69. Winter Wonderland

18446715_10158602091495394_350304945102245364_nNie mógł zasnąć. Czuł euforię, szczęście, podniecenie  i radość. Była 5 nad ranem, kiedy nie móc dłużej wytrzymać w łóżku, wstał, pocałował Polę w policzek i okrył ją czule ciepłą pościelą. Energia go roznosiła, chciał wykrzyczeć swoje szczęście. Zadzwonić do Jima, do Angelo, powiedzieć im, że będzie ojcem. To słowo brzmiało od kilku godzin w jego głowie. „Tata”. Nie zadzwoni. Za wcześnie. Dzień się jeszcze nie zaczął, Angi by go zabił o tak okrutnej godzinie. Zresztą, spojrzał na Polę, powinien z nią najpierw ustalić. Tak, poczeka aż sie obudzi. Uśmiechnął się sam do siebie i zabierając ubrania zamknął się w łazience. Od wczorajszego wieczoru wszystko stało się jakby prostsze, problemy błahe, przeszłość nieważna. Liczyła się tylko ona i dziecko. Jego rodzina….

-Rodzina… – spojrzał w swoje odbicie w lustrze. – Boże nie wierze! – uśmiech nie schodził mu z twarzy. Wszedł pod prysznic, nałożył szampon na włosy i myjąc głowę zamknął oczy. Poczuł paznokcie na swoim brzuchu. Położył swoje dłonie na jej rękach. Przesunęły się w górę i zatrzymały na jego torsie. Przytuliła się do jego pleców. Odwrócił się i zgarnął wodę z jej twarzy. Przymknęła oczy i wtuliła twarz w jego dłonie. – Kocham cię.

- Nie lubię budzić się sama. -Zarzuciła mu ramiona na szyję i czule pocałowała. Paddy rozchylił jej usta i całował jeszcze natarczywiej. Oparł ją zdecydowanie o ścianę kabiny prysznica. Dłonie spoczęły na namydlonych piersiach.

-Jesteś idealna- wyszeptał jej wprost do ucha.

-Pragnę cię. – jej dłoń zacisnęła się na jego gotowej męskości.

-Pola, nie mogę! – uświadomił coś sobie. Spojrzał jej w oczy i cicho dodał. – Kochałbym się z tobą nawet przez pół dnia ale jesteś w ciąży. Możliwe, że zagrożonej. Nie zrobię tego. Bałbym się, że zrobię wam jakąś krzywdę.

-Masz rację… – zamrugała szybko opanowując emocje.- Tak, wstrzymajmy się.-czule go pogłaskała-  Powiedziałeś… „wam”. – wzruszyła się.

-No wam…- klęknął przed nią pocałował dół jej brzucha, jednocześnie gładząc ciepłą dłonią miejsce, w którym mieściła się blizna. – Kocham was… teraz nic więcej się nie liczy.

 

Zjedli śniadanie, wypili kawę i kilka godzin później siedzieli już w samochodzie, jadąc w kierunku Paryża. Paddy mocno zwalniał przed każdą dziurą i wybojem na drodze. Pola cierpliwie przyglądała mu się znad gazety, którą czytała. Paddy mruczał pod nosem jakąś melodie nie zwracając uwagi na siedzącą obok kobietę. Kiedy przed kolejnym wybojem prawie się zatrzymał Pola nie wytrzymała.

-Możesz powiedzieć mi, co ty wyprawiasz? Chcesz do Manuela na święta dojechać w tym tempie?

- Boje się, że dziecko…

-Co? Że wypadnie?- powstrzymywała śmiech.

-Nie…. – zaczął nieśmiało – Raczej nie… no chcę być ostrożny.

-Ale przesadzasz… – wróciła do gazety. – Nie wypadnie. Możesz jeździć po wybojach normalnie. Gwarantuje ci, że nic ze mnie nie wypadnie. – pokiwała głową. – Mężczyźni…- dodała cicho. Po 40 minutach zatrzymali się aby zatankować.

-Polaaaa…..- Paddy przyniósł po kubku kawy ze stacji benzynowej. – Powiemy im?

-Nie wiem… myślałam o tym… – pogładziła jego policzek. Szybko ujął jej dłoń i ucałował. -Może póki co, im nie mówmy?

-Ale tak nikomu?-Paddy zdziwił się odrobinę.

-Albo wszystkim albo nikomu. -uniosła zaczepnie brwi. – A tak serio Paddy, poczekajmy do końca pierwszego trymestru. Wtedy powiesz wszystkim, dobrze?

-Boisz się?

-Jak cholera… – spoważniałą spuszczając wzrok. -Może być różnie. Trzeba myśleć realnie…-Na te słowa Paddy szybko wysiadł z samochodu, obszedł go, otworzył drzwi od strony Poli i wyciągnął ja na zewnątrz, zamykając w ramionach.

-Nie będzie różnie! Nic się nie stanie, słyszysz?- szeptał jej prosto do ucha. – Wszystko będzie dobrze. To jest nasze dziecko… i tak jak my nie podda się… i mocno będzie trzymać się życia! – nasunął puchaty kaptur na głowę kobiety. – Bo zmarzniesz… – uniósł kąciki ust. -Zrobimy wszystko, żeby pomóc tej małej istotce przyjść na świat. – poklepał Polę po czubku głowy mrużąc oczy. -Nawet jak miałbym stawać przed każdym wybojem.

-To dziecko z nudów urodzi się wcześniej. – wywróciła oczami. – Dobra, jedźmy do tego Manuela.

 

Poranny mróz dawał się Fione we znaki. Przeklinała pod nosem, że zapomniała schować auto do garażu i teraz czyściła zamarznięte szyby. Wypiła kilka łyków kawy, ogrzewając dłonie. Zapięła synom kurtki pod szyją, naciągnęła czapki na czoła i zawiozła do szkoły i przedszkola. Impreza świąteczna miała odbyć się za cztery dni. Nie odezwał się do niej, a to jeszcze pogłębiało jej kiepski nastrój. Filip dzwonił często pytając czy się zdecydowała. Spławiała go mówiąc, że da znać ale w razie czego niech szykuje sobie alternatywę. Czekała na Jima… mimo wszytsko. Chodź z dnia na dzień nadzieja w niej gasła… Docierało do niej, że to może już być koniec…. Jim pewnie pomyślał, że wróciła do męża…Pokiwała głową, odganiając od siebie złe myśli. Zaparkowała najblizej wejścia do marketu. chciała zrobić część zakupów na najbliższą imprezę. Krążyła z wózkiem między regałami, wrzucając co chwilę różne produkty potrzebne do zorganizowania spotkania. Powoli zaczynała nawet cieszyć się na tą imprezę. Wszyscy przyjaciele pod jednym dachem… mogłoby jej to pomóc. Tak, to będzie świetny wieczór. Trzymając paczkę kaszy rozejrzała się mimowolnie. Jej wzrok zatrzymał się na drobnej, ekstrawaganckiej blondynce. Kupowała sok. Fiona nie potrafiła sobie przypomnieć skąd ją zna. Twarz była jej znajoma…Nagle koło kobiety pojawił się mężczyzna. – Alex! Faktycznie, to Gwen!- zanim Fiona zdążyła sie schować, została zauważona i teraz para zmierzała w jej kierunku. Przeklnęła pod nosem. Nie miała ochoty na towarzyskie pogawędki, w ogóle na nic nie miała ochoty.

-Fiona! Dawno się nie widzieliśmy! Co tam u ciebie?

-Alex, Gwen! Wyśmienicie.

-Poważnie?- Alex pochylił się spoglądając Fione w oczy.

-No różnie jest ale… radzę sobie. – unikała tematu co szybko zauważyła Gwen.

-A po co ci tyle pierdół?- spojrzała na zawartość wózka.-Jakbyś imprezę robiła.

- Bo robię! – rozchmurzyła się i z wdzięcznością spojrzała na blondynkę.

-Przedświąteczną? Zapraszasz Filipa?- Alex nie przebierał w słowach.

-Alex…. kochanie… przynieś jeszcze wino… napijemy się wieczorem! – Gwen lekko popchnęła mężczyzną. – No idź już!- dodała stanowczo.

-Dziękuję.- zawinęła kosmyk za ucho.

-Faceci nie rozumieją pewnych rzeczy. – roześmiała się ukazując śnieżnobiałe zęby.

-Musimy już iść. Opiekunka zaraz będzie chciała iść do domu. – Alex pojawił się z butelką wina.

-A może przyjdziecie do mnie na tą imprezę? Będą wszyscy…może poza Filipem.

-Miło by było. Dziękuję. Nie widzieliśmy się z Dominiką od dawna, miło będzie się z nią spotkać. prawda? Alex?

-Albo z Jimem.- przyglądał się Fionie.

-O matko, jaki ty dzisiaj złośliwy jesteś! – Gwen nie wytrzymała.- Jak nie umiesz się zachować to siedź cicho! Cholera, głupie chłopy!- w sekundę zmieniła ton i spokojnie dodała -Fiona, bardzo chętnie przyjdziemy.

-Moi synowie zajmą się waszym synkiem, więc weźcie go ze sobą.- spojrzała na zegarek. -Przepraszam muszę już lecieć do pracy. Do zobaczenia. – posłała Gwen serdeczny uśmiech i udała się do kasy.

-Coś ty taki głupi?- warknęła na mężczyznę.

-A ty taka miła? Aż sztuczna! Jak nie ty!

-Nie zaprosiła by nas, jakbyśmy oboje zachowywali się jak ty! Dobrze byłoby dowiedzieć się co i jak. Będzie alkohol, języki im się rozwiążą… dobrze było by być tam wtedy…

-Ja chyba już jestem zmęczony tym wszystkim. – szli w kierunku wyjścia.- Może czas się wycofać… Myślałaś o tym?

-Tak. Ale zmieniłam zdanie. teraz nie mogę doczekać się jak wrócę do służby na pełen etat. Tylko…- pocałowała delikatnie Alexa -… przedszkole muszę dobre znaleźć.

-Bo jak nie będzie dobre to je wysadzisz w powietrze? – wsiadali do samochodu.

-Jak ty mnie znasz.- zaśmiała się.

 

 

 

Dojechali pod hotel. Inny niż mieli w planach. Ten był lepszy, bardziej luksusowy. Mimo wielu protestom Poli, Paddy uparł się. Twierdził, że ona zasługuje na najlepsze warunki i nie będzie patrzeć na cenę.

9fee51ca14baf4b6ce2a17fb57b7dba4

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pokój był duży, nowoczesny, składający się z kilku pomieszczeń. Mleczno- biała pościel gładko spoczywała na łóżku, przyozdobiona złotymi czekoladkami. Zanurzyła się w wannie pełnej piany, oparła głowę o zwinięty, biały ręcznik i przymknęła oczy delektując się kąpielą.

-Wiem, że mnie podglądasz.- otworzyła jedno oko zerkając na podpierającego szafkę Patricka.

-Nie mogę się napatrzeć…wyglądasz tak… promiennie. Bije od ciebie jakiś taki blask… -uniósł brwi zawadiacko. – No i dawno nie widziałem  cię nago.

-A dasz mi się chociaż wykąpać w spokoju? – uśmiechała się.

-Zaraz… – usiadł na brzegu wanny i pocałował ją delikatnie – Idziemy na spacer i na obiad? Paryż zimą jest zachwycający.

-A Manuel?

-Pojedziemy jutro z samego rana. Już do niego dzwoniłem. – głupkowaty uśmiech zagościł na jego twarzy.

-Paddy….

-Tak, no już idę.Już no… – machnął dłońmi. – Nie spiesz się.

-Nie mam zamiaru.

Przebrał się. Założył jeansy, zapiął skórzany pasek, założył czarny sweter na szarą koszulę. Rozdzwonił się telefon Patricka, szybko odebrał popijając sok pomarańczowy.

-Witaj bracie! Zapomniałeś o nas?

-Padd, musimy pogadać.- mówił cicho, poważnie. – Ja chyba wariuje i popełniam największe głupstwo w swoim życiu.

-Co jest Jim? Mów…

-Ja ją kocham, Pad… kurwa mać!

-Fionę?

-Nie, twoją Polę! Oczywiście,że Fionę!

-Nie będziemy maglować tego tematu w kółko Jimbo! Ty doskonale wiesz, co powinieneś zrobić!

-Ale…

-Ale Filipem się nie przejmuj! Fiona czeka, aż się do niej odezwiesz w końcu, ty skończony głupku!

-Skąd wiesz to wszystko? Nie ma cię w Polsce!

-Jim… Jimbo…bracie ty mój niejedyny… zdradzę ci sekret… kobiety ze sobą rozmawiają… dużo rozmawiają. Czasami aż za dużo. Pola z Fioną rozmawiały aż do granicy francuskiej. Nadziwić się nie mogę, że można tyle rozmawiać! Nigdy nie zrozumiem kobiet…

-Staryyyy ale jakoś od tematu odbiegasz wiesz?- Jim wszedł w słowo.

-A fakt, wybacz. Za trzy dni jest ta impreza Fiony. Przyjdź na nią.

-No nie wiem… tyle czasu mnie nie było przy niej…wyrzuci mnie.

-To przyjdź dwie godziny wcześniej. I zacznij w końcu zachowywać się jak facet! No wiesz… nie? Wiesz Jim przecież! Czy zapomniałeś?- zaśmiał się

-A kopnąć cię w ten twój świętoszkowaty tyłek?

- A kopnij! Ja mam dobre życie i ułożone! – pomyślał o swoim szczęściu.- Możesz kopać!

-Zachowujesz się jak głupek! Ale rację masz…

-Cieszę się, że pomogłem bracie mój…

-Jak powiesz, że mnie kochasz to zacznę się bać!

-Kocham cię Jimbooo! – roześmiał się na całe gardło i rozłączył się.

 

 

4

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Jadą… za niedługo będą…- Artur stał z rękami w kieszeniach spodni.

-Może powinieneś iść? Nie powinni cię widzieć. Jeszcze nie teraz.- Manuel stał obok przyjaciela. Spoglądali przez duże okno na ostatnim piętrze.

-Wiem. Spokojnie. Zaraz wyjdę. Patrick i tak mnie nie pozna. -Spuścił wzrok. – Chciałbym ją zobaczyć.

-Opowiem ci jaka jest…

-Piękna… Tak wiem, Manuelu.

-Cała matka…  -Manuel z westchnieniem pokiwał głową.

-Na mnie już pora.- Artur poklepał Manuela po plecach i szybkim krokiem oddalił się w kierunku schodów. Zapiął czarny płaszcz, postawił kołnierz i szybkim krokiem przeszedł zaśnieżony dziedziniec. Wsiadł do czarnego BMW, opuścił szybę i wziął głęboki oddech aby powstrzymać duszności, które męczyły go coraz częściej. Przejechali bramę, za którą znajdowało się zwężenie do jednego pasa. Kierowca Artura zjechał na pobocze, puszczając nadjeżdżający z naprzeciwka samochód. Tknęło go nieprzyjemne przeczucie i szybko nacisnął przycisk podnoszenia szyby.

 

 

-Pola spakuj rzeczy, dojeżdżamy.

-Fajnie, że kupiliśmy prezent Manuelowi i Wiktorowi. Choć nie wiem czy przyjmą. -Sięgnęła na tylne siedzenie zbierając pakunki.

