziela, pewnie spędza czas z rodziną. – zakładał marynarkę.

-Rodzina? Nie za ostro?-Pierre chwycił skórzaną kurtkę.

- Nie, jeśli to pozwoli nam się dowiedzieć dlaczego do kurwy nędzy Marek ma zamiar w marcu opuścić więzienie. – Łukasz warknął i oboje wyszli z domu.

 

Około pięć godzin później przeciskali się przez zatłoczone ulice Krakowa. Podjechali pod duży, okazały dom. Pierre wysiadł z auta i natychmiast odpalił papierosa opierając się beznamiętnie o maskę samochodu. Łukasz poprawił czarną marynarkę i przygładził dłonią włosy.

- Myślisz, że już wie i nas oczekuje?

-Zapewne, monitoring na ogrodzeniu. – Pierre wskazał brodą małe, ukryte kamerki.

-No i świetnie! Nie muszę się anonsować! – uśmiechnął się szyderczo i przeszedł przez bramę wprost do drzwi prokuratora. Po kilku minutach obejmując Kamila ramieniem podprowadził mężczyznę koło samochodu.

- Mów, co jest grane! – Pierre warknął.

-Nie tutaj! Jedziemy! – Pierre bezceremonialnie wpakował prokuratora do auta uderzając jego głową o kant drzwi.

-Bolało? Będzie guz! Strasznie mi z tego powodu wszystko jedno! -trzasnął drzwiami i podbiegł z drugiej strony szybko wsiadając.

-Bijesz prokuratora?! -Łukasz powstrzymywał śmiech.

- Nie specjalnie! – obrócił się do mężczyzny z tyłu. – specjalnie mogę później! -puścił mu oczko

-Pierre! Nikogo nie będziesz lał! Rocky Balboa się znalazł, w mordę jeża! – po niecałej godzinie wjechali w niewielki las i gwałtownie skręcili w jedną z bocznych ścieżek. Zatrzymali się na niewielkiej, wykarczowanej łące w środku lasu.

-Czemu to zawsze musi być las?! Ty poważnie, nie boisz się kleszczy?! Dzików? Wilków?

- I czego jeszcze? Niedźwiedzi grizzly? Hien cmentarnych?-Łukasz prychnął

-Jelonków Bambi?- Kamil wtrącił

-Nie bądź taki mądry, psie!

-Pierre! Panuj nad sobą! Nie zabijesz prokuratora o jelonka Bambi! – Łukasz przeniósł wzrok na Kamila. – A teraz do rzeczy. Opowiadaj, co się dzieje w tym waszym burdelu?

-Sprawę przejmuje prokurator generalny. Przenoszą Dębskiego do Warszawy na zakład otwarty.

-Z możliwością wyjścia?

-Przepustek…. częstych.

-Marek będzie często wychodził…-Pierre składał w całość wszystko.

-O ile ugada się z generalnym ale chyba nie będzie miał z tym problemu.

-I będzie wychodził… w Warszawie…. -Spojrzenie jego i Łukasza skrzyżowało się – Gdzie mieszka… Ja pierdole! Robi dokładnie jak chce!!

-Tak więc widzicie, że moja jurysdykcja tu się kończy! Teraz Dębski będzie na waszej głowie a po co zaprzątać ją sobie kolejnymi problemami….

-Co sugerujesz? -Łukasz zmrużył oczy

-Że może lepiej będzie pozbyć się problemu…Człowiek w dzisiejszych czasach taki zajęty! -Dodał z ironią.

-Nie my o tym decydujemy! -Pierre stanął między przyjacielem a Kamilem.

-No tak, przecież wy jesteście jedynie pionkami w tej grze, zapomniałem!

-I za to nie pojedziesz z nami! – Mężczyźni wsiedli do auta.

-To jak mam wrócić?! Zgłupieliście?! Kurwa, panowie?!

-Zadzwoń po taryfę! Tylko uważaj na Bambi…. – Pierre puścił oczko pozostawiając prokuratora w środku niewielkiego lasku.

 

 

Było zimno a on miał na sobie tylko jeden sweter i gruby, czarny płaszcz. Siedział na oparciu ich ławki nad brzegiem małego stawu w środku parku. Początek listopada był chłodny, mokry i nieprzyjemny. Nie chciał wracać do domu, jeszcze nie. Kipiała w nim złość! Na nią, na Pierra, na to, że pojechał z nią! Czemu nie on?! Jego podświadomość podpowiadała mu, że nie to powinno być powodem jego złości i smutku. Nie Pierre jest teraz ważny i jego przyjaźń z Polą, o którą Paddy był tak niewyobrażalnie zazdrosny. Ważna była ona,ciąża, wydarzenia tego mijającego powoli weekendu. Czuł się żałośnie, siedząc na tej ławce nie wiedząc co robić ani do kogo iść. -Jestem dupkiem… – wyszeptał sam do siebie. Musiał z kimś pogadać, uspokoić się alby móc do niej wrócić. Wyciągnął telefon i wykręcił pierwszy numer jaki wpadł mu do głowy.-Iglesias?

-Nie, Papież! Czego potrzebujesz, mój ty kochany krasnoludku?

-Jesteś u siebie? -usłyszał w tle śmiech Dominiki i okrzyki, że całuje Paddiego.

-Jesteśmy jeszcze w Krakowie. Wracamy razem z Fioną i Jimbem wieczorem. Pewnie w nocy. Zostaw mi tą frytkę! Podobno się odchudzacie?! Fiona, zjadaj z talerza Jima! Co mówiłeś, Paddy?

-A nie nic. Tak chciałem wyciągnąć cię na piwo. Bawcie się i do zobaczenia.  - szybko rozłączył się.Napisał wiadomość do Johna. Ten, jak okazało się że Jim jest w Krakowie, postanowił jednak wrócić wcześniej do Hiszpanii i właśnie do niej zmierza. Chwilę spacerował po parku, odwiedził niewielki bar, w którym wypił dwa kufelki grzanego wina, aż wpadł na pomysł, z kim tak naprawdę powinien porozmawiać. Usłyszał dźwięk sms. „Paddy, proszę, wróć do domu. Martwię się. Pierre sam zaproponował, że mnie zawiezie. Nie prosiłam go o to. A wiedział, bo miał mnie kryć. To wszystko. Proszę, wróć, porozmawiajmy!”. Dopił wino pachnące goździkami i kardamonem i po krótkim namyśle odpisał dokładnie tak jak czuł: „Boli mnie to, że ufasz jemu bardziej niż mnie. Że nie masz ze mną tego co masz z nim. Muszę pomyśleć, uspokoić się i wtedy wrócę. Porozmawiamy. Nie martw się. K.C. „.Wyszedł przed bar. Wykręcił jeszcze jeden numer. -Edyta? Podaj mi proszę adres Pierra. Mam do niego sprawę. A przy okazji, co o nim wiesz?  - wysyczał przez zaciśniętą szczękę.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | Skomentuj

59. Save my soul

-Witaj. Piękny kościół, prawda? Często tu przychodzę, pomyśleć w zadumie. – spojrzała na starszego mężczyznę swoimi zielonymi oczami.

-Piękny owszem.- wpatrywała się w niego. – Znamy się, przepraszam?

-Wybacz. Jestem Artur. – jego uśmiechnięte, niebieskie oczy przewiercały Polę na wylot. -Może porozmawiamy?

-Proszę wybaczyć ale nie mam dnia na prowadzenie przyjemnych konwersacji. – wycierała łzy. -Chciałabym zostać sama…

-Nie, nie chciałabyś…-przerwał jej szybko.

-Słucham?-zmarszczyła brwi- Skąd możesz wiedzieć?

-Spójrz na niego. – pokazał na ołtarz – On nawet podczas drogi krzyżowej nie był sam.- Artur uniósł brwi – A dźwigał bardzo ciężki ciężar, jak ty moja droga.

-A na końcu go ukrzyżowali na nim.

-Nikt mu już wtedy nie pomógł. -i jego ciężar go przytłoczył…-spojrzał przenikliwie na Polę. -Nikt nie chce być sam i nikt nie chce sam dźwigać swojego krzyża.

-Nie wiem czy jest ktokolwiek, kto może mi pomóc.

-Czasem dużo więcej daje nam wygadanie się przed nieznajomym. Zrzucenie na niego części problemu.

-I ty chcesz przyjąć na siebie część mojego problemu?

-Moja droga…jestem dla ciebie obcym człowiekiem. Wyjdę stąd i zapomne o tobie i twoich problemach… bo mam troche własnych. Dlatego właśnie możesz…

-Okazało się, że mogę nie mieć dzieci….- przerwała mu mówiąc szybko.

-Nie ładnie jest tak komuś wchodzić w zdanie. – mówił cicho, łagodnie z ciepłym uśmiechem.

-Tak bardzo tego pragnę… dla siebie, dla niego. – przymknęła oczy i głośno przełknęła ślinę.- Ale nie mam już siły na kolejne tragedie… nie uniosę, nie udźwignę jeszcze więcej.

-Udźwigniesz i wytrzymasz! Człowiek dużo potrafi znieść.

-Tylko dlaczego mnie to doświadcza? Sądziłam, że wszystko co najgorsze mam już za sobą.

-Człowiek doświadcza krzywd adekwatnie do możliwości ich zniesienia. -poprawił mankiet koszuli wystającej spod marynarki. – Tyle jesteś w stanie wytrzymać ile doświadczysz.

-Wiesz, że to paradoks?- Poli lekko uniosły się kąciki ust.

-Całe życie jest paradoksem. Moje już się kończy ale twoje, moja droga, jeszcze będzie długo trwać. I powiem ci jedną tajemnicę, choć pewnie o tym wiesz.-pochylił się w jej stronę i wyszeptał – Nie można przejść życia w samotności.Otaczaj się przyjaznymi ludźmi, miej miłość zawsze przy sobie.

-Kiedyś kochałam ale zostałam mocno skrzywdzona.- zwiesiła wzrok.

-Też kiedyś kochałem… – westchnął głęboko.- Ona… sama nosiła swój krzyż… nie wytrzymała.

-Odeszła?

-Zabiła się.- spuścił wzrok. Widać było jak bardzo boli go to wspomnienie. – Nie dała sobie pomóc. Zasnęła i już się nie obudziła.

-Bardzo mi przykro. – Pola pogładziła dłoń Artura.

-Dziękuję. To było bardzo dawno temu. Ożeniłem się drugi raz ale to ona była miłością mojego życia.

-Ja właśnie teraz doświadczam takiej miłości i boje się, że kiedy powiem mu prawdę to mnie zostawi. Nie wytrzyma tego wszystkiego co się ze mną wiąże.

-I dobrze! – podniósł głos odrobinę za bardzo.

-I dobrze? Co ty mówisz, Arturze?

-Jeśli zostawi cię po powiedzeniu prawdy i otworzeniu się, to niech…. – zastanowił się chwilkę – spada na drzewo! Tak chyba teraz się mówi?

-Tak. Tak teraz się mówi. – Pola spojrzała ciepło na Artura.

-Pola. Miłość i związek polega na tym, że nie boisz się powiedzieć tego co masz w sercu. Jeśli to zrobisz i obnażysz całą swoją duszę a on tego nawet nie postara się zrozumieć to… – świdrował ją wzrokiem- … to nie jest miłość i on nie jest ciebie wart.  Moja pierwsza żona nie powiedziała mi co ja dręczy, nie otworzyła się…Podobnie jak ty…nie skończyło się to za dobrze.

- Jesteś bardzo mądrym człowiekiem.

- Jestem starym człowiekiem z dużym doświadczeniem życia, moja droga. -spojrzał na zegarek. – Muszę już iść, ale chcę ci udzielić rady. Cokolwiek nie dzieje się w twoim życiu, musisz mu o tym mówić. Zaufaj mu, tak jak ufałaś do tej pory w innych kwestiach. -wstał i poprawił swój płaszcz. – I nie bój się. Cokolwiek będzie się działo, nie wolno ci się bać! Do widzenia Pola.

- Gdyby mój tata żył, byłabym zaszczycona, gdyby był właśnie taki jak ty, Arturze.

-Komplement jakich mało w dzisiejszym świecie. Dobrego życia ci życzę, moja droga. – wolnym krokiem wyszedł z kościoła.

 

 

-Przeżyła spotkanie z tobą?- Pierre już siedział za kierownicą.

-Wiesz, że nie zawsze jestem takim bydlakiem jak o mnie mówią.-wyciągnął telefon.

-Tak… masz przebłyski dobroci. Gdzie cię zawieź?- Pierre odpalił samochód

-Na lotnisko. Muszę odwiedzić przyjaciela.-westchnął.

-Manuel…- szybko włączył się do ruchu. -Jak Pola?- spojrzał w lusterko próbując wyczytać z oczu szefa jakąkolwiek informacje.

-Na to nie mamy już wpływu Pierre. Nie może mieć dzieci…-powiedział cicho.

-Kurwa!- Pierre zaklął pod nosem.

 

 

Restauracja hotelu, w którym zatrzymali się muzycy była pieczołowicie izolowana od ciekawskich fanów i natrętnych dziennikarzy. Właściciel hotelu, który był jednocześnie dobrym znajomym Willa zapewniał swoim gościom imprezę na najwyższym poziomie. Przed hotelem stała niewielka grupka fanów więc kiedy wszyscy rozsiedli się w restauracji, Paddy postanowił wyjść i za namową Willa zrobić kilka fotek i rozdać sporo autografów, jednak nie był sam. Zabrał ze sobą Jima i Pawła. Dziewczyny skakały z radości widząc Paddiego ale również Jima.Paweł robił bardziej za ochroniarza i co jakiś czas próbował zapanować nad tłumem kobiet.  Jedna z fanek dziwnie przyglądała się Iglesiasowi i w pewnym momencie odeszła na bok coś przeglądając w telefonie.

-Tak! Wiedziałam, że skądś znam tego faceta! To ten model! Skolan! – z tym okrzykiem spora część fanek, która miała już autograf i zdjęcia z braćmi Kelly ruszyła szturmem na Pawła. Był mocno speszony taką ilością kobiet chcących zrobić zdjęcie i proszących o autograf.

-Dobra kochaniutkie!- w drzwiach pojawiła się wysoka blondynka a za nią Will.- Ten pan jest już zajęty! – splotła swoje palce z palcami Pawła.

-My też już idziemy! – Paddy zaczął wycofywać się w stronę drzwi.

-Dziewczyny! Za niedługo się zobaczymy znowu! Śledźcie informacje. – Jim machał wszystkim z szerokim uśmiechem.

-Ruszamy w trasę w przyszłym miesiącu do kilku klubów w Niemczech ale pewnie o tym wiecie?- Paddy krzyknął.

-Tak! Wiemy! Będziemy tam! – grzmiało chóralnie.

-Moje drogie. -Will odgrodził Paddiego i Jima od reszty kobiet- Musimy już iść. Było nam niezmiernie miło. Mamy nadzieję,że będziecie z nami w dalszej trasie! Do zobaczenia! – zamknął za sobą drzwi przy głośnym sprzeciwie.

-Jak wy możecie być do tego przyzwyczajeni? To jakiś obłęd! – Dominika nie wychodziła z podziwu!

- Robimy to od dziecka! – Paddy ściągał kurtkę i sweter.

-Teraz to jest pikuś. Kiedyś graliśmy na 250 tysięcy ludzi. To był szał!

- Wspomnienia dziadunia! – Iglesias położył ramię na barkach Jima- To co, pobawimy się choć trochę zanim odpadniecie na pijacki zgon?!

-Ty do mnie startujesz, młodziku? – Jim teatralnie postawił kołnierz koszuli. – Z dziaduniem nie masz szans!

-Przekonamy się?-odeszli w kierunku baru.

-Will, idę zadzwonić. – Paddy zniknął w kuchni restauracji i wykręcił numer Poli. Stukając paznokciami w blat wsłuchiwał się w sygnał oczekujący. Nikt nie odbierał. Wybrał numer jeszcze raz a potem znowu. W dalszym ciągu cisza. Zaniepokojony niechętnie wybrał numer i z trudem silił się na uprzejmości.

-Pierre?

-Paddy! Witaj słoneczko ty moje! Jak tam koncert? Poleciały jakieś majtki na scenę?

- Szukam Poli. Nie odbiera telefonu.

-Pewnie ma wyciszony. – Pierre zamilkł

-Domyśliłem się.

-To po co pytasz? -Pierre droczył się dalej.

- Grasz mi na nerwach! A czy możesz powiedzieć mi, gdzie ona do cholery jest?

-Nie ze mną, jeśli o to ci chodzi!

-Ale gdzie?

-A właśnie Paddy, dlaczego tak puściłeś swoją ukochaną ze mną bez śladu zazdrości?Aż tak mi wierzysz, kiedy mówię, że nic nie czuje do twojej dziewczyny?

- Cholera Pierre, gdzie ona jest?!

a44ff0a40fea4bda09adc9dddfb2d51b

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-I jest zazdrość!Bo już czułem się urażony twoim lekceważeniem mojej osoby…

-Jak mi nie powiesz, to obiecuje, że będziesz miał powody czuć się urażony! Gadaj!-warknął

-Dobra bo mnie jeszcze pogryziesz! Rozmawia z kimś.Czekam na nią.

-Z kim?

-Z kimś ważnym dla niej… dla nas- szubko się poprawił. – z naszym informatorem.

-Możesz poprosić ją do telefonu?

-Nie bardzo. Widzisz, wolałbym im nie przerywać. – zaciągnął się papierosem.

- Widzisz, będę nalegał.

-Nie mogę Paddy! – Pierre przybrał poważny ton.

-Ale nic jej…

-Nic jej nie jest! Włos z głowy jej nie spadnie! – wypuścił powietrze. – zadzwoni do ciebie jak skończy ok? Jest ze mną, przestań się martwić!- mówił twardo, zdecydowanie. – Odstawie ją do domu bezpiecznie! Zaufaj mi!

-Ta, zaufać… tobie? Zgłupiałeś?Nie oszalałem jeszcze na tyle, chociaż po rozmowie z tobą, jestem tego bliski!

-To zaufaj jej. – w słuchawkach nastąpiła długa minuta ciszy. – Bo ufasz jej, prawda? Paddy?

-Bardziej niż sobie! Niech do mnie zadzwoni. – szybko rozłączył się. Wracając do sali czuł dziwny niepokój. Miał wrażenie, że dzieje się coś niedobrego. Coś na co nie ma wpływu. Nie potrafił nic przełknąć, mimo rarytasów ustawionych na stołach. Usiadł przy barze i zamówił podwójną whisky z cytryną. Spławiał wszystkich tłumacząc, że potrzebuje przez chwilę pomyśleć i chce zostać sam.

-Ładne towarzystwo zebrałeś, Will. – Szef hotelu opierał się o kontuar

-Ach ma się tą charyzmę. -Will zanurzył  usta w szklance z miedzianym napojem. – Zobacz, poza dwoma Kelly, mam jeszcze wszystkich muzyków z dzisiejszego koncertu. Tam, koło Jima siedzi Paweł, model i Fiona, projektantka wnętrz. Obok nich siedzi barmanka z dosyć popularnego klubu w Warszawie. Po drugiej stronie gruchają Adam, stylista fryzjer. A grucha do…. do… cholera, czekaj, przedstawiał mi się… jak on miał… – podrapał się po brodzie.- A, Mikołaj! Kardiolog.

-Nie za młody?-oboje mężczyźni przechylili głowy

79f3e68210ef83284bdd6c9f1cb6e2e1

-Też tak pomyślałem ale najwyraźniej nie. On ratował tego modela kiedy tamten miał wypadek. Jest jeszcze Alex ale kompletnie nie wiem czym się zajmuje! Jest byłym tej blondyny, Dominiki. A ta druga blondyna to Gwen. I wiem to nie dlatego,że się przedstawiła a ktoś ją zawołał.-dodał sarkastycznie

-A on?- wskazał na mężczyznę przy barze.

-Paddy? No właśnie nie wiem. Zazwyczaj jest duszą towarzystwa, choć może coś się wydarzyło. Nie ma jego dziewczyny.

-Dziewczyna widmo?

-Nie mogła z nim jechać. Pracuje. Mam nadzieje, że pojedzie teraz na tą mini trasę bo się mały zatęskni.

-Idź z nim pogadać, może pokłócił się z tamtą…

-Polą.

-Własnie, Polą.

-Raczej nie. Nic mi nie powie, taki typ. -Will machnął dłonią. – Przejdzie mu! Chodź do reszty, napijemy się.

-Od dwóch godzin to robimy no ale co tam!

 

-Ta dyskusja jest tak głupia jak głupi jesteś ty, Kelly! -Paweł obejmował Dominikę.

-Właśnie nie jest głupia, łajzo! To powiedz mi jak się nazywała Mama Muminka zanim się nią stała.-Jima dłoń odszukała pod stołem dłoń Fiony i nieśmiało ją pogłaskała.

-Stary! Nie mam kurwa pojęcia! Może wiarę zmieniła po zamążpójściu za tatę Muminka i dlatego nie wiemy.

-Za tatę Muminka….- powtórzyła Dominika.

-Po czyjej stronie jesteś?! -Paweł śmiał się jak reszta.

-A skoro jesteśmy przy tej bajce, to jak się urodziła Mała  Mi, to oni już wiedzieli od początku, że będzie mała? – Splotła palce z dłonią Jima i ciepło się do niego uśmiechnęła.

-No i mamy kolejny powód! -Paweł uniósł kieliszek do góry i jego wzrok zatrzymał się na Patricku. – Poczekajcie chwilę. Pójdę z nim pogadać. – odszedł od stolika po drodze przytulając Mikołaja. – Jeszcze raz dziękuję za uratowanie!

-Dziękowałeś mi już dwa razy Paweł. – Mikołaj objął wysokiego bruneta- Zacznę się do tego przyzwyczajać za chwilę.

-No! Bez przesady! – poklepał lekarza po plechach i usiadł koło Paddiego przy barze.

 

-Chodź na chwilę, coś ci pokaże co odkryłem w tym hotelu. Będziesz zachwycona! – Jim chwycił Fionę za rękę i wyprowadził z restauracji.

-Co? Co? Gdzie mnie prowadzisz? – Fiona śmiałą się na całego – Zawołam Dominikę na pomoc!

-Nie będzie ci potrzebna. – przyprowadził ją do małego, eleganckiego pokoju. Wyłożony był welurowymi tapetami. Stał w nim mini barek z ciemnego drewna i niewielki kontuar z pudełkami cygar.

-Co my tu robimy…- nie skończyła. Jim przyciągnął ją do siebie i wbił swoje usta w jej wargi. -Jim, ale my nie…

-Co? Nie możemy? Dlaczego nie, Fiona?- gładził jej policzki

-Właściwie to nie wiem! – wplotła palce w jego włosy i mocno przyciągnęła do siebie. Jednym gwałtownym ruchem zrzucił wszystkie cygara z kontuaru i zdecydowanie posadził na nim kobietę wąchając zachłannie jej szyje. -A jak ktoś nas nakryje?

-Zamknąłem drzwi na klucz… – dalej ją całował.

-Sprytnie. – wyprostowała się i naprężyła każdy mięsień ciała. Jim wypiał biodra w jej kierunku,kiedy obejmowała go nogami.-Musimy się pospieszyć nim się zorientują!

-Uu, uwielbiam kiedy świntuszysz! – uniosła biodra na dłoniach pozwalając szybko pozbyć się spodni. -Tęskniłem za tobą!

-Bosko pachniesz! -ściągała mu koszule.

 

 

-Napij się. – Paweł podsunął Paddiemu pełną szklankę.

-Chcesz mnie upić? Tylko po co?

-Po pierwsze… no coś ty! Po drugie to chyba twoja impreza? A po trzecie, rusz dupę i pogadaj z nami…. – Przyjrzał się przyjacielowi- … ze mną?

-Pola nie odpowiada na telefony. Rozmawiałem z Pierrem, podobno wszystko ok. Nie może chwilowo gadać.

-No to w czym problem?

-Mam złe przeczucia!

-A przestań już! Poluzuj dupę! Napisz jej wiadomość, chociaż jest już środek nocy no ale może nie śpi.

-Co sugerujesz?! -Paddy aż sie wyprostował.

16641072_2042407912652614_189371643152654202_n

-Boże…, – Paweł wpatrywał się w wystraszone oczy przyjaciela. -zaufaj jej!

-Ja ją stracę Paweł! Czuje to!

-Pierdolisz drogi kolego! Nie stracisz! Jeszcze nie widziałem, żeby Pola kochała kogoś tak mocno jak kocha ciebie! Możesz mieć kryzysy, załamania ale nigdy nie wolno ci przestać w nią wierzyć. Nawet ten głupi Pierre nie jest w stanie ci jej odebrać!