-Przyjmą! Kto nie lubi prezentów. -Paddy przyspieszył odrobinę widząc ustępujące mu miejsce auto. Minął go odrobinę wolniej gdyż zbliżał się do bramy wjazdowej. Mimowolnie spojrzał w bok.  Zobaczył je. Błękitne, prawie przezroczyste, puste i jakby martwe oczy… widział już je… dawno temu. Były przerażające, wrócił wyobraźnią do wizji na łące… tamten mężczyzna… krew na kołnierzyku… te oczy. To one! Przerażenie zacisnęło gardło Patricka

-Paddy, uważaj! – Pola krzyknęła, czym sprowadziła Paddiego z powrotem.-Boże!- zaprała się o deskę rozdzielczą. Paddy wyhamował gwałtownie wpadając w poślizg. Samochód  zrobił półkole po drodze i stanął w poprzek, kilka centymetrów od ściany drzew.

-Chryste, Pola! – wybiegł z samochodu, otworzył drzwi i w histerii głaskał przerażoną kobietę, sprawdzając czy wszystko w porządku. – Nic ci nie jest?! Coś ci się stało? Coś cię boli?! Boże, dziecko! – krzyczał.

-Uspokój się, nic mi nie jest. – próbowała wyrównać oddech- Przestraszyłam się. Już jest dobrze!

-Ale dziecko! Coś czujesz? Coś cię boli?-dalej krzyczał

-Paddy!- ujęła jego przerażoną twarz w dłonie.- Spójrz na mnie. Nic mi nie jest. Oddychaj. Nic się nie stało.

-Ale mogło. – uspokajał się. – To nie powinno się już nigdy zdarzyć!

-Co się stało? Straciłeś panowanie nad autem. Jechałeś prosto w  drzewa.

-Nie nic. Zamyśliłem się po prostu. – skłamał.

-To zamyślaj się ale nie na oblodzonej drodze! Wsiadaj i jedziemy! Zimno się robi. A Manuel pewnie już czeka.

 

 

 

 

e98e8054850f608dc47bcaeff2cf07a7Dzień świątecznej imprezy nadszedł bardzo szybko. Dla Fiony odrobinę za szybko. Mama wzięła chłopców na cały dzień do siebie aby ona mogła w spokoju wszystko przygotować. Cały dom przystrajała od samego rana. Chciała zająć czymś myśli i dać dzieciom jak najwięcej z tych świąt. Założyła kurtkę z futrzanym kapturem i wyszła na zewnątrz podłączyć ostatnie lampki. Zmierzch zapadał już bardzo szybko, zapalone lampki w złotym kolorze, rozwieszone na drzewach i ozdabiające igliwie nad drzwiami tworzyły przepiękny widok rozświetlając otaczający ją mrok. Pociągnęła zmarzniętym nosem i spojrzała w niebo, z którego leniwie spływały maleńkie płatki srebrnego śniegu. Stała tak chwilę pozwalając sobie na kilka łez nostalgii, tęsknoty i wzruszenia a przede wszystkim uczucia osamotnienia. Nie mogła nic zrobić, nie odezwał się, nie oddzwonił. Może powinna dać swoim dzieciom jeszcze jedno szczęście, święta z tatą? Ta myśl z minuty na minutę dojrzewała w niej coraz bardziej. Spędzi z Filipem Wigilie, nacieszy oczy radością synów a potem wróci do szarej rzeczywistości. Z tą myślą nalała sobie grzanego wina pachnącego goździkami, kardamonem i korą cynamonu. Na ramiona narzuciła szary pled i na kilka minut usiadła przed kominkiem, patrząc bezmyślnie w ogień. Z apatii wyrwał ją dzwonek telefonu. Do przyjścia przyjaciół miała jeszcze około 2 godziny więc zdziwiona sięgnęła po aparat. Dzwonił Filip.

-No cześć. – powiedziała cicho, smutno.

- Hej. jesteś sama?

-Dlaczego pytasz?

-Za dwa dni Wigilia. Ustalimy to w końcu? Mogę do was przyjść? Jeden dzień, odpuść mi, proszę. Tęsknie za chłopcami… za tobą.- dodał cicho.

-Filip, nie pomagasz.

-Fiona błagam cię. To są też moje dzieci. Chyba mam do nich prawo.

-Masz do nich prawo, rozumiem to. – siedziała na kanapie, dalej patrząc w ogień. Odpowiadała bez emocji, nie czuła ich.

-No to chyba nie stanie się nic strasznego jeśli spędzisz ze mną jeden wieczór. Przez wzgląd na stare czasy.

-Nie takie stare, nie przesadzaj….- skubała nitkę wystającą z koca. -… Dobra Filip. Masz rację, chłopcy tęsknią za tobą. Faktycznie będzie to dla nich dobre jeśli spędzisz z nami Wigilię. Ale przyjdź na samą Wigilię. Nie chcę cie mieć w domu na czas przygotowań.

-Dziękuję! Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy! Jestem ci bardzo wdzięczny, zobaczysz będzie miło, jak za dawnych lat. – śmiał się do telefonu. Ona milczała- Bardzo się cieszę i bardzo ci dziękuję! Kocham cię Fiona…- na kilka sekund oboje zamilkli.

-O czym marzysz, Fiona?- usłyszała męski głos za swoimi plecami. Powoli odwróciła głowę. Stał tuż nad nią, szczęki mu pulsowały. Powoli sięgnął po telefon i jednym gestem przerwał połączenie. Nie spuszczał wzroku z kobiety siedzącej przed kominkiem. – O czym marzysz Fiona?- powtórzył. Wpatrywała się w jego szare oczy, kropelki roztopionego śniegu tworzące we włosach małe diamenciki połyskujące od blasku ognia. Kilkudniowy zarost na policzkach, który pogłębiał dodatkowo jego zmęczone oblicze.

-Żeby być kochaną nie za coś a mimo wszystko… – odpowiedziała bez namysłu.

- Mimo przeszłości?- obszedł kanapę i kucnął przed nią tak by spojrzeć jej w oczy.

-Nie zmienię jej.- wykręcała nerwowo palce dłoni. -Nie było cię…

-Wiem. – ujął jej dłoń.

-Powiesz mi dlaczego?

-Nie. – pocałował czule jej dłoń. -Ale mogę coś ci obiecać. – pomógł jej wstać i ujął w pasie przytulając do siebie. – Nawet jeśli Filip był twoją pierwszą miłością i spędziłaś z nim tyle lat to ja będę twoją ostatnią, przy której się zestarzejesz a ja dalej będę czuł to samo trzepotanie serca gdy teraz trzymam cię w ramionach. – szeptał jej prosto do ucha lekko kiwając się na boki.-I nawet jeśli miałoby to potrwać długi czas to zaczekam na ciebie… – pocałował delikatnie jej ucho. – Teraz nigdzie się nie wybieram, już zawsze będę… nie za coś a mimo wszystko… I pamiętaj, to ja będę twoją ostatnią miłością.

-Jim… ja…- nie skończyła. Zamknął jej usta pocałunkiem.

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 2 komentarzy

68.You represent my heart

dfc73bc4c86b12e16bdf2a38cf1aa6bb

Do Rostock dojechali popołudniu. Cały zespół i reszta postanowili odświeżyć się, odpocząć i spotkać na późnym obiedzie w pobliskiej restauracji. Następnego dnia z samego rana planowali rozkładać sprzęt i zrobić ostatnią próbę a wieczorem koncert. Pod hotelem czekała niewielka grupka fanów. Kiedy Paddy podszedł do nich przywitały go brawa. Skutecznie skupił na sobie uwagę i Will pomógł Poli przedostać się do budynku w miarę niezauważonym. Przy samym wejściu do hotelu minęła ich grupka kobiet. Jedna szturchnęła nieznacznie Polę i cicho dodała -Nie masz nic takiego w sobie co on mógłby pokochać. – kobiety dołączyły do wesołej grupy ustawionej wokół Paddiego. Pola chwilę stała zszokowana. Will chwycił ją pod ramię i pociągnął do środka.

-Nie przejmuj się. Zawsze znajdzie się jakaś wariatka. Gorzej mówią, wierz mi.. – wywrócił oczami.- Czasami nawet grożą!

-Co to za kobiety?!

-Z obsesją. Nic nie poradzisz ale tak jak mówiłem, nie przejmuj się. Paddy jest z tobą i poradzicie sobie z takimi kobietami, wcześniej czy później odpuszczą. Chodź, zaprowadzę cię do waszego pokoju. To na zewnątrz trochę potrwa.

-Czekaj, pomogę wam! – koło nich pojawił się Christian. – Uciekłem im! – wyszeptał konspiracyjnie.

-Jak sobie z tym radzisz?- Pola zapytała muzyka, kiedy szli za Willem długim korytarzem.

-A co tu jest do radzenia! To już nie są napalone nastolatki, tylko w miarę zrównoważone kobiety, nie rzucają się pod koła. – spojrzał ciepło na Polę. – No może niektóre!- puścił jej oczko. Podeszli pod drzwi pokoju. – Baw się tym Pola. Musisz przywyknąć, jeśli chcesz być z muzykiem. I zrób to jak najszybciej. A najlepiej, ciesz się! Tyle kobiet chce przelecieć ci faceta…. – odszedł w ciemny korytarz.- Żyć nie umierać! – rozłożył ręce na boki. – Do zobaczenia na obiedzie!

Rzuciła na łóżko przyniesioną wcześniej walizkę. Wyciągnęła kosmetyki, bieliznę i ubrania na zmianę. Telefon i laptopa podłączyła do ładowarki. Zamknęła się w łazience i odkręciła ciepły prysznic.Niedbale umyła ciało i włosy, bardziej rozkoszując się przyjemnym, ciepłym masażem kropel wody. Stanęła przed lustrem oglądając swoje wychudzone, mizerne ciało. Obojczyki zaczęły wystawać jeszcze bardziej, piersi zmalały o jeden rozmiar, brzuch zapadał się pod żebrami. Westchnęła i otuliła się białym, puszystym hotelowym szlafrokiem. Zawiązała ciasny supeł w pasie, przeczesała włosy i wyszła do pokoju po suszarkę do włosów. Podskoczyła zaskoczona. Na fotelu, w rogu pokoju siedział Paddy. W milczeniu przyglądał jej się, podpierając dłonią skroń. Zmrużył oczy, zacisnął szczęki. Podeszła bliżej. Jego dłoń dotknęła jej kolana,palcem subtelnie musnął jej skórę. Zobaczył na jej udzie kropeczki gęsiej skórki, uniósł kąciki ust z satysfakcją. Jego ciepła dłoń przesunęła się po udzie coraz wyżej, gładząc miękką skórę. Jej oddech przyspieszył, przymknęła oczy lekko pochylając się do przodu. Dotarł do krągłości jej pośladków, na których zacisnął dłoń. Jej ciało, okryte szlafrokiem, lekko mokre, miękkie i pachnące działało na Patricka tak mocno, że ledwo panował nad sobą. Przymknął oczy, odchylił głowę do tyłu, odsłaniając nagą szyję otoczoną siateczką pulsujących żył. Przełożył dłoń,która teraz spoczywała na jej kobiecości. Wstrząsnął nią potężny dreszcz rozkoszy. Pieścił ją coraz śmielej, natarczywiej. Pochyliła się nad nim opierając dłonie o zagłówek fotela. Jęknęła wypuszczając gorące powietrze w zagłębienie za jego uchem. Mruknął ogarnięty podnieceniem. Drugą dłonią zacisnął wokół paska szlafroka i pociągnął, sadzając Polę na swoich biodrach. Objął ją w pasie i przycisnął do siebie. Gładkie, miękkie cudowne usta unosiły go na wyżyny rozkoszy. Rozchylił rozwiązany szlafrok odsłaniając jej piękne ciało. Odchyliła się do tyłu wyginając się w przepiękny łuk. Jego dłoń muskała bladą skórę jej szyi, zatrzymując się na zaokrąglonych piersiach aby spocząć na jej przyozdobionym brzuchu. Wyprostowała się, chwyciła go za kark i patrząc prosto w jego czarne oczy pozwoliła w siebie wejść. Unosiła się rytmicznie mieszając jego oddech ze swoim. Przyspieszyła, zaciskając palce we włosach Patricka.Delikatnie odchyliła jego głowę jednocześnie całując zarys jego szczęki. Zacisnął dłonie na jej pośladkach,napierając i przyspieszając rytm. Jęknęła jeszcze raz, gardłowo, wbijając paznokcie w jego plecy. Czuł nadchodzącą falę spełnienia. Całym swoim ciałem przytulił ją do siebie, musnął jej szyję, uniósł biodra. W tej jednej chwili tworzyli jedność. Czuł ją w każdej sekundzie, w każdej chwili, w każdym kawałku swojego ciała. Zacisnął szczęki, spojrzał w jej piękne, duże, zielone oczy i jęknął ostatni raz. Kropelki potu spłynęły po jego skroni.

-Kocham cię. -gładziła jego policzek.

-Też cię kocham. -Pocałował delikatnie jej usta. -Na zawsze…

 

 

 

-Pamiętaj, nie po twarzy! Ja nią zarabiam! – Iglesias wiązał rękawice bokserskie.

- I poważnie zabrałeś mnie na boks?Wierzyć się nie chce!

-Olałem pracę dla ciebie Kelly, więc nie jęcz! Chcesz pogadać?- Paweł wszedł na ring.

-Model, bokser?! Największe zaskoczenie ostatniego czasu!- spojrzał na Iglesiasa i spoważniał – Chyba faktycznie dobrze mi to zrobi. – Jim również wszedł na ring. Chwilę skakali wokół siebie i próbując się, najpierw delikatnie uderzali bardziej poszturchując się.

-Gadaj! Paddy?  Żona?- w kierunku Jima poleciał mocniejszy cios.

-Fiona! – Jim wyprowadził kontratak.

-Widziałem, warcząca Fiona nie jest miłym widokiem! – kolejne uderzenie w Jima.

-Tylko, że ja…. -uderzył- … nie wiem o co jej chodzi!

-Kobiety ciężko zrozumieć.A Fionę to już tym bardziej! Jeszcze tego nie wiesz?- opadł na sznury ograniczające ring.

-Powiedziała, że zaprosiła tego dupka na święta! Kurwa, rozumiesz coś z tego?!- Jim z podwójną siłą wyprowadził kilka ciosów. -A ja powiedziałem, że ją kocham!

-Że co zrobiłeś?Pojebało cię?!

-Ale co?- wytarł pot z czoła.

-Po co jej dokładasz kolejnych emocji?!

-No bo tak czuje Iglesias!

-Za jakiś czas też tak będziesz czuł! Mogłeś się wstrzymać, niech się kretyna pozbędzie!

-Chyba słabo jej idzie, skoro zaprasza go na święta!

-Nie zaprosiła!!

-Co? – Jim zmarszczył brwi i opuścił gardę na sekundę przed ciosem Iglesiasa.

-Cholera! Jim, przepraszam stary!

-Podbiłeś mi oko! Poważnie, kurwa?!- spojrzeli na siebie i oboje spoceni w mokrych koszulkach z rękawicami na dłoniach, wybuchli głośnym śmiechem i opadli na środek ringu.

-Teraz będziesz wyglądać jak zakapior! Więcej kasy dostaniesz na to oko, jak będziesz grać na ulicy.-Iglesias leżał na podłodze i dyszał.

-Zamknij się! – Jim kopnął Pawła w pośladki. – Chyba wole piwo niż ten boks! – oddychał głęboko sapiąc. – Jak to go nie zaprosiła?! Tak mi powiedziała!

-Wiesz, że kobiety kłamią? Dociera to do ciebie?!

-Po co? Po cholerę mnie okłamała!

-Nie wiem, może boi się twojej rodziny w święta?- Iglesias usiadł i spojrzał na łupiącego na niego Jima.- Co się tak głupio gapisz?- mierzyli się wzrokiem dobrą chwilę. -No nie pieprz, że jej nie poprosiłeś o spędzenie świąt z tobą?

-Jakoś nie zdążyłem…

-Kurwa, Jimbo!

-Chciałem to zrobić! A ona wtedy wyskoczyła z tym durniem Filipem! Honorem się uniosłem!

-Ty i twój głupi honor! – rzucił w niego rękawicą – Kretyn!

-Czemu ona mi nie mówi takich rzeczy?! To chyba oczywiste.

-W życiu Fiony nic teraz nie jest oczywiste! Kobiety patrzą na to inaczej.Nic nie jest czarne i białe, tylko zajebiście wielki, pieprzony wachlarz cholernej szarości! Fiona ma kryzys zaufania. Dopiero co była z mężem tyle lat, który ją zdradził. Święta to czas rodzinny a ona pewnie myśli o dzieciach….

-Gadasz jak Paddy.

-No bo nie da się inaczej o tym gadać Jim. Zostawisz dziewczynki w święta?

-Oczywiście, że nie. I tak mocno za nimi tęsknię.

-Widzisz… Fiona też nie. Ona dodatkowo chciałaby, żeby tata był z nimi. A zaprosił ją Filip a nie odwrotnie. – wymienili spojrzenia. -Dominika mi powiedziała.

-I co teraz? Mam ją porwać do Kolonii?- pociągnął łyk wody.

-Nie możesz wygadać, że wiesz o jej oszustwie! Bo wsypiesz Dominikę… no i mnie! Ehhh kurwa!- opadł na podłogę. – Idź Jim do niej, powiedz co czujesz i jakbyś chciał. Powiedz jej, że cokolwiek zrobi będziesz ją wspierać. I przełknij dumę. Jeśli czuje do ciebie to samo to kopnie Filipa w zad. Nic więcej nie możesz zrobić.

-Mogę odejść i to olać! – -opadł obok Iglesiasa.

-Nie, nie możesz… nie potrafiłbyś!

-Masz rację. Nie potrafiłbym! – przybili sobie „żółwika” – oko mi puchnie.

-Zasłużyłeś!

 

NIEMCY 3 TYGODNIE PÓŹNIEJ

stylowi_pl_uroda_piekna-mila-kunis_6861090

Zamówili pyszny obiad w małej, kameralnej restauracji. Zajęli stolik w samym rogu i poprosili o uszanowanie ich prywatności. Niemiecka trasa właśnie dobiegała końca. Zamówili butelkę szampana, postanawiając uczcić kolejny sukces. Pola towarzyszyła Paddiemu przy każdej możliwej okazji. Zdarzyło jej się nawet rozdać  kilka autografów, co przyznała, strasznie ją peszyło. Niemieckie gazety pisały krótkie wzmianki o Patricku, jego partnerce, z którą podróżuje i planowanych koncertach a także o nowym albumie, który Paddy ma w planach nagrywać lada moment. Nie odwiedzili rodziny Kelly podczas tej trasy. Nie chcieli wcześniej przyjeżdżać. Postanowili, że odwiedzą ich dopiero w święta. Dzisiaj miał odbyć się ostatni koncert z tej mini trasy. Następnego dnia planowali jechać do Francji, odwiedzić Manuela. Reszta zespołu wracała na czas świąt do swoich bliskich. Zaplanowali po nowym roku intensywną pracę nad nowym albumem Patricka.

Teraz oboje cieszyli się sobą, pysznym jedzeniem i wyśmienitym szampanem. Pola z dnia na dzień czuła się coraz lepiej. Sporadycznie miewała mdłości, a co za tym idzie, zaczęła przybierać na wadze. Widok jej uśmiechniętej, rozpromienionej, szczęśliwej cieszył oczy Paddiego. Rozkwitała przy nim. Teraz siedziała przy stole zajadając się frytkami i pieczoną kaczką, wyglądem przypominała beztroską dziewczynkę a nie kobietę po tak ogromnych przejściach.

-Myślisz, że Jim w końcu się odezwie? – Pola wkładała sobie do ust kolejną frytkę.

-Pewnie tak… jest uparty ale do czasu. Odpuści.

-Długo już. Trzy tygodnie nie ma z nią kontaktu. Kiedy z nim rozmawiałeś?

-Przedwczoraj ale kazał mi się nie wtrącać i że to nie moja sprawa. – wypił kilka łyków szampana. – I wiesz co? Ma rację. To nie  nasza sprawa.

-On jest twoim bratem ona moją przyjaciółką. To jest nasza sprawa.

-No ale oni sami muszą się dogadać Pola. Prawda jest taka, ze  jedno i drugie uparte i głupie jak but! Ale nie to mnie zastanawia…

-A co?

-Myślisz, że ona faktycznie spędzi te święta z Filipem, u niej, u nich w domu? – zastanowił się chwilę. – Chyba powinienem powiedzieć u niej… czy u nich… Cholera, rozwiodła by się już!

-Po nowym roku ma rozprawę. Dalej nie poprosił jej o spędzenie razem świąt?Powinni być razem…

-Dalej siedzi cicho…. baran! A tak ją kocha.

-Kocha?

- Przecież to widać! Jim nigdy nie był taki miękki. Jak jakaś kobieta robiła mu problemy to odwracał się na pięcie i tyle go widziała… do Fiony wraca… i sądzę, że tym razem też wróci.

-A może nie chce wchodzić między Fione a jej dzieci z ojcem…- podpierała głowę.

-Eee, Jim nie jest aż tak szlachetny. Jak kocha Fionę to nie będzie zwracał uwagi na Filipa i sytuację. – roześmiał się. – musiała nieźle mu nagadać, że obraził się na tak długi czas. Nie przejmuj się. Czuję, że w te święta będziesz mieć przyjaciółkę obok siebie. Nasze zdrowie!-uniósł kieliszek szampana.

-Obyś miał rację. – stuknęła szkłem wypełnionym szampanem. -Nasze…

-Zagram dzisiaj „Here to stay”. Zapowiedz nowego albumu. – wzruszył ramionami.- Taka promocja.

-Pierwszy kawałek jaki napisałeś do tej płyty….

-W zasadzie to trzeci…Pierwszy kawałek zacząłem pisać w pociągu jak podróżowałem z Francji..- odpłynął do tamtych wspomnień.- A skończyłem już w Polsce. Zaczynałem swoje nowe życie… nie wiedziałem nic i nie miałem nic poza nadzieją… Tak napisałem „Shake Away”. Potem zobaczyłem ciebie…- pocałował jej dłoń.

17523371_1249218005132834_428762664923645881_n

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

- I wtedy powstało….

-”Rose of Jericho”. – uśmiechnął się. -Pamiętam do tej pory jak oblałaś się kawą, przeklinałaś pod nosem…

-Nie przypominaj mi! Najbardziej pechowy dzień ostatniego czasu. – sama zaczęła się śmiać

-Pamiętam jak wtedy pierwszy raz spojrzałaś mi w oczy… zatopiłem się w nich i tak tonę do teraz…

-To jest tak cudowne, że aż nie do uwierzenia!

-A „here to stay” napisałem jak… – spuścił wzrok na stojący przed nim talerz- Jak starałem się abyś mi zaufała… Jak jeszcze nie wiedziałem o tobie tych… – spojrzał na nią i zmarszczył brwi.- Co jest? Zbladłaś.

-Odrobinę mi niedobrze. Wybacz…

-Nie ma czego, nie wygłupiaj się.

-Ty tak pięknie mówisz a ja… przepraszam. – wstała i szybkim krokiem wyszła do toalety.

Został sam. Zamyślony spojrzał na otaczający go świat. Nie zauważył dwóch kobiet nieśmiało stojących koło niego. Delikatnie uśmiechając się, przeprosiły, że przeszkadzają ale skoro został sam, to czy one mogłyby poprosić o autograf i ewentualnie zdjęcie? Paddy przybrał wyćwiczony uśmiech i wesołą, sztuczną minę. Potrafił robić to na zawołanie. Całe życie ćwiczył tą umiejętność. Teraz było odrobinę trudniej, martwił się o Polę. Już przecież czuła się dobrze. Znowu będą przechodzić to wszystko od nowa? Bał się.

Drzwi toalety trzasnęły i na sali pojawiła się Pola. Paddy bardzo szybko pożegnał swoje dwie fanki i odsunął krzesło siadającej kobiecie.

-Wszystko dobrze? – zapytał z troską.

-Teraz już tak.- wypiła kilka łyków wody. -Jedzmy. -powiedziała cicho, nie wdając się w szczegóły.

-Jesteś pewna?- Paddy przyglądał jej się badawczo. – Sądziłem, że mamy to już…

-Ja też. Ale nie psujmy sobie wyjątkowego popołudnia…. Za kilka godzin grasz ostatni koncert. Reszta może poczekać do jutra.- uśmiechnęła się jakby sztucznie. Paddy podejrzewał, że Pola po prostu martwi się i mocno stara się to przed nim ukryć.

 

 

Miała dość. Ponad dwa tygodnie nie odezwał się do niej.Nie odbierał telefonu, nie odpisywał na wiadomości. Za tydzień miała być impreza, którą Fiona wyprawiała dla przyjaciół co roku. Wszyscy wtedy gotowali, ubierali choinkę a w garażu w tajemnicy przed chłopcami, zawsze ktoś pakował prezenty. Nie chciała tak przeżywać tego wieczoru. Martwiąc się o niego, o nich. Bać się, że już odpuścił, że już nie jest jej…Zaparkowała niedbale pod budynkiem, w którymi mieściło się mieszkanie Jima. Z mieszanką złości, strachu, tęsknoty i resztą pomniejszych emocji wbiegła na odpowiednie piętro. Z całej siły zaczęła pięściami uderzać w drzwi. Odpowiedziała jej cisza. Z mieszkania nie dochodziły żadne dzwięki.

08462bfb7c42bf3d5e3fbf317a9ba322

-Jim cholera otwórz! Musisz ze mną porozmawiać! – uderzyła jeszcze raz w pięścią i oparła czoło o chłodne, gładkie drewno. – kurwa mać… – warknęła pod nosem i bez siły usiadła na wycieraczkę, opierając się o drzwi. – Życie ze mną jest ciężkie… – mówiła cicho bawiąc się złotą bransoletką na nadgarstku. -… Mam przeszłość, dzieci, męża… bardzo bym chciała nikogo nie krzywdzić. Postąpić dobrze, żeby każdy był szczęśliwy. Nie zależy mi na Filipie… – zamknęła oczy. – Od dawna mi nie zależało. Byliśmy ze sobą chyba jedynie z przyzwyczajenia po tylu latach i chyba zapomnieliśmy, że można żyć inaczej, lepiej. Niekoniecznie razem. A ty…. powodujesz, że znowu się uśmiecham. Dzięki tobie przechodzę to wszystko z podniesionym czołem i dla ciebie wstaje codziennie rano. Jesteś mężczyzną o którym myślę przed zaśnięciem i po przebudzeniu…. – uderzyła pięścią. – I cholernie tęsknię za tobą!- głos jej się załamał. – Nie zaprosiłam Filipa na święta. On to zrobił, dla dobra dzieci! Ja bardzo chciałam spędzić jej z tobą i wiedzieć, że to co jest między nami jest poważne! Ciebie nie ma a ja gadam do ściany…- westchnęła naciskając guzik windy.W tym samym momencie sąsiednie drzwi otworzyły się i pojawiła się w nich starsza pani.

-Szuka pani tego muzyka co tu pomieszkuje?

-Tak. Widziała go pani?- Fiona poczuła przypływ nadziei.

-Nie. Od kilku dni nikogo tu nie było…

-Tego się obawiałam…. dziękuję pani. -dodała smutno i weszła do windy, zjeżdżając na dół.

Słyszał wszystko. Siedział na schodach piętro niżej. Oczy mu zaszkliły, bardzo za nią tęsknił.

 

 

Podzielili się. Paddy od godziny przebywał w klubie, gdzie miał odbyć się kolejny koncert, szykując wszystko i starając się dopilnować każdego szczegółu. Pola została w pokoju hotelowym. Przyjechać miała na pół godziny przed koncertem. Wyszła spod prysznica i szykowała ubrania na ten wieczór. Chciała założyć czarne obcisłe spodnie, sztyblety, obcisłą białą bluzkę i skórzaną kurtkę. Włosy rozpuściła i wyprostowała. Zapięła na plecach biustonosz i poczuła dziwny ucisk w piersiach. Poprawiła bieliznę jeszcze raz, próbując dopasować ją do swojego ciała. Dostała wiadomość od Willa czekającego na dole. Szybko chwyciła torbę, telefon i wybiegła z pokoju. Weszli do klubu od zaplecza i od razu skierowali się za kulisy.

-Jesteś! – Paddy zamknął ją w swoich ramionach mocno całując. -Tęskniłem.

-Nie przesadzajcie. -Will wywracał oczami.- Nie widzieliście się raptem chwilę! Ja za żadną z żon tak nie tęskniłem.

-Dlatego miałeś ich kilka! -Paddy roześmiał się. Był zrelaksowany i szczęśliwy. Pocałował Polę w czubek głowy i pogładził jej włosy. – Bądź tu jak skończę.

-Nigdzie się nie wybieram. -pocałowała go. – Zaśpiewaj ten nowy kawałek.

-Taki mamy plan. Wiesz gdzie będę myślami śpiewając go? W tamtej chwili….

-Wiem…ale to już za nami. Połamania nóg!

-Mówi się rąk! -Will stanął za Polą, kiedy Paddy pobiegł na scenę.

-Nie Will… nóg… nie wymądrzaj się. – dała mu kuksańca w bok.

Koncert przebiegał planowo. Żarty Patricka były trafione, interakcja z publicznością, radość i okrzyki. Wszystko było cudowne. Obserwowała go, jaki jest pewny siebie, charyzmatyczny, jak bardzo była z niego dumna. Zachwycał ją w każdej sekundzie coraz bardziej. Śmiała się serdecznie kiedy Basti z Christianem toczyli gitarowy pojedynek a między nimi jako sekundant stał Paddy. Will podał jej kubek wody i oboje obserwowali kończący się powoli koncert. Pola lekko przesunęła się i zobaczyła w pierwszym rzędzie, po prawej stronie, kobietę w zaawansowanej ciąży bawiącej się i skaczącej w najlepsze. Przez kilka minut Pola zachwycona obserwowała tą beztroskę. Fakty zaczęły składać się w jedną całość. Spojrzała jeszcze raz na kobietę… na kubek z wodą w swojej dłoni… na wystające ramiączko biustonosza… Oczy rozszerzyły się do wielkości spodków… odłożyła kubek, chwyciła Willa za kurtkę i przyciągnęła do siebie.

-Wiedziałem, że na mnie lecisz!