- Z tyłu głowy to mam, rozumiesz? Takie głupie przeczucie!

-Z tyłu głowy masz jedynie niezłe gniazdo z włosów. Obstawiam, że wleci tu jakiś słowik i złoży na twojej głowie jaja.- Oboje utrzymali powagę jedynie przez kilka sekund po czym parsknęli śmiechem.

- Jaja na głowie? Coraz głupsze masz te hasła! Dobra, idę do was. Nie ma co się zamartwiać! Jutro rano do mnie zadzwoni pewnie.

-Napisz jej. A i tak jutro dopiero mamy transport do domu. Wszyscy i tak pijani a z tego co Will mówił to kierowca będzie rano.

-Dobra, idę. – Paddy wyciągnął telefon i zobaczył nieodczytaną wiadomość od obcego numeru: „Wracaj do niej Patricku”. Nie była podpisana. Zerknął na godzinę dostarczenia. 10 minut temu. Kliknął zieloną słuchawką i oczekiwał na połączenie. Z przerażeniem usłyszał „Podany numer nie istnieje bądź został zdezaktywowany” -Kurwa mać! – warknął sam do siebie siadając koło Pawła. Dla pewności położył telefon na stole i co chwilę zerkał na ekran. Próbował prowadzić sympatyczną i wesołą rozmowę gdy nagle kątem oka zobaczył ikonkę wiadomości na ekranie telefonu. Odczytał. Była od Poli. „Przepraszam skarbie, że nie odebrałam a potem nie oddzwoniłam. Wszystko dobrze, nie martw się. Zadzwoń jutro jak wstaniesz. Idę spać. Kocham cię”-wypuścił powietrze z westchnieniem ulgi i schował telefon do tylnej kieszeni spodni. Co jakiś czas tego wieczoru wracał do numeru z którego wysłano wiadomość, zastanawiając się kto i dlaczego zadaje sobie tyle trudu.

 

 

-Miło cię widzieć Dominika. – Alex podszedł do stojącej przy barze kobiety. – Jak się masz? Widzę,że miłość kwitnie?- wskazał na Pawła, który żartował z Paddym i Jimem.

-Jestem szczęśliwa.Powinnam była zrobić to dawno temu.- uśmiechnęła się ciepło. – I u ciebie widzę pełnia szczęścia?

-Właśnie miałem ci ją przedstawić. – wyciągnął dłoń w stronę Gwen, która od razu ją ujęła.- To jest Gwen, moja była a obecnie aktualna dziewczyna i ….

-Matka jego dziecka. Miło mi. -Dominika na te słowa prawie wypluła drinka.

-Dziecka? Macie dziecko? Niesamowite! -Dominika wytrzeszczyła oczy.

-Nie aż tak! -Gwen roześmiała się perlistym śmiechem- Dzieci rodzą się bez przerwy, idzie przywyknąć.

-Bardzo się cieszę! Wow!-Dominika klasnęła w dłonie

-Z czego się tak cieszysz?-Zza kobiety wyłonił się Iglesias

-Alex i Gwen mają dziecko.

-Jak długo się nie widzieliśmy?-skrzywił się teatralnie

-Ma już 3 latka. Syn. – Alex spojrzał w oczy Iglesiasa.

afe45d8ade78659bbf5217b16ed51c00

 

 

 

 

 

 

 

-Kurde, stary! Gratuluje! Syn, cholera! – Paweł uściskał Alexa. W pierwszym momencie chciał go odepchnąć odruchowo, jednak po chwili poczuł coś dziwnego. Od Pawła biła autentyczna szczerość i przyjaźń. Poczuł to i mocno go uściskał.- Chodź po nową flaszkę i trzeba to oblać.

-Trochę po niewczasie ale jednak!-Dominika puściła oczko do Gwen i obie podążyły za mężczyznami do wspólnego stolika.

 

-Słuuuuuchaaaj… -Adam podpierał się ręką prawie leżąc na stole.- Ja to cię tak szanujeeeee za to, że od samego początku nie kryjesz się z gejostwem!

-Tyyyyy…. mówi się homo…. homo… – beknął- Homoseksualizmem! Kurwa, na bani nie idzie tego powiedzieć!

-Jest napisane! – Adam mamrotał.

-C…c…cooo? A zreszta!- Mikołaj próbował nalać sobie whisky do szklanki jednak trafiał wszędzie ale nie w szklankę. -Nie! Chyba już nie pijemy! – dotknął swojego serca.- Tak! Mam bradykardię! Czasssss spać! Chodź tyyyy….

-Z tobą wszędzie! -Adam mówił prawie przez sen

-Ty mały geju, ty! Idziemy! No już, na raz! – wstał z krzesła i zatrzymał się na przeciwnej ścianie. – Ale wtopa, tak na pierwszej randce.

-Pomożemy wam! – nad nimi stali Jim i Will z założonymi rękami.

-No bardzoooo uprzejmie z waszeeej strony….odrobinę się naszczelaliśmy wiec moglibyście nas zaprowadzić do pokoju?

-Razem!-Adam uniósł dłoń. – A gdzie reszta?

-Śpią. Zostaliście sami.

-Mikołaj! Chooooo zatańczymy!

-Żadnego tańczenia chłopczyki! Idziemy spać! Koniec imprezy! – Jim powstrzymywał śmiech

-Dobrze…. tato! – Adam fuknął na Jima.

 

 

Ołtarz oświetlało punktowe, słabe światło. Kilka świec paliło się z naciemniejszych zakątkach kościoła. Co jakiś czas słychać było jak drewniane ławy pracują i wydająz siebie ciche trzaśnięcia. Nie zwracaa na nie uwagi. Była sama. Może gdzieś z tyłu, niewidoczny, krył się ksiądz bądź zakonnica ale Pola miała wrażenie, że jest zupełnie sama. Nie wie ile spędziła tu czasu. Która była godzina. Może środek nocy a może nawet zaczynało już świtać. Nie obchodziło ją to. Wizja jej własnej przyszłości paraliżowała jej umysł. Musiaął jednak coś postanowić. Wyjść stąd z decyzją o własnym losie. Myślała bardzo długo nad słowami Artura. Kim był staruszek,który mówił tak mądrze i tak mocno uderzał w jej nutę? Z jego oczy biło ciepło i sereczność a przynajmniej tak jej się wydawało. Jedno zdanie błyszczało jaskrawo w jej wspomnieniach. „nie wolno się bać!”

Może jeszcze raz, ostatni raz powalczy o swoje życie? Wyciągnęła z torebki kolejną chusteczkę i wytarła resztki makijażu pomieszanego z zaschniętymi łzami. Nagle głęboką ciszę przerwał głośny huk upadającej świecy  a sekundę po niej głośny, rozchodzący się na cały kościół, śmiech dziecka. Dziewczynki. Pola usłyszała ją bardzo wyraźnie i bardzo głośno. Śmiech był intensywny i przewiercał Poli uszy. W pierwszej sekundzie nie wiedziała skąd dochodzi. Skupiła wzrok i zobaczyła dziewczynkę w sukience, biegnącą między filarami. Uśmiechała się patrząc Poli prosto w oczy.

ccc6654b8db5a78f965816447979516c

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Miała je tak bardzo zielone i wesołe. Uśmiechnęła się jeszcze raz i już na Polę nie patrzyła. Znowu roześmiała się na cały kościół i zniknęła na zakrystii gdzie natychmiast ucichła. Ta scena była tak fascynująca i przerażająca zarazem, ze Pola siedziała jak sparaliżowana jeszcze dłuższą chwilę. Znowu otaczała ją głucha cisza. Jedyne co słyszała to swój własny oddech. Wiedziona impulsem szybko wyszła z ławki i prawie wybiegła z kościoła. Spojrzała na zegarek. Była 2 w nocy. Zadzwoniła po taksówkę i podała adres kierowcy. Jadąc do domu napisała do Paddiego wiadomość. Nie miała sumienia rozmawiać z nim i nie o tak później godzinie. Chciała zasnąć. Rozpaczliwie pragnęła snu. Zajmie się tym wszystkim jutro. Jutro też jest dzień. Teraz musi jedynie zasnąć. Nic więcej się nie liczyło. Podjechała pod dom i pociągając nosem zapłaciła kierowcy dodając niezły napiwek za to,że z nią nie rozmawiał przez  całą drogę, pozwalając jej choć odrobinę pomyśleć. Trzymając torebkę w dłoni a w drugiej klucze wcisnęła guzik windy. Jadąc na swoje piętro opierała się zmęczona o ścianę windy lekko przymykając oczy. Drzwi windy rozsunęły się i Pola podskoczyła z przerażenia. Przy drzwiach stał mężczyzna.

-John? -Poli opadły ręce prawie wypuszczając torebkę na ziemię.

 

 

 

Dwóch starszych, dostojnych mężczyzn siedziało na ławce wśród opadających złotych liści. Wiał lekki wiatr więc Manuel okrywał się szczelnie grubym kocem. Drugi obserwował przestrzeń przed sobą zaciągając się co chwila cygarem. Ich siwe włosy muskały pomarszczone twarze.

-Jesteśmy złymi ludźmi, Arturze. Bawimy się w Boga.Tak nie wolno.

-Nie zgadzam się. Do Boga nam jeszcze daleko a poza tym teraz się nie wycofamy! Manuel, jesteśmy już tak blisko!

-Ona nigdy nie będzie mieć tego wszystkiego! Nie będzie szczęśliwa, za mocno jest skrzywdzona i…- Manuel zacisnął usta

-I to z mojej winy, chcesz powiedzieć?

-Z naszej…-spuścił wzrok.

-Nigdy nie daruje sobie, że mnie nie było kiedy wychodziła za Marka. Mogłem ją wtedy powstrzymać! Mogłem…

-Był tam tez Edmund i jej nie powstrzymał. Nie możesz obwiniać tylko siebie Arturze!

maxresdefault

-Marek żyje tylko na prośbę swojego ojca! Zawsze byłem sentymentalny! Więzy rodzinne mnie wzruszają! – zaciągnął się mocno cygarem.

- Psycholog a wychował takiego psychopatę! – Manuel kiwał głową.

-Marek nie zawsze taki był. Ojciec trzymał go krótko. Pamiętasz jaki był? Zawsze mieliśmy z nim problem. – oboje uśmiechnęli się nieznacznie na to wspomnienie.

-Artur… moje życie kończy się powoli….

-Nawet tak nie mów!

-Będziesz musiał doprowadzić sprawę do końca sam!

-Nie radzę sobie z duchowym aspektem naszej sprawy więc nie waż się umierać kurwa mać!

-Nie przeklinaj przy księdzu! – uśmiechał się. – I rzuć te cygara!Edith cię zabije jak nie przestaniesz palić!

-I tak już jestem stary. Poza tym… co? Sam chcesz umierać, egoisto?!

-Dlatego właśnie jesteś moim przyjacielem już tyle lat! Daj się zaciągnąć raz chociaż! – Manuel wyciągnął dłoń a na twarzy zajaśniał mu łobuzerski uśmiech.

-Uda nam się, prawda? Pola z Patrickiem będą szczęśliwi a Marka jakoś się unieszkodliwi.

-Może zamknąć go do czubków?

-Próbowałem. Nie dało rady.

-Czyli jedynym wyjściem….

-Wole tego nie mówić ale tak…. jedynym wyjściem jest zabicie go. – Artur odchrząknął – Na szczęście jego ojciec już nie żyje… inaczej by mi nie wybaczył.

-Wiesz o tym, że przez lata robiliśmy dużo rzeczy wbrew sobie…

-Przy Poli nie popełnię drugi raz tego samego błędu. Tym razem się uda!

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 14 komentarzy

58. Patrick and Pola…

Park ścielił się złoto- purpurowym dywanem utkanym z liści. Było słoneczne popołudnie. Ostatnie podrygi lata albo gorące przywitanie jesieni. Fiona zaparkowała niedaleko wejścia do parku. Chłopcy pobiegli ile sił w nogach na najbliższą zjeżdżalnie, nie obracając się za siebie. Wyciągnęła pokaźną torbę, założyła okulary przeciwsłoneczne i wolnym krokiem zaczęła iść w kierunku huśtawek. Była spokojna, opanowana. Powoli godziła się z nowym życiem jakie ją czeka po odejściu Filipa. Czuła w sobie siłę i wiedziała, że teraz da sobie radę. Postanowiła w piątek złożyć papiery rozwodowe. Nawet miała je w swojej torbie. Zapakowane w różową teczkę, co osobiście uważała za śmieszne i tragiczne zarazem.  Złoży je i pojedzie do Krakowa na koncert Paddiego. Być może nawet spędzi ten weekend z Jimem. Rzadko się widywali. Jim dużo dzwonił i rozmawiali godzinami. Ale rzadko ją odwiedzał.Po Filipie nie został ślad w domu. Teraz jego miejsce zajęła mama Fiony. Przegadały pół nocy gdzie opowiedziała wszystko po czym obie postanowiły, że mama wprowadzi się i pomoże zanim Fiona nie stanie na nogi. Był to dla młodej kobiety jak wygrany los na loterii.Ma dużo pracy w firmie. Musi na nowo poukładać swoje życie. Jeśli nie dla samej siebie to dla chłopców. Miała wrażenie, że najgorsze ma już za sobą.

Do placu zabaw dochodziła długa, prosta ścieżka, na którą właśnie wkraczała. Zobaczyła go siedzącego na ławce. Chłopcy rzucili mu się w ramiona śmiejąc się w najlepsze. Był to cudowny widok. Mogła patrzeć na nich uśmiechniętych godzinami, jednak kiedy spoglądała Filipowi w oczy coś w niej pękało i wracały obrazy, uczucia i emocje, których… już nigdy więcej nie chce czuć.

a1ba3da61ce2f60070604b3ec76285db

-Hej, wybacz spóźnienie.- Fiona usiadła koło męża.

-Nie szkodzi. Kupiłem nam kawę. Dobrze wyglądasz. – podał jej kubek nie spuszczając oczu z bawiących się dzieci.

-Chciałabym, żebyś zabrał chłopców na weekend. – mówiła chłodno. – Gdzie  teraz mieszkasz?

- Chwilowo u rodziców. Mogę zabrać ich na weekend ale czy…- zwiesił głowę -… to znaczy, że nie mogę wrócić do…

-Posłuchaj, w piątek składam papiery o rozwód. – spokojnie weszła mu w słowo.

-Rozwód?- podniósł głos- Jesteś pewna? Sądziłem,że to przegadamy i uda nam się odbudować małżeństwo.

- Filip ale ja chyba nie chcę… – po raz pierwszy powiedziała to na głos i poczuła bardzo mocne ukłucie w sercu.

-Chłopcy potrzebują ojca…- powiedział hardo.

-I będą go mieli! Rozchodzimy się a nie rozjeżdżamy na dwie strony świata Filip.

-Czyli zostałem z niczym. Pozbawiasz mnie wszystkiego. Nawet do własnego domu wrócić nie mogę…- zawiesił wzrok na parującym kubku.

- Spłacę twoje udziały w spółce. Będziesz miał pieniądze na nowe życie. Ja chcę żebyś moje opuścił. – Nie patrzyła na niego.

- Fiona spójrz na mnie! Już mnie nie kochasz? Nie zależy ci na nas? Na naszym małżeństwie? Tak szybko ci przeszło i się wycofałaś?

- Szybko się wycofałam?!Już mi przeszło?!- wysyczała przez zaciśniętą szczękę -Kiedy ja robiłam wszystko żeby nasze życie się nie rozpadło a dodatkowo próbowałam odzyskać ciebie i nasze małżeństwo ty wtedy spotykałeś się z Weroniką! I ty masz czelność pytać czy już mi przeszło?! Czy cię kocham?! Oczywiście! Filip…. 12 lat! Nie da się tak po prostu przestać kogoś kochać. Ze względu na to, co przeżyliśmy, ile lat spędziliśmy razem i ze zbudowanego wzajemnego szacunku. Ale to wszystko… to o czym mówię jest jak domek z kart… jak zamek z piasku a Weronika jest wiatrem, który to wszystko zmiata z powierzchni. – spojrzała mokrymi oczami wprost na niego.- To ja ciebie powinnam o to zapytać! Powinnam zapytać czy mnie jeszcze kochasz? Czy w ogóle jest sens zadawać takie pytanie? Sypiałeś z inną więc chyba odpowiedź jest oczywista.

6ab7ad774eb24831f7eaf24cdd0763be

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

- Kocham cię, Fiona… – wyszeptał. – Zawsze cię kochałem….i to się nie zmieni…

-A czy tobie zależy na naszym małżeństwie?- znowu mu przerwała

-Bardzo. Chciałbym was odzyskać. Ciebie, dzieci.

-A zależało ci na naszym małżeństwie, kiedy całowałeś, dotykałeś i zasypiałeś koło Weroniki?- przeczesała palcami włosy- Niedobrze mi się robi na samą myśl!

-Nie wiem co we mnie wstąpiło Fiona. Pogubiłem się. Chwilowa słabość. Tak jedynie mogę to wytłumaczyć.

- Widujesz się z nią dalej?- Fiona prychnęła śmiechem.

-Nie. Ucięła kontakt.

-Widzisz Filip, mój chyba największy problem jest taki, że ja ci najnormalniej w świecie nie wierzę! Nie ufam ci już. Kiedy tylko na ciebie patrzę, widzę cię z nią. Nie mogę i nie potrafię inaczej.

-Przepraszam cię….

- W naszym życiu, małżeństwie już od dawna coś nie grało, nie trybiło. Trochę żyliśmy osobno. Myślę sobie, że zdrada jest skutkiem a nie przyczyną. – spojrzała bardzo smutno na swojego męża- To koniec, Filip…przykro mi.Nie ma już czego ratować. – zobaczyła w jego oczach łzy. Wstał z ławki

-Nie chcę cię stracić! – wycierał spływające łzy.

-I nie stracisz! Mamy dzieci. Mamy za sobą wspólne życie! – Fiona również wstała. Filip mocno ją do siebie przytulił. Ściskał ją mocno nie chcąc wypuścić. Co chwilę jego ciałem szarpał dreszcz powstrzymywanego płaczu. Kilka łez Fiony wsiąkło w jego koszule. Stali tak dłuższą chwilę dalej się przytulając.

-Kocham cię. I nic tego nie zmieni. – puścił ją w końcu.

-Ja ciebie również. Zawsze będziemy mieć wspólną drogę i zawsze ci pomogę.Pamiętaj o tym! – Filip ujął jej dłoń i delikatnie pocałował jej usta.

-Muszę już iść…Zobaczymy się w weekend?- zapytał smutno zaciskając szczęki.

- Oczywiście. Zadzwonię do ciebie. – pociągnęła nosem. – Filip powoli puszczał jej dłoń, aż w końcu puszczając ją całkowicie odwrócił się, schował ręce w kieszeń i spuszczając głowę odszedł w kierunku samochodu.

Usiadła natychmiast na ławce i zamknęła oczy spod których wylały się potoki łez. Pozwoliła sobie na taką słabość przez kilka sekund. Nie chciała,żeby chłopcy widzieli ją w takim stanie. Wyciągnęła z torby chusteczki i kątem oka dostrzegła błysk diody telefonu. Dyskretnie ocierając łzy odczytała wiadomość: ” Pojechałem odwiedzić córki. Wracam od razu do Krakowa na koncert Paddiego. Tam się spotkamy bo liczę, że bedziesz. Jim.”

 

 

Czarne BMW sunęło ulicami Warszawy. Czas ich odrobinę naglił. Musieli zrobić wywiad z jednym poczytnym felietonistą a za chwilę będę spóźnieni. Pierre przeklinał na zmianę po polsku i po francusku czym bawił Polę do łez. Cieszył go jej śmiech. Mógł na nią patrzeć godzinami kiedy była taka wesoła, beztroska, Jemu samemu często zdarzało się przy niej uśmiechać. Przyzwyczaił się już do jej obecności koło niego. Było to naturalne. Nienachalne. Nie wchodziła z butami w jego życie. Prawie o nic nie pytała ale też i o sobie mało mówiła a Pierre nie był dociekliwy.

-Jak to z tobą jest Pierre? -Pola zagadała po dłuższej chwili milczenia- Masz kogoś?

- A co, jesteś chętna?- Spojrzał jej w oczy, w których kryły się wesołe chochliki – Jak tak, to powiedz tylko słowo!

-Nie, nie jestem chętna! I patrz na drogę a nie na mnie! Rozbijemy się i wtedy już niczego się nie dowiem…- westchnęła

-Czego się nie dowiesz?-Pierre zmarszczył brwi.

-Powiem ci później. – wysiadała z samochodu- Będziesz musiał mi pomóc.

-Z czym? Pola, co kombinujesz?- Pierre wysiadł zaraz za kobietą.

-Cicho! Najpierw wywiad! – Pola weszła pierwsza do kawiarni. Pierre rozejrzał się w okół i również usiadł koło kobiety. Mężczyzna był miły, kulturalny i potwornie nudny.  Z ulgą przyjęli koniec. Pola z udawanym uśmiechem uścisnęła dłoń mężczyzny i pożegnawszy się wyszli z Pierrem z kawiarni.

-Boże, jakie to było straszne! Usnąłem chyba ze trzy razy! – Pierre poprawiał marynarkę – Podczas jednego jego zdania.

-Faktycznie długie miał swoje wypowiedzi.- parsknęła śmiechem i spojrzała na zegarek. – Jest jeszcze wcześnie.

- To zapraszam cię na gofry!

-Gofry? Czemu gofry?

-A czemu nie? No to kawę! Co za różnica.

-No to kawa! – kilka chwil później oboje siedzieli na ławce w maleńkim parku. Pola zdawała się myśleć o czymś intensywnie. Pierre przyglądał jej się z zaciekawieniem.

10995086_1389866794659428_932955800_n

-Powiesz mi w końcu o czym myślisz bo oszaleje za chwilę!

-Cierpliwości się ucz, mój drogi!

-Bez przerwy mi to powtarzają! A ty mała, nie zmieniaj tematu! Gadaj co jest!

-Umiesz dotrzymać tajemnicy?

-Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak bardzo! – Pierre uśmiechnął się pod nosem na znaczenie swoich słów.

-Muszę jechać na badania. W sobotę wieczorem. A ty musisz mnie kryć.

-Kryć? Przed kim?- Pierre wyprostował się czujnie.

- Przed Patrickiem….- zwiesiła smutno głowę.

- Przed Paddym?! Zgłupiałaś?! – zlustrował ją wzrokiem.- Nie zgłupiałaś… ty doskonale wiesz co robisz…- mówił powoli. – Co to za klinika?

- Płodności… – wyszeptała.

- Idziesz się przebadać? Ale… dlaczego?- zadał pytanie choć doskonale wiedział jaka będzie odpowiedź i jak bardzo go zaboli.

-Pierre ja… – zacisnęła usta. – Powiedźmy, że jak byłam młodsza, dawno temu, przeżyłam  coś okropnego i teraz muszę sprawdzić czy wszystko ze mną w porządku.

-Mam pytać o więcej? – Pierre zacisnął szczęki ledwo powstrzymując emocje.

-Wolałabym nie.  - skubała plastikowy kubek.

-Pola, ja cię nie oceniam. Nie moja sprawa. Spędzamy dużo czasu razem ale to jest twoje życie. – uniósł kąciki ust – Niemniej jednak, powinnaś powiedzieć Patrickowi. Dlaczego  tego nie robisz?

-Bo jest za dobry.

-Za dobry?! Na co?! – zamrugał szybko powiekami – Nawet nie wiem jak z tego zażartować!

-Paddy nie wie o terminie wizyty.On ma wtedy koncert w Krakowie. Nie powiedziałam mu bo wiem, że wtedy rzuciłby wszystko, żeby być ze mną. A  ja nie chcę mu tego robić! Muzyka, koncerty to jego życie! Nie mogę teraz podkładać mu kłód pod nogi. Dlatego postanowiłam sama iść się przebadać a on ma nic nie wiedzieć i dać piękny koncert!

- Twój altruizm mnie zadziwia!

-To nie jest altruizm Pierre… to miłość. Bardzo mi zależy na Paddym, na dziecku….

-On cię zabije, kiedy się dowie, że zrobiłaś to bez niego!

-Dlatego nikt o tym nie wie. Powiedziałam Patrickowi, że jedziemy do Poznania w sobotę rano i wracamy w nocy.

-I tak cię puszcza? Ze mną! Bez zazdrości?! Czuje się oburzony!

-Ufa mi. – westchnęła – Jak okaże się, że wszystko dobrze ze mną to nic mu nie powiem i będziemy żyć dalej jak gdyby nigdy nic.- wstała i otrzepała spodnie z niewidzialnych okruszków

-A jeśli nie?- Pierre wstał

- Wtedy powiem mu wszystko! I tak czuje się fatalnie, że muszę to przed nim ukrywać!