-Will, jedz do apteki. – mówiła szybko, cicho. – Ja nie mogę bo mnie zobaczą. Jedz natychmiast. Kup test ciążowy.

-Co mam ci kupić? Test…

-Ciszej cholera! – warknęła.

-Nie możesz jutro?

-Nie. Nie doczekam się. Jedz najszybciej jak możesz!- zobaczyła jego minę.- Jedz i nie denerwuj potencjalnej ciężarnej!

-Dobra! – tupnął nogą. – Ale na drugie dacie mu Will.- wyszedł szybko z klubu. Pola nalała sobie kolejny kubek wody i starając się opanować nerwy i podniecenie. Paddy co jakiś czas zerkał na nią upewniając się, że dalej tam jest i czeka. Po 15 minutach, kiedy koncert dobiegał końca i Paddy zapowiadał nowy kawałek z płyty, którą mają właśnie nagrywać, Will pojawił się za kulisami z papierową torbą. Pola niewiele myśląc chwyciła ją i uciekła do łazienki.

Paddy zerknął w miejsce gdzie powinna być. Nie było jej. Will jedynie wzruszył ramionami. Zaczął swój kawałek. Zamknął oczy i przeniósł się do początku swojej miłości. Co chwilę zerkał czy wróciła. Dalej jej nie było. Czuł lekki niepokój…

Zamknęła się w toalecie. Na kolanach rozpakowała test i całe rozerwane  opakowanie wrzuciła do torebki. Czuła jak pęcherz powoli zaczyna wygrywać więc trzęsącymi dłońmi rozerwała folię i wykonała wszystkie czynności jak nakazuje instrukcja. Usiadła na toalecie z malutkim pudełeczkiem na kolanach. Objęła głowę dłońmi i kiwając się do przodu powtarzała.

-Błagam Panie Boże…. błagam! Boże…. błagam… dwie kreski… błagam. O nic więcej nie proszę. Tylko o to. Daj nam dziecko… daj mu dziecko. Błagam…. proszę.- Te trzy minuty dłużyły się Poli w nieskończoność. Otworzyła oczy i zamarła wpatrując się w pudełeczko. Pojawiła się jedna kreska…- poczuła smutek i żal, który rozrywał ją od środka.- Znowu nic… – już miała wyrzucić test do kosza. Zerknęła jeszcze raz ze smutkiem. Nieśmiało obok różowej kreski zaczynała pojawiać się niebieska. Poczuła zalewającą ją falę gorąca. -Nie wierzę! Boże, nie wierzę! – spojrzała jeszcze raz. Druga kreska dumnie już malowała się na kawałku papierka. Łzy szczęścia zalały twarz Poli. Nie panowała nad sobą. Drżącą dłoń zacisnęła na teście i ocierając łzy wyszła z toalety. Wróciła na miejsce gdzie stała cały koncert. Paddy kończył „here to stay”, spojrzał w jej oczy, zobaczył że płacze ze szczęścia. Nie bardzo rozumiał. Pożegnał się z fanami i zerknął na zawartość trzymaną w dłoni kobiety. Musiał szybko zejść ze sceny na której już zaczął się śmiać.  Pomachał widowni i pobiegł do niej. Bez słowa zamknął ją w ramionach i uniósł okręcając wokół siebie.

-Powiedz, że to prawda! Powiedz proszę, że jesteś w ciąży! – rozpłakał się  ujmując w dłonie jej twarz. Nie mogła wykrztusić słowa. Pokiwała głową, wciskając w jego dłoń test. -Dwie kreski. Jesteś w ciąży! Boże, będę ojcem! – ich pocałunki mieszały się ze słonością ich łez. -Kocham cię! Kocham cię tak bardzo mocno! Boże, będziemy mieć dziecko! Dziękuję, dziękuję! – śmiał się, płakał, całował ją i głaskał po głowie.

-Będziemy rodzicami… teraz wszystko będzie dobrze! – tyle potrafiła z siebie wydusić. Wzruszenie zaciskało jej gardło.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 3 komentarzy

67. Time after time

FRANCJA

Po spowiedzi, której udzielał, przytłoczony swoimi myślami, zamknął się w niewielkim pokoju. Umył twarz, dłonie, zmienił ubranie. Mokrymi dłońmi przeczesał przerzedzone siwe włosy i długą chwilę przyglądał się swojemu odbiciu w lustrze. Nie był aż tak stary ale czuł się już mocno zmęczony życiem. Od dawna pokutował za swoje grzechy, nie miał jednak poczucia, że Bóg mu wybaczył. Gdzieś w głębi duszy wiedział doskonale, że tych dawnych czasów już z siebie nie zmyje. Mógł jedynie czynić dobro i ratować inne dusze… i tak robił. Młody mężczyzna cicho zapukał, wyrywając go z zamyślenia i wspomnień.

-Ojcze Manuelu…Artur przyszedł.

-Oczywiście, już idę. Dziękuję. – ucieszył się. Wizyty jego przyjaciela zawsze sprawiały mu radość. Założył grubo pleciony sweter, kaszkiet i wyszedł na dziedziniec. Artur jak zawsze prawie niewidoczny, siedział na ławce. Ubrany na czarno stapiał się z otoczeniem pozbawionych liści krzewów i drzew. -Gdybym nie wiedział, że tu będziesz siedzieć pewnie do teraz stałbym na środku rozglądając się za tobą. Całe życie zastanawiało mnie, jak ty to robisz….

-Jak człowiek bardzo chce być niewidoczny to tak się właśnie stanie. – oczy roześmiały mu się ciepłym blaskiem.- A naprawdę Leon mnie tego nauczył.-poklepał przyjaciela po kolanie i z westchnieniem wstał.

18199251_1785731355089011_6464337982618705100_n

-Gdzie idziesz?- Manuel krzyknął za nim.

-20 lat czekam, aż w końcu ograsz mnie w szachy… – odwrócił sie do przyjaciela – Może dzisiaj ci się uda. Rusz się! – spacerując przeszli do ciepłego, przytulnego pomieszczenia. Przy filiżankach herbaty przysiedli nad partyjką gry.

-Jak Pierre?- Manuel ruszył skoczkiem.

-Bardzo dobrze. Ma doświadczenie. Przy Łukaszu uczy się cierpliwości i ogłady.Za niedługo jadę do Polski… Mam sprawy. – Artur mówił skupiony, lekko zaniepokojony.

-Czym się zamartwiasz?

-A czym nie, mój drogi… – jego, otoczone siateczką zmarszczek, oczy koloru jasnego błękitu, wyrażały smutek połączony ze strachem…

-Martwisz się o nią…

-Poradzi sobie… – ruszył królową- Edmund dobrze ją wychował…-dalej trzymał w dłoni drewnianą figurkę, przyglądając się jej z zamyśleniem. – Pamiętam jak ją zobaczyłem…. pierwszy raz….

-Pamiętam jak zgłupiałeś przez nią….

-Anna…- Artur westchnął i odłożył figurkę na szachownicę.

-Nie mogłeś jej uratować.- Manuel sięgnął po łyk ciepłej herbaty

-Mogłem.- Artur mówił spokojnie, cicho.- Po prostu nie chciałem zobaczyć tego co Leon próbował mi powiedzieć.

-A ja do teraz nie uważam, że była psych…- spojrzał na zaciśnięte szczęki przyjaciela- … chora. Wybacz.

-Leon chciał ją uratować, nie posłuchałem, wywiozłem ją.- masował swoje pomarszczone czoło.- Byłem zazdrosny…ślepy.

-Kochałeś głupcze!

-Ostatni raz w życiu. – uśmiechnął się ciepło do swoich wspomnień. – Była piękna, ulotna, dobra. Inna niż my… niż ja. Jej śmierć była bezsensowna… – spuścił głowę.

-To była jej decyzja, Artur. -położył dłoń na ramieniu przyjaciela- Postanowiła sie zabić… nic nie mogłeś…

POLSKA.

Pola z Paddym biegali po mieszkaniu pakując ostatnie rzeczy do dużych walizek. Pola przechadzała się po pomieszczeniach wyłączając wszystko z prądu i sprawdzając pozamykane okna. Paddy wyszedł zanieś bagaże do auta. Przez chwilę została sama. Chciała się czegoś obawiać, czuć strach… cokolwiek co by ją powstrzymywało. Tak już miała, długie lata trzymała swój strach w ryzach, obłaskawiała swojego demona. którego nosiła w sobie. Teraz nie czuła nic poza spokojem, bezpieczeństwem i szczęściem.

ab5db9b1dbeb109ce5f26988478537a7

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Gotowa? -Paddy stał przed nią, wyciągając z uśmiechem dłoń. -Coś się stało?- spojrzała na niego, zatapiając się w granacie jego oczu. Znała na pamięć każdą jego zmarszczkę. Pamiętała każdy jego ciepły i czuły dotyk. Każdą jego walkę o nią… o jej zaufanie… Jego upór w dążeniu do celu. Kochała go całym sercem. Bez niego… nie istniałaby.

-Absolutnie nic. – wstała i głaszcząc jego policzek delikatnie go pocałowała. Odsunęła się po chwili- kocham cię. – badała każdą złotą iskierkę w jego oczach.

-Skarbie też cię kocham. Nad życie nawet, ale teraz chodź już po się spóźnimy. – pociągnął jej dłoń i szybko wyszli zamykając za sobą drzwi.

Pod studiem wszyscy na nich czekali. Postanowili jechać dwoma autami. W jednym jechał cały zespół i Will a w drugim Paddy z Polą. Chcieli po skończonej trasie pojechać jeszcze do Francji do Manuela, stąd taka decyzja. Teraz pod studiem dodatkowo czekała cała grupa przyjaciół. Uściskom i pożegnaniom nie było końca.

-Uważaj na siebie kochana! – Fiona ściskała Polę. – I róbcie tego dzieciaka, ciotką bym została!

-Ja machnę dziecko Dominice to zostaniesz ciotką zrzędo! Odsuń się! -Iglesias delikatnie odsunął kobietę od przyjaciółki, zajmując jej miejsce. -Dbaj o siebie mała! I dzwoń do mnie dużo i często!- pocałował jej usta.

-Ej, jedziemy tam gdzie cywilizacja już dotarła więc będzie z nami kontakt! -Paddy wyrywał się z uścisku Adama.

-Jako niesamowicie przystojny kardiolog…- Mikołaj położył dłoń na swojej piersi-…mogę jedynie polecić mało alkoholu i używek. I dużo seksu bo to krążenie pobudza…

-Cicho już bądź! – Adam zasłonił mężczyźnie usta- A czy my się jakoś umawiamy?

-Właśnie, kiedy przewidujecie powrót?-Dominika odciągnęła Adama od Mikołaja. – Daj mu oddychać… bo świąt nie będzie w tym roku!

- Wrócimy przed świętami.

-Na naszą imprezę będziecie, prawda?- Fiona z nadzieją patrzyła na Polę.

-Oczywiście. Kto ci kolędy będzie śpiewać? -Pola wzruszyła ramionami.

-Mam nadzieję, że nie mówiłaś o sobie?-Paddy objął Polę ramieniem. -Ona strasznie fałszuje!

-To nam będziesz Kelly przygrywać. -Fiona ścisnęła Patricka.

-Rozmawiałaś z Jimem o świętach?- wyszeptał jej prosto do ucha.

-Jeszcze nie.

-Teraz masz szansę. -pocałował Fionę w policzek.- Przeżyjcie bez nas, jeśli to nie problem?! – krzyknął do wszystkich.

c9ab712546c0ba674be617d949fec8c2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Jedz już! -Jim machnął ręką. – Do zobaczenia u Angelo na święta! – po tym zdaniu w kilka sekund ciszy Pola z Fioną wymieniły znaczące spojrzenia. Paddy lekko ścisnął Polę dalej uśmiechając się do reszty.

-Jedziemy! -Will krzyknął przez okno samochodu.

-Jedziemy. Trzymajcie się kochani. -pomachali, wsiedli do auta i odjechali.

 

-A my co?-Iglesias odezwał się kiedy dwa auta zniknęły za rogiem.

-Ja muszę jechać do pracy. -Fiona szybko wsiadła do auta. – Do zobaczenia. – odjechała.

-A tej co?- Paweł wskazał na Fionę.

-Ja chyba podejrzewam. – Jim poklepał Pawła po plecach i również odjechał.

-Jedziemy na zakupy. Wieczorem muszę być w pracy.-Dominika pomachała reszcie i razem z Pawłem również odjechali.

-Jedziemy do mnie? Zrobimy jakiś obiad? Czy coś? -Adam zwrócił się do Mikołaja.

-Wolałbym „czy coś”… – uniósł kąciki ust.

-No to kupmy wino i jedziemy do mnie. -również odjechali zostawiając parking przed studiem kompletnie pusty.

 

 

392c7d8379d8017245830025cf63e27b

Szybko przekroczyła próg biura projektowego i stukając szpilkami weszła do swojego pokoju, mijając bez słowa uchylone drzwi gabinetu Filipa, który pracował pochylony nad projektem. Ściągnęła marynarkę rzucając ja na małą sofę w rogu pokoju. Usiadła za biurkiem i z westchnieniem ulgi pozbyła się niebotycznie wysokich butów, rozpuściła włosy, które kaskadą opadły na jej ramiona. Oparła czoło o chłodne dłonie, zamknęła oczy i próbowała zebrać myśli. Do świąt zostało jeszcze trochę czasu… podświadomie liczyła na Jima. Czasami jednak docierały do niej wspomnienia z czasów, kiedy byli razem, całą rodziną. Chłopcy byli tacy szczęśliwi. Otworzyła oczy i zobaczyła kilka mokrych kropel na blacie biurka. Kciukiem szybko wytarła łzy. Złożyła na zgrabną kupkę rozłożone  poprzedniego dnia dokumenty, przeszła cały gabinet, otworzyła obszerną szufladę i wyciągnęła teczkę aby schować papiery. Usłyszała za sobą trzask klamki i zamykające się drzwi.

- Filip, nie mam teraz ochoty na rozmowy z tobą! -wycierała kolejną łzę. Upewniwszy się, że po płaczu nie ma śladu, odwróciła się. Tuż za nią stał Jim.

-Co się stało, Fiona? Chciał jej dotknąć ale cofnął dłoń. Nie był pewien czy powinien.

-Co ty tu robisz? Za ścianą siedzi mój jeszcze mąż!-syknęła. Jego twarz napięła się w sekundę

-Ale ja do cholery nie mam wypisane na czole, że z tobą sypiam!- zobaczył jak na te słowa twarz Fiony tężeje a szczęki zaczynają jej pulsować.

-Że ze mną sypiasz?! Tylko ze mną sypiasz?- wysyczała przez zęby. -Wynoś się!

-Nie o to mi chodziło. Źle się wyraziłem. Poczekaj!- uniósł dłonie do góry.

-Bardzo dobrze się wyraziłeś!Przecież my tylko ze sobą sypiamy! A teraz wyjdź!- odeszła krok gdy nagle Jim chwycił jej nadgarstek.

-Uspokoisz się?!

-Puść mnie! – zbliżyła twarz do jego ust i patrząc mu w oczy dodała. – Natychmiast. – puścił ją. -Po co przyszedłeś?

-Odniosłem wrażenie, że pod studiem powiedziałem coś co spowodowało… – pokazał na Fionę – To co właśnie oglądam.

-Mylisz się. -usiadła za biurkiem.