-I dobrze! Znaczy masz sumienie! – Powoli kierowali się w stronę samochodu

- A co ty tam wiesz o sumieniu! – szukała telefonu w torebce

-Niewiele fakt! Gdzie cię zawieź?

-Do studia. Wrócę z Paddym do domu. -po pół godzinie Pierre zaparkował przy aucie Paddiego.

-Pola….- spojrzał jej w oczy- Będę cię krył wiesz o tym. Zawsze ci pomogę! Moja przyjacielska rada? Nie rób tego więcej. Ze mną tak możesz pogrywać ale on nie zasługuje na coś takiego. To będzie też jego dziecko! Nie możesz go w tej kwestii okłamywać…

-Dziękuje. – kobieta ścisnęła jego ramię. – Jesteś świetnym facetem! Jakaś kobieta będzie miała wiele szczęścia, kiedy z tobą będzie.

-A, może kiedyś! Leć do tego swojego kochasia! – kobieta zniknęła w budynku a Pierre ruszył z piskiem opon. Żadne z nich nie zauważyło stojącego w oknie Paddiego.

 

-Cześć chłopaki! – Pola radośnie powitała muzyków. – Gdzie Paddy?

-Na górze. Poszedł po kawę.

- Dzięki Chrystian. – Pola kilkoma susami znalazła się w pokoju na piętrze. Zastała Patricka stojącego koło okna. Trzymał w dłoniach kubek z kawą, opierał się o futrynę i spoglądał przed siebie.

- Hej. I jak tam u was? – Pola wesoło zapytała.

-Dobrze. – warknął nie patrząc na nią. -Ale to ja powinienem zapytać jak u ciebie, Pola?

-Coś się stało Paddy? – usiadła na fotelu. – Mam wrażenie, że jesteś na mnie o coś zły.

-Powiedz mi… kochanie… – kucnął przed nią opierając dłonie na jej kolanach- Czy coś przede mną ukrywasz?

- Skąd takie pytanie?- w uszach Poli zaszumiało a serce przyspieszyło. Paddy nie spuszczał z niej oczu doszukując się najmniejszego śladu kłamstwa.

-Odpowiedz. – mówił cicho, spokojnie. Przerażająco spokojnie.

-Nie. Nic przed tobą nie ukrywam! – skłamała- I przestań zachowywać się w  ten sposób!

-Czyli nie masz mi nic do powiedzenia?

-Nie więcej niż zazwyczaj! Możesz mi powiedzieć o co chodzi?! – podniosła głos.

-Skąd taka chwila czułości do Pierra?

-O nie! Tylko nie Pierre! – Pola zrzuciła z siebie dłonie Patricka- Ty już do reszty zgłupiałeś? Jaka czułość?!

-To masowanie ramienia i słodki uśmiech w jego samochodzie! – wskazał na okno

-Skąd wiesz?! Podglądałeś?! -Pola wstała.

-A! Czyli potwierdzasz, że działo się coś takiego! Co cię z nim łączy?!- Paddy doskoczył do Poli.

-Nic o co mnie podejrzewasz! Dziękowałam mu i mówiłam, że kiedyś jakaś dziewczyna będzie mieć szczęście jak z nim będzie! To wszytsko!

- Masz na myśli siebie, prawda?

-Paddy! Wmawiasz sobie coś czego nie ma i zaczynasz popadać w paranoje!

-Jakaś dziewczyna będzie mieć szczęście…

-Bo jest świetnym facetem! Ale tylko facetem a ty…

-Co ja Pola?! No co?! Tez jestem tylko facetem!

-Jesteś miłością mojego życia! Kiedy to w końcu dotrze do ciebie! – okryła się płaszczem i szybko wyszła ze studia. Stojąc przed nim zorientowała się,że nie ma samochodu. Duma nie pozwalała jej poprosić Paddiego o kluczyki i ta sama duma zmusiła ją do pójścia do domu na piechotę.  Na początku nie przejęła sie zbytnio małym deszczem, który niestety przeszedł w kilka minut, w niezłą ulewę. Była wściekła. Na siebie, na Paddiego. Na siebie,że coś przed nim ukrywa, że go okłamuje i że teraz tak się fatalnie z tym czuje. Na Paddiego, że znowu wyciąga na wierzch temat Pierra. Czemu jest o niego taki zazdrosny?! Nigdy nie postrzegała go jako atrakcyjnego mężczyzny. Widziała nie raz jak kobiety masowo oglądają się za nim i pewnie należy do tych przystojnych ale Pola nie patrzyła na niego w ten właśnie sposób. Dla niej Pierre był przyjacielem, kimś kto ją rozumie, kto nie narzuca, kto wysłucha. Nigdy nie widziała w nim mężczyzny. Za to Paddy owszem. Warknęła pod nosem. Była już dobry kawałek od studia. Po twarzy spływały jej strumienie deszczu, była cała przemoczona ale i zła więc hardo kroczyła w deszczu w kierunku domu. Zza niej wyłoniło się światło nadjeżdżającego samochodu. Równając się z nią zwolniło tępo.

- Pola! Wsiadaj! – Paddy uchylił szybę.

- Daj mi spokój! Nie wsiądę! -warknęła

-Cała zmokniesz!

-Już zmokłam!

-Możemy to omówić w domu?! Na sucho? – jechał powoli obok niej.

-Nie Paddy! Znowu będziesz robić mi wyrzuty o Pierra! Że cię okłamuję, że coś mnie z nim łączy i tak w kółko.

-Obiecuję,że jeśli wsiądziesz teraz do auta to już nigdy w życiu nie zrobię ci wyrzutu o tego cholernego…

-Paddy!

-O Pierra. – dodał już spokojniej.

-Ja nie jestem Andreą!Nie jestem z tobą z tak niskich powódek a szukam innego na boku! – tupnęła nogą i przyspieszyła kroku. Paddy zasunął szybę i bez słowa ruszył przed siebie. Nagle zrobiło jej się gorąco.Przesadziła?Poczuła ścisk w żołądku i szybsze bicie serca. Auto zatrzymało się kilka metrów przed Polą. Paddy podskoczył do niej w kilka sekund.

-Myślisz, że nie wiem?! Jesteś najwspanialszą kobietą jaką znam! Dobrą, troskliwą, czułą! Jesteś moim słońcem Pola!  Skąd w ogóle Andrea? – zmarszczył brwi i rozłożył dłonie. Deszcz nieprzerwanie na nich padał.

-A skąd Pierre?!

-Andrea to przeszłość, przecież wiesz!

- A Pierre nie jest ani przeszłością ani przyszłością! Nie jestem z tobą dla sławy, pieniędzy czy popularności Paddy! Jestem z tobą bo cię kocham kretynie jeden! Chcę dla ciebie zmienić całe swoje życie.Pragnę żeby nam się udało! Chcę się budzić koło ciebie codziennie rano! I nawet gdybyś nie miał tej głupiej gitary i nie śpiewał dla tysięcy kobiet to i tak bym cię pokochała! Co jest z Pierrem, że non stop robisz mi o niego awantury?! Dlaczego akurat o niego?

-Boje się, że cie stracę rozumiesz?! Tak jak wszystko inne!- chwycił jej kurtkę i przyciągnął nagle do siebie.- Że z nim nawiążesz takie porozumienie i relacje, których ja z tobą nigdy nie będę mieć!

-Co ty wygadujesz?! – ich usta prawie się stykały- My mamy coś lepszego! Przyjaźń która łączy mnie z Pierrem jest niczym w porównaniu z miłością jaką do ciebie czuje. Musisz Paddy odpuścić i mi zaufać, rozumiesz? Bo to cię zniszczy! – ujęła jego twarz w dłonie.

-Nie zostawisz prawda?

17553451_250077705453921_8753255975528283660_n

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Nie zostawię! Cokolwiek się stanie!

-Zrobisz coś jeszcze dla mnie? Jedna prośba! – Paddy odkleił mokre pasmo z jej czoła

-Pod warunkiem,że nie będziesz już takim zazdrośnikiem. – uśmiechnął się na te słowa.

- Wsiądź do auta i daj się zawieź do domu. Rozchorujesz się i będę musiał ci herbatki z malinami robić!

-Dobra! Ostatecznie może być! – pozwoliła objąć się ramieniem i zaprowadzić do samochodu.

 

Piątek wieczorem Paddy przeglądał jeszcze ostatecznie szkic koncertu. Co chwilę zerkał na Polę, która dziwnie milcząca przechadzała się po mieszkaniu najwyraźniej szukając sobie jakiegoś zajęcia. W końcu poszła do sypialni, wyrzuciła całą zawartość szafy na łóżko i zaczęła od nowa układać ubrania. Paddy milczał i nie pytał. Wiedział, że jak będzie chciała o tym porozmawiać to do niego przyjdzie. Skorzystał z okazji, że został sam w salonie i szybko wstukał w laptopie adres swojej poczty.W skrzynce odbiorczej widniała nieodebrana wiadomość. Spojrzał jeszcze raz, upewniając się,że Pola walczy z ubraniami i otworzył. Szybko przeczytał i uśmiechając się z satysfakcją skrzyżował dłonie za głową. O to mu chodziło. Wszystko szło zgodnie z jego planem i zamysłem. Nagle Pola wpadła do salonu, siadając koło niego na kanapie.

-Skończyłaś?- Paddy uniósł nieśmiało kąciki ust szybko zamykając laptopa.

- Nie. Ale już nie mam cierpliwości!- złożył ręce na piersi.

-Powiesz w końcu, co się z tobą dzisiaj dzieje?

-O której przyjeżdżają chłopaki po ciebie?- próbowała zmienić temat.

- Za dwie godziny. To dowiem się?- mówił szeptem.

-Martwię się…- podciągnęła kolana pod brodę- … nie jadę z tobą. Nie lubię, kiedy nie ma cię ze mną… czuje się wtedy taka… sama.  -pogładziła czoło.

-Kochanie ale tak będzie często.

-Jeszcze nie przywykłam.

-Wrócę do ciebie! – ujął jej dłoń i pilotem podgłośnił muzykę lecącą w tle.- Chodź, zatańczymy! – pociągnął ją na środek salonu i mocno do siebie przycisnął. Ich policzki stykały się ze sobą a ona zachłannie wdychała jego cudowny zapach. Ściskał jej dłoń na swojej piersi. Drugą czule gładził jej plecy. Nucił do rytmu co powodowało przyjemne wibracje w ciele Poli. Bujali się powoli, prawie stojąc. Wplotła palce w jego kasztanowe włosy i odchyliła głowę spoglądając mu w oczy. – Wrócę… w niedziele już będziemy razem.

-Mam nadzieję…- taniec przerwał im dzwonek do drzwi.

-Przyjechali. – pocałował ją najczulej jak potrafił i pogładził jej włosy. -Zaczekaj na mnie, dobrze? Nie uciekaj!

-Nie mam zamiaru! Jedzcie ostrożne.

 

SOBOTA, WARSZAWA

Wśród niczym nie rzucających się domów stał jeden równie niepozorny. Był biało brązowy, z lekko skośnym dachem, oknami zasłoniętymi roletami a otoczony był różniej wielkości iglakami. Dostępu do niego broniła bramka z zamontowanym domofonem. Średniej wielkości bus podjechał i zaparkował na branie wjazdowej. Adam wysiadł z samochodu  i zadzwonił. Kilka minut później przed domem pojawił się Mikołaj. Podbiegł do Adama i pocałował go w policzek na przywitanie. Adam chwycił go za ramiona i spojrzał w oczy z pełną powagą.

-Zanim coś powiesz, wybacz! Ale nie mam na nich takiego wpływu!- Zaciskał usta

-Na nich?- Z tym pytanie Adam odwrócił Mikołaja przodem do samochodu. Przed busem stali wszyscy jego przyjaciele i przyglądali im się, uśmiechając się serdecznie. – Hej! Witajcie! – Mikołaj pomachał im nieśmiało. Na te słowa cała ekipa wyciągnęła zza siebie po dużej marchewce i równocześnie zaczęli chrupać warzywa wydając z siebie chóralne „Co jest, doktorku?”. Mikołaj wyraźnie rozbawiony spojrzał na Adasia.

-Mówiłem. Nie mam na nich wpływu.- Stali tak chwilę prawie płacząc ze śmiechu aż w końcu Adam nieśmiało objął Mikołaja ramieniem i zaprowadził do samochodu.- Gotowy na najbardziej feministyczną randkę świata?

-A mogę się jeszcze wycofać? – Mikołaj również ostrożnie objął Adama.

-Nie!- krzyknęli wszyscy z auta- Wsiadajcie bo się spóźnimy i Patyś was zabije!

-Patyś?

-Też nie pytaj…. nie ma sensu… za nimi nie trafisz.

 

 

Całą sobotę włóczyła się bez celu po mieszkaniu. Popołudniu rozmawiała z Paddym, udając, że właśnie dojechała do Poznania z Pierrem i za kilka godzin idą na spotkanie. Nie wdawała się w szczegóły by później nie musieć kłamać jeszcze bardziej. Zresztą, niczeo nieświadomy Paddy  był tak pochłonięty sobą i koncertem, że nie wyłapałby jakiegokolwiek kłamstwa. Powiedziała, że bardzo go kocha i tęskni i że chciałaby tam z nimi być i to wszytsko akurat było prawdą. Nikt z przyjaciół nie wiedział o ustalonym termnie. Dziewczyny wiedziały, że Pola chcę odwiedzić klinikę, nie wiedziały jednak kiedy ma to nastąpić. Paddy skończył ponieważ za godzinę wchodził na scenę. Rozłączyli się i po chwili Pola dostała zdjęcie wszystkich przyjaciół z Mikołajem na przodzie. Każdy wskazywał palcem właśnie na niego puszczając jednocześnie buziaczki w jego stronę. Uśmiechnęła się i postanowiła kiedyś zrobić z tego fototepetę, mural albo chociaż duży format na ścianę. Odświeżyła się w łazience, założyła buty, czarny płaszcz i już miała wychodzić, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Zamarła na kilka sekund. W mieście nie było nikogo, wszyscy pojechali na koncert. Nikogo poza….

-Pierre?! – wytrzeszczyła oczy.- Co ty tu robisz?!

- Za piętnaście minut masz być w klinice.

-No i?

- No i pomyślałem, że cie zawiozę. Skoro i tak mam cię kryć, i wszystko wiem to mogę chyba…. nie?

-Nie masz nic innego do roboty? Zepsuć komuś wieczoru? Poderwać jakąś laskę? – zamykała drzwi mieszkania. – Cokolwiek?

-Nie! Wymyśliłem, że to tobie dzisiaj zepsuje dzień!

-Dobra ale jeden warunek! Nie wchodzisz ze mną, rozumiemy się?

-Skoro się upierasz, ok!

-Jeszcze cię wezmą za przyszłego ojca.

-Oj, uwierz mi… nikt by tego nie chciał!Jedziemy?- kilka chwil później siedzieli w samochodzie przed kliniką. Pola głęboko oddychała. Pierre bez słowa czekał aż ona się uspokoi.

-Dobra idę.

-Będę tu czekał. – ujął i mocno ścisnął jej dłoń. – Wszystko będzie dobrze. Nikt tak nie zasługuje na to dziecko jak ty i Paddy. Idź i niczym się nie przejmuj.

SOBOTA, KRAKÓW

-Jak się bawicie?-Paddy krzyknął do rozbawionego tłumu. Poleciały pierwsze takty „key to my heart”. Klub wypełniony był po brzegi. Każdy śpiewał razem z Patrickiem a ten był w swoim żywiole. To było jego życie! Czuł euforię w każdej komórce ciała.Zagrali następne utwory. Wszyscy bawili się wyśmienicie. Nawet Jim się pojawił i teraz tańczył koło Fiony.

WARSZAWA, TEN SAM CZAS.

-Pani Martin, miło mi.- kobieta w białym kitlu serdecznie uścisnęła dłoń Poli. – Proszę usiąść. – Ma pani wszystkie wyniki badań?

-Oczywiście. Proszę. – Podała lekarce zbiór papierów.

-Czytałam pani kartotekę szpitalną. Bardzo mi przykro…

-Proszę… Wolałabym o tamtych doświadczeniach nie rozmawiać a przynajmniej nie wchodzić w szczegóły.

-Rozumiem…Niemniej jednak to na skutek tamtych ran jest dzisiaj pani u mnie w gabinecie.

-I odnieśmy się do nich tylko z medycznego punktu widzenia.

-I tylko tak będziemy podchodzić do tematu! – Lekarka posłała jej śnieżnobiały uśmiech.-Wyniki badań ma pani całkiem w porządku. Hormony odrobinę rozchwiane ale to nie powinno stanowić problemu.

KRAKÓW.

Byli po mniejszej połowie koncertu. Chrystian popisywał się solówkami. Paweł z Dominiką skakali na zmianę z Adamem i Mikołajem. Przyjaciele cieszyli oczy ilością ludzi wokół i radością Patricka, który co chwilę żartował z publicznością. Paddy dał popis solówki na bębnach ku euforii ludzi pod sceną. Wszyscy zaśpiewali gromkie „sto lat” co bardzo wzruszyło Paddiego

Kiedy tylko rozglądał się po publiczności, co jakiś czas dostrzegał spojrzenie któregoś z przyjaciół i wtedy na ułamek sekundy, dostrzec można było w oczach Patricka mieszankę smutku i strachu.Trzymając odkręconą butelkę z wodą lekko zahaczył o kabel od gitary i większą połowę wylał na swoją koszulę w czerwono- czarną kratę. Między piosenkami Sebastian zagrał solówkę i w tym czasie Paddy szybko przebrał koszulę za kulisami.

-Zagramy wam teraz coś bardzo dla mnie znaczącego.-usiadł na wysokim krześle- Coś co opisuje moje przeżycia, lęki i nadzieję. – na sali zapanowała cisza. Ekipa przyjaciół w zdumieniu rozglądali się po wzruszonych, przejętych emocjami twarzach. – Kiedy to gram, myślę o kimś szczególnym, ważnym w moim życiu.- spuścił wzrok na kilka chwil. Głos mu się załamał odrobinę – Gdyby nie ona, nie wiem czy byłbym tu z wami. Niestety nie ma jej dzisiaj z nami- roześmiał się- Ale zagrać możemy…- cała sala bujała się w zamyśleniu.

WARSZAWA

-Dobrze. Zapytam jeszcze, kiedy miała pani robione ostanie badania? -lekarka wpisywała dane do komputera.

-Całkiem niedawno, jednak nie pod kątem ewentualnej ciąży. Cytologia i zwykła kontrola. – wzruszyła ramionami.

-Ok. – lekarka złożyła papiery w zgrabny stosik. – Zbadajmy się. Ja teraz wyjdę na momencik a panią proszę o przygotowanie się do badania w drugim gabinecie. – posłała jej ciepły uśmiech i wyszła z gabinetu.

Została sama w nad wyraz ciepłym i przyjaznym gabinecie. Nastał moment, którego bała się najbardziej. Rozebrała się i usiadła na fotelu do badań. Lekarka wróciła i zaczęła badać Polę. Długo przyglądała się ekranowi USG. Wszystko trwało nieskończenie długo.

-Pani Polu. Wstępnie sprawa wygląda tak – siedziały już przy biurku. Doktor Woźniak wpatrywała się czule w kobietę

-Proszę powiedzieć bez zbędnych ceregieli. Jestem przyzwyczajona do złych informacji. Czy będę mogła mieć w przyszłości dzieci? To jedno dla mnie jest ważne.

-Nie wiem. – westchnęła- Ma pani ogromnego bliznowca na ścianach macicy, który powstał po cięciu nożem. Miałam do czynienia z takimi przypadkami ale w mniejszym stopniu. Jest szansa zapłodnienia ale jest też duże ryzyko poronienia…- spojrzała w mokre oczy Poli. – Bardzo mi przykro. Jest jeszcze szansa w chirurgi, ale tego raczej odradzam.

-Poronię? – jedynie co mogła z siebie wydusić.

-Skonsultuję pani przypadek z kolegą ale…

-Dziękuję. Umówię się. -Pola wstała i szybko chciała opuścić gabinet.Trzęsącą dłonią wytarła pot z czoła.

-Poradzimy coś na to pani Polu.Proszę nie tracić nadziei.-wyszła.

 

-Nie chcę o tym mówić! – krzyknęła do Pierra. -Zostaw mnie!- Nie ruszył się nawet na krok i bez słowa pozwolił kobiecie odejść odprowadzając ją jedynie wzrokiem.

Uszła kilkanaście metrów, kiedy zorientowała się,że twarz i płaszcz ma cały mokry od spływających wodospadem łez. Nie wiedziała gdzie ma iść. Co ma ze sobą zrobić. Rozpacz przepełniała całe jej ciało i umysł. Nie było nikogo… nie było Patricka… Boże, co ona mu powie…Tak bardz chciała teraz aby był przy niej…z nią. Czuła falę paniki jaka zaczyna ją ogarniać. Zatrzymała się nagle nie bardzo orientując się, w którym kierunku poszła. Stała przed kościołem. Przetarła łzy i chwilę patrzyła na krzyż zdobiący fasadę starego budynku. Od dawna nie odwiedzała kościołów i kaplic. Teraz nagle poczuła, że tam właśnie powinna się udać. Niezgrabnie, powłócząc nogami weszła do środka.Było pusto, cicho. Chciała schować się przed całym światem, zapomnieć chodź na chwilę. Mimowolnie dotknęła brzucha. Stała w idealnym środku budynku. Rozejrzała się i usiadła w zacienionej ławie. Tak bardzo chciała być teraz niewidoczna. Przez chwilę wpatrywała się bogato zdobiony ołtarz po czym zamknęła oczy z których natychmiast  popłynęło morze łez. Oddychała ciężko, spazmatycznie. Odczuwała podwójnie uczucie osamotnienia. Potrzebowała jego. Potrzebowała Paddiego. Jedna myśl była w stanie ją utrzymać na nogach… że o właśnie spełnia swoje marzenia.

 

-Robisz duży błąd. Nie powinieneś z nią rozmawiać.Jest za wcześnie.  -Pierre odwrócił się do pasażera siedzącego z tyłu.

-Na szczęście nie ty o tym decydujesz.Poczekaj na mnie – mężczyzna wysiadł.Zdjął z głowy kapelusz i wspomagając się laską wszedł do bogato zdobionego kościoła. Stał chwilę za nią wpatrując się w jej cierpienie. Cicho, będąc prawie niewidocznym usiadł koło niej. -Witaj. Piękny kościół, prawda? Często tu przychodzę, pomyśleć w zadumie. – spojrzała na starszego mężczyznę swoimi zielonymi oczami.

-Piękny owszem.- wpatrywała się w niego. – Znamy się, przepraszam?

-Wybacz. Jestem Artur. – jego uśmiechnięte, niebieskie oczy przewiercały Polę na wylot. -Może porozmawiamy?

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 3 komentarzy

57.Dance of the Sugar Plum Fairy

-Ja bym zagrał to odrobinę niżej bracie.

-Tak sądzisz?Cholera z muzyką mam problem do tego tekstu! – Paddy podrapał się po głowie.

-Tekst jest świetny, jak wszystkie twoje. – Jim spojrzał na zdziwionego Pawła siedzącego obok. – Patrick zawsze był naszym rodzinnym poetą. O, zobacz to!- podał kartki z zapisem piosenki.

2017-02-19 11.49.10

-Ja uważam, że i tekst i muzyka są świetne ale co ja tam wiem…- uśmiechnął się szyderczo. – Jestem tylko modelem na którego leci prawie każda laska!

- Przypominam ci, że powinna lecieć na ciebie tylko jedna blond żyrafa! -Paddy spojrzał na przyjaciela znad zapisków.

-Nie musisz przypominać! -puścił oczko przyjacielowi.

-Żyrafa! Bawi mnie to za każdym razem! – Jim prychnął

- „Here to stay” chciałbym zagrać jak najwcześniej.

-Ja bym to dał właśnie na koniec! Padd to jest o tym, że nie zmienisz się i nigdzie się nie wybierasz.

-Trochę jak obietnica! – Paweł wtrącił

-Więc ja bym to dał na koniec, jako właśnie obietnice dla fanów, że nigdzie się nie wybierasz i dalej będziesz robić to, co robisz.

-Może racja. – upił łyk soku z plastikowego kubka. – Will dzwonił. Jest w Krakowie. Nie wiem czy nie będziemy musieli jechać dzień wcześniej.

-To pojedziesz! Pola bez ciebie wytrzyma jeden dzień, zanim dojedzie. -Jim machnął ręką.