-Powiedziałem – usiadł naprzeciwko. – … mówiłem do Paddiego że spotkamy się u Angelo na Wigilii…. – zmrużył oczy. -O to chodzi?

-Przeceniasz się! – zacisnęła usta. – Ja mam już plany.

-Tak? Oświecisz minie?- skrzyżował ręce na piersi.

-Zaprosiłam Filipa na Wigilie… – spuściła wzrok. – chłopcy się ucieszą. – kłamiąc nie potrafiła spojrzeć mu w oczy.

-Ach tak…- Jim zacisnął pięści.

-Dokładnie… właśnie tak. – wytrzymała jego spojrzenie. Bez słowa wstał i kiedy stał już w drzwiach dodał sam do siebie, jednak na tyle głośno aby Fiona słyszała.

-Mam tego dość! Powodzenia z mężulkiem! Może tym razem cię nie zdradzi! – trzasnął drzwiami.

-Kurwa mać!- Rzuciła w drzwi kubkiem, który trafił Filipa w udo.

-Umyj a nie trzaskaj!

-Wynoś się Filip! Jak Boga kocham, wyjdź bo cię kurwa zabije a potem wykastruję! Już!- warczała. Filip natychmiast wyszedł.- Zwariuje tu zaraz!- zacisnęła dłonie na swoich włosach.

 

 

 

Dwóch mężczyzn spacerowało po małym markecie, niedaleko domu Adama.W ich koszyku co chwilę lądowało coś nowego.Rozmawiali o swoich rodzinach, o szkołach jakie skończyli i o swoim dzieciństwie.

-Ty miałeś łatwiej. We fryzjerstwie współczynnik występowania gejów jest dużo większy niż na medycynie. Chociaż… i u nas znalazło się kilka.

-Ciężko miałeś? Pewnie nie dawali ci żyć.

-Właściwie to nie. – zamyślił się. – Od samego początku nie zachowywałem się jak typowa, i dodam, że cholernie nie lubię tego określenia, ciota.

-Mianowicie?- Adam wrzucił do koszyka kostkę mozzarelli.

-Jak wypijesz z nimi może wódki, głośno bekniesz, podrapiesz się po tyłku a najlepiej jak uda ci się któregoś przebić w siłowaniu na ręce, to wtedy jesteś swój chłop. Akceptują cię w momencie.

-Tak po prostu?

-O ile zachowujesz się bardzo męsko… pomidory weźmiemy…. faceci boją się takich jak my. Oni myślą, że my kierujemy się tylko pociągiem fizycznym a myślimy penisami. – podeszli do stoiska z mięsem i wędliną. -Neandertalczycy! Przecież ja nie chcę każdego podrywać. Ludzie są uprzedzeni.

-Filet z kurczaka poprosimy i pół kilko żywieckiej suchej. -Adam uśmiechnął się do starszej, grubszej ekspedientki. – Na czym stanęliśmy?

-Że myślimy penisami. – Mikołaj spojrzał na zszokowaną sprzedawczynię. – Ale nie my… spokojnie! – uśmiechnął się czarująco. Wiesz ile miałem przypadków, że ludzie przepisywali się do innego lekarza po dowiedzeniu się o mojej orientacji?Tak jakby te dłonie zrobiły komuś coś brudnego, zbereźnego.

-Heterycy robią gorsze rzeczy.

-Otóż to!- Mikołaj wrzucił do koszyka mięso i wędlinę. – Coś ci udowodnię.-zwrócił się do otyłej sprzedawczyni. -Jakby pani padła teraz tutaj na zawał to czy chciałaby pani… życzyła sobie, teraz ma pani wybór podkreślam, żeby ratował panią rasowy gej?

-Słucham?

-No gej! Pedał! Pedzio! Człowiek homoseksualny!

-Oczywiście, że nie! Jeszcze bym co złapała, zaraziła się! A idź pan z tą zarazą!-machnęła otyłą dłonią.

-Jak miło! – Mikołaj uśmiechnął się szyderczo. – Otyłość, gromadzenie wody w kończynach świadcząca o niewydolności krążeniowej, nadciśnienie i domyślam się piękna miażdżyca… zawał murowany! Cóż, moja droga, do zobaczenia na kardiologi! Sądzę, że niebawem. – puścił jej oczko, objął ramieniem Adama i odeszli, zostawiając kobietę z lekko opadniętą szczęką.

-Podziwiam cię. I nie dlatego, że jesteś najprzystojniejszym facetem, jakiego w życiu widziałem ale dlatego że jesteś tak cholernie mądry, pewny siebie i opanowany.

-Kręci cię to? To będę pogłębiać wiedzę!- uniósł uroczo kąciki ust

-Nie, bo zrobi się miedzy nami przepaść nie do przeskoczenia!

-Jesteś tak samo mądry! Który facet otworzyłby coś takiego i już w pierwszym tygodniu odnotował taki zysk! Poza tym władza dodaje ci uroku… a to bardzo podniecające.

Weszli do budynku żartując między sobą i obejmując się. Przed wejściem do mieszkania Adam pocałował Mikołaja, pogłaskał kciukiem jego lekko rozchylone usta przyglądając mu się ciepło. Otworzył drzwi i weszli do kuchni odkładając torby z zakupami na kuchenny blat.

-Kawy? – Adam sięgnął po kubki do szafki, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. – Wstaw wodę i nasyp kawy. Otworzę.

-Jasne! – Mikołaj złapał Adama za rękę, przyciągnął i namiętnie pocałował. -To gdzie ta kawa?

-Co? A tak!Szafka po prawej! – krzyknął podchodząc do drzwi. Otworzył- Mama? Tata?- Z jego twarzy natychmiast zniknął uśmiech.-Co wy tu robicie?- oczy robiły mu się coraz większe.

-Po pierwsze, dzień dobry Adamie! A po drugie… – matka westchnęła – czy my musimy dowiadywać się, że otworzyłeś studio z gazet?

-I przyjechaliście abym to potwierdził? Mam się chwalić?

-Może na początek wpuścisz nas do środka? – zza mamy wychylił się ojciec.

-To nie jest najlepszy moment…- Adam z zakłopotaniem podrapał się po głowie. -Nie jestem sam.- Na te słowa z kuchni wychylił się Mikołaj, przerzucając sobie ręcznik kuchenny przez ramię.

-Witam państwa. – w pierwszym momencie uśmiechnął się ale zobaczywszy minę Adama, spoważniał w kilka chwil.- Niezręczny moment… to może ja wrócę, skąd przyszedłem… – odwrócił się w stronę kuchni.

-A może wrócisz dosłownie skąd przyszedłeś?! Ze swojego brudnego świata zamiast deprawować naszego syna?

0d47f32529c4c0ba0b4216bc819ba774

 

-Że co proszę?- Mikołaj natychmiast odwrócił się z lekko otwartymi ustami.

-Teraz jestem waszym synem? Dopiero co zmykaliście przede mną drzwi, nie chcąc mnie znać, teraz próbujecie wyrzucić mojego gościa….- rodzice weszli do przedpokoju zamykając za sobą drzwi od mieszkania.

-Jaki twój gość?! Dewiant jak cała reszta tego syfu! – ojciec podniósł głos – wynoś się i daj porozmawiać z naszym synem w cztery oczy!

-On nigdzie nie wyjdzie! A ja jestem częścią tego syfu, jak to nazwałeś! – Adam wytrzymał spojrzenie ojca. Mikołaj stanął z zaciekawioną miną tuż za jego plecami.

-Postanowiliśmy, że pójdziesz na terapię. Wyleczymy cię z tego całego pedalstwa! -matka poprawiała kolorową chustę wokół szyi.

-Pedalstwa, dobre! – Mikołaj prychnął śmiechem. -Nie sądziłem, że masz aż tak źle z nimi Adam.

-Masz nas słuchać! To, że zarabiasz i robisz karierę nie znaczy że wiesz co jest dla ciebie najlepsze!

-Ojciec ma rację! Już wystarczy! Nie możesz dalej być…. taki! – Matka wskazała na mężczyzn z obrzydzeniem

-Kiedy ja właśnie jestem taki! Nie potraficie tego zaakceptować?! Nie robię nikomu krzywdy, do cholery!!-Adam krzyczał a do oczy napłynęły mu łzy.

-Zawiodłeś mnie! Na całej linii jestem tobą rozczarowany… – z oczu ojca ciskały gromy – …i tak, brzydzę się tobą! Nie będę mieć syna cioty!

-Nie zmienię się. – szeptał. – Taki właśnie jestem…taki się urodziłem. Inni mnie akceptują, akceptują jego…- splótł palce z dłonią Mikołaja- wy jedni nie potraficie…

-Nigdy nie będziesz mieć dzieci… nie będę mieć wnuków! No bo jak… dwóch chłopów!

-Twój żelazny argument! Dzieci… – spuścił głowę. – Całe życie marzyłem, że w końcu zaakceptujecie mnie chociaż odrobinę. Z biegiem lat utwierdzam się w przekonaniu, że tak  nigdy się nie stanie. Zawsze będę dla was jedynie zwykłą ciotą a nie waszym synem…. bo nim jestem czy chcecie tego czy nie! Cokolwiek bym nie zrobił, jak bardzo bym się nie starał i jak wielki odniósłbym sukces, was to i tak nie obchodzi…. nie widzicie tego! I chyba czas spojrzeć prawdzie w oczy… nie zobaczycie tego nigdy. Ja dla was nie istnieję.- z oczy Adama poleciały ogromne łzy- Dla niego owszem… – ścisnął mocniej Mikołaja dłoń- … istnieję właśnie taki, jaki jestem! Ten facet jest najmądrzejszym, najwspanialszym człowiekiem jakiego w życiu spotkałem! Jest mądry, wykształcony i nieprawdopodobnie dobry! – spojrzał matce głęboko w oczy. – Ale wy i tak macie w dupie to, że jestem niesamowicie szczęśliwy! I sam sięgnąłem po to wszystko… od was mam jedynie zło i pogardę… więc chyba…

650f9e868172ace24c083c7eeaa4e46d

-Co chcesz powiedzieć?! – Ojciec warknął

-Adam chce powiedzieć, że powinniście państwo wyjść. Sugerowałbym jak najszybciej. – położył dłoń na ramieniu płaczącego Adama.

- Wychodzimy. Nic tu po nas! – Matka obróciła się i z zadartym do góry nosem wyszła z mieszkania a chwilę po niej również ojciec. Moment stali w ciszy patrząc bezmyślnie na zamknięte drzwi. Adam jeszcze próbował zahamować emocje, które jednak wzięły górę.

-Cholera! – jego ciałem wstrząsnął potężny dreszcz i pochylił się do przodu chowając twarz w dłoniach.

-Ciii… Cicho już! Już po krzyku… – Mikołaj zamknął go w swoich ramionach. – Oddychaj. Cicho… – głaskał go po włosach. – Starzy z piekła rodem! Przykro mi. – ścisnął go jeszcze mocniej.

 

 

 

Nie miał do kogo pojechać. Każdy poddałby go ocenie. Nie tego potrzebował a uspokojenia się. Wygadania. Nie będzie dzwonił do Paddiego. Pewnie jeszcze nie zdążył wyjechać z Polski, nie mógł znowu zawracać mu głowy. Do głowy przyszła mu jedyna osoba, która mogła w razie czego dać mu po pysku.

-W agencji modelek to mnie kurwa jeszcze nie widzieli. – spojrzał na swoje ubranie. Poprawił kurtkę w kolorze zgniłej zieleni, ściągnął czapkę i w lusterku poprawił włosy, ze schowka wyciągnął miętowe gumy. – No dobra, idziemy!- wszedł do nowoczesnego holu. Miła, drobna blondynka z zamontowaną słuchawką na uchu uśmiechała się sztucznie.

-Witam pana. W czym mogę pomóc.

-Szukam kogoś….

-A kogo? – przerwała mu.

-Przyjaciela… eee… mały wypadek w rodzinie. Paweł Skolan. Można go jakoś namierzyć?

-Oczywiście. – kobieta wstukała kilka danych w komputer. – Pan Skolan ma teraz sesję, studio 3. Zaprowadzić pana?

-Skoro jest pani tak miła to poproszę. -Po chwili Jimmy został wprowadzony do ciemnego, dużego pomieszczenia. Wokół kręciło się mnóstwo osób, zmieniali tła za plecami Iglesiasa. Młoda kobieta podeszła do mężczyzny z aparatem w ręce, szepnęła coś na ucho.

-Paweł, ktoś do ciebie! Chyba ważne! Coś w rodzinie! – mężczyzna krzyknął i Paweł rzucił się w kierunku Jima.

-Co jest? Dominika? Coś się stało z Polą? Gadaj Kelly!

-Co? A nie nic! Pogadać muszę! Pilne ale nic się nie stało. – wymienili znaczące spojrzenia.

-Dostaniesz po pysku za to. – wysyczał mu prosto do ucha. – Muszę wyjść! – krzyknął do reszty- Moja babcia miała wypadek, jest w szpitalu. Muszę jechać!- szarpnął Jima za kurtkę. – Będę jutro z samego rana. Niech Amber skończy moją sesję!- poklepał Jima po plecach – Chodź póki nie zmienię zdania! Mam nawet pomysł gdzie pójdziemy!

-Tak? Zaskocz mnie?

-Mówiłem, że dostaniesz po pysku. A skoro chcesz pogadać to idziemy… – uniósł brwi. – Na ring!

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | Skomentuj

66. Ares Qui

Krople listopadowego deszczu toczyły na szybie samobójczy wyścig, łącząc się w coraz większe, aż zanikały zlewając się w niewielką kałuże na parapecie. Był późny poranek, kiedy otworzył powoli oczy spoglądając na sufit. Bał się spojrzeć obok. Lekko wyciągnął dłoń i dotknął jej aksamitnych pleców. Wciągnął powietrze do płuc, wdychając zapach jej perfum. Była tu z nim… w jego łóżku… Nie przyśniło mu się. Szara pościel zakrywała jedynie jej pośladki tworząc przepiękny widok, na który Jim mógłby patrzeć godzinami. Spała, spokojnie oddychając. Zauważył, że lekko drży więc okrył jej nagie ciało, lekko przyciskając do siebie.  Odwróciła się i wtuliła twarz w jego szyje. Ujął  dłoń i pocałował jej wnętrze.Mógł tak trwać do końca świata a nawet o jeden dzień dłużej. Kciukiem delikatnie drażnił skórę na jej ramieniu do momentu, kiedy głośno wypuściła powietrze odrobinę  się przy tym uśmiechając. Pogłaskała go po policzku i złożyła na jego ustach mały pocałunek.

-Witaj…cudowna noc… – przeciągnęła się lekko ziewając

-Lepszy od minionej nocy jest ten poranek. – położyła głowę na jego piersi.-Rzadko mam cię na całą noc… łącznie z porankiem. -Całował każdy palec jej dłoni. -Jakie cuda potrafią te dłonie!

-Nie wspomnę o innych częściach ciała!- wybuchnęła śmiechem, kiedy Jim zanurzył głowę pod kołdrę, całując jej rozgrzany brzuch i pieszcząc jej ciało. -Nie masz dość?

-Nigdy chyba nie będę miał dość! – zamruczał zaczepnie wystawiając głowę spod pościeli. Romantyczną chwilę przerwał im sygnał telefonu Fiony. Mimowolnie Jim zerknął na leżący obok niego aparat. Dzwonił Filip. Zacisnął szczeki i podał Fionie. – Zostawić was samych? – wysyczał.