-Ona…. nie jedzie na ten koncert akurat.- Paddy spuścił wzrok- Ma ważne spotkania przez weekend. Coś do artykułu.

-Z Pierrem?- zapytał Paweł spokojnie. Paddy jedynie potwierdził kiwnięciem głowy

-A może cię zdradza bracie?

-Jimbo, jakbyś był tak wysoki jak głupi to byś tego szluga od słońca odpalał!

-Nie zdradza mnie! Ty masz jakieś jazdy z tymi zdradami! Masz kryzys zaufania czy jak, do cholery?

-Może trochę… Idę zapalić! – Jim wyszedł przed studio.

-Denerwuje się. – Paddy usiadł obok Pawła i oboje patrzyli za Jimem, jak ten wychodzi ze studia. -Nie dziwię mu się!

- My mamy pewne związki i jasne sytuacje. On… nie. -Iglesias zmarszczył brwi i chwilę zamyślił się. – Chodź, artysta! Jedziemy! – poklepał Patricka po udzie i zaczął kierować się w stronę wyjścia. – A i Padd….

- Słucham cię przyjacielu.

-Ona cię nie zdradza i nigdy tego nie zrobi… wiesz o tym.

-Wiem. Dzięki. – poklepał go po plecach i oboje wyszli po Jima. A ponieważ zbliżał się wieczór, postanowili pojechać na piwo.

07468efc0b42f4a07e6f7f68228e8b37

-Gdzie jedziemy?

-Do klubu.

-Do jakiego klubu?- Jim zdziwił się

-A do jakiekolwiek. – Paweł uśmiechnął się szyderczo. Chwilę później taksówka parkowała niedaleko klubu.  Paweł wesołym krokiem ruszył w kierunku ochroniarza. Paddy z Jimem w obawie, że zostaną rozpoznani lekko zwiesili głowy i szybko weszli za Pawłem.

-Poprosimy piwo, whiskey z cytryną i lodem i krwawą Merry.- Paweł rzucił okiem na swoich towarzyszy. – Potas uzupełniam! Kardiolog kazał.

-Nie no oczywiście! – Paddy z Jimem szyderczo pokiwali głowami.

-Jak Dominika? – Jim zagadał, kiedy już dostali drinki

-Jak milion dolców mój drogi! Wiesz jakie to świetne uczucie kochać swojego najlepszego przyjaciela? Nie muszę przed nią udawać, kreowac się na kogoś kim nie jestem i na pewnionie chcę być! Mogę przy niej rozwalić się na kanapie z piwem w ręku i oglądać mecz i ona ma to gdzieś bo wie, że taki jestem.

-Też tak mogę z Polką! Też mogę mecz obejrzeć!

-Ale ty meczy nie oglądasz a od piwa wolisz wino! – Jim wychylił się zza Iglesiasa, który siedział między nimi.

-Patrz… i ta sama matka a tak się różnimy! – Mężczyźni zaśmiali się wesoło.

- To nie jest tak, że wy z Polką jesteście jacyś śmieszni czy coś… Jesteście akurat ale ja nie o tym! – Iglesias gestykulował. – Jesteście jak takie zgodne małżeństwo. Wszystko u was gra.

-Właśnie! – Jim wszedł w słowo- Jak cholerna Szwajcaria. – wskazał palcem w brata i z uśmiechem dodał – Nienawidzę cię!

- Przepraszam. Pan wybaczy!- Młoda kobieta stanęła między Jimem a Iglesiasem, robiąc maślane oczy do tego drugiego. – Witaj.- uśmiechnęła się spod wachlarza wytuszowanych rzęs.

-Witaj. – Iglesias posłał jej ciepły uśmiech. Paddy za plecami przyjaciela przewracał oczami.

-Tak przystojny mężczyzna najwyraźniej potrzebuje kobiecego towarzystwa…. – zaczesała gęste włosy na bok – Może postawisz mi drinka i opowiesz odrobinę o sobie.

-Wolałbym nie. – uniósł brwi.

-Lubisz być namawiany, prawda? – Dziewczyna weszła na piskliwe tony. Jim prawie zakrztusił się piwem.

-Widzisz kochanie… ja mam żonę i dwójkę cholernie nieznośnych dzieci a patrząc na ciebie wolę nie przygarniać kolejnego. Poszukaj kogoś w swoim wieku.

- Jak chcesz. Żałuj! – odwróciła się i odeszła.

-Tak, pewnie będę żałował! – odprowadził dziewczynę wzrokiem i zwrócił się do przyjaciół. – I widzicie, tak mam bez przerwy!

-Faktycznie, straszne! – Paddy opierał głowę o blat baru. – Młode, zgrabne, piękne kobiety pchają ci się do łóżka!

-Nic tylko ci współczuć! – Jim prychnął i kiwnął na barmankę prosząc następną kolejkę.

- Pójdę się odlać. – Paddy obrócił się na krześle barowym ale sekundę później z ogromnymi oczami odwrócił się z powrotem do baru

-Co? Odechciało ci się czy fałszywy alarm? W tym wieku to już się czasem zdarza.- Paweł kpił.

-Pola!

-O nie przesadzaj! Zobaczysz ją rano! Nie bądź taki pantofel! – Jim uderzył dłonią w czoło.

-Jim kurwa! Pola na scenie za nami! – Paddy przywarł do barowego blatu.

-No proszę a obok moja Dominika! – Paweł zerknął przez ramię.

-Tylko gdzie jest Fiona? -Jim dyskretnie rozglądał się po sali.

- Tam jest! – Paweł wskazał brodą środek parkietu.

-Tańczy z kimś. Co to za facet?- Paddy zmrużył oczy, próbując wyostrzyć wzrok.

- Wychodzę! – Jim gwałtownie odsunął krzesło.

-Czekaj! – Paweł chwycił go za nadgarstek- nic nie wiesz a już chcesz wychodzić?

-Kto to jest?! – warknął

- A jakie to ma znaczenie? Bawi się.Nie jesteś z nią, Jim! – potrząsnął przyjacielem- Jim,spójrz na mnie! Patrz kurwa! – Jim spojrzał Iglesiasowi w oczy zaciskając szczęki. – To nic nie znaczy. Flirtuje. Nic z tym kolesiem nie zrobi. Gwarantuje ci! To jest najzwyklejszy…

-Klin. Jednorazowa rozrywka. – Paddy skończył za Pawła.

- A ja to co?

-A ty masz być na stałe! Rozumiesz?! – Potrząsnął Jimem.

- Jim musisz się uspokoić! Nie zrób teraz niczego głupiego! Ona z nim tylko tańczy! Tyle.

- Muszę wyjść na chwilę! Przewietrzę umysł! – Jim szybko wyszedł z klubu.

- Pójdę za nim. Pogadam chwilę z bratem.

-A ja pooglądam sobie moją dziewczynę jak tańczy na scenie. – powiedział z sarkazmem sięgając po drinka.

 

 

-Kurwa mać! – Jimmy sięgnął po papierosa i kopnął mały kamyk.

-Uspokój się, natychmiast! – Paddy szarpnął Jima za ramię i odciągnął w boczną uliczkę. – Nie zwracaj na siebie uwagi!

-W dupie mam uwagę! Co to za facet!

-Ona tylko z nim tańczy! Wiem, że jesteś wkurzony ale musisz to wytrzymać! Jeśli ci na niej zależy wytrzymasz!

-A jakby to Pola tańczyła i byś ją zobaczył? Łatwo ci mówić!

-Ale ja z Polą jestem! W stałym związku. Jest moją dziewczyną! A Fiona kim jest dla ciebie, że miałbyś prawo mówić jej co ma robić!  Może tego potrzebuje, chwilowej adoracji…- Zapadła cisza. Oboje opierali się o ścianę. Jim zwiesił głowę i butem zgasił papierosa.

-Ode mnie może ją dostać… – zaczął spokojnie, cicho- Tą adoracje, której potrzebuje… rozumiesz, Paddy? Ja mogę dać jej to wszystko…- odchylił głowę do tyłu.

-Dlatego wytrzymasz! Przeczekasz przy niej tą burzę, która teraz nią targa. Jim, ona działa spontanicznie, napędzana emocjami przyszłego rozwodu, zdrady, pustego domu. To wszystko dzieje się w niej!- szarpnął Jimem. – Nie możesz teraz od niej wymagać więcej! Przyjdzie do ciebie jeśli to uczucie jest prawdziwe!- nagle zamilkli. Przed klubem usłyszeli znajome kobiece głosy.

-Fiona? – Jim szepnął do brata.

-Cii…. – przyłożył palec do ust. – Nie wiem czy Fiona ale na pewno Pola.

 

-Boże jak dobrze tak sobie potańczyć i przez chwilę nie myśleć i nie zadręczać się! – Pola odezwała się pierwsza.

-Zadręczać? Czym? – Paddy wyszeptał sam do siebie.

- Rozwiodę się z tym dupkiem! We wtorek zadzwonię do adwokata!

46b128df305ea62e88f8951b65465b16

-A myślałam, że ten łebek co cie obtańczył to adwokat! Coś wspominał.

-Co ty taki młody?!Mam go gdzieś! – na te słowa Paddy szturchnął w bok Jima.

- Co jest Polka? Co tak zamilkłaś?-Paddy wytężył słuch- Dziecko? – Fiona powiedziała czule.

- Ale nie dramatyzuj! Staracie się od niedawna! Pobzykacie się jeszcze z pół roku i jak wtedy nie zajdziesz to będziesz się martwić! -Dominika starała się pocieszyć.- Wiem czego się obawiasz…

-Boże…- Paddy wypuścił głośno powietrze i uderzył tyłem głowy w ścianę o, którą się opierał.

- Kurwa, ja mam przeczucie, że przez Marka… przez tamto będzie problem… rozumiecie.

-Ej dobra! – Fiona krzyknęła- Problemy jutro! Skoro ja mogę rozstać się z mężem to możemy wszystko! Polka, pójdziesz do lekarza to cie zbadają od góry do dołu i będziesz wiedzieć! Póki co nie ma co płakać! Dominika będzie dalej bzykać się z Iglesiasem, aż rozwalą całe mieszkanie.

-Tak jest! -Dominika krzyknęła radośnie

-A wtedy będą musieli kupić wspólny dom i razem zamieszkać… – Fiona parskała śmiechem- I w końcu nie tylko u mnie będziecie płaszczyć tyłki na imprezach plenerowych! Pasożyty wstrętne! Co się śmiejesz, wariatko?

-Domi, uważaj!

-Patrz jaka sierota! Z krawężnika spadła! Chodźcie do środka… A jutro zadzwonię do Jima!

Głosy kobiet mieszane ze śmiechem oddalały się stopniowo, aż zniknęły w gwarze dochodzącym z klubu. Paddy zrobił dwa szybkie kroki ale Jim w ostatniej chwili chwycił kurtkę brata lekko go przy tym przyduszając.

-Co robisz kretynie! – odchrząknął lekko masując gardło- Udusisz mnie! – szarpnął kurtkę wyrywając się bratu.- Muszę do niej iść! Tak być nie może!

-I co jej powiesz? Że podsłuchiwałeś jak szczyl? Ogarnij się! Poza tym teraz ona jest z dziewczynami i pewnie lekko pijana! Nawet ja nie byłbym taki głupi, żeby gadać z kobietą o takich poważnych sprawach w…- zrobił zamach dłonią- … takich okolicznościach!

-Masz rację! Już… -Paddy poprawił ubranie- spokój!- wypuścił powietrze. – Musimy im dać dzisiaj spokój. Niech się bawią. A my poduczymy się polskiego bo zrozumiałem co drugie słowo!

- Dzisiaj im odpuścimy! – Jim objął brata i skierowali się do klubu- Ale jutro wyrzygamy na nie tą całą naszą miłość! Bo już mnie zaczyna denerwować ta baba! No i może nauczymy sie tego pieprzonego polskiego!

- Fuj! Jim! Obrzydliwy jesteś z tym rzyganiem!- wykrzywił usta w podkówkę- Ale skoro Fiona zaczyna cię denerwować to znak, że uczucie jest! – uśmiechnięci weszli do klubu i podeszli do szatni oddać kurtki.

-Boże! Nie wierzę!- Dwie kobiety stojące trzy metry od nich zaczęły piszczeć- Paddy! -mężczyźni odwrócili się przerażeni – I Jimmy! Jimmy też tu jest!!- w kilka sekund dalej piszcząc podbiegły do braci. Na zmianę zadając szereg pytań, prosząc o autograf i o zdjęcie.

-Ok! Dziewczyny damy wam autografy, zdjęcia co chcecie! – Paddy uniósł dłonie do góry

- Nie zagalopuj się z tym „co chcecie”!- Jim warknął do Patricka i rozbawiony zobaczył za dziewczynami stojącego Pawła, który trzymał splecione dłonie za głową.

- Ale naprawdę przestańcie krzyczeć. Nie  chcemy robić przedstawienia. Proszę. Cicho! – kobiety uspokoiły się. Zrobiły sobie z muzykami zdjęcia, dostały autografy i po wielu prośbach zostawiły ich samych.

- Teraz to zapewne będziecie w gazetach a już gwarantuje wam,że w internecie znajdzie się to foto najpóźniej dzisiaj rano!- Paweł objął braci i zaczęli wychodzić.- Nic tu po nas.Jedźmy do domu. Dziewczyny siedzą i dyskutują. A poza tym…  gwiazdy… dzięki waszym fankom one dowiedzą się, że tu bylismy! – wyszli przed lokal.

 

Ulice Warszawy pokryła poranna mgła, starając się jak najdłużej utrzymać jej mieszkańców w uśpieniu. Jego oddech był wyrównany, miarowy. Biegł między krzewami pobliskiego parku. Jego myśli ulatywały gdzieś daleko.Ukrył się pod szarym kapturem. Biegł coraz szybciej. W słuchawkach słyszał dudniące basy wyrównujące się z biciem jego serca. Lubił je czuć, upewniał się, że jest jeszcze na miejscu. Kolejny krzak, kolejne drzewo. Było chłodno, czasem obłoczek pary wydobywał się z jego ust. Przed nim długa prosta i ostry zakręt. Przymknął oczy i w myślach błagał, sam nie wiedział kogo, o życie! Dla siebie nie zawsze ale dla niej… On zasłużył, zrobił dużo złego… Ona chciała tylko kochać i być kochaną. Wiedział, że za miłość nie wolno karać. Mimo,że tak mu wmawiano długie lata. Zawsze był niepokorny. Tak było i tym razem.

acab3ef04b730c71da0d334ca936f8f5

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Pierre! – Łukasz machnął zza gazety. Mężczyzna dysząc opadł na ławkę obok przyjaciela. Wyciągnął słuchawki i ze zdziwionym grymasem.

-Spać nie możesz? Śledzisz mnie?Przyjacielu…

-A dałbyś się podejść? – Łukasz zapytał retorycznie. – Czemu biegasz? Zmiana życia na lepsze?

-Kondycja mi siada. Nie nadążam za nimi! Biegają z jakimiś bejsbolami, palą książki a na koniec upijają się w klubie! Zgłupieć idzie!  - zagroził pacem- I to wszystko jednego dnia! Weź to sam ogarnij. Więc widzisz,że muszę popracować!

-Miałeś ostatnio roboty, faktycznie! – Łukasz czule uśmiechnął się do przyjaciela.

-Gdzie byłeś?

-W Krakowie. – podał przyjacielowi styropianowy kubek z parującą kawą. – Marek może wyjść w marcu…. jest takie ryzyko…- powiedział tak cicho, że ledwo Pierre usłyszał. – Robię co w mojej mocy. – spojrzał w przestrzeń zamyślony.

6fcb00e2e29ab64df35852da398fa49a

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Sądzisz, że ma wtyki?

- Na pewno. Nie wiem tylko kto to. Kamil też nie wie. Tego próbuje się dowiedzieć właśnie.Albo uciekła nam gdzieś spod nosa duża suma kasy a my nawet nie zuważyliśmy

-Rozmawiałem wczoraj ze starym.- Pierre rozejrzał się.

-Jak co dziennie rano. Domyślam się, że już wie…

-Tak… przylatuje w połowie tygodnia.

-Kurwa! – Łukasz warknął. -Jak on to robi, że wszystko wie od razu jak się wydarzy?

-Chce się z nią spotkać…- Pierre zmrużył oczy a Łukasz pobladł. – i dopilnować tego wału na paliwo co chłopaki robią. Ja się już nie wyrabiam!

-Trzeba Alexa ruszyć!- Łukasz rozłożył przed sobą gazetę całkowicie się zasłaniając – Dosyć już pobawił się jako tatusiek!

-Zazdrościsz mu i tyle! Nie sądziłem, że jesteś zdolny do takich pierwotnych zachowań… – Pierre wyciągnął nogi rozciągając mięśnie.

-Mówi to facet co całe życie łamał wszelkie kończyny i – Łukasz wywrócił oczami- nieskończoną ilość szczęk. Ile to już?

-Nie liczę! Wiesz jakim sadystą musiałbym być, gdybym miał liczyć takie osiągi?

-Tak… – Łukasz zacisnął usta powstrzymując śmiech- Jakim musiałbyś być sadystą….

-Jedną szczękę chętnie bym połamał. – zacisnął dłonie na styropianowym kubku.

-Poczekaj jak wyjdzie. Cierpliwości się ucz, przyjacielu.

- Przy Poli i Paddym to już powinienem doktorat pisać z cierpliwości.

-Jak oni?

-A w sumie dobrze. Mają akcje dzieciak i koncerty. – Pierre machnął ręką – Nie ma czym się martwić! Lecę przyjacielu. Może się okazać, że dzisiaj dziewczyny postanowią biegać z nożami na przykład po Warszawie i nie będę wiedział, którą łapać.

- To faktycznie, trenuj! Ja się napije kawy i podelektuje się ciszą. -Pierre odbiegł kawałek by po chwili odwrócić się do siedzącego na ławce Łukasza.

-Z Manuelem źle…choroba postępuje! – Pierre zwiesił głowę

-Wiem.- jedynie tyle mógł powiedzieć. Pierre kiwnął głową na pożegnanie i naciągając mocniej szary kaptur, pobiegł przed siebie.

 

 

Szpitalny korytarz nie zmienił się za specjalnie od kiedy tu był ostatnio. Siedział od dłuższej chwili na drewnianej ławce. W gabinecie Mikołaja przebywała pacjentka i nie zanosiło się, żeby szybko wyszła. Zwiedził korytarz, przeczytał wszystkie plakaty o chorobach serca i krążenia. Uśmiechnął się do kilku pielęgniarek, nerwowo spoglądał na zegarek. Planował dzisiaj jeszcze załatwić kilka spraw w wydziale architektury a jak tak dalej pójdzie to nic nie załatwi. W końcu drzwi uchyliły się i Adam zobaczył jak Mikołaj ściska dłoń staruszki i ciepło się do niej uśmiecha. Po krótkiej chwili zauważył stojącego na korytarzu uśmiechniętego młodego mężczyznę o brązowych oczach i lekkimi zmarszczkami wokół ust.

6e6d4f02e1bb4f341bfa6c5c72911fd7

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Adam! Ja miło cię widzieć! – Mikołaj szybkim krokiem podszedł do mężczyzny i uścisnął mu dłoń po czym delikatnie pociągnął do siebie i pocałował w policzek, czym odrobinę zdziwił i nawet zawstydził Adama.- Właśnie o tobie myślałem…coraz częściej mi się to zdarza ale to już inny temat! – podrapał się nerwowo po głowie -A ja tak gadam jak nakręcony! W jakiejś sprawie przyszedłeś? – poluzował kołnierzyk koszuli.- Nie sądzisz, że jest tu odrobinę za gorąco?

-Mikołaj wiem, że umówiliśmy się na kolacje w sobotę ale…- Adam wziął głeboki oddech aby dodać sobie odwagi.

-A pewnie zajęty jesteś… jasne, rozumiem.- Powiedzaił smutno i zwiesił głowę chowając dłonie do lekarskiego kitla.

-Nie, nie czekaj! Co ty taki w gorącej wodzie kąpany! Mam inną propozycję. – Spojrzał Mikołajowi w oczy. – W sobotę jedziemy wszyscy do Krakowa na koncert Paddiego. – zobaczył zdziwiony wyraz twarzy mężczyzny- No tego co był z nami, jak leżał tu Paweł. Po angielsku głównie mówił.

-No kojarzę go oczywiście, że tak. – zmrużył oczy. – To na jego koncert jedziecie?

-Po pierwsze nie jedziecie a jedziemy. Zabieram cię! A po drugie… nie bądź jak Pola, która też go nie poznała! – wyciągnął telefon

- Ta Pola?

-Yhy… jego dziewczyna! – spojrzał na Mikołaja- Tak wiem, nie poznała go nawet jakby wpadł tym gwiazdorstwem jej między oczy! O zobacz! – pokazał mu telefon z Paddym w długich włosach.

-A ten! No faktycznie on! Nie gadaj, że on grzał ławkę u mnie w szpitalu?! – Mikołaj zrobił ogromne oczy.

-A nie przesadzaj!Zwykły spoko gość! -Adam w pamięci odtworzył moment, kiedy pierwszy raz zobaczył Paddiego w kuchni Fiony i jaka była jego reakcja. -To jedziesz z nami w sobotę?Jedz! Nie daj się prosić! – Adam tupał w miejscu stopami.

-Jadę! Pewnie, że jadę! -Mikołaj zaczesał dłonią włosy.

-Super! Jeszcze w życiu nie byłeś na randce z taką ilością kobiet! – Adam zaśmiał się – Muszę iść bo urzędy wzywają. Do zobaczenia!

-Zadzwonię!- Mikołaj krzyknął za wychodzącym Adamem.

-Liczę na to! – Adam pomachał na pożegnanie i robiąc obrót na pięcie zniknął za drzwiami. Mikołaj stał na korytarzu i uśmiechając się odprowadzał go wzrokiem. Chwilę jeszcze analizował i odtwarzał w głowie ich rozmowę.

-O a pan doktor to chyba dobry dzień dzisiaj ma! – zauważyła jedna z pielęgniarek, które minęły Mikołaja.

-A może pan doktor się zakochał!- zachichotały.

-A może się zakochałem! – zrobił piruet i zniknął za drzwiami gabinetu.

 

 

 

Skończył rozmawiać z Willem przez telefon. Wszystko wyglądało na dopięte przed sobotnim koncertem. Zagra jeszcze dwa, może trzy i chce zacząć nagrywać płytę. Wiedział ile takie nagrywanie płyty zajmuje czasu. Spojrzał na Polę, która okryta ciepłym kocem siedziała na kanapie i oglądała film. Lubił takie wieczory. Było normalnie. Mógł przy niej usiąść objąć ją ramieniem, przytulić i w ciszy cieszyć się z jej obecności. Bez hałasu, osób trzecich. Byli tylko oni. Celebrował takie chwile. Co będzie kiedy wejdzie do studia? Nie będzie go po całych dniach? A może to jeszcze nie czas na dziecko? Może po wydaniu albumu postara się bardziej… nie chce upraszczać tego do sytuacji w której wieczorami jedynie o czym będą myśleli ciąża. Patrickowi dalej dźwięczały w głowie słowa Poli sprzed klubu. Nie wspomniał o nich jednym słowem. Nie zdawał sobie sprawy, że ona boi się jak bardzo przeszłość ją dosięgnie. Pragnął mieć rodzinę. Mieć rodzinę z z nią. Nigdy wcześniej nie patrzył na żadną kobietę i nie widział w niej matki swoich dzieci i przyszłej żony. Patrząc na Polę nie potrafił inaczej. To jest ta kobieta. Jego kobieta i nic ani nikt tego nie zmieni. Podszedł do niej i z tą myślą pocałował czubek jej głowy wyrywając ją z zamyślenia.

-O! A to za co? – spojrzała ciepło na Patricka

-A za nic! Jesteś, wystarczy! – przeskoczył kanapę i usiadł obok niej.

-Wszystko gra? Wydajesz się taki zatroskany. – wyłączyła film i przybliżyła się do Paddiego.

-Tak. Oczywiście!- westchnął i ucałował jej dłoń. – Chciałem tylko powiedzieć ci, że cokolwiek się nie stanie zawsze będę cię kochać. – przytulił ją. – Boisz się, prawda? O tą ciążę?- wyszeptał.

-Odrobinę. -skłamała.

-Wiesz, że jest jeszcze wcześnie. Krótko się staramy..- zaczął najłagodniej jak tylko potrafił.- Chyba jeszcze nie powinniśmy się martwić. – gładził jej nogę na wysokości kolana.