-Jim, rozmawialiśmy już o tym! Panuj nad sobą! – wywróciła oczami – Halo?! – powiedziała niezbyt przyjemnie.

-Fiona? Jadę do domu z chłopakami. Będę za jakieś 15 minut. Jesteś?

-Ee… nie ma mnie… – zaczęła się jąkać. – Jestem u….- spojrzała na Jima. -Jestem u Paddiego… to znaczy u Poli! Oczywiście, że u Poli!

- A za ile będziesz w domu?

-Czemu ja ci się w ogóle spowiadam co?! – oprzytomniała- Nie twoja sprawa gdzie jestem i za ile będę! – najeżyła się.

-Dzieci ci zostawiam, więc jest to dosyć istotne, kiedy będziesz. Nie pytam gdzie jesteś i z kim spędziłaś noc… – zamilknął na chwilę, wypuścił z wysiłkiem powietrze i dodał spokojnie.- Koniec listopada… Ustalmy, co robimy ze świętami. – odchrząknął. – Dzieci mam z tyłu na siedzeniu…. nie mogę tak przy nich… no wiesz…

-Tak, jasne, rozumiem….Zaczekaj w domu, porozmawiamy. Do zobaczenia! – rozłączyła się i spojrzała na wpatrującego się w nią Jima. – Nie patrz tak na mnie! Muszę iść!

-No oczywiście! Mąż wzywa!-usiadł na łóżku

-Jim cholera! – ścisnęła jego policzki- Nie mąż a dzieci! Gdyby jechał sam to niech zgnije na schodach czekając na mnie ale przywozi chłopaków a one same w domu nie zostaną!- zaczęła zakładać bieliznę.

-Czemu nie powiedziałaś, że jesteś u mnie… ze mną?

-Poważnie pytasz? Przecież ja się jeszcze nie rozwiodłam! – zobaczyła smutek w jego oczach – Jim, kochanie…- usiadła na brzegu łóżka. – Na wszystko przyjdzie czas. Daj mi rozegrać to po swojemu i… – uniosła kąciki ust- Zaufaj mi choć odrobinę.

-Tobie ufam… jemu nie!

-Filip nic mi nie zrobi, spokojnie! – upinała włosy w kucyk. – Zobaczymy się później?

-Nie wiem… może moja była żona zadzwoni….

-Jak tak chcesz rozmawiać, to nie ze mną! Nie możemy kłócić się za każdym razem, kiedy Filip zadzwoni bądź wypłynie jego temat! Przemyśl to sobie. Ja jadę do dzieci. Przyjedź wieczorem, pogadamy.

-Zobaczę! – krzyknął za zamykającymi się drzwiami. -Kurwa mać! – rzucił poduszką o podłogę!

 

W całej kuchni rozbrzmiewały dźwięki gitary. Paddy siedział na stole i grał Poli roboczą wersję „Happiness”.Co jakiś czas przerywając i nanosząc zmiany w podręcznym notatniku. Pola trochę nuciła pod nosem, trochę tańczyła a czasem jedynie tupała nogą. Kroiła paprykę i czerwoną cebulę wrzucając wszystko do skwierczącego na patelni boczku.

-Podaj chleb. Za tobą, na stole.

-Łap! – Paddy rzucił bochenek zza pleców, wprost w jej dłonie. – Stresujesz się tą trasą?

-Trochę. Niby nic ale jakiś niepokój czuję. – wzięła głęboki oddech. – Cholera, niedobrze mi! – rzuciła nóż z masłem na blat i pobiegła do toalety.  Spokojnie odłożył gitarę i wolnym krokiem poszedł za Polą. Stanął przy drzwiach łazienki i cicho zapukał. Nie był to jej pierwszy raz. Napady mdłości miewała często. Zdarzały się nawet dwa dziennie. Zaczynali przyzwyczajać się. Ona na pewno… Paddy próbował być odważny… dla niej

-Mogę wejść?

-Wejdź. – zobaczył ją, jak klęczy nad toaletą. Usiadł za nią, przetarł chłodną dłonią jej spocone czoło i cierpliwie głaskał plecy czule masując. – Nie powinieneś tego oglądać.

- Wszystko powinienem oglądać. – szepnął.- Związek to nie tylko różowe cukierki. Jesteśmy w tym razem. Nie mogę wybaczyć sobie, że tak cierpisz! Jak mogę ci pomóc?

- Nie zostawiaj mnie!- kolejna salwa torsji wstrząsnęła Polą.

-Nigdy cię nie zostawię! – Nie widziała jak jedna mała łza szybko spłynęła po jego policzku.

-Wezmę prysznic. Skończysz jedzenie? – oparła się o brzeg wanny.

-Jasne. Nie spiesz się. – stanął w drzwiach- A może Pola… – zastanowił się chwilę.

-Robiłam wczoraj… nie zaszłam. – przetarła twarz- Przykro mi…

- Niepotrzebnie. Nie spiesz się. -wrócił do kuchni i chwilę stał nad skwierczącą patelnią opierając dłonie o blat kuchenny. Szczęki mu pulsowały, dłonie zaciskał na brzegu kawałka drewna. Czuł się bezsilny, niemoc ogarniała go przy każdym jej spadku samopoczucia. Teraz zaczął się wahać, czy powinien ją zabierać w trasę. Ale nie, nie zostawi jej samej… nie teraz, kiedy dzieje się coś takiego. Nie powtórzy tego błędu i tym razem niczego nie przeoczy. Wbił na patelnie kilka jaj, zmniejszył ogień i przykrył patelnię.

W tym samym momencie zadzwonił telefon i dzwonek do drzwi. Szybko wytarł dłonie w ściereczkę, przyłożył telefon do ucha, zmierzał otworzyć drzwi.

-Halo? Tak, przy telefonie. – za drzwiami stał Pierre z teczką dokumentów i laptopem. Paddy kiwnął dłonią, zapraszając do środka. – Jest pan na miejscu? Świetnie. Wyślę panu adres studia, proszę podjechać dzisiaj popołudniu. Do zobaczenia!

-Dorabiasz jako sekretarka?- Pierre rozkładał papiery w kuchni. -Mało ci płacą? – prychnął

-I kto to mówi? Nie ja noszę tony dokumentów i laptopa! – uśmiechnał się szyderczo.- Wciśniemy cię jeszcze w obcisłą kieckę i będzie komplet!

bda4f087aa2c4fde7f8335053ccc650e

- I w takiej kiecce byłbym bardziej męski od ciebie!

-Schodzimy na niebezpieczny grunt! -Paddy wyraźnie rozbawiony nakładał omleta na półmisek. – Chcesz kawy?

-Nikt nie robi takiej dobrej jak ty, Patricku.

-Nie kpij bo sam będziesz musiał sobie zrobić.

-Nie pierwszy raz tutaj…

-Co?

-A nic! – włączył laptopa – Z kim rozmawiałeś?

-A nie twoja sprawa! – usiadł naprzeciw Pierra z talerzem jedzenia.

-Masz jakieś tajemnice, Kelly? – wziął drugi widelec i odkroił kawałek omleta z talerza Paddiego.

-Nie no częstuj się, bez skrępowania!Może zrobić ci takiego?

-E nie, nie jestem głodny! – spojrzał na zdziwionego Patricka – No co? Z drugiej strony jem! Zrobisz mi tą kawę w końcu gwiazdo? A właśnie, gdzie Pola?

-Kąpie się. Nie czuje się za dobrze. – Ton mu się zmienił.

-Może zjadła twojego omleta…

- Jak ja się cieszę, że przez kilka tygodni nie będę cię oglądał!

-Kiedy jedziecie, przypomnij?

-Za kilka dni.

-Hej, jesteś już. – w drzwiach stanęła Pola. Nie widział jej kilka dni. Była blada, oczy miała lekko zapadnięte, dostrzegł jej kości policzkowe wystające teraz jak nigdy. – Cholera, fatalnie wyglądasz!

-Jak miło z twojej strony! To leki. Podobno na początku tak jest. – machnęła ręką. – Nie przejmuj się. Popracujmy. Zostaniesz sam więc musisz wiedzieć co i jak.

-Od czego ma się telefony! Damy sobie radę, nie marudź! – Pierre podniósł wzrok znad zaczytanej Poli na kiwającego Paddiego. -Wybacz, zostawiłem kilka rzeczy w aucie. Zejdę z Paddym. Zaraz wracam. – W pośpiechu wyszli z mieszkania.

-Nie ciągnij jej dzisiaj nigdzie. Zostańcie w domu.

-Ale co jest? Przecież ona wygląda fatalnie! W kilka dni?!- Pierre odpalił papierosa i krążył wzdłuż samochodu Patricka. -Może wycofać się z tego?

-Nie wycofa się! Ona pragnie dziecka. Wiedziała, że może coś takiego się dziać. Rozmawialiśmy z lekarką. Musimy to przeczekać.

-Jak długo?

-Jeszcze pewnie z kilka dni… może z tydzień i organizm się uspokoi, przywyknie. – przeczesał włosy dłonią. -Nie wiem jak jej jeszcze pomóc, Pierre! Zaczynam obawiać się o jej zdrowie… – mówił cicho.W pewnym momencie zmierzył przyjaciela wzrokiem, wyciągnął z jego dłoni papierosa i zaciągnął się głęboko.

-Ty? Palisz? Oszalałeś? Oddawaj!

-Zaraz, czekaj. – Paddy odwrócił się plecami do Pierra i zaciągnał się jeszcze raz.

-Ogarnij się mały!

-Cały czas jestem ogarnięty! Nie pozwalam sobie na chwilę słabości, dla niej! To jest jedna z takich właśnie chwil. Więc zamknij się i daj mi zaciągnąć się jeszcze raz. – tak zrobił i oddał przyjacielowi papierosa.

-Przecież ty nie palisz…

-Nie palę. – dodał już spokojny, opanowany- Ale zjadłeś kawałek mojego omleta! – poklepał go po ramieniu.- Dbaj o nią. Jestem w studiu cały dzień! – wsiadł do auta i odjechał.

-Dziwny jest ten koleś! – Pierre wrócił do mieszkania.

 

 

Podjechała pod swój dom hamując z piskiem opon. Jedną ręką przytrzymując płaszcz zasłaniając płuca, wbiegła do domu. Oparła się o drzwi wyrównując oddech. Zamknęła oczy i wciągnęła mocno powietrze. Poczuła zapach świeżo mielonej kawy, otworzyła szeroko oczy i jeszcze nie wyrzuciwszy z pamięci kłótni z Jimem, weszła do kuchni. Na stole stały dwa kubki parującego napoju. Przy jednym, podpierając głowę siedział Filip.

-Jak tam Pola?- zmrużył oczy przyglądając się żonie.

f56cadbe12ab861ece8c288a25bbd340

-Zamknij sie! – rzuciła na krzesło płaszcz i spięła włosy gumką. Usiadła naprzeciw Filipa wypijając kilka łyków kawy.

-O nic już nie pytam…No prawie. – nerwowo stukał palcami w blat stołu.

-Dobra, Chryste! Mów co chcesz i idź sobie! – położyła głowę na blacie i zakryła dłońmi. -Mam was dość na dzisiaj! – mruknęła sama do siebie

-Dziwnie się zachowujesz…. A właśnie, wyrzuciłem te butelki po winie co stały na stole…dużo ich było…

-Kolekcjonuje, co ci do tego?- warknęła

-Może pogadamy innym razem bo widzę, że nie w sosie jesteś?

-Prywatne problemy. – machnęła ręką.

-Z Jimem?- nastąpiła chwila ciszy, Fiona wytrzymała spojrzenie Filipa bez jednego drgnięcia powieki.

-Czego chcesz Fi?- zawsze tak mówiła do niego, kiedy czule się do siebie zwracali. Zauważyła, że zacisnął szczęki i lekko pochylił się w jej kierunku.

- Masz plany na święta? Może spędzimy je razem? Jak… rodzina?- powiedział cicho… niemalże z czułoscią.

-Że co proszę?! – zamrugała szybko nie dowierzając.- Nie ma mowy! Mam spędzić z tobą święta? Jak ty to sobie wyobrażasz?! – zaprzeczała głową – Może jeszcze ubierzesz z nami cholerną choinkę?

-Chłopcy mieliby rodziców razem. To dla nich ciężki czas.

-Nie wyjeżdżaj mi tu z dziećmi! Wiesz, że to cios poniżej pasa!

2437d7644bfce83928ed1341366f0977

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Fiona ale ja nie chcę zadawać ci ciosów. Coś ty taka najeżona dzisiaj?- podniósł ręce poddając się. – Przemyśl to, przystanę na każde twoje warunki ale chciałbym wigilie spędzić z wami… z tobą i dziećmi…- chwycił kurtkę i zaczął opuszczać kuchnię.

-A co z Weroniką? – zapytała nie podnosząc wzroku znad kubka kawy.

-Rzuciła mnie… – wyszedł z domu. Stała przy oknie odprowadzając go wzrokiem.

 

 

Siedziała ubrana w dres, z włosami upiętymi na czubku głowy. Nogi podciągnięte prawie pod brodę podpierały teczkę z papierami potrzebnymi do artykułu. Co chwilę poganiała Pierra w wyszukiwaniu informacji a sama na boku coś notowała. Kiedy zaczytywała się w materiałach, przyglądał jej się. Trochę było mu jej szkoda, jednak więcej czuł dumy i radości, że walczy i znosi to wszystko.

-Zjemy coś?-opadł na oparcie kanapy, chwycił Polę za kostki i położył jej nogi na swoich kolanach. Odchylił głowę do tyłu i spojrzał w sufit.

-Czy ty aby nie przesadzasz?- uniosła ze zdziwienia brwi

-Nie jęcz! Głodny jestem…

-Mam ci coś ugotować bo nie rozumiem do czego zmierzasz? I puść moje stopy!

-Zamówimy coś?- spojrzał na nią ciepło. -Pizze albo inne śmieciowe jedzenie, po którym dostaniesz pryszczy?

-Właściwie już jest późno… – potarła czoło- Możemy coś zamówić. Zadzwonię. – sięgnęła po telefon. Usłyszeli pukanie do drzwi.

-Dzwoń! Otworzę! – Pierre powoli opuścił nogi Poli ze swoich kolan i podszedł do drzwi.- Tylko nie wy!

-Część Francuzik! Oczywiście jest w domu?

-Czy ty pilnujesz mieszkania?- Fiona podeszła do Pierra i poklepała go po głowie. – Dobry Pierre, dobry. Pani kupiła ci śliczną kość! – puściła buziaka w powietrze.

-Nienawidzę was! – otworzył szerzej drzwi wpuszczając Dominikę i Fionę do środka.

Po godzinie całe towarzystwo… i Pierre, siedzieli na kanapach zajadając się pizza i rozmawiając na mało znaczące tematy. Był już wczesny wieczór, kiedy mężczyzna pod pretekstem kupienia czegoś w sklepie wyszedł z mieszkania, zostawiając je same.

-Rzygam jak kot. Prawie jak mdłości ciążowe….- Pola opierała głowę o ramię Dominiki.

-Ty, a może faktycznie zaszłaś tylko nie wiesz?