-Paddy… – odsunęła się i spojrzała mu w oczy bardzo głęboko – … ja nie tego się obawiam. Gdybym była zdrowa, gdybym nie przeszła tego koszmaru jaki mnie spotkał to nie martwiłabym się o nic ale…. ja miałam rozcięte pół brzucha…. w tym poszarpaną macicę…. nie wiem czy w ogóle po tym wszystkim jestem zdolna jeszcze zajść. Tego się obawiam!- zabłyszczały jej oczy.

-Nie płacz! Hej! Wszystko będzie dobrze! – pogłaskał ją po policzku. – Zbadamy się i upewnimy czy wszystko jest ok. Upewnimy się i wtedy będziesz spokojniejsza. – delikatnie pocałował jej usta – znajdziemy dobrą klinikę która się nami zaopiekuje i będziemy mieć wymarzoną córkę.- delikatnie uniósł kąciki ust.

-Córkę?-Jej twarz rozpromieniła się w kilka sekund.- Sądzisz, że to będzie dziewczynka?- ciepło biło z oczu kobiety.

-Kiedy o tym myślę, to tak właśnie ją widzę. Ciemnowłosą dziewczynkę o twoich pięknych oczach. – spojrzał czule na swoja ukochaną – Wszystko się ułoży, zobaczysz! – pocałował czubek jej nosa. – Idę pod prysznic i położę się wcześniej. W piątek wyjazd. – Wyszedł do sypialni po świeże ubranie i spokojnym krokiem wszedł do łazienki.

Stał dłuższą chwilę pod strumieniem gorącej wody. Całe pomieszczenie wypełniło się parą. Z sekundę na sekundę odpływał myślami do wydarzeń sprzed kilku dni. Nie potrafił zrozumieć czemu Pola nie otwiera się przed nim całkowicie? Czemu coś ukrywa? Zna ją już na tyle dobrze,że wie iż nie mówi mu całej prawdy. Do koncertu zostały trzy dni. Jak zawsze odczuwał coraz silniejszą tremę. Oparł dłonie o kafelki i skupił wzrok na spływających po ścianie kroplach wody. Usłyszał powolne otwieranie kabiny. Nie ruszył się. Jedynie zwiesił głowę i teraz strumień ciepłej wody masował jego kark.

Delikatna dłoń spoczęła na jego nagich plecach. Drażniąc paznokciem zataczała coraz większe koła. Na plecach poczuł przyjemny nacisk miękkich, gorących piersi. Usta drażniły jego kark. Spod przymkniętych powiek zobaczył dłonie masujące jego tors. Krążyły po nim jakby po omacku powoli szukały wyjścia. Wsunęła dłonie pod jego pachy i przywarła do jego pleców całym ciałem. Poczuł na sobie jej usta. Dłonie schodziły coraz niżej. Na wysokości pępka jego oddech przyspieszył do nienaturalnej prędkości. Otworzył oczy i zobaczył dwie dłonie spoczywające na jego męskości. Piękne, przyozdobione deikatnym pierścionkiem i czerwonymi paznokciami dłonie masowały coraz mocniej, intensywniej. Pola wtulała się w jego plecy, słyszał jedynie jej dyszący oddech na karku. Jego dłonie powoli zsuwały się ze śliskich kafelków. Czuł jak krew odpływa z jego ciała a jej miejsce wypełnia gorący płyn który rozpala każdą komórkę jego ciała. Zwiesił głowę jeszcze niżej. Poddał się jej ruchom, coraz szybciej, mocniej. Jego oddech przeszedł w warkot. Czuł nieprawdopodobną żądzę. Nie wytrzymał. Gwałtownie odwrócił się. Jedną dłonią mocno ujął jej kark i wbił w nią swoje usta. Drugą sięgnął pod kolano i zarzucił sobie na biodra. Bez słowa pchnął ją na śliską ścianę i wchodząc w nią gwałtownym ruchem przywarł do niej całym ciałem. Nie zmniejszył uścisku i trzymając za kark całował coraz agresywniej. Kochał ją mocno, głęboko, intensywnie. Kiedy czuł nadchodzącą chwilę spełnienia otworzył oczy i spojrzał wprost w zieleń jej oczu.

 

Opublikowano paddy kelly | 2 komentarzy

56. I dont care!!!

Stali na środku sypialni. Bał się cokolwiek powiedzieć. Ona również bała się cokolwiek usłyszeć.

-Nic o tobie nie wiem, jakby tak się zastanowić. – Jim nieśmiało uniósł kąciki ust, jednocześnie obserwując reakcję Fiony.

-Tak powinno być. Tak jest dobrze. – kurczowo ściskała ręcznik na piersiach.

-Fiona… – wyciągnął do niej dłoń, zmartwił się, kiedy zobaczył jak ona odruchowo cofa twarz. Szybko rozmyślił się. – Zrobiłem kawę. – odchrząknął hardo. – Mogę zostawić ją w kuchni… zadzwonię po taksówkę. – zrobił krok w stronę drzwi. W ostatniej chwili Fiona chwyciła jego dłoń.

-Jim… nie odchodź…zostań ze mną, proszę.- ścisnęła jego dłoń. – Potrzebuje przyjaciela…

- Czekam na dole. Nie spiesz się. – uśmiechnął się ciepło odwzajemniając uścisk i zabierając kawę, wyszedł z sypialni.

Niektóre wydarzenia muszą potoczyć się swoim torem. Coś musi się stać mimo tego, że bardzo staramy się aby do tego nie doszło. Tak było i tym razem. Wie, że powinna wyprosić Jima z domu. Wie co do niego czuje i boi się tego. A już najpewniej boi się reakcji Filipa i tego, że zobaczy to uczucie. Z drugiej strony Fiona była teraz słaba…Wiedziała doskonale, że sama nie poradzi sobie z natarczywością męża…Czy chciałaby żeby został w domu? Gdzieś wewnątrz siebie, chciała. Był tu od zawsze. Był częścią jej życia i nagle zniknął. Bez ostrzeżenia. Na domiar złego, w salonie siedzi facet, który bombarduje ją tak wielkim uczuciem, że ledwo potrafi je unieść.  Ale nie potrafiła być teraz sama. Z egoizmu poprosiła Jima o pozostanie. Podejrzewając jakie to może mieć konsekwencje. Nie potrafiła jednak inaczej… jeszcze nie teraz.

Założyła luźne dresowe spodnie i szeroki czarny sweter opadający na jedno ramię. Włosy spięła w kok i nakremowała twarz. Nieśmiało, skubiąc brzeg swetra, zeszła do kuchni. Siedział przy stole, podpierając brodę i spoglądał przez okno na kończący się dzień.

- Wystygła… Zrobiłem nową- podsunął jej parujący kubek.

-Dzięki. To miłe. – uśmiechnęła się do własnych myśli. Tak dawno nikt nie zrobił jej drugiej kawy kiedy ta pierwsza wystygła. -Jimmy, nie mogę przestać o tobie myśleć….- nie podnosiła wzroku znad kubka. – Chcę być wobec ciebie szczera… Jestem teraz w bardzo trudnej sytuacji…

-Kochasz go? – przerwał jej w połowie zdania. Spojrzała mu w oczy. Słychać było jedynie głęboki oddech Jima i tykający zegar odmierzający nieubłaganie sekundy.

-To nie jest takie proste….

-Cholera, kochasz?! To jest proste pytanie! Albo się kogoś kocha albo nie!- uderzył dłonią w stół, aż Fiona podskoczyła na krześle.

-Oczywiście,że kocham! Nie da się przekreślić tylu lat wspólnie spędzonych! – Wstała i zaczęła krążyć po kuchni. -Nawet jeśli ktoś cię zdradził to miłość nie wygasa z tą chwilą!Tak się nie da!

-Jak możesz być taka głupia? Przecież on sypia z inną, Fiona on cię zdradził w najgorszy sposób bo z dziewczyną twojego przyjaciela! Co z tobą?!

-To świadczy, że mnie już nie kocha, prawda? To chciałeś usłyszeć?! I tak, Jimmy, jestem głupia! Powinnam przecież ciebie kochać, prawda?

-Chcę tylko, żebyś się szanowała. Gdzie twoja duma?

-Dlatego tłumacze ci, że to wszystko jest dla mnie trudne. Ty…- podeszła kilka kroków w jego kierunku- To co jest między nami…

-A co jest Fiona?! – warknął – No powiedz, co jest takiego między nami?! Bo z tego co widzę , jedyne co nas  łączy to łóżko! – wykrzyczał jej prosto w twarz. Nagle zobaczył jak we Fionie wzbiera złość. Coś w niej pęka. Zobaczył to na własne oczy.

-I taki duży masz z tym problem?! Źle ci było?! Do cholery Jim! To tylko seks! – kopnęła w krzesło, które z impetem upadło na podłogę. – A ty oczekujesz, że ja w przeciągu tygodnia zostawię męża, rozwiodę się i zacznę nowe życie. Samotnie albo u twojego boku!

-Nie spałabyś ze mną gdybyś go kochała! Mnie możesz okłamywać ale nie rób tego samej sobie!- szybkim krokiem podszedł do niej i mocno ścisnął za ramiona- Nie bądź hipokrytką! Nie kochasz go! Wiem to!

-Jim, za mocno ściskasz! – jęknęła

- Bądź ze mną szczera, choć raz jeden nie mów tego co wypada ale co jest prawdą!

-Jim to boli , do cholery!- oprzytomniał i natychmiast puścił Fionę. – Chcesz szczerości? Proszę bardzo! Odkąd cię zobaczyłam u Polki w mieszkaniu, zalazłeś mi za skórę! Nie potrafię o tobie zapomnieć, choć Bóg mi świadkiem, próbowałam wiele razy! Taka byłam szlachetna, chcąc małżeństwo ratować! Kurwa mać!  - krzyczała prosto na niego- Zasypiając myślę o tobie i wiele razy chciałam cię zobaczyć, dotknąć, być blisko! Ale ja mam męża i tak nie mogłam się zachować, rozumiesz?! Nie mogłam! – uderzyła pięściami w jego piersi. Natychmiast zamknął ją w mocnym uścisku. Jego silne ramiona otoczyły jej drobne ciało, całkowicie chowając ją przed światem.

-Potrzebujesz czasu, prawda? – pokiwała głową dalej wtulając się w Jima. – Chcesz, żebym zaczekał?- serce przyspieszyło mu do nienaturalnego tempa. Odchyliła głowę i spojrzała na niego.

- Bardzo bym chciała, chociaż do momentu jak Filip przywiezie chłopców.

-Nie o to pytałem. Czy mam zaczekać na… ciebie?

-Co do mnie czujesz Jim? Co to jest? – nie spuszczała z niego spojrzenia.

- Przecież wiesz…- delikatnie pogładził dłonią jej policzek. – Doskonale wiesz, Fiona. – odrobinę pochylił się do przodu. Ich usta dzielił niecały centymetr. Mocno zacisnęła ręce na jego koszuli i odrobinę wspięła się na palcach przymykając powieki. Nagle usłyszeli chrobot kluczy w zamku i śmiech dzieci wbiegających do domu. Fiona w momencie odskoczyła od Jima i wyszła do holu.

-Mamo, mamo! Mamy nową grę! Możemy sobie teraz puścić? Tata nam kupił. Możemy?

-Dobrze ale nie dłużej niż godzinę a potem do wanny. – klepnęła Borysa w pupę kiedy chichocząc uciekali na piętro. Ich spojrzenia się spotkały.

- Miło cię zobaczyć… – Filip delikatnie uśmiechnął się stojąc na wycieraczce. – Nie zmieniłaś zamków. – trzymał w dłoni klucze.

-Nie miałam czasu!Ale nie omieszkam tego zrobić.

-Rozumiem twoją wściekłość ale czy możemy napić się kawy i chwilę porozmawiać? Daj mi wytłumaczyć.- zrobił krok do przodu.

-Nie. Nie możemy! Filip proszę cię, wyjdź.

-Dzieci pytały, dlaczego nie ma mnie w domu…- spuścił wzrok.

-Wiem. Mnie też pytały. – spusciła z tonu.

-Kiedy moglibyśmy się zobaczyć? Tęsknię za wami. – wyszeptał i nagle usłyszał szurnięcie krzesła dobiegające z kuchni.- Jesteś z kimś?

I got: Pretty close! How much of a Tom Hiddleston are you?

-Jesteś chyba ostatnią osobą, która powinna o to pytać!- warknęła. -Wyjdź!

-Dobrze. Tu masz wizytówkę hotelu, w którym się zatrzymałem. Bardzo chciałbym z tobą porozmawiać. Daj mi szansę wytłumaczenia się. Fiona, byliśmy razem dwanaście lat. Proszę, daj mi wyjaśnić mój największy błąd w życiu!

-Filip zamknij się! – krzyknęła. – Nic już nie mów! Co ty w ogóle chcesz mi wyjaśniać, co? Zdradziłeś mnie Filip! Koniec kropka! Jedna rzecz, której ci nie wybaczę! Nie będziemy dzisiaj o tym rozmawiać! Jedź do hotelu! – wypuściła głośno powietrze. Wiedziała, że to ją nie ominie -Spotkajmy się w sobotę na placu zabaw.

-Dzięki. – przetarł twarz dłonią. – Dobranoc skarbie.- zwiesił głowę i zostawiając klucze na szafce smutno, powoli wyszedł z domu.

-Uznałem, że nie będziesz potrzebować pomocy. I nie myliłem się.- z kuchni wyszedł Jim.- Wprawdzie mało zrozumiałem ale chyba poradziłaś sobie z tego co widzę.

-Dzięki tobie. – ścisnęła jego dłoń i lekko uniosła kąciki ust. – dałeś mi siłę. Dziękuję, że dzisiaj tutaj byłeś. To wiele dla mnie znaczy, potrzebuje teraz przyjaciela, rozumiesz?

-Chyba właśnie zrozumiałem.- puścił delikatnie jej dłoń.

-Pójdę wykąpać chłopców. – zaczęła wchodzić po schodach.

-Fiona, wiesz,że trafiłaś na bardzo uparty przypadek?- oparł się o poręcz schodów.

-Wiem. I bardzo mnie to cieszy… – posłała mu ciepłe spojrzenie i zniknęła na piętrze.

-Jimmy, kretynie! Czego ty od niej oczekujesz! – warknął do siebie. Chwilę rozejrzał się po pomieszczeniu, wyciągnął z tylnej kieszeni spodni paczkę papierosów i wyszedł przed dom. Wieczór był już chłodny. Wokół panowała wiejska cisza. Oparł się o balustradę małego, frontowego tarasu. Wzrok skupiał na elementach ogrodu. Jego myśli krążyły chaotycznie po głowie. Wraz z głośnym wypuszczeniem powietrza przetarł twarz dłonią.

-Nie mogłeś się powstrzymać, co?- na krześle za Jimem siedział Filip.- Moja żona jest piękną kobietą. – wstał i powoli podszedł do Jima. – Rozumiem, ciężko się opanować.

- Ty nie potrafiłeś trzymać rąk przy sobie, Weronika jest tego warta?- Jim uśmiechał się ironicznie.

-Co ty tu robisz Kelly? Chcesz mnie zastąpić? Będziesz bawić się w tatusia dla moich synów?

-Nie mam takiego zamiaru. Jestem tu dla niej. Tak postępują przyjaciele! Zresztą, nie muszę ci się tłumaczyć.

-To jest moja rodzina, gnoju! Moje dzieci! Moja żona! Myślisz,że nie widzę jaką masz na nią ochotę? Ale powiem ci coś, miejsce w łóżku jeszcze dobrze nie wystygło… po mnie…

-Nie zasługujesz na taką kobietę! – chwycił Filipa za kurtkę i cisnął na ścianę.

(24) Tumblr  "you're so sneaky." in perfect American dialect.

-Za to ty owszem?- zaśmiał się Jimowi prosto w twarz.- Ona nigdy nie będzie twoja. Za bardzo mnie kocha… Nie wygrasz z tyloma latami i z tym co nas łączy, Kelly. – Filip osunął się po ścianie od nagłego ciosu w twarz.

-Zasłużyłeś! A i powiem ci… przeceniasz się!

-Kurwa, nos mi rozwaliłeś!

-Co tu się  dzieje?- Drzwi otworzyły się i Fiona pojawiła się na tarasie. – Co wy wyprawiacie?! Dlaczego krwawisz? Jim, co jest?

-Mała wymiana zdań. Nic więcej. – odwrócił wzrok.

- Przyjebałeś mi w nos a nie żadna tam wymiana zdań!

- Odrobinę męskości chłopie! Nie uderzyłem cię jakoś specjalnie mocno! – zerknął na Fionę u której zobaczył nieśmiały uśmiech wyłaniający się na twarzy.

-To był długi dzień. Na ciebie już pora, Filip. A tobie Jim zamówię taksówkę.I na Boga, uspokójcie się!

-Jeszcze się policzymy! – Filip powoli szedł w kierunku samochodu.

-Tak, tak wiem! Zniszczysz mnie, dasz mi popalić i inne bzdury. Zacznij już trenować! – krzyknął za odjeżdżającym mężczyzną.- dziesięć minut później podjechała taksówka. Fiona z Jimem podeszła do auta.

-Jeszcze raz bardzo ci dziękuję za pomoc, za to że byłeś i w ogóle za wszystko. – opatuliła się długim swetrem- Ale nie musiałeś go bić.

-Wiesz co, akurat musiałem…- mocno ją do siebie przytulił. – To była bardzo intensywna i emocjonująca druga randka.

- Na koniec drugiej randki ludzie powinni się pocałować, prawda?- próbowała zażartować.

- E nie… my na pierwszej spaliśmy ze sobą. Nas nie dotyczy ta zasada! – uśmiechnął się i odgarnął włosy z policzka – Zadzwoń do mnie dobrze?- delikatnie musnął wargami jej usta i wsiadł do taksówki.

- Zadzwonię…- nie spuszczała z niego wzroku.

- A i Fiona…- opuścił szybę w samochodzie. – Ja też o tobie myślę przed zaśnięciem. – odjechał.

 

 

 

 

-Paddy, otworzysz?! Ktoś puka! – Pola krzyknęła z kuchni.

-Kochanie pracuje.- nie podnosił głowy znad sterty kartek, zapisów nutowych

-Korony by ci z głowy nie spadła jakbyś ruszył dupkę i otworzył. – Minęła go i wycierając dłonie w ściereczkę otworzyła.

-Rano najlepiej mi się myśli. Nie gniewaj się dobrze?

-Bo popołudniu to zwoje ci się przepalają i z myśleniem to ma niewiele wspólnego?- Paweł wkroczył do salonu trzymając za rękę Dominikę.

-O misiaki przyszły!- Paddy odłożył długopis i zaczął składać kartki na zgrabną kupkę.

-Cześć cytrynka! – Dominika pocałowała Paddiego w policzek. – Przyjechaliśmy na kawę i pogadać o Fionie.

-No i mamy eklerki!- Paweł podał Poli duże pudełko z którym zniknęła w kuchni wstawiając wodę.

-Mam rozumieć, że Pola opowiadała wam co mi mówił Jim? – Paddy zebrał kilka ubrań z sofy i wyszedł do kuchni. Po chwili wrócił z talerzem pełnym słodyczy.

-Powiem ci, że zazdroszczę Jimowi i żałuje, że mnie tam nie było bo z chęcią dałbym mu w pysk! – Iglesias opadł na sofę.

-Ale to w żaden sposób nie pomaga Fionie. – Dominika przyniosła dwa kubki z kawą a zaraz za nią do pokoju weszła Pola.

- A skoro o tym mowa! – Paweł z Dominiką spojrzeli na siebie z tajemniczym uśmiechem.

-Macie jakiś plan surykatki? Czy tak z podniecenia rączki zacieracie?- Pola przyglądała im się podejrzliwie.

-Ale musisz mieć czas. Masz Pola?

-Tylko Pola?-Paddy zrobił duże oczy.

-Babska misja.- Paweł puścił oczko Paddiemu. – No mała, ubierz się i wychodzimy!

Pół godziny później cała czwórka stała przed bagażnikiem w samochodzie Iglesiasa. Dominika tupała w miejscu z podniecenia.

-Tak się proszę państwa załatwia problemy sercowe i załamanie emocjonalne!Taaadaaa!! – Nacisnął guzik. Klapa bagażnika podniosła się i wszystkich zamurowało.

-Mamy zabić Filipa? Taki jest twój plan?-Pola pierwsza pochyliła się nad zawartością – Kije bejsbolowe i nożyce ogrodnicze?

-E dokładnie to krawieckie… nożyce. – Dominika uniosła palec.

- Domi weź moje auto i jedźcie zrobić to co należy.

- Ło łoo! Chwila! – Paddy uniósł dłonie do góry. – Dajesz Dominice prowadzić swoje auto? Jakim cudem?

-Przekonała mnie… wielokrotnie! – Puścił oczko i objął ramieniem Paddiego. – No, jedźcie już do tego małego nieszczęścia! Kobiety spojrzały po sobie, Dominika zamknęła bagażnik i wielkimi uśmiechami wsiadły do auta. Wcisnęła gaz do dechy i przez otwarte okno zdążyły jeszcze pomachać. – Do jutra! – Iglesias krzyknął.

-Do jutra? Dlaczego do jutra? Dobę ich nie będzie? Iglesias coś ty wymyślił?

- Pójdą na imprezę jak już skończą. Znam je Paddy jak własne siostry. Wiem doskonale co zrobią. Mamy dobę spokoju. Chodź, dokończymy kawę. – przyjrzał się muzykowi- Ale ty się nie martw mały! Nic sobie nie zrobią! – wracali do mieszkania- bałbym się raczej o tego kto stanie na ich drodze.

- A potem co?

-Jak dopijemy kawę i opowiesz mi co nieco o nowym albumie i koncercie w Krakowie to pojedziemy do twojego brata.

-Też mam wrażenie, że sobie bez nas nie dadzą rady. – rozsiedli się na powrót na szarej obszernej sofie w salonie.

-Czas posprzątać i poukładać pewne sprawy! Jedziesz jutro do studia?

-Jest niedziela. Nie powinienem ale za tydzień gram znowu w Krakowie. Jak bedzie trzeba to pojadę. A co z zasadą nie wtrącamy się do spraw innych ludzi? – Paddy sięgnął po kubek kawy.

-A zasada o kant dupy rozbić! Nie sprawdza się.- wybuchli śmiechem.

 

 

 

 

Beznamiętnie przeglądała kanały w telewizji. Nie potrafiła zrozumieć co się przed chwilą stało. Dziesięć minut temu przyjechała jej mama i bez zapowiedzi zabrała chłopców do siebie na weekend. Zasłaniała się, że troszczy się o Fionę i pragnie aby ta wypoczęła i zregenerowała siły. Kiedy zapytała mamę skąd taka nagła decyzja i bez uprzedzenia, tłumaczyła to spontanicznością. Zdziwiła się ale trzeba przyznać, że była wdzięczna takiemu obrotowi zdarzeń. Nie potrafiła wykrzesać tyle radości ile oczekiwali od niej synowie. Teraz została sama w pustym, cichym domu, którego jak na ironie również nie lubiła w takim wydaniu. Teraz siedziała na kanapie i gapiąc się z telewizor, zastanawiała się nad swoim dalszym życiem. Aż podskoczyła, kiedy usłyszała mocne, zdecydowane pukanie do drzwi. W pierwszym momencie pomyślała, że może to on…potem, że mama zapomniała czegoś. Wiedziała, że wszyscy są ostatnio bardzo zajęci a dziewczyny…Otworzyła.

-Cześć niewiasto z krzyża ściągnięta! – Dominika robiła balona z różowej gumy do żucia i kręciła kółka kijem bejsbolowym

- Zamawiałaś strzyżenie? – Pola śmiała się demonicznie trzaskając nożycami.

-A wy co?!- Fiona wybuchnęła gromkim śmiechem.

-Zadymę robimy! Filip jest dupkiem na którego nie zasługujesz! Wpuścisz nas czy mamy tak stać z tymi nożycami na zewnątrz?!-Dominika wepchnęła się do domu

- Czas zebrać śpiki spod nosa i ogarnąć dupę! -Pola poklepała Fionę po ramieniu.

-Kto wpadł na taki pomysł i ej! Po co wam kije bejsbolowe i nożyce?

- Iglesias! W bagażniku mamy jeszcze benzynę!- Dominika pewnie kroczyła w stronę sypialni.

-Radzę ci, zrób dzban kawy! Będzie ekstra!  Czekaj żyrafo na mnie! -Pola wskoczyła na pierwsze kilka schodów. – Wstaw wodę i chodź!

-Gdzie?

-Czas pozbyć się męża z domu! Raz a porządnie! – Pola zniknęła na piętrze. Kilka minut później z dzbanem kawy i kubkami Fiona pojawiła się w sypialni gdzie czekały na nią dziewczyny.

-Moja matka ma coś z tym wspólnego? Dzisiaj porwała mi dzieciaki tak nagle…

-A to tez Iglesias…- Dominika opadła na łóżko- Zadzwonił dzisiaj rano do niej.

-Ładne ma Filip te garnitury…- Pola wywalała z szafy całą garderobę mężczyzny.- O, a ten jaki śliczny! Drogi był pewnie, co?

- Bardzo. Od Ossolińskiego. Zakłada go tylko na wyjątkowe okazje. – Fiona rzucała niezrozumiałe spojrzenia.-Co? Co chcecie zrobić?

cats

-Czyń honory pierwszego cięcia moja droga!- Pola wcisnęła przyjaciółce nożyce

-No zgłupiałyście?! Nie zrobię tego. Przecież on mnie zabije!

-Tnij, nie pierdol!- Dominika krzyknęła siedząc na łóżku.

-Pomyśl o tym jak cie zdradzał! Jak ty mu koszule prasowałaś i sprzątałaś a on posuwał tę szmatę!-Pola usiadła obok Dominiki.

-O, albo jak ty mu obiadki pichciłaś a on na jachty z kolegami jeździł a ciebie miał w dupie!

- I dołóż jeszcze, że jak już odwoziłaś dzieci do przedszkola a potem zajmowałaś się pracą to on w tym czasie nie robił nic… nic…- Dominika wysyczała.-Nic, kurwa!- Fiona robiła się czerwona ze złości.

-Mam lepsze!!! -Pola podskoczyła. – A pamiętasz jak z tobą sypiać nie chciał i nawet dotknąć cię nie miał ochoty a tamtą bzykał aż wióry leciały?

- No kurwa! – Fiona zamachnęła się i ucięła pół garnituru. Skrawki materiału opadły na podłogę.- O Boże, jak dobrze!- wykrzyczała i zaczęła ciąć spodnie od kompletu.

-Tak jest!- Dziewczyny wstały i każda z nich trzymała na zmianę jakieś ubranie Filipa. Fiona w szale walki cięła wszystko jak leci. Śmiejąc się przy tym szyderczo.

-Masz, ty gnoju! – spocona opadła na łóżko wypijając pół kubka kawy.

-Dobra co dalej? Wiemy już, że nie ma się w co ubrać!

-Niech popyla nago po ulicy, co cię to obchodzi?!

-Ta pieprzona waza! Dawajcie bejsbola!- Fionie wzrok utkwił na zabytkowej wazie w kącie sypialni. – Od jego matki. Nie trawie jej!

-Wazy czy matki? Może sprzedamy ją?

-Wal Fionka! Palant będzie chciał ją odzyskać pewnie!- w tym samym momencie w sypialni rozległ się potężny huk i w całym pokoju znalazły się kawałki porcelany. Uzbrojona w kij bejsbolowy Fiona rozwalała w domu wszystko co tyczyło się Filipa. Pod akt zniszczenia poszły jego płyty, sprzęt, ubrania, rzeczy osobiste, ich wspólne zdjęcia w szklanych ramkach rozleciały się w drobny mak. Była jak tornado. Robiły to pół dnia i rozwaliły prawie połowę zawartości domu.

-O, ryciny!- Fiona zdmuchała kosmyk włosów ze spoconego czoła.- Idziemy! -weszły do gabinetu, gdzie na ścianie za szkłem wisiały zabytkowe ryciny.

-Ty, ale tu się może zastanów! To zabytek jest.

-Nie będę się zastanawiać! Wydał na nie ostatnie nasze pieniądze jak się budowaliśmy! – machnęła kijem. – Na jedzenie nie starczało a on kupił te cholerne ryciny! A niech cię szlak!- uderzyła i wszystko rozpadło się w drobny mak.

Opadły na fotel i kanapę w salonie. Dominika w zamyśleniu cięła na drobne kawałki wszystkie krawaty jakie znalazła w domu.

-Kiedy masz się z nim spotkać?- Pola przeglądała książki na półce i co chwile wrzucała jakieś do ogromnego pudła.

- Dzisiaj. Odwołać?

-No co ty! Dawaj go tu! Zadzwoń i milutkim głosem zaproś go do domu. Przyjdzie a nas….

-Nie będzie! – Dominika dokończyła zdanie- Idziemy na imprezę!

-Jaką imprezę? Dzisiaj?

-A na jakąkolwiek!Tak dzisiaj! Za kilka godzin! Ale najpierw zamówmy jakieś jedzenie i zróbmy ognisko!

-Opał już naszykowany! – Pola wyrzucała za siebie kolejne książki.

-No to palimy! – rozsiadły się przed wielkim ogniskiem utworzonym z książek.

-Jesteśmy jak pieprzona inkwizycja! Palimy książki!

-Moja polonistka w grobie się przewraca!

-To koniec mojego małżeństwa dziewczyny… – zamyśliła się. – Zostałam sama…

jessica alba

- Sama to ty nigdy nie będziesz, nawet jakbyś tego bardzo pragnęła! -Dominika grzała dłonie od ognia.

- Koniec małżeństwa to nie koniec świata! Rozwiedziesz się i staniesz na nogi! Czeka cię teraz trochę inne życie niż do tej pory.

-A nie zmieni się aż tak dużo Fiona. Z twojego życia wyleciał tylko mąż, wszystko inne zostało!

-Nawet gratis dostałaś! – Dominika zobaczyła zdziwione spojrzenia na sobie. – No Jim! Czemu wy nigdy mnie nie rozumiecie?!

-A co z nim? Właśnie…

-Jest cudowny. Ciepły, twardy mężczyzna.-Fiona zmyśliła się

-Twardy? Serio?

-Zamknij się Domi! Zboczeńcu!

- Nie chcę traktować go jak klina. Jestem teraz tak niestabilna emocjonalnie, że sama siebie nie poznaję więc nie chcę teraz robić czegokolwiek z Jimem…. nie teraz.

-Nie teraz? Czyli kiedyś?

-Może… – pokazała rząd białych zębów.- Za bardzo go lubię, żeby był plastrem po Filipie.

-Dobra dość smutków! Zjemy pizze i idziemy w miasto! – Dominika przyniosła pudełka z parującym jedzeniem.

-Zostawiamy to tak?

-Jaaahaaa! – Pola mówiła z pełnymi ustami. – Zostawisz gnojkowi klucze pod kamieniem i niech sobie zbiera swoje resztki!

-Może sobie krawaty poskleja jak taki projektant! Z koziej dupy!

 

 

 

 

 

FRANCJA.

Siedział na wiklinowym fotelu na tyłach domu. Wokół otaczał go gęsto zakrzewiony ogród. Obok niego, na szklanym stoliku stała filiżanka gorącej kawy, talerz z pachnącymi croissantami o smaku maślanym i mały kieliszek z kilkoma tabletkami. Czytał gazetę. Zawsze chciał być na bieżąco. Lekturę przerwała mu starsza, elegancka kobieta wychodząca z domu. W dłoniach trzymała szklankę wody.

-Jest już chłodno. Może zjesz śniadanie w domu? – położyła szklankę i czule pogłaskała jego ramię.

-Dobrze. Zaraz przyjdę. – pocałował jej zmarszczoną dłoń.

-Znowu o nim myślisz? -zapytała z troską.

- Nie wiem już czy są momenty, kiedy o nim nie myślę. – westchnął. – Martwię się.

- Weź leki. Nie jesteś już niezniszczalny, pamiętaj o tym.

-Szefie! Przepraszam, że przeszkadzam! – na tarasie pojawił się młody francuz w ciemnym, doskonale skrojonym garniturze.

-Coś się stało? – z wrażenia wstał z krzesła.

-To do szefa! Było na wycieraczce. – podał mu mlecznobiałą kopertę, przewiązaną czerwoną wstążką. Na jej wierzchu czarnym piórem wykaligrafowane widniało słowo „Artur”.

-Dziękuję. – odebrał kopertę. – Możesz odejść.

- Zostawię cię samego. – kobieta pocałowała policzek mężczyzny i również zniknęła w domu. Trzymał kopertę w dłoniach przez kilka chwil. Powoli rozwiązał wstążkę i z należytym pietyzmem odkleił kopertę. Jak zawsze, w środku znajdował się jedynie mały bilecik.

Potrzebuję cię, przyjacielu. Ciemne chmury zawisły nad moim życiem.” 

Wypuścił głośno powietrze, przymykając powieki. Schował liścik do koperty a nią samą do wewnętrznej kieszeni sportowej marynarki. Wypił leki, dopił filiżankę kawy i wolnym krokiem wszedł do cichego domu.

-Claude! Szykuj samochód. Muszę jechać. Natychmiast!

 

 

 

Bardzo starał się być punktualnie. Podjechał pod swój dom. Zobaczył w pokoju światło. Poczuł okropne ukłucie w sercu. ” Jak mogłem zrobić coś takiego?” powtarzał w myślach. Wiedział, że nigdy sobie tego nie wybaczy. Obawiał się,że ona też mu nie wybaczy. Gdzieś z tyłu swojej wątłej duszy wiedział, przeczuwał, że właśnie kończy się jego małżeństwo. Gdyby tylko mógł ją odseparować od przyjaciół to może udało by się ją przekonać. Może by mu  wybaczyła. Sięgnął pod kamień i wyciągnął klucz od domu. Podchodząc do drzwi poczuł swąd palonego papieru i plastiku. Nie umiał zlokalizować źródła tego zapachu. Otworzył drzwi i poczuł przyjemny zapach jego domu. Zapach jej perfum unoszący się w przedpokoju. Jego dom pachniał jak żaden inny. To było jego miejsce! Jego świat… jego…

-Co do kurwy?!- Stanął na środku salonu i ręce dosłownie mu opadły. Na ławie znajdował się kopiec usypany z kawałków rycin i drobinek szkła. Na fotelu zauważył ogromny stos pociętych ubrań. Szybko podszedł do stolika orientując się w sytuacji.

-Boże, tylko nie one! – Filip rozgrzebał kluczem stosik. – Co się tu kurwa dzieje?! – obrócił się. – Moje ubrania! Moje krawaty! Rany Boskie! Co to ma być?! – Podniósł do góry garnitur przypominający ser szwajcarski. Na szczycie schodów przyklejona była kartka „Mężu, to koniec naszego małżeństwa!” -Fiona!! -krzyknął na cały dom. Odpowiedziała mu cisza. -Fiona, cholera! Gdzie żeś jest?! – szybko wskoczył na górę, do sypialni. Z ogromnymi oczami omiótł spojrzeniem obraz zniszczenia. Na łóżku leżały ich wspólne zdjęcia i komplet czarnej koronkowej bielizny, do której przypięta była karteczka. ” Nie zdążyłeś!”. Odwrócił się i na toaletce kolejna kartka „chcę rozwodu!”.  Schodząc na parter zobaczył dym unoszący się z ogrodu. -Fiona jesteś tu? – wybiegł na zewnątrz. Nikogo nie było. ” Zadzwonię kiedy możesz zabrać dzieci a póki co… wypierdalaj z MOJEGO domu!”. – Chryste! – krzyknął kiedy zobaczył swoje książki i albumy dopalające się w wielkim ognisku. – Fiona! Ty dziwko! -warknął i wyszedł z domu nie zamykając drzwi a klucze cisnął w pobliskie krzaki.

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 2 komentarzy

55. Fruit of the poisoned tree

FRANCJA

Ściana cała była przystrojona pokaźnymi tomami książek, pachnących historią i starością.Na środku gabinetu stało pokaźnych rozmiarów, mahoniowe biurko, na którym stało misternie zdobione pudełko z cygarami i butelka szkockiej. Starszy mężczyzna o wyjątkowo błękitnych oczach co kilka dni przychodził tutaj w wyjątkowo melancholijnym nastroju. Opuszkami palców delikatnie, z miłością pieścił obwoluty albumów, tłoczonych złotą nicią. Był już wieczór. Właśnie kończył rozmawiać z Łukaszem przez telefon…

-Tak Łukasz…- usiadł na skórzanym fotelu-… już czas. Sądzę, że temat Patricka powinniśmy już ruszyć. Przygotuj się. Niech to będzie twój ostatni lot i wtedy porozmawiamy o twoim odejściu. Emerytura ci się należy. Do usłyszenia. – rozłączył się i wyciągnął z pudełeczka pachnące cygaro. Odciął końcówkę i pociągając żar, delektował się odurzającym aromatem dymu, mieszającego się z zapachem szkockiej. Odchylił głowę do tyłu i z lekkim uśmiechem zamknął oczy wsłuchując się w kolejną nagraną sesję.

„…sesja dwunasta.

-Czego najbardziej się boisz, Patricku?- nastąpiła chwila ciszy. – Nie spiesz się z odpowiedzią. Jestem tu dla ciebie, mamy czas. – słychać było łagodny głos mężczyzny.

- Życia chyba… Takiego życia poza klatką…- westchnął-… pustki się boję…Bezsensu się boję… Przemijania, śmierci i upływającego czasu.

- Jaka to klatka?- usłyszał dźwięk pisania długopisem na kartce.

-Jeśli w moim, nazwijmy to, życiu braknie muzyki, to nic mi nie pozostanie. Nie będzie nic…nic!-podniósł głos- Jestem gwiazdą, rozumiesz? Zarabiam takie pieniądze, że mogę kupić sobie…. – zamilknął.

-Nie możesz sobie kupić życia? O to chodzi?

-Nigdy nie kochałem. Nawet Andrea wydaje się taka nie do końca moja. Ona… nie kocha mnie… kocha wyobrażenie o mnie.

-A ty ją kochasz?

- Nie… nie wiem… chyba bardziej zależy mi na braku samotności niż na niej…Nie jest celem, samy w sobie… tak sądzę…

-Boisz się być sam?

-Bardzo…. Nie wiem wtedy co robić z własnym życiem i… czasem wyobrażam sobie, co by sie stało jakbym zniknął… co bym zostawił po sobie…

-I co byś zostawił?

-Nic… muzykę… tyle. -westchnął – Jestem już zmęczony tym wszystkim, rozumiesz? Mam wrażenie, że otacza mnie mrok i powoli zaciska moje gardło….”

Wyłączył nagranie. Odłożył cygaro i potarł skronie

-Mnie tez otacza mrok, Patricku….- wyszeptał do siebie.

d20ca3bbab1127cad7cc3da696f7ef0a

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

POLSKA, WARSZAWA

Nie wiedziała, kiedy i czy w ogóle przyjdzie. Ostatni raz widziała się z nim u Fiony i nie ustalili co dalej. Dużo się wtedy działo i w dość szybkim tempie. A dzisiaj nie wie czy ma do niego zadzwonić a tym bardziej co mu powiedzieć. Zależało jej na Pawle i bardzo nie chciała tego zepsuć. Nie teraz, kiedy wszystko zaczynało się układać. Na samo wspomnienie czule dotknęła swoich ust. Pogładziła mokrą dłonią kark i zanurzyła się w wannie pełnej piany. Z salonu dobiegała delikatna soulowa muzyka. Umyła włosy, spłukała ciało i wtarła balsam. Była spokojna, zrelaksowana i na swój sposób pewniejsza siebie. Założyła majtki i koszulkę na ramiączkach. Zapaliła zapachowe świece i sięgnęła po kubeczek lodów. Rozsiadła się na kanapie, kiedy usłyszała dzwonek do drzwi.

-Najpierw chciałem kupić ci róże…- w drzwiach stał Iglesias- … ale pomyślałem, że to takie banalne więc kupiłem ci bukiet lizaków. – pokazał komplet kręconych słodyczy. – Potem pomyślałem, że powinienem przynieść butelkę wina, zawsze tak robiłem ale ty… – spojrzał na nią spod gęstych rzęs -Ty nie jesteś taka… ty jesteś moją… – uśmiechnął się i wyciągnął dwa czteropaki piwa. – A do tego to już sushi w zupełności nie pasuje, więc mam pizze. Czy z takim ekwipunkiem wpuścisz mnie do środka?

-Myślisz, że inaczej bym cię  nie wpuściła?

"I'm not hearing a no so does that mean that the 3 of us can have breakfast at a good restaurant?"

-Z sushi pewnie nie…-uniósł zawadiacko brwi.

- Z sushi na pewno nie.

-Wiesz, że stoisz przede mną w samej bieliźnie? – uniósł kąciki ust.

- Nie pierwszy raz mnie taką widzisz przecież.

-Ale pierwszy raz mogę przyznać, jak to na mnie działa. To jak? Wypijesz i zjesz ze mną… przyjaciółko?- wszedł do mieszkania mijając bardzo blisko, stojącą w drzwiach Dominikę.

-Wiesz, że gównianymi przyjaciółmi byliśmy?- stanęła za nim kiedy odkładał piwo do lodówki a pizze do zimnego piekarnika.

-Cholera, no wiem! – chwycił jej dłoń i przyciągnął do siebie całując namiętnie.- Tyle czasu straciłem! – wodził nosem wzdłuż jej szyi, wdychając słodki, kobiecy zapach.

-Boże, jak cudownie! – Dominice ugięły się kolana.

-Boga będziesz wzywać później! – jego ciepła, delikatna dłoń powoli przesuwała się po jej udzie, aż zatrzymała się na pośladkach. Ona nieśmiało wsunęła dłonie pod jego koszulkę wyczuwając napięte i mocno zarysowane mięśnie brzucha…

-Popisujesz się! – uśmiechnęła się przygryzając jego wargę.

-Trochę….- spojrzał jej w oczy i jednocześnie powoli, jednym pacem, unosił jej koszulkę do góry odsłaniając wklęsły brzuch. – Nie wiem jak zrobić na tobie wrażenie…Za dobrze mnie znasz.

-I to wystarczy- wplotła palce w jego kruczo- czarne włosy.- No i może jeszcze te lizaki…- zatopił się w czerwieni jej ust. Odchylił się na chwilę pozwalając jej ściągnąć z siebie koszulkę. Ujął jej pośladki i osadzając ją na biodrach wyniósł z kuchni.

-Salon? Kanapa?-zapytał jednocześnie całując jej szyje.

-Nie. Sypialnia! Tam nic nie skrzypi! – Paweł skierował się do pokoju lecz po chwili namysłu, wrócił się z Dominiką na rękach, do kuchni.

-Weź piwo. Potem nie będzie mi się chciało.

- Poważnie? – zachichotała- Teraz zrobiłeś na mnie wrażenie!- Paweł pochylił się a Dominika wyciągnęła czteropak z lodówki.

-No! To na czym stanęliśmy?- uniósł brwi. – A tak racja… całowałaś mnie!

-Do sypialni! Nie ociągaj się! -obejmowała go za kark.

-Wiesz, że nie ważysz kilograma a zimnym piwem dotykasz moich pleców? -przekroczył próg i bezceremonialnie rzucił Dominikę na łóżko zatapiając ją w puchatej pościeli. Zamarł. Spojrzał na leżącą kobietę i oczy rozświetliły mu się złotym blaskiem. -Jestem szczęściarzem!- mówił rozmarzonym tonem- Zakochałem się w swojej najlepszej przyjaciółce… może być coś lepszego?

-Co zrobiłeś? -Dominika usiadła na brzegu łóżka z lekko rozchylonymi ustami.

- Zakochałem się…- zmarszczył brwi sam nie dowierzając w słowa jakie wypowiada. – Kocham cię, Dominika. Nie sądziłem, że tak łatwo to wypowiem ale cholera…- ujął jej twarz w dłonie- kocham cię! Bardzo cię kocham! – Przyciągnął ją do siebie i tuląc , mocno pocałował. Oboje upadli na łóżko. Jego dłoń zwiedzała wnętrze jej ud i stopniowo delikatnie je rozchylając. Leżał koło niej drażniąc palcami każdy centymetr jej brzucha. Co chwilę zatapiał się w jej ustach, nie mogąc się nasycić. Jego wargi muskały teraz jej obojczyk, skutecznie odwracając uwagę od zdejmowanego ramiączka. Na ułamek sekundy cofnął dłoń ale Dominika poprowadziła ją z powrotem. Ściągnął jej koszulkę i zanurzył między jej piersi. Odchyliła głowę do tyłu i pod jego pocałunkami wygięła się w łuk rozkoszy. Schodził coraz niżej jednocześnie delikatnie drażniąc jej nabrzmiałe sutki. Ustami dotykał linii majtek. Nie powstrzymała go więc zębami ujął cienki, satynowy paseczek i powoli zsunął je z kobiety odsłaniając ją całą i pozbawiając wszelkiej zasłony. Była jego. Nie pozwalał jej złapać oddechu, kiedy pod jego pocałunkami dyszała coraz szybciej i głębiej. Poczuła jego ciepły oddech na swojej kobiecości i opadła z rozkoszy na poduszki wbijając w nie paznokcie. Wiła się w szale namiętności poddając się jego pieszczocie. Czuła w sobie jego język a po chwili subtelny dotyk jego palców. Całował jej usta i patrząc głęboko w jej oczy zanurzył w niej palce odnajdując źródło jej ekstazy. Najpierw powoli, obserwował jak poddaje się jego pchnięciom. Po chwili palce drażniły ją coraz szybciej i widząc, jak ledwo utrzymuje przytomność nie przestawał, dając jej słodką rozkosz. Zacisnęła uda na jego dłoni i chwytając go za kark cicho jęknęła. Kropelki potu spłynęły między jej piersiami.  Uśmiechnął się triumfalnie i teraz władczo wszedł w nią całym sobą. Splótł jej dłonie nad głową i kochał długo, namiętnie. Ich oddechy zrównały się i stawały coraz szybsze. Nogi Dominiki zsuwały się z bioder Pawła, kiedy przyciągnęła go do siebie wydając z siebie gardłowe jęknięcie.

-Boże! -krzyknęła, kiedy zadał ostatnie pchnięcie dysząc jej prosto do ucha. Oboje opadli na poduszki z błogim uśmiechem na ustach ledwo łapiąc oddech

a5631e76b27be7f02023c32e9ee688a7

-Chodź tu do mnie. – przytuliła się do jego piersi.Leżeli tak przez dłuższą chwilę wsłuchując się w szybko bijące serca – Było cudownie. – uniosła głowę i spojrzeli na siebie. – Wyglądasz przeuroczo taka w nieładzie…Co mi się tak przyglądasz?

- Za bardzo uczesany też nie jesteś! – usiadła zakrywając się pościelą i puściła mu oczko- Teraz możesz iść po tą pizze.

- Zaraz kobieto! Piwo pije! – zadrwił. – No dobra pójdę! Ale nie dlatego, że mi każesz a dlatego, że przez ten cały seks zgłodniałem jak jasna cholera!- wstał i nago poszedł do kuchni. – Zjemy, obejrzymy coś, chwilę się zregeneruje i możemy zrobić to znowu.

- Znowu? – Krzyknęła, jeszcze nie do końca wyrównawszy oddech.

-Pewnie! A co, w formie jestem! – stanął w drzwiach sypialni liżąc lizaka.

-Serce ci stanie!- ze śmiechem opadła na poduszki

- Mam nadzieję, że coś innego a nie serce! – cisnął lizaka w kąt i z udawanym warknięciem rzucił się na Dominikę.

 

 

W gabinecie redakcji panowała prawie idealna cisza. Przy biurku siedziała Pola pisząc artykuł a kilka metrów od niej, przy stoliku kawowym siedział Pierre i przeglądał coś na swoim laptopie.

-Umówiłem się na kolacje z Łukaszem wieczorem, idziesz?- nie odrywał spojrzenia od ekranu

-E, coś ty! Nie mam czasu. – Pola sięgnęła po kubek kawy.-Ostatnio widujemy się z Patrickiem jedynie wieczorami. – westchnęła.

-Pracuje?

- Siedzi w studiu. Za kilka dni grają znowu w Krakowie. Paddy chce wypaść jak najlepiej.

-Ale nie ma go dla ciebie, zgaduje, że tu jest problem?

-Pierre, nie ma żadnego problemu! To jest życie po prostu. Tak musi być. Tęsknimy za sobą ale bardzo chcę żeby spełnił swoje marzenie i nie mam zamiaru być taką kobietą.

-Jaką? Jestem zaintrygowany? – Pierre odchylił się na oparcie redakcyjnej kanapy.

- Egoistycznej. Nie mogę i nie chcę, żądać żeby dla mnie poświęcił wszystko. I tak już dużo zrobił.

- Wyjedźcie. To zawsze dobrze robi.

-Tak zrobimy. Paddy chce odwiedzić ojca Manuela przed nagrywaniem albumu.

-Francja? Znowu?

-Pewnie. – machnęła dłonią. – Ale to za jakiś czas! Może pod koniec października.