-Ta nie wiem! Test robiłam, głupia! Nie jestem w ciąży! To te zastrzyki… siekę robią w moim ciele ale… – machnęła rękę – tak podobno ma być. A wy jak?

-Nic specjalnego. Paweł pracuje po 12 godzin bo nadrabia swoją nieobecność w agencji. – Dominika zaśmiała się. – Tylko mu nie mówcie ale przytył prawie osiem kilo i teraz wieczorami musi katować się na siłowni bo mu w pracy głowę suszą.

-Nie ma to jak zarabiać ciałem…-Pola zaśmiała się. – Jak dziwka.

e0cb68e9f1f1f19da56a2301f2175cbc

-Dobrze, że się nie puszcza! – sięgnęła po kawałek pizzy.

-A ty mała co? Cicho siedzisz?- Obie kobiety spojrzały na Fionę.

-Filip poprosił, żebyyśmy spędzili świeta razem… no Wigilie w sensie….- zapadła cisza. Pola z Dominiką spojrzały na siebie wymownie.

-Dobra, ja zapytam… No a Jim? Fajnie wam ostatnio przecież?

-Nie zaprosił cię na święta?

-Sądziłam, że spotakmy się u Kelly w Koloni jak wrócimy z Paddym…- opadła na oparcie. -Głupi Jimbo!

-Olej Jima! – Dominik klepnęła Polę w kolano. – Co zrobimy z Filipem?

-No przeciez nie może z nim spędzić świąt! Oszalałaś?

-A co z dziećmi?O nich muszę myśleć a nie o własnych powodach! Rozumiecie?- wtrąciła.

-Eh kurwa… – Dominika westchnęła. -Nie wiem co masz robić! Dla chłopców może powinnaś spotkać się z Filipem? Jeden dzień udawać i mieć z głowy.

-I narobić chłopcom nadziei, że mamusia z tatusiem zejdą się z powrotem? Bez sensu! Lepiej zrobić ze świąt atrakcję i zabrać ich na wycieczkę do Kolonii. Jim ci nie wybaczy…

-I zostawić Filipa samego?

-A co się nim przejmujesz? Mamusię ma to niech wraca do korzeni! Przydałoby się piwo do tej pizzy! – usłyszały otwierane drzwi mieszkania.

-Mówisz i masz. – Pola szepnęła do dziewczyn. Po chwili w salonie pojawił się Pierre. Nie miał ze sobą nic. Usiadł na pufie naprzeciw kobiet i szyderczo uśmiechał się do każdej z nich.

-Przerażasz mnie!

-Właśnie. Co się tak szczerzysz?

-Widzę, że macie nie lada problem. Nie rozwiążecie go bez tego…. – Pierre położył na stole małe zawiniątko. – Tadaaa!

-Przyniosłeś skręta?! -Dominika uniosła brwi.

-Mamy się zjarać to nam pomoże? -Pola odłożyła kawałek pizzy.

-Ty cholera, nie zaszkodzi! -Fiona sięgnęła po pokaźnych rozmiarów zawiniątko.

-Odezwała się porządna matka dwójki dzieci.- Pola szturchnęła przyjaciółkę w ramię.

-Od dawna nie jesteśmy takie porządne więc mnie nie umoralniaj teraz.

-Dobra, niech się dzieje! Palimy!- Dominika machnęła dłonią i sięgnęła po skręta.- Może po tym poczuje się trochę lepiej.

-Co ci?- Fiona cicho zapytała

-Nie mogę się wyleczyć. Jakiegoś cholernego wirusa złapałam najwyraźniej.

-No to go zagazujmy!

-Czekajcie! Puśćmy sobie jakiś koncert Kelly! -Pola wyglądała jak małe psocące dziecko.

-Pod warunkiem, że dasz całe słodycze jakie masz w domu!

-Ja ci nie wystarczam?

-Ty nawet nie jesteś w moim guście łajzo! -Dominika uśmiechnęła się do przyjaciółki.-Ale i tak cię kocham! Pod warunkiem, że masz żelki!

-I czekoladę!-Pierre w końcu przebił się przez śmiech i szczebiot przyjaciółek.- No co? Udziela mi się! Jem czekoladę! Zdarza mi się! – tupał nogą patrząc na każdą z kobiet. -A zamknijcie się!

 

 

 

Obserwował go przy pracy. Był skupiony, natchniony i mocno skoncentrowany na tym co robił. Do tego stopnia, że od kilkunastu minut nie widział przyglądającego mu się brata. Jim chciał z nim pogadać. Paddy znał go najlepiej. Choć nie zawsze dobrze mu doradził to Jim i tak czuł potrzebę rozmowy z nim. Musiał gdzieś dać upust swoim emocjom, gdziekolwiek, byle nie na Fionie. Przyglądał mu się i co jakiś czas iskierka zazdrości zapalała się w jego sercu. Widział jaki jest opanowany, jak wszystko mu się udaje. Jak potrafił poukładać całe swoje życie na nowo. Teraz czekał na brata z rękami w kieszeni, kiwając się do przodu, i nie bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Paddy z zespołem ćwiczyli a wręcz zarzynali w kółko jeden utwór. Już go kiedyś słyszał. Paddy opowiadał mu o nim. „Here to stay” napisał, kiedy Pola nie chciała mu zaufać, kiedy nie mogła, nie potrafiła w nich uwierzyć. Kiedy musiał na prawie każdym kroku przekonywać ją, że zdania nie zmieni i już się stąd nie ruszy… Przypomniał sobie jego słowa, zmrużył oczy i przyjrzał się bratu,  kiedy śpiewał, sprawiał wrażenie natchnionego ale Jim widział coś więcej… Paddy lekko uśmiechał się, tak jakby do własnych wspomnień. Został przy Poli… Teraz on chciałby zostać przy Fionie… mimo wszystko. Odpłynął myślami tak daleko, że nie zauważył stojącego Patricka naprzeciw

14595772_1329465047085822_6213341419636938864_n

-Haloo! Jimbo! Jest tam kto, w tej pustej czaszce? -pstrykał palcami przed twarzą brata. -Co tu robisz?- zapytał, kiedy Jim zamrugał szybko powiekami.

-Idziemy na piwo?

-Tak po prostu? – wzruszył ramionami.

-Tak właśnie. Jak brat z bratem.

- Coś się stało? -zmarszczył czoło, przyjrzał się bratu i nie czekając na odpowiedz sięgnął po telefon. -Pierre? Jesteś z nią?A przyszły dziewczyny? Dominika i…. Fiona…- ich spojrzenia spotkały się. – A gdzie jesteś? Coś załatwiasz… yhy… a dowiem się co?Wiem że nie moja sprawa! A rozrywki? Dobra, zresztą chyba nie chcę wiedzieć. Mam prośbę… – nie dokończył zdania. – Dzięki Pierre. Coraz mniej cie nie lubię! -rozłączył się.

-Po pierwsze, co jest kurwa mać?! – wyszli ze studia.  - Dzwonisz do Francuza zamiast do niej i to jego pytasz jak Pola?! Coś mnie ominęło czy teraz przez małego się komunikujecie?

-Czy ty aby nie chcesz pogadać o Fionie?- zmienił temat.- I rozmawiasz ze mną zamiast z nią?

-Fakt ale ja to nie wy… Wy to… kurde… Pola i Paddy! Po gówno wam jakiś Pierre?!- wsiedli do taksówki.

-Pola mu ufa. Nie wiem czemu ale tak jest! Gadałem z nim ostatnio i postanowiłem dać mu kredyt zaufania. Wiesz… miej wrogów blisko….

-Kiedy z nim gadałeś?

-Kiedy Pola…. – spuścił wzrok. Widać było jak bardzo bolą go tamte wspomnienia.

-Kiedy co? Czego mi nie mówisz Paddy?- poczuł się źle. Okropnie. Wyrzuty zalewały jego sumienie. Skupił się na swoim problemach a teraz dostrzegał coraz wyraźniej, że coś dosłownie przytłacza jego młodszego braciszka.

-Kiedy byłem w Krakowie…. ona była w klinice płodności…. – zobaczył wyraz twarzy Jima i westchnął głeboko. – Dobra, chodź, muszę ci wiele opowiedzieć.

-Najwyraźniej. Chyba sporo mnie ominęło…

Po godzinie spędzonej w barze Paddy odstawiał drugą pustą butelkę po piwie.

-… I teraz robię jej zastrzyki codziennie wieczorem po których marnieje w oczach. Oto cała historia, która miała ostatnio miejsce.

-Czemu mi nie powiedziałeś?- zaczął po dłuższej chwili milczenia.

-Słucham?

-Czemu nie podzieliłeś się tym ze mną. – Powiedział odrobinę głośniej-Jestem twoim bratem! Kurwa mać! To ja się tu zamartwiam takimi duperelami, kiedy tuż obok mnie mój brat przechodzi coś takiego!

-Nie wiedziałeś! I uspokój się.- położył mu dłoń na ramieniu i spojrzał mu w oczy. -Dam sobie z tym radę, rozumiesz? Przejdę to z nią a na końcu zostaniesz wujkiem! – ścisnął go pocieszająco.

-Na imprezie u Adama już to wszystko sie u was działo… Ja to u ciebie widziałem… w twoich oczach….- zapytał jakby sam siebie – A ty pozwoliłeś, żebym gadał ci jak to z Fioną nie ma sensu…. Kurwa, Paddy!

-Zamkniesz się w końcu? Nic ci nie da wkurzanie się na cały świat! Uwierz, próbowałem! Opowiedz lepiej co z Fioną. I gadaj , albo wychodzę!

- Była u mnie rano…. zadzwonił Filip… – zacisnął szczęki – Pobiegła do niego.

-A czemu zadzwonił?

-Przywoził dzieci.

-No to nie do niego! Szukasz dziury całym

-Chcę żeby ona była cała moja, a nie kiedy ten dupek zadzwoni to wtedy ona wyrywa sie i biegnie.

-Gdyby nie chciała z tobą być to nie potrzebowała by telefonów od Filipa, żeby uciec. Poza tym, głupku nie wziąłeś sobie dziewczyny panienki bez dzieci, wiec musisz się z tym liczyć!- uśmiechał się, bagatelizując problem. -Duma męska cię boli i tyle.

Tu nie chodzi o dumę….

-A właśnie, że tak! -Paddy w sekundzie spoważniał, pochylając się w kierunku brata. – Właśnie, że tak Jim! -wysyczał- Nie rób mojego błędu! Nie kieruj się męską dumą bo stracisz Fionę do cholery! Pomyśl, ona ma dzieci i zawsze ale to zawsze wybierze je, zamiast kogokolwiek i czegokolwiek na świecie! Jest matką, pamiętaj o tym bo ona tym właśnie kieruje się w życiu!

hqdefault (1)

-To co ja mam zrobić?! Najchętniej wmontowałbym twarz Filipa w najbliższą ścianę…

-Będzie miała ci to za złe… zrobisz krzywdę ojcu jej dzieci.

-Coś sie tak tych dzieci uczepił?! Instynkt ojcowski ci się włączył czy jak?!- wytrzymał spojrzenie Paddiego- A faktycznie, sorry!- stukał palcami w szyjkę butelki – To co mam zrobić?

-A nic! Poczekaj! – prychnął lekko uśmiechając się- Albo zaproś ją na święta…. jak pozna resztę to sama ucieknie najdalej jak się da!- wymienili uśmiechy i każdy w ciszy pociągnął solidny łyk piwa.

-Faktycznie chcesz się w o pakować? Uwielbiam Polę, jest niezłą laską ale….

-Nie mam wyjścia bracie… – kolejny łyk.

-Jak, nie masz wyjścia?

-Nie przestaje się kogoś kochać po jednym kryzysie…A ja ją cholernie mocno kocham!- odstawił butelkę. -Jedziesz do mnie? Siedzą dziewczyny…. – wywrócił oczami- …i Pierre. Zobaczysz się z Fioną…- wyszedł z baru.

-A może faktycznie zaproszę ją na święta…. – zapiął kurtkę i wyszedł za Paddym.

 

Drzwi windy rozsunęły się i bracia dobrą chwilę stali pod drzwiami mieszkania nasłuchując dźwięków. Usłyszeli swoje głosy i nagłe wybuchy śmiechu. Spojrzeli na siebie, kiedy dobiegł ich rechot Pierra. Paddy mimowolnie spojrzał na drzwi obok. Ktoś właśnie podchodził i zerkał przez wizjer. Poklepał Jima i weszli do domu. W salonie cała czwórka leżała na puszystym dywanie. Dominika unosiła do góry nogi, Pola płakała ze śmiechu a Pierre próbował wstać wspierając się na rękach. Przed nimi w telewizji wyświetlany był jeden z wielu koncertów Kelly.

-Co się tu wyprawia?!

-O patrz! Paddy Iwan Groźny wrócił! Ty i jaki zły? -Fiona próbowała skupić wzrok na stojących nad nimi mężczyznach.

-A obok Jimbo Waleczne serce! -Dominika dalej trzymała nogi w górze. – Rusz dupę Pierre bo już krew mi spływa w wiadome miejsce i bez ciebie orgazmu dostanę!

-Ktoś może mi to wytłumaczyć?! -Jim podniósł głos chodź oboje z Paddym byli nieźle rozbawieni tym widokiem i zachowaniem.

-Dominika założyła się z Pierrem, że ma dłuższe nogi niż….- Pola wybuchnęła śmiechem.

-Niż co?-Paddy śmiał się już serdecznie stojąc nad Polą w dalszym ciągu.

-No niż Pierre…. cały Pierre! O kurwa, nie mogę! Szczęka mnie boli ze śmiechu…. jakby mi ktoś przywalił! -po skroni spływały jej krople łez.

48ccf0d9dc78520b6ea7cec56b5dcd8f

 

-A ja cholera nie mogę wstać…. dobry był ten materiał! -zaśmiał się opadając na podłogę ponownie

-Paliliście coś?

-Yhy! -Fiona spojrzała na Jima.-A widziałeś, że jak Pierre się uśmiecha to wygląda jak chińczyk?

-Tyyy no jak z tej knajpy dwie ulice dalej! -Dominika opuściła nogi.

-Lubie Johna…. – Fiona wstała wpatrując się w telewizor. – Wydaje się taki…. mądry.

-Ty się nawet nie wydajesz!

-Paddy… jak wpadniesz między wrony…. -Jim szepnął do brata. – Dobra, coś wam jeszcze zostało?-sięgnął po skręta. – Bracie?- uniósł brwi.

-A co mi tam! Pożegnalna impreza z przyjaciółmi… i Pierrem! – spojrzał na niego.

-Nienawidzę cię!- Francuz wskazał muzyka.

-Goń się! – Paddy zaciągnął się.

-No i Kelly już nie jest taki święty!-Jim poklepał brata

-Z tego co Pola opowiadała to dawno temu stracił tą świętość….

-Nieprawda! Nie słuchaj ich…. nic nie mówiłam!

-A szkoda! Jest się czym chwalić! -Paddiemu ze śmiechu oczy zniknęły za zasłoną kurzych łapek.

-Tak… Tak mówią na mieście! -Jim z bratem opadli na dywan obok reszty przyjaciół. Paddy ścisnął dłoń Poli, spojrzeli czule na siebie… byli szczęśliwi.