-To za miesiąc. Nie tak długo. – gryzł końcówkę długopisu.

-A nie czepiaj się! Co za różnica?- warknęła patrząc w monitor.

- Coś taka drażliwa? Coś się stało? – skupił wzrok na przyjaciółce.

-Wybacz. – spuściła wzrok. – Zaraz wracam. – szybko wyszła z biura. Pierre domknął drzwi gabinetu i zerknął na ekran komputera. Przejrzał zakładki.

-Cholera… – zacisnął usta kiedy zobaczył ” Klinika leczenia płodności. Umawianie wizyty”. Szybko wygasił ekran i usiadł na kanapie.

-Wybacz skarbie, że nie zadzwoniłem wcześniej. telefon mi padł…- Do gabinetu wszedł Paddy, próbując uruchomić aparat.

- Nic się nie stało kochanie! – Pierre puścił w kierunku Patricka buziaczka.

-Ty! No przecież!

-Spodziewałeś się kogoś innego?

-Nie wiem… – wykrzywił usta w podkówkę. -Mojej dziewczyny?

-Zaraz przyjdzie. Siadaj.

-O, dziękuję bardzo! Jakiś ty uprzejmy!

-A ty uszczypliwy! Co się stało?

-Próbujemy i próbujemy… – pokiwał głową zniechęcony – I nie wychodzi… nie rozumiem, czemu? – wstał i z rękami w kieszeni podszedł do okna.

-Nie umiem pocieszać ale to dopiero pierwszy czy drugi test. Na ciążę czasem trzeba poczekać. Bez nerwów! Może wyluzujcie. – Pierre wrócił do przeglądania stron w laptopie

-O czym ty mówisz?! – Paddy gwałtownie odwrócił się i spojrzał zdziwiony na Pierra.

-A ty o czym?

- O próbach! Nie wychodzi nam jeden kawałek a próbujemy już od dłuższego czasu! O jakiej ciąży mówisz?!

-Powinienem zamknąć się. Słuchaj Paddy, ja nic nie wiem! Serio!

-Wiesz, że staramy się o dziecko?! – czerwieniał ze złości.

-Wiem. – spuścił wzrok.

-Powiedziała ci?! Nie wierzę!

-Nie powiedziała! Widziałem test ciążowy u niej w torebce, przypadkiem! Nic nie powiedziała! I uspokój się, do cholery! Głupio wyglądasz taki czerwony!

-Nie mów mi co mam robić!

-Pierre, muszę jechać! Dzwonił…-Pola weszła do gabinetu- O, Paddy! A co ty tu robisz? Miałeś być w studiu do wieczora…

-Ale jestem tutaj! Przeszkadza ci to? Może przerwałem w czymś?

-Co się tutaj dzieje, do cholery?- zerkała na Pierre i na Patricka. – Zresztą wrócimy do tego później. Dzwonił Jimmy…- spojrzała w oczy Patrickowi, który na to zdanie złagodniał w kilka sekund. – … Z Fioną coś się dzieje. Muszę tam jechać. Jedziesz?

-Jadę! – tupnął nogą – Jadę do cholery! – posłał groźne spojrzenie Pierrowi.

- Przestań Paddy, źle ci z tą czerwienią! – Pola wyszła z gabinetu a po chwili Pierre wybuchnął śmiechem.

- Słyszałem! – Paddy stanął ponownie w drzwiach. -Nie wtrącaj się, Pierre!

-Nie mam najmniejszego zamiaru! – z uśmiechem nie schodzącym mu z twarzy dokończył kawę i wyszedł z gabinetu mijając pokój Edyty. Spotkał jej spojrzenie i nie spuszczając oczu minął ją bez słowa.

 

 

92cb51075c522c4afe8a50f35c1dfe86

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Powiesz mi co się dzieje? – Pola prowadziła samochód. Paddy siedział obok milcząc jak zaklęty. Był wściekły. Szczęki mu pulsowały. Oddech miał przyspieszony. – Paddy, skarbie co jest?

-Nie skarbuj mi tu! – warknął. – Wiesz jak faceta nie lubię i robisz taki numer!

-Paddy plujesz na mnie!

-No wybacz. Poniosło mnie! – mówił odrobinę ciszej.

-Od początku. Kogo nie lubisz?

-Pierra, no a kogo!

-O nie kochany! Nie będziemy znowu przerabiać tego tematu! Tłumaczyłam ci to już nie raz. Pierre nic dla mnie nie znaczy! Lubie go i tyle.

-Bardziej ode mnie?

-Co ty bredzisz? Oczywiście, że nie! Zachowujesz się jak dziecko.

-A skoro o tym mowa to dlaczego on wie a ja nie, że mieć go nie będziemy?

-Kogo?

-Dziecka! – krzyknął na nią. Pola bez słowa zatrzymała się na poboczu. Dalej trzymała dłonie na kierownicy. Zapadła cisza. Bał się na nią spojrzeć. W głębi duszy wiedział, że przesadził. Usłyszał przyspieszony oddech. Powoli odwrócił głowę i zobaczył jak przez zamknięte oczy spływają jej po policzku łzy.

- Przepraszam… ja…nie chciałem…- wyszeptał i kciukiem starł jej łzy.

-Staram się Paddy. Może to przez presję a może coś ze mną nie tak.- uśmiechnęła się cierpko- Znaczy na pewno ze mną jest coś nie tak. Jestem wybrakowana. Nie potrafię nawet zajść w ciążę.

-Wiesz, że to nie prawda.

-Właśnie, że to jest prawda! – spojrzała na niego. Zabolało go to spojrzenie. – A jeśli nie będzie mi dane? Jeśli Alicja była moją jedyną szansą? Jeśli już nigdy…Zrozumiem cię.

- Nie zostawię cię Pola! Nawet jeśli okaże się, że nie możemy mieć dzieci! Kocham cię. Proszę, przestań płakać.

-Nie mówiłam ci o teście bo skoro był negatywny to nie chciałam robić sensacji. Pierre musiał go zobaczyć przypadkiem. Nic mu nie mówiłam! Przysięgam! Paddy proszę… – spojrzała na niego wielkimi oczami- Uwierz mi…

-Wierze. Nie o to jestem zły.- objął ją ramieniem. -A o to, że mi nie powiedziałaś i że sama to przechodzisz! Tak nie może być!

- Siedziałeś w studiu. Masz próby!

-Ty jesteś najważniejsza! Daj klucze. ja poprowadzę. – zamienili się miejscami.

-Paddy a jak nam się nie uda…

-Uda się! Nie ma innej opcji rozumiesz?-uśmiechnęła się do niego kiedy ruszali w kierunku Fiony. Pola przemilczała jedną rzecz. Chciała mu powiedzieć ale w trakcie tej rozmowy zrozumiała, że Paddy jest w stanie poświęcić dla niej to co jest mu tak bliskie i najważniejsze. Jeśli będzie trzeba to położy koncert w Krakowie, dla niej! Nie mogła do tego dopuścić. Z zamyślenia wyrwał ją sygnał wiadomości. Odczytała po cichu: ” Potwierdzamy umówienie wizyty u doktor Woźniak. 30 września, godzina 17.30. Dzień wcześniej potwierdzimy państwa wizytę. Pozdrawiamy.” Mimowolnie westchnęła. – Coś się stało? Kto pisze?

-Z pracy. Koleżanka nie da rady dzisiaj dostarczyć mi materiałów. Zrobi to jutro. Będziemy musieli z Pierrem pospieszyć się w takim razie.- skłamała. Wiedziała, że Paddy bedzie chciał ją wspierać i za żadne skarby nie puści jej samej do kliniki. Niestety następny wolny termin doktor Wożniak miałaby za niecałe dwa miesiące. Nie mogła tyle czekać. Musiała dowiedzieć się… musiała dostać nadzieję, że mają szansę.

-Jestem pewien, że sobie poradzicie! – pocałował jej dłoń. – Zawsze dajesz sobie radę! Wierzę w ciebie kochanie.

- Dojechaliśmy. Patrz. Jimmy.- wysiedli i szybko podeszli do Jima opartego o płot domu Fiony. Był zmartwiony. Palił papierosa.

-Długo czekasz? Wybacz, korki. – Paddy skłamał.

-Trochę. A tobie co? Płakałaś? – Jim przyglądał się Poli.

-Nie. Uczulenie. Chyba mamy grzyba w klimatyzacji auta. Nie przejmuj się.

-Gadaj co się tu dzieje! – Paddy szturchnął brata.

-Fiona nie odbiera ode mnie telefonów. Nie odpisuje a teraz nie otwiera drzwi.

-To jeszcze nie powód do paniki, bracie. Może po porostu ma cię w dupie. I daje ci subtelnie do zrozumienia. Pomyślałeś o tym?

- Pomyślałem! Ale mam przeczucie, że coś nie gra!

-Przyjechaliśmy tutaj dla… przeczucia? -Paddy podniósł głos. Nie chciał tu być. Egoistycznie chciał zabrać swoją ukochaną na kolację, kupić jej róże i pospacerowac wieczorem po mieście. A potem w domu, kochać się z nią tak jak lubi najbardziej. -Pola. Gdzie ona jest? Jimmy? – zaczęli sie rozglądać. Dostrzegli ją jak wchodzi do domu.

-Poczekaj na nas! -Jimmy pobiegł za kobietą a za nim skoczył w stron domu Patrick. – Jak weszłaś? -Jimmy szepnął.

-Klucze pod kamieniem! Nigdy tak nie robiłeś?

-Nie mogłaś przez telefon mi o tym powiedzieć?

-Nie możecie o tym pogadać kiedy indziej! – Paddy wysyczał. -Nikogo chyba nie ma.

-Jest na bank! Widziałem ją jak chodziła po sypialni.

-A skąd ty wiesz, gdzie tu jest sypialnia?

-Chłopaki! Serio? Teraz?- Pola warknęła. – Rozejrzyjcie ja idę na górę. Uciekła po schodach.

-Co się z wami dzieje? Dziwnie się zachowujecie. -Jimy omiótł spojrzeniem salon. Zwrócił uwagę, że nic się nie zmieniło. Był tylko wiekszy bałagan ale wszystko bylo jak danej. Na półkach stały zdjęcia jej z Filipem, z dziećmi. Zauważył na fotelu przerzucony męski sweter. Czuł, że wkracza na nieswoje terytorium.

-Nic się nie dzieje. Lekko sie posprzeczaliśmy ale to normalne. Nie można być wiecznie uśmiechniętym i szczęśliwym, prawda bracie? – poklepał Jima po plecach. – Nie ma dzieci. Jest popołudnie. Powinny być po przedszkolu. Dziwne. – Paddy wszedł do kuchni. -Rany!

-Co jest? – Jim wszedł za Patrickiem. – O kurwa! Nikt tu nie sprzątał od dłuższego czasu.Ależ zapach.

-Bierz się Jim. Pomyjmy to.

- Gary? Mam myć gary? – stał oparty o ścianę. -Zgłupiałeś?!

-Zależy ci na niej?- Paddy podciągał rękawy do łokci. -Więc nie bądź gwiazda i chwytaj gąbkę! Jako szczyle myliśmy naczynia… – prychnął – Chyba nie zapomniałeś?

-Zależy…- sapiąc stanął koło brata i oboje zaczęli zmagać się ze stertą brudnych naczyń. Myli w ciszy, każdy zamyślony.

- Rozmawiałeś z nią od czasu sceny z Filipem?

-Nie. Unika mnie jak może.

-Przykro mi, stary.

-Niekoniecznie.- Jim uśmiechnął się – Wiesz jaki potrafię być uparty. – przyjrzał się Patrickowi. Widział jak smutek i coś na wzór strachu przenika przez jego sztuczny uśmiech. Nie pytał. Znowu myli w ciszy. Usłyszeli nad sobą kroki i po chwili zagłuszone odgłosy rozmowy. Jim poczuł ulgę. Czyli nic się nie stało.

- Jimmy… – nie spojrzał na niego, dalej zacięcie szorował patelnie- Możliwe, że…że jest ryzyko… – westchnął i cisnął patelnią do zlewu pełnego wody z pianą- Pola może nie mieć dzieci. Jest takie ryzyko.

-Nie ma takiej opcji! Jestem przekonany! -Jim mówił hardo i pewnie.- A wiesz dlaczego? Bo więcej nie może cię już doświadczać! Bo już swoje wycierpiałeś i to dziecko ci się należy, kurwa jego mać!

40272_m600

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Fiona? -Pola cicho uchyliła drzwi sypialni. W środku panował zaduch i zapach alkoholu. Wszędzie panował bałagan. Usłyszała zza uchylonych drzwi łazienki lecącą wodę. Ze strachem uchyliła kolejne drzwi i znalazła ją. Siedziała pod prysznicem z kolanami podciągniętymi pod brodę.  Pola usiadła na toalecie i w ciszy patrzyły sobie w oczy.

- Filip tu był… – odezwała się po kilku minutach. – Zabrał dzieci…

- Zrobił ci krzywdę?

-Nie no coś ty! Chciał porozmawiać ze mną.

- Co ci powiedział.

-Nic. Nie było mnie. – Pola wstała i zakręciła wodę nad Fiona. -Mama dała mu chłopców.

-Kiedy je przywiezie?

-Wieczorem. Pola, nie chcę być sama. Nie potrafię się z nim spotkać. Jeszcze nie. Nie dam rady.

-A ja sądzę, że doskonale dasz radę. Weź się w garść Fionka! Dla dzieciaków! I dla tego faceta, któremu na tobie najwyraźniej bardzo zależy. No wstawaj!-owinęła ją ręcznikiem.

-Paddy? Jemu zależy? Co ty bredzisz?

-Nie wariatko! Chodź, zobaczysz!- podeszły do drzwi.

-Jim?! Sądziłam, że sobie poszedł.

-Najwyraźniej nie a na domiar złego myje ci chyba garki.

-Boże jestem beznadziejna! Ale ja nawet nie widzę sensu mycia, sprzątania… wiesz, że nie kąpałam się już z cztery – pięć dni?

-Fiona bo dostaniesz w pysk! A potem zadzwonię po Dominikę i dopiero się zacznie! Stań na nogi. Pogadaj z Jimem. Zasługuje na to. A co do Filipa….nie wiem kochanie ale sądzę,że pogadasz z nim jak będziesz gotowa. Póki co możesz go przeganiać i masz do tego pełne prawo.

-Nie wiesz jak mam go przegonić dzisiaj, jak przyjdzie oddać dzieci?

-Mam pewien pomysł…. – spojrzała na drzwi- Umyj się, może zrób makijaż i zejdź na dół. Zrobimy kawę i pogadamy. Ustalimy plan. Zaufaj mi.

- Ufam ci. -Fiona ściągnęła z siebie ręcznik i wróciła pod prysznic.

-I błagam, pamiętaj o tym za godzinę! I nie płacz już! Damy sobie radę! -Pola szybko zbiegła na dół i z impetem wpadła do kuchni.

-Stało się coś? – Jim parwie upuścił talerz w wrażenia.

-Paddy, szybko zbieramy się! – podała mu ściereczkę do wytarcia rąk. – No chodź!

-Ale co się stało. Polka?!

-Jimmy, zrób mocną kawę i zostań tu.-Pola trzymała Patricka za rękę.

-Jak tu? Sam?

-Tak, sam! Idziemy! Mam nadzieję, że mi to wybaczy…- wyszli i Jim został sam, stojąc na środku kuchni. Spojrzał na schody,prowadzące na piętro. Zamknął od wewnątrz drzwi frontowe. Zrobił dwa ogromne kubki mocnej kawy i powoli, krok za krokiem zmierzał na piętro do sypialni gdzie znajdowała się Fiona.

17309510_1842294349367752_3960828606783473595_n

Odłożył jeden kubek na podłogę i cicho zapukał. Nikt nie odpowiedział. Zaczynał powoli się do tego przyzwyczajać. Nacisnął klamkę i wszedł do pokoju. Fiona znajdowała się w łazience. Nieśmiało rozejrzał się po pokoju. Tutaj nie było śladu Filipa… tak jakby nigdy nie istniał. Było jasno i przyjemnie mimo bałaganu panującego w całym domu. Nie wiedział co ma jej powiedzieć ale wiedział, czuł że musi tu być właśnie teraz… Usłyszał przekręcany zamek w drzwiach i zesztywniał ze stresu. Dziwne ale w jakiś sposób bał sie tej kobiety. Drzwi powoli otworzyły się i wśród wyłaniającej się pary pojawiła się w pokoju Fiona. Mokre włosy oblepiały jej dekolt. Owinięta była szczelnie białym, puszystym ręcznikiem. Schudła drobinę i sine podkówki pod oczami były bardziej widoczne ale dla niego była najpiękniejsza mimo jej zmęczenia i załamania całą sytuacją.

-Jim…- zatrzymała się w półkroku.

- Fiona… – oczy mu zabłyszczały.

-Przepraszam cię… tak cię ostatnio traktowałam… – zwiesiła wzrok.

-Musimy pogadać…. – powoli odłożył kubek z kawą i niczym do dzikiego zwierza, ostrożnie , powoli zbliżał się do stojącej na środku pokoju Fiony. Była już na wyciągnięcie ręki. – Porozmawiaj ze mną…- uniósł jej twarz. – Pomogę ci…jestem przy tobie…

- Jim…. – wtuliła się w jego ramiona.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 9 komentarzy

54. Sinners and Saints

-Nigdzie nie wyjdę! -Filip wycierał krew z pękniętych ust. -To jest też mój dom! – podniósł głos. Reszta milczała stojąc murem za Fioną. -Na górze śpią moje dzieci! – wskazał palcem na piętro.

-Teraz martwisz się o dzieci?! Jakoś ci nie przeszkadzały, kiedy posuwałeś jego dziewczynę!- wskazała na Pawła- A teraz pieprzysz mi o dzieciach?!- Zacisnęła szczęki i łzy poleciały jej po policzkach. – Dlaczego, Filip? – ton głosu jej się złamał. Stała przed nim, mała, smutna, przygarbiona.  - Dlaczego mi to zrobiłeś?

-Fiona, proszę cię! To wszystko nie tak! Pozwól sobie wytłumaczyć. – Powoli podszedł do niej i mówiąc łagodnym głosem położył rękę na jej ramieniu. Fiona spuściła wzrok, oddychała spazmatycznie, wszyscy mieli wrażenie, że coś właśnie w niej pęka. Po kilku sekundach gwałtownym ruchem zrzuciła rękę ze swojego ramienia i błyskawicznie wymierzyła Filipowi siarczysty policzek.

-Powiedziałam ci, wynoś się! Nie chcę cię dzisiaj oglądać! Masz pięć minut na opuszczenie tego domu!

-Ale…

-Powiedziałam! Na tym koniec dyskusji! Zejdź mi z oczu! – Ostatnie zdanie wypowiedziała twardo, pewnie. Po płaczliwej Fionie zostało jedynie wspomnienie.Zebrała całą siłę jaką gromadziła właśnie na takie sytuacje. Nie pokaże, że cierpi. Filip przetarł ponownie sączącą się krew i zwrócił się do Iglesiasa.

-Mogłeś się nie budzić! Było by dużo łatwiej bez ciebie!

-Ty skurwielu! – Paweł wyrwał się w stronę Filipa, jednak Paddy z Adamem mocno go trzymali uniemożliwiając atak. -Byliśmy kumplami! Przyjaciółmi, cholera!

-Ty byłeś! Ja nigdy cię tak nie traktowałem. Robiłem to wszystko jedynie dla ciebie, Fiona. – spojrzał jej w oczy i ujrzał błysk litości.

-O nie, kolego! Bez takich!Już ja znam takie urabianie…- w drzwiach pokoju stał Jim. Opierał się o futrynę i lekko uśmiechał.

-Jak długo tu stoisz? -Fiona zorientowała się, że nikt go nie zauważył, kiedy wszedł.

-Wystarczająco, żeby zrobić to. – Zrobił krok  i z całej siły uderzył Filipa w szczękę.- Na ciebie już chyba pora, żona cię ładnie prosi.-wysyczał mu prosto w twarz.

-Wszyscy jesteście pojebani!

-Chyba już powinieneś iść, Filip. – Pola dodała spokojnym tonem, wychylając się zza Fiony.

-Leć do tej swojej Weroniki. -Dominika machnęła z pogardą dłonią. -Nam będzie dużo lepiej bez ciebie!

-Nie tobie o tym decydować! – Filip warknął podtrzymując się ściany.

-Wyjdź dobrowolnie albo Paweł z Jimem cię wyniosą. – Fiona nie spuszczała z niego wzroku. -A my porozmawiamy, jak wszyscy ochłoniemy. – Na zmianę zaciskała pięści i popuszczała.

d9556ebd818a99ff367f613d7d13e1ac

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Zadzwonię do ciebie jutro. Porozmawiamy na spokojnie. – zlustrował wszystkich wzrokiem.

-Nie. Ja do ciebie zadzwonię i powiem ci, kiedy będziemy rozmawiać. Nie ty o tym decydujesz! – Odwróciła się do niego plecami czekając aż wyjdzie. Po kilku minutach zamknęły się drzwi od domu a wraz z nimi małżeństwo Fiony.-Boże, przepraszam was, że musieliście to wszystko oglądać! – wybuchła histerycznym płaczem i bezsilnie upadła na kolana.  Pierwszy podbiegł do niej Jim. Uklęknął i objął ją ramieniem. Znad jej głowy wychwycił spojrzenie milczącego Paddiego, który kiwnął głową chcąc powiedzieć „dobrze robisz, bracie”- Dzieci! Muszę iść do chłopców! A jak widzieli?! Słyszeli?!- ledwo łapiąc oddech, ocierała policzki z łez. – Muszę iść do dzieci! – powtarzała jak w amoku.

Galeria de fotos para tu blog o webpage: Alone-Sad- Soledad

-Fiona, nie pójdziesz na górę w takim stanie! -Pola kucnęła przy niej. – Ja pójdę, kochanie.

-Pomogę ci. – Dominika dołączyła i obie z Polą zmierzały do schodów. – O co chodzi z tą Weroniką?- szepnęła do Poli- Ma waginę ze złota czy jak?

-Wiesz co? Ty jak już coś powiesz! Nawet cycki potrafią opaść a nie tylko ręce! Chodź na górę!

W salonie zawisła cisza, przeplatana jedyne spazmami Fiony, próbującej złapać oddech. Wszystkim było dziwnie, głupio, niezręcznie…. Nikt nie wiedział jak powinien zachować się w takiej sytuacji. Czy wypada się zaśmiać z własnego żartu, czy udawać, że to co widzieliśmy, nas nie dotyczy? A może pocieszać Fionę na wzór Jima?

-Przyjebałbym mu! Co za gnojek! – Paddy przerwał nieznośną ciszę i zaczął krążyć po salonie.

-Teraz jesteś odważny, jak już poszedł!- Adam siedział rozłożony na kanapie- Bohater cholera! – zaśmiał się.

-No i co robimy? Co teraz? – Patrick rozłożył bezradnie ręce.

-Długo mam tak stać, zanim ktoś się zorientuje, że zmartwychwstałem?! Poważnie, nikt mnie nie przytuli? Co z was za małe gnojki! – Paweł uśmiechał się całą twarzą.

-Iglesias, racja! – Adam rzucił się na przyjaciela i padli sobie w objęcia. Paweł bez problemu podniósł najpierw jednego a po chwili również Paddiego uniósł drugą ręką.

-A ty to nie miałeś jakiegoś zawału i wypadku? Coś mi się o uszy obiło. – Jimmy zakpił ironicznie.

-Pomówienia i plotki! Moje krasnoludki! – Postawił na ziemi Adama i Paddiego. – Czuje się jak Gargamel.

-I jesteś tak samo brzydki! -Jimmy przeniósł się z Fioną na kanapę. Dalej płakała.

-Przytulaj Fionę, przytulaj bo głupoty gadasz! – kucnął przed płaczącą przyjaciółką, zmrużył oczy, chwilę jej się przyglądał po czym delikatnie podpierając jej brodę, uniósł twarz na swoją wysokość. Patrzyli sobie w oczy. – Fiona, kocham cię! Wiesz o tym. Zawsze z tobą będę bo jesteś moją siostrą. Ten gnojek na ciebie nie zasługuje.Zdradził cię, czas go pogonić! Wiem, że go kochasz i teraz jest ci bardzo ciężko. Boisz się nowej rzeczywistości ale uwierz mi, tak jak zawsze mi wierzysz, tak będzie lepiej i dobrze się stało, że prawda wyszła na jaw!

-Tak sądzisz? Teraz tego tak nie widzę.-dyszała

-Bo jest jeszcze wcześnie. Daj sobie czas. – w salonie pojawiła się Pola z Dominiką.

-Na wszystko przyjdzie pora.

- I w swoim czasie, obetniemy mu jaja! -Dominika rozsiadła się na fotelu- No co?- Pola kopnęła ją w kostkę. – Wiem, wiem, mam się zamknąć!

-Zostaniecie dzisiaj ze mną? Nie mam ochoty być sama w nocy.

-A masz więcej wina? – Dominika wylała do kieliszka resztę z butelki.

-Mam, wariatko!- Fiona uśmiechnęła się lekko i czekając aż Dominika zerknie do barku odwróciła głowę w kierunku Jima i dyskretnie szepnęła mu do ucha „Zostaw mnie JImmy, błagam.”. Po czym wróciła do przyjaciółki. Przytulał dalej Fionę, nic nie dając po sobie poznać.

-No to namówiłaś mnie. – Puściła oczko do Poli. Obydwie wiedziały, że cokolwiek by się nie stało one i tak by zostały. Z winem czy bez niego.

-To my może whisky?-Adam spojrzał po mężczyznach.

-Panowie, a mogę mieć prośbę? – Fiona nieśmiało podniosła dłoń. – Nie zrozumcie mnie źle ale….

-My cię nigdy źle nie rozumiemy.

-Zasadniczo, rzadko kiedy rozumiemy cokolwiek…

-Ale chciałabym zostać sama z dziewczynami. Zrozumcie proszę.

-Ja to akurat doskonale rozumiem. – Paddy wzruszył ramionami i sięgnął po torbę.

-Zamówię taksówkę. – Adam odszedł na bok z telefonem w dłoni.

- Ale zabierzemy ci whisky i jedziemy do ciebie, Kelly!

-Czemu do mnie?

-Bo masz irlandzkie whisky a u Adaśka za bardzo pachnie perfumami.

-A u mnie co? Śmierdzi jak w stajni?- Paddy z uśmiechem uniósł brwi.

-Różne były imprezy. Koni wprawdzie nie widziałem ale kto cię tam wie! -Iglesias wzruszył ramionami.- Chodź na chwilę! – chwycił Dominikę za rękę i wyciągnął na taras. Zamknął za sobą drzwi i objął ją w pasie. – Nie tak to miało wyglądać. Nie przy takich okolicznościach ale….

b656b9644b07351f3e6a54dd0df77ebb

-Zamknij się już! – Dominika zatkała mu usta dłonią – I pocałuj mnie w końcu, świrze!

-Czekaj! Chcę, żeby było romantycznie! Nie w ten sposób. – z tymi  słowami na ogrodzie rozświetliło się mnóstwo małych światełek pochowanych w gałęziach drzew i wśród krzewów. Oboje zamarli i zaskoczeni spojrzeli w kierunku okien. Zza firanki wystawały uśmiechnięte twarze przyjaciół a Fiona trzymała pilota z włącznikiem światła. Adam machnął dłonią i niemo powiedział „nie spieszcie się” po czym zniknęli w głębi domu. -Czy taki romantyzm ci odpowiada i w końcu mnie pocałujesz?

- Dominika uśmiechała się ze szczęścia jakiego właśnie doświadcza. Paweł wplótł palce we włosy, obejmując jej kark i zachłannie wbił się ustami w jej lekko rozchylone wargi. Świat zwolnił swój bieg, powietrze zrobiło się gęste i słodkie jak najsłodsze letnie kwiaty. Językiem drażnił jej górną wargę i czule przytulał do siebie. Usłyszała w swojej głowie klawisze pianina wygrywające spokojną muzykę, dźwięk skrzypiec i cichy pomruk jej wyobraźni. Trafiła do swojego miejsca. Chciałaby zatrzymać tą chwilę. Nacisnąć przycisk i delektować się każdą sekundą z nim. Nic już nie tracić. Niczego nie pominąć. Pachniał cudownie, dotknęła jego mocnych szczęk uraczonych dwudniowym zarostem. Jej dłonie muskały jego miękkie czarne włosy. Stali tak w ogrodzie Fiony, nie zwracając uwagi na otaczający ich świat.

-Zaczekasz na mnie?

-Nie chcę dłużej na ciebie czekać! -pogłaskała go po policzku.

- Ale do jutra wytrzymasz, prawda? Przyjadę do ciebie i… – pocałował ją jeszcze raz, mocno, namiętnie -… porozmawiamy. No to jak, zaczekasz? – uniósł kąciki ust

- Nawet całe życie.

 

Godzinę później dziewczyny zostały same i otwierały kolejną butelkę wina. Fiona siedziała na podłodze, opierając się o kanapę. Dominika zajęła fotel a Pola leżała na podłodze gapiąc się w sufit.

e5a1afaa93a60e72aa6f69ab38687941

-Ale my jesteśmy tępe dzidy! – Dominika nie wytrzymała

- Tak nas oszukał!-Pola wtrąciła zamyślona.

-Że tez niczego nie widziałyśmy! Był dla Ciebie Fionka takim gnojem a my tego nie widziałyśmy!-Dominika sapała z nerwów.

-Nie było tak źle. Nie zawsze…

-Fiona, on dymał inną laskę, kiedy ty zarabiałaś kasę i latałaś na plac zabaw z jego dziećmi! Ogarnij się!

-I pewnie z waszej kasy jej fundował to i owo.

-Pewnie tak. Fakt, trochę wybrał ostatnio z konta, nie skojarzyłam!

-Bo jesteś głupia i tępa baba! Zresztą,kurwa, jak my wszystkie!

-A pamiętacie jak mówiłyśmy, że nam ta suka coś nie pasuje? Miałyśmy cholera rację!

-Ciekawe czy nadal się spotykają?- Fiona nalewała sobie kolejny kieliszek wina.

- Teraz jak wszystko wyszło na jaw, jaką idiotką byłaś a my z tobą, to pewnie już do niej poleciał.

-Nawet nie wiem gdzie ona mieszka…

-Nikt nie wie… – Pola skupiła wzrok na Fionie- A co chcesz, że tak zapytam, odpierdolić? Chyba nie masz zamiaru do niej jechać?!

-Nie wiem, zastanawiam się.- zdawała się być nieobecna

- I co? Przywalisz jej w pysk?

-Nie wiem, zastanawiam się.

-A co z Jimmym?- Dominika starała się zmienić temat.

-Nie wiem, zastanawiam się.

-Kurwa zacięłaś się, czy jak?

-No bo nie wiem!- Fiona zerwała się na równe nogi i podniosła głos. – Nie wiem, co mam z tym wszystkim zrobić! Od czego zacząć!- wplotła palce we włosy- Całe cholerne życie z nim dzieliłam! I co mam go teraz z niego wypierdolić, tak o?! Nie mam bladego pojęcia jak się zabrać za to wszystko, rozumiecie tępe baby?!- Przeniosła wzrok na Polę. – A ty, umiałabyś skreślić Paddiego i wyrzucić go ze swojego życia?

-Nie potrafiłabym…ale…

-No widzisz! A nie macie ślubu ani dzieci! – Fiona warknęła na Polę, która bez słowa wyszła przed dom.

-No to przegięłaś! Co się na niej wyżywasz? Chce ci pomóc! – Dominika próbowała uspokoić Fionę.

-Odezwała się! Doradca! – prychnęła – Jednego związku nie możesz utrzymać! – wyzerowała kieliszek.

- O ty suko! Nie nasza wina, że Filip cię zdradzał! Zresztą, święta  nie jesteś! Fajnie się bzykało Jima?- Dominika wstała i również wyszła przed dom.

-Boże, co się dzieje?!- Fiona została sama. – Gdzie ja trafiłam… – przetarła twarz dłońmi – Co ja mam zrobić? – pytała sama siebie. Spojrzała na uchylone drzwi tarasu i poczuła ukłucie w sercu. Miała tylko je dwie. Przyjaciółki, siostry… Bez słowa chwyciła butelkę wina i wyszła do siedzących na schodach kobiet. Usiadła między nimi i upijając łyk wina podała butelkę Dominice. – Przepraszam… – nie musiała nic więcej dodawać.

-Próbuję znowu zajść w ciążę…- Pola wyszeptała ze spuszczoną głową. – Póki co nic z tego.

-Pola… ja… nie wiedziałam…- Objęła przyjaciółkę.

-To nie jest tak, że my nic z życiem nie robimy…Ja chcę mieć przy sobie mężczyznę takiego dla mnie a nie na siłę aby tylko go mieć. To już wolę być sama… – Dominika pociągnęła łyk wina

-Z tego co widziałyśmy to chyba już nie jesteś sama. Iglesias jest dla ciebie, wiesz?

-Wiem Fiona… a przynajmniej mocno na to liczę. – położyła głowę na jej ramieniu.

- Przejdziemy przez to z tobą. Nie jesteś sama.

-Wiem, kochane…. wiem. -Fiona tuliła do siebie dwie kobiety.

-No i masz Jima…- Dominika parsknęła śmiechem.

-Zamknij się Domi.

 

 

 

Czterech mężczyzn wypadło z taksówki pod warszawskim blokiem. Paddy pierwszy skierował się w stronę domu, zaraz za nim szedł Adam z obejmującym go Pawłem. Po chwili cała trójka zatrzymała się i w tym samym czasie spojrzeli na Jima. Stał na chodniku ze zwieszoną głową i rękami niezgrabnie schowanymi w kieszeni.

Titel-2

- Ty gwiazda, zaproszenie trzeba ci wysłać? – Iglesias pokazał gestem dłoni wejście do budynku.

-A zobacz, drugi Kelly za odźwiernego robi! – Adam prychnął śmiechem.

-Chyba nie powinienem z wami iść. Nie moje towarzystwo… tak jakby.- kopnął mały kamyk.

-Nie chce się narzucać, to stąd. -Paddy dyskretnie szepnął do zdziwionych przyjaciół.

- Słuchaj Kelly, jeden już dzisiaj dostał…- Paweł szedł w kierunku Jima -… więc jeśli zaraz nie pójdziesz i nie napijesz się z nami, ze mną, to tak ci jebnę, że spadniesz za dwa tygodnie z deszczem! – podszedł bliżej i objął Jima ramieniem. – Poza tym chce usłyszeć, co to najlepszego robiłeś z moją przyjaciółką. – szepnął.

-Mnie byś nie jebnął a zresztą, skąd wiesz? – Zszokowany Jim szedł koło Pawła w stronę mieszkania.

-Nie wiem… ale znam Fionę aż za dobrze… – złapał zszokowane spojrzenie mężczyzny- Nie, no co ty! Nie spałem z nią!- weszli do mieszkania zaraz za Paddym i Adamem. – I dodam od razu, że z twoją Polką tez nie spałem! Fuj, brzydziłbym się!

- Czy ty aby nie przesadzasz! Co za fuj?Jakie brzydziłbyś się?! Masz coś do niej?! – Paddy udawał obrażonego.

received_1767239246873263_1476646616938

- Faktycznie, zabrzmiał prawie jak gej! – Adam stanął koło Paddiego i wbił spojrzenie w Pawła.- Co jest z tobą, koleś? – wypuszczali go powstrzymując śmiech.

-Bo to jak kazirodztwo! Własną siostrę?! Pogięło was?! – wzdrygnął się. -Albo brata?!- spojrzał na Adama.

-A u Dominiki to aż do migdałków dotarłeś.- Jim wtrącił.

-A to co innego. Ją kocham… – zamyślił się- Nigdy nie patrzyłem na nią jak na siostrę, choć wielokrotnie tak sobie wmawiałem. – opadł na szarą kanapę – A ty, Jimbo? Do którego organu Fiony dotarłeś? – dostał szklankę whisky od Patricka, który usiadł obok przyjaciela.

-No do ostatniego…- Adam zasuwał rozporek wychodząc z toalety.

Zapadła cisza. Jim stał na środku pokoju, czekając na lincz. Paweł lekko rozchylił usta ze zdziwienia i nie spuszczając wzroku z Jima pochylił się w jego kierunku.

-Nie pierdolcie, że spał z Fioną?- odłożył szklankę na stół i wstał. Odrobinę krążył po pokoju. – Wiedzieliście?No oczywiście, że tak! – Podszedł do Jima bardzo blisko. Patrzył mu w oczy dłuższą chwilę. – Po pierwsze, mogłeś poczekać, aż się rozwiedzie. Ja za mężatki ostatnio po pysku dostałem. A po drugie….- uśmiech rozpromienił jego twarz- To czemu się nie chwalisz?! – poklepał go po plecach- Musimy to oblać! Jimbo, jesteś moim idolem. Zaciągnąłeś Fionę do łóżka… No brawo!

-Zasadniczo to ona mnie zaciągnęła, ale to chyba już nie ma znaczenia…- odezwał się niepewnie

- Jimmy, chcąc z nami pić musisz spełnić jedną zasadę. – Paweł pchnął przyjaciela na fotel i podał drinka. – Wyciągnij ten kij z dupy, bo z tego co widzę, odrobinę cię uwiera!

-Inaczej mówiąc, wyluzuj! – Adam wtrącił – Jesteśmy po twojej stronie.

-Tak nie do końca… – Paddy odstawił szklankę. – Przespał się z laską, która ma męża…Nie do końca jest to ok.  - wygiął usta w podkówkę.

-A… kurwa, taki mąż! Widzisz co się porobiło! Kawał gnoja, nie mąż! Z Jimem będzie jej dobrze! -Iglesias spojrzał na Jima- Prawda?

-O ile nie będzie jak zawsze. Rozkocha a potem obieca, że zadzwoni i tyle go babka widziała!-Patrick mruczał pod nosem.

-Teraz jest inaczej, Paddy. – Jim przybrał poważny ton. – Jest inaczej…- zaczął krążyć po pokoju i oglądać zdjęcia na półkach.

- Fona jest dla ciebie taką samą laską, jak każda inna. U ciebie nie ma „inaczej” !- Paddy warknął.

- A może zejdziesz z niego, mój niewyrośnięty przyjacielu i dasz się bratu wytłumaczyć?-Paweł wtrącił.

-Właśnie… bracie. Wytłumacz się.

- Zakochuje się w niej… bardzo. – stał do nich tyłem, patrząc na zdjęcie Poli i Paddiego robione podczas wycieczki po lesie.

-Ha! I co, Padziku- Tadziku? Głupio ci?!- Paweł poklepał Paddiego po udzie i wstał do Jima. – Siadaj Kelly! Napijmy się za twoją… moment! Za nasze małe, wielkie miłości! A Paddy wypije za Polę, ostatecznie! – Puścił mu oczko.

- Co, tylko je nie mam za kogo pić?- Adam rozłożył ręce

-A doktorek?

-Mikołaj? Wpadł ci w oko? Tyyyyy zwierzaku! -Iglesias zmierzwił włosy Adama. – Tak kurde czułem, że on to twoja liga….To kiedy randka?

-Jak piekło zamarznie! Nie patrz tak na mnie! Stchórzyłem !

-Zaryzykuj! Może pójdzie ci tak łatwo jak Jimowi z Fioną! – Paddy zaśmiał się.

- O, albo Paddiemu z Polą! – Jimmy rzucił w brata poduszką

-O, dupa ci odżyła?

-Pewnie! Pastwicie się teraz nad małym…

-Nie kurwa małym! Wpraszam sobie!

- Nad… – Jim podrapał się po brodzie – Obywatelem kompaktowym…

-A wracając do ciebie, Adasiu mój kochany….Nie byłem w śpiączce, aż tak długo, żebym musiał uczyć cię od nowa jak się podrywa facetów.

-Uczyłeś go jak się podrywa… facetów?-wyluzowany Jim śmiał się na fotelu

-A co za różnica? Tak samo się bajeruje!-Iglesias wzruszył ramionami- A nad doktorkiem popracujemy ale za kilka dni bo teraz zaczynam być już pijany. – wyzerował szklankę whisky

- Słabą głowę masz, przyjacielu.

-Widzisz Jimbo, co szpitale robią z ludzi? Muszę teraz potrenować odrobinę. No artysta, polej!

Dwie godziny później i po trzech butelkach whisky pijani mężczyźni przysypiali na kanapie, tępo gapiąc się na telewizor. Paddy zasnął ze szklanką w dłoni jako pierwszy.

-Żałuje, że nie byłem na jego koncercie. – Iglesias spojrzał na śpiącego przyjaciela- Nie daruje sobie tego, że mnie z nim nie było.- beknął.

- Za dwa tygodnie gra następny, w Krakowie. – Jimmy mówił z zamkniętymi oczami.- Możemy świętować znowu, jakby to był jego pierwszy raz. – oboje z Pawłem prychnęli śmiechem.

-Adam, żyjesz?

-Co? Co? Studzienka otwarta! Trzeba zadzwonić!- bełkotał.

-Jaka studzienka? Co ty bredzisz?- Paweł próbował skupić się, patrząc na śpiącego Adama.

-Ta pod błękitnym jaworem! No a jaka?!- Adam westchnął i zapadł w głęboki, pijacki sen.

-Nawet nie próbuje tego zrozumieć.

 

 

b64f1fdc7d96795df697dbaf681d2686

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Patrick, otwórz! Ja tu umrę zaraz! Otwórz te cholerne drzwi!- Pola pukała do drzwi swojego mieszkania z czołem opartym o futrynę. W drugiej dłoni trzymała swoje buty i butelkę mineralnej. – Patrick, błagam cię! Bo się tu popłaczę! – łyknęła wody. Po kilku minutach drzwi powoli zaczęły się otwierać. Wynurzył się z nich zaspany Paddy.

-Czego się drzesz?! Co jest?

-Mieszkam tu podobno, mogę wejść? Nie mam kluczy.

-Ależ to światło głośne! – zasłaniając oczy i powłócząc nogami skierował się z powrotem do sypialni.

-Nawet mi nie mów. Myślałam, że umrę w taksówce! – idąc za Patrickiem zostawiała za sobą ślady ze swoich ubrań.

-Nie wypije już nigdy whisky! A już na pewno nie z twoim głupim przyjacielem i z moim jeszcze głupszym bratem! – Padł twarzą w poduszkę.

-Wina tez ci ostatecznie nie polecam! – położyła głowę na jego plecach.

 

 

Joseph-Gordon-Levitt-joseph-gordon-levitt-30704731-500-359

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Szefie! Dzwonił szef do urzędu czy gdzie tam miał szef dzwonić? Bo ta studzienka co to nie ma wieka to trochę strach! – mężczyzna z opadającymi spodniami malował ścianę.

-Dzwoniłem panie Karolu. Dzwoniłem. Ale wie pan jaki to kraj! Wszystko trwa! -Adam przeglądał faktury i zliczał koszty.

-Fajnie to wygląda! Ma pan pomysł. Moja żona to by nie wpadła na pomysł takich ścian!

- To może pan żonie coś podpowiedzieć. Do której dzisiaj robicie panie Karolu?

-A bedzie z dwie godziny jeszcze szefie! To pozamykamy! Pan sobie jedzie. Szef się nie martwi.

-Przyjadę za trzy.- wyszedł trzymając telefon z palcem nad ikonką „Mikołaj”. Wsiadł do auta i wziął głęboki. -Zadzwonie! Dam radę! No nie mogę być taka łajza! – przekładał telefon z reki do ręki. – Ale on jest taki śliczny! – oparł czołem o kierownicę. – Dobra, później zadzwonię! Wieczorem, po lampce wina. Tak, wtedy dam radę! Gorzej będzie jak mnie wyśmieje! – prychnął i ruszył przed siebie.

Minęły ponad trzy godziny i Adam wrócił do swojego remontowanego studia z naręczem próbek i i paletami kolorów. Siedział z kubkiem kawy i przyglądał się ścianom wyobrażając sobie jak to wszystko będzie wyglądać w efekcie końcowym. Czuł narastającą dumę. Traktował ten projekt, to studio jak swoje dziecko. Włożył w nie całe swoje oszczędności, zapał, energię i miłość. Jutro pokaże to wszystko Iglesiasowi. Czuł tremę i motylki w żołądku. Chciałby komuś jeszcze o tym opowiedzieć ale póki co nie ma na to odwagi. Na zewnątrz zapadał powoli wieczór wiec Adam zaczął zbierać się do domu. Zaparkował trochę dalej. Zebrał część pudeł i zaniósł do auta, pamiętając o studzience i skrupulatnie ją omijając. Pomyślał, że zabierze jeszcze pędzle i wałki do malowania sufitu bo już nie będą potrzebne. Wrócił się i przekładając przez bark długie kije zakończone wałkami umazanymi w farbie zaczął zamykać drzwi studia. Chowając klucze do kieszeni jednocześnie szukał tych od samochodu. Odwrócił się zamaszyście i nim się zorientował, wałki w kolorach pomarańczy, bieli i szarości wylądowały na twarzy jakiegoś przechodnia.

-No kurwa! Co jest! – mężczyzna zaczął krzyczeć! -Tak na ulicy?! W ludzi, farbą?!

-Cholera, przepraszam! Nic panu nie jest?!- Adam rzucił pędzle i podszedł do mężczyzny.-Wiedziałem, żeby kupić składane!

-No byłby to dobry pomysł. – mężczyzna wycierał rękawem farbę z oczu. Kiedy udało mu się dostatecznie je otworzyć zobaczył kto był jego napastnikiem. -Adam?! -Zrobił ogromne oczy.

57b5c69f557c1464a952a883a5a6a8ad

-Mikołaj?! Boże, przywaliłem ci z malarskiego wałka!- schował twarz w dłonie.

-Tak się odwdzięczasz za uratowanie Pawła? farbą w pysk?!

-Przecież wiesz, że niechcący! Wybacz, poważnie. – spojrzał na umazanego Mikołaja i zacisnął usta, powstrzymując się od śmiechu.

-Co?! Nie pasują mi takie kolory? To cię tak bawi?

-Pomarańczowy, to zdecydowanie nie twój kolor.

-Tak sądzisz?- ironizował.

-Chodź, umyjesz się, póki nie zaschła. -Adam otworzy drzwi studia i zapalił światło.

-Wow, co tu będzie? -Mikołaj rozejrzał się po pomieszczeniu.

-Moje studio. Zakład fryzjerski.- Adam mówił nieśmiało stojąc w drzwiach i nerwowo mierzwiąc w dłoniach klucze.

-Wygląda imponująco. Geje to jednak mają zmysł estetyczny! – puścił mu oczko i wyszedł do łazienki.

Adam dalej stał w drzwiach i nie wiedział co ma zrobić. Szybko wysłał wiadomość do Pawła: ” Mikołaj jest w studiu, nie pytaj jakim cudem. A ja stoje jak ten debil i nie wiem co robić! Ratuj!” po chwili poczuł wibracje: ” Bądź sobą a na pewno zakocha się na zabój!” -Toś mi kurwa doradził! -mruknął sam do siebie.

-Kiedy otwierasz? -Mikołaj wyszedł z łazienki wycierając twarz w papierowy ręcznik.

-Jak się uda, to za miesiąc.

-Zaprosisz mnie na otwarcie? – Zapytał wprost, patrząc mu prosto w oczy.

-Eee, no oczywiście…. będzie miło, jakbyś był.- spuścił wzrok na podłogę.

-Tak, faktycznie…. będzie miło. – Mikołaj nie umiał odczytać Adama. Ton mu odrobinę posmutniał- Szedłem do domu. Masz gdzieś zaparkowany samochód?

-Tak. Kilka metrów stąd.

-Odprowadzę cię i pójdę sobie dalej. -Mikołaj spojrzał na swoje buty. Oboje wyszli ze studia i powoli szli w kierunku zaparkowanego auta.

-Poważnie Mikołaj…. – odważył się spojrzeć mu w oczy. -Bardzo bym chciał, żebyś był na tym otwarciu. Czułbym się zaszczycony. – Idąc patrzyli sobie w oczy.

-Ale to dopiero za miesiąc…. A ja chciałbym cię…

-Mikołaj, studzienka! -Adam zdążył jedynie zawołać, kiedy Mikołaj zniknął mu z pola widzenia. -Mikołaj? Cholera! -zaczął wyciągać mężczyznę, który jedną nogą utknął w studzience kanalizacyjnej.

-Kurwa, co za dzień! Pomóż mi bo takiego szpagatu to nie zrobiłem od szkoły podstawowej! -oboje usiedli za chodniku i wybuchnęli spazmatycznym śmiechem.

-Nie wiem ile razy będę cię za to przepraszać! Chociaż to gówno, to nie moja wina! Może postawie ci piwo, żeby zadość uczynić? – Adam wycierał ze śmiechu łzy.

-A może dasz się zaprosić na kolację? Bez studzienek i wałków z farbą? – Mikołaj spojrzał na niego spod wachlarza gęstych rzęs.

- O ile nie założysz nic pomarańczowego. – Adam uniósł lekko kąciki ust.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 1 komentarz