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 4 komentarzy

65.Fire in your eyes

Otworzył chłodną butelkę wody i podał bratu. Wziął jeszcze jedną i ponownie usiadł obok Jima. Przez dłuższą chwilę nic nie mówili. Wsłuchiwali się w basy dochodzące z sali gdzie Adam, z dwoma swoimi fryzjerami, dawał pokaz stylizacji nowoczesnych fryzur.

-Co ja tu robię?! Nie powinienem tu przychodzić! -Jim wstał i przerzucił sobie przez ramię skórzaną kurtkę.

-Gdzie idziesz?! Siadaj! -Paddy nie ruszył się z miejsca obserwując brata.

-To był głupi pomysł! Ona… to wszystko! – wskazał na uchylone drzwi na sale.

-Ty cały jesteś głupim pomysłem! Siadaj do cholery!- warknął na brata

-Byłem u niej… wczoraj. Był u niej Filip.- podniósł wzrok i spojrzał w granatowe oczy brata.

-No i?- wzruszył ramionami. -Gadałeś z jej mężem czy od razu dałeś mu po mordzie?-parsknął stłumionym śmiechem.

-Nie wszedłem. Stałem w ogrodzie jak ten debil i obserwowałem…

-Faktycznie… jak debil! -pociągnął łyka wody – I to cię boli? O to chodzi?

-Ona ma rodzinę! Wpieprzam się w czyjeś życie! Włażę z butami na jego miejsce!

-Ale jak na jego miejsce? Nie jesteś jak Filip! On ją zdradził!

-Ona jego też! Ze mną! Może gdyby nie ja to by im się udało?

-Weronika i tak by się pojawiła. Czy byś był czy nie! Jim, skup się, oni i tak by się rozstali! Nie przybieraj do siebie całej winy!

-Nie wiem co robić? Wszystko co ją otacza to jej mąż… rozumiesz, co próbuję ci powiedzieć?

-Rozumiem, ale uważam, że przesadzasz! Potraktuj to jak jej prywatną sprawę. Unikaj tematu Filipa albo nie wiem… – wzruszył ramionami- …Daj jej czas na uporanie się z tym wszystkim. I przede wszystkim…. – stanął nad Jimem. – … pamiętaj, Filip jest ojcem jej dzieci, byli razem kupę lat i nie odseparujesz jej od niego tak do końca.Tak jakbyś chciał.Pogódź się z tym! Ale ona ma wybór i skoro chce być z tobą, to przestań się mazać i weź się w garść bo cię chłopie nie poznaję! Nie byłeś taki od…- zmarszczył brwi- … od… cholera, nigdy nie byłeś taki! – schylił się i spojrzał Jimowi bardzo głęboko w oczy. – Zakochałeś się głupku! Zakochałeś się we Fionie. No brawo, w końcu! Lepiej późno niż wcale!

-Nie wiem co to jest, ale coś na pewno…. – podrapał brodę. – Coś, czego nie potrafię ogarnąć!

-No to masz!- Paddy wcisnął gitarę w dłonie Jima.- Wiesz co masz robić.

-Paddy… kiedy stałeś się mądrzejszy od swojego starszego brata, co?

17855253_1855603801370140_6229896692389589455_o

-Nie wiem… – poprawiał włosy przy lustrze. – Jakoś chyba ostatnio… – na ułamek sekundy smutek zagościł na jego twarzy, który Jim zauważył od razu. Nagle dobiegł ich głos Adama.

 

-W większość z was udało mi się powitać osobiście. Niemniej jednak, jeszcze raz witam was wszystkich  na otwarciu mojego własnego studia! Widzieliście przed chwilą namiastkę naszych umiejętności, które zarówno ja jak i moi fryzjerzy będziemy wcielać w życie codziennie ku waszej… wielkiej radości! Nie będę przedłużać, bo szampan w waszych dłoniach ogrzeje się i cały mój plan poleci w łeb!- usłyszeli gromki śmiech – Chciałbym podziękować przede wszystkim moim przyjaciołom, którzy wierzyli we mnie, wspierali  mnie, kiedy chciałem się wycofać. Kocham was wszystkich! Paweł, Dominika za dodawanie mi wiatru w skrzydła. Fiona, za projekt! Niesamowity, zresztą! Jest z nami również osoba mi bardzo bliska… Mikołaj, twoje zdrowie! – Adam uniósł kieliszek. – I moja najlepsza przyjaciółka, Pola! Byłaś zawsze ze mną, ja zawsze będę z tobą! Masz szczęście, że spotkałaś kogoś tak wyjątkowego jak Patrick…- uśmiechnął się pod nosem. – A skoro już o tym mowa… Proszę państwa, jestem zaszczycony zapowiedzieć mojego przyjaciela… jedyny i niepowtarzalny, Paddy Kelly!!- na sali rozległy się gromkie brawa, kiedy Paddy w asyście gitary, pojawił się na scenie.

-Witajcie! A to nie będzie potrzebne… – przy ogólnym zdziwieniu gości a w szczególności Adama z Polą, odsunął krzesło na bok a mikrofon na statywie podciągnął do góry. – Miałem zaśpiewać „Hotel California” ale…- spojrzał na Polę i z rozbrajającym uśmiechem puścił jej oczko. – … mała zmiana planów. Adam, otrzyj pot z czoła! Obiecałem, że wstydu ci nie narobimy, prawda?! Gramy!- spod palców Paddiego popłynęły pierwsze akordy i po chwili na scenie pojawił się Jim, śpiewając tuż koło swojego brata.

-Nie wierzę! -Fionie prawie wypadł kieliszek wina z dłoni.

-A jednak! – Pola nie spuszczała z nich oczu.

-Wiedziałaś?

-No co ty! Skąd!

-Mały ukochany z gitarą?

-Paddy chyba tez nie wiedział, sądząc po jego minie.

-Zguba się znalazła! – Paweł z Dominiką dołączyli do reszty.

-Zabije go! – Fiona wysyczała przez zęby.

-Sądząc po jego maślanych oczach, chyba ma inne zamiary. – Paweł szepnął do Fiony, która natychmiast odrobinę go odepchnęła.

-Tak czy siak… niech ma maślane oczy… czy jakie tam chce, uduszę go!

-Zapewniam was, że nie tak miało być. – między kobietami pojawił się Will. -Chociaż przyznam, że tak lepiej to wychodzi.

-Jak tylko skończą śpiewać, możemy się jakoś ulotnić? – Dominika dyskretnie szepnęła Iglesiasowi do ucha. – Źle się czuje. Chyba mam gorączkę.

-Przeziębienie nie odpuszcza co?- Objął ją ramieniem- Jasne, jak tylko Jimmy przestanie podlizywać się Fionie, to wyjdziemy. Musisz odpocząć.

-Fatalnie się czuję. Wybacz.

-Nie mam czego! Zrobię ci herbatkę z cytryną i będę cię trzymał za rękę, klęcząc u twego łoża o pani.

- Nie potrafisz być poważny co?

-Potrafię… ale rzadko! – pocałował jej czoło.

Fiona nie spuszczała spojrzenia z oczy Jima a ten śpiewał dalej. Dla niej. Z każdym akordem Fiona lepiej potrafiła odczytywać co mieści się głęboko w jego duszy. Łagodniała. Z każdym następnym momentem łagodniała coraz bardziej, aż w końcu złość ustąpiła a na jej miejscu pojawił się uśmiech i radość, że znowu go widzi.

Paddy wykonał planowany utwór i po zejściu z prowizorycznej sceny odpowiedział jeszcze na kilka krótkich pytań, otoczony przez dziennikarzy. Z tłumu otaczającego go wysunął swoją dłoń i spojrzenia ich zbiegły się ze sobą. Pola zrobiła kilka kroków i w momencie była przy nim, ujmując jego delikatną, ciepłą rękę. Przyciągnął ją do siebie, dając jednoznacznie do zrozumienia, kto jest jego wybranką. W pewnym momencie dziennikarze odpuścili, skupiając się odrobinie na Jimie, ten jednak nie udzielał wywiadów, twierdząc, że jest tu prywatnie i prosi o uszanowanie. Od Fiony dzieliło go kilkanaście kroków. Odłożyła kieliszek białego wina i zrobiła krok w jego stronę.

e11fe0fe3c9a69e042b51af351aa43f4

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Między nią a Jimem stanął Will, tyłem do mężczyzny. Ujął ramię Fiony. Pochylając się wyszeptał kilka zdań wprost do jej ucha. Ona nie spuszczała wzroku z wpatrującego się w nią spojrzenia. Zmarszczyła brwi i z niedowierzaniem spojrzała na Willa.

-Wokół aż roi się od dziennikarzy, którzy tylko czekają na jakąś sensację moja droga.

-Co ty mówisz?

-Jeśli teraz rzucisz mu się w ramiona, jutro zostaniesz dla prasy jego kochanką… – wzruszył ramionami- Mi tam wszystko jedno. Jim nie jest pod moją opieką. Ale jest bratem Paddiego a ty przyjaciółką Polki. Pomyśl, on dopiero co się rozwiódł.

-No i?

-I masz męża! – szarpnął jej ramię, zniżając głos jeszcze bardziej- Strzelisz sobie w kolano!- stanął na wprost niej i spojrzał wymownie. – Nie popełniaj tego błędu. Dobrze ci radze, jak… przyjaciel chyba. – poluzował uścisk na jej ramieniu. Ona spojrzała jeszcze raz na Jima. Smutek zasłonił kolor jej tęczówek i po chwili spuściła głowę, odwracając się w kierunku baru. Uśmiechnął się cierpko, pokiwał z niedowierzaniem głową, zarzucił sobie gitarę na plecy i wyszedł przed studio, odpalając papierosa.

 

Paweł z Dominiką uściskali przyjaciół i szybko wyszli z przyjęcia.Po Jimie nie było śladu. Fiona próbując zagłuszyć myśli i chęć wyjścia, rozmawiała przez jakiś czas z Willem a kiedy ten musiał coś załatwić, jego miejsce zajął Pierre.

-Coś mało rozmowny jesteś?I nie marudzisz… jak zawsze.

-Pastelowe kolory, które zaprojektowałaś, działają na mnie relaksująco…- uniósł kąciki ust.

-Serio?

-Nie. – roześmiał się odsłaniając szpaler białych zębów. -Adam serwuje wybitnie dobrą whisky i wszędzie kręcą się modelki. No sama rozumiesz… to uspokaja.

-Każda jest wyższa od ciebie.

-Pode mną to już nie ma większego znaczenia. -puścił jej oczko.

- Jesteś ordynarny!

-A ty masz brzydką fryzurę.

-Co? – poprawiła włosy. -Czasu nie miałam!

-Gdyby tylko istniało miejsce, gdzie mogliby cię uczesać a wokół kręciłoby się mnóstwo fryzjerów…. – teatralnie podrapał brodę.

- Przestańcie się wydurniać. Pomożecie mi?- Między nimi usiadł zdyszany Adam. – Chryste, nienawidzę tych ludzi!

-W tym mamy ci pomóc?

-Pierre, poważnie nie czas na żarty! Mnie bez przerwy ktoś lub coś otacza a trzeba przytargać z zaplecza beczkę whisky.

-W beczkach sprowadziłeś? – Pierre uniósł brwi z wrażenia, – Szacunek!

-Szanować mnie będziesz, jak przyniesiesz tą beczkę.

-Za trzy cygara.

-Dwa.

-Co to za cygara?-Fiona wychyliła się zza Adama.

-Kubańskie. Dwa, ale dorzucisz pudełko. – spojrzał na kobietę. – wiesz ile waży taka beczka?! Nie jestem taki silny!-Pierre uniósł brwi.

-Dobra! Ty francuski dusigroszu! Dwa i pudełko!

-No to idę. – wyzerował szklankę i wolnym krokiem ruszył w kierunku drzwi z napisem „nieupoważnionym wstęp wzbroniony”. Fiona jeszcze raz spojrzała w kierunku wyjscia, tym razem już śmielej.

Pewnym i szybkim gestem otworzył drzwi naciskając klamkę. Na kilka sekund Pierre wrósł w podłogę, nie mogąc się ruszyć. Ze zdziwienia lekko rozchylił usta chcąc coś powiedzieć, jednak nie potrafił odszukać odpowiednich słów. Zobaczył Polę pochyloną nad stołem z podwiniętą sukienką i wypiętymi pośladkami. Za nią stał Paddy lekko zakłopotany.  Pierre zdążył usłyszeć koniec jego wypowiedzi zanim im przerwał: ” Cholera nie wiem gdzie celować…”

-Jak nie wiesz gdzie, to się nie zabieraj za takie eksperymenty chłopie! – Pierrowi uśmiech nie schodził z twarzy. -Nie możecie wytrzymać jednego wieczoru?Poważnie?

-Nie kochaliśmy się, kretynie!- Pola opuszczała sukienkę a jej twarz oblał bordowy rumieniec. -I w ogóle, puka się!

-Pasowało by powiedzieć, że tak ale ładniejsze…. jednak byłby to za kiczowaty tekst! Dowiem się co wyprawiacie, zajączki?

-A ty co tu robisz?-Paddy chował coś do małego pudełeczka a potem do torebki Poli.

-Załatwiam sobie cygara.- chwycił niewielką beczkę stojącą w rogu pokoju.

-Toaleta była zajęta…- Paddy rozłożył bezradnie dłonie.

-Zastrzyk mi robił! Matko, czego nie rozumiesz?!- Pola niecierpliwie wytłumaczyła widząc zdezorientowaną minę przyjaciela. – I bez komentarza!Ani jednego słowa! – uniosła ostrzegawczo palec. Paddy ledwo powstrzymywał śmiech.

-Ładne majtki! – Pierre puszczał kobietę przodem trzymając w jednej dłoni beczkę a drugą trzymając uchylone drzwi.

-Zamknij się głupku! – warknęła i wyszła do gości.

-Właśnie! Zamknij się, głupku! – Paddy poklepał Pierra po plecach i wyszedł za Polą.

 

 

Dopiła kieliszek białego wina. Poprawiła włosy i zabierając płaszcz dyskretnie wyszła przed studio. Źle się czuła, było jej duszno, ciasno z samą sobą. Liczyła, że nadal tam będzie. Znowu za nim biegła a on uciekał. A może Will ma rację? A jeśli strzela sobie w kolano? Niewielka mgiełka pary wydobywała się z jej uchylonych ust. Okryła się płaszczem jeszcze szczelniej i nerwowo rozejrzała się. Ciemność późnego wieczory przeplatała się z kocem mgły otulającej otaczający ją świat. Było cicho. Jedyne dzwięki dochodziły od bawiących się ludzi i toczącej się imprezie za jej plecami. Jima nie było. Poszedł… Poczuła ukłucie w sercu i smutek zalewał każdą jej myśl. Wróci do Kolonii… nie będzie z nią. Chociaż… czy kiedykolwiek był? Co się z nią działo? Biegała za facetem, choć nigdy tego nie robiła. Potrafiła zatrzymać na chwile swoje życie dla niego… tego tez nigdy nie robiła. Usiadła na ławce i przymknęła oczy. Bardzo mocno chciała, żeby tu był. Żeby zamknął ją w swoich ramionach i zapewnił, że to wszystko jest prawdziwe. Gdyby tylko wiedziała, że to co robią, co jest między nimi  ma jakikolwiek sens, zatopiła by się w tym bez pamięci.

-Wiedziałem, że przyjdziesz… – usłyszała go, jego chrypkę i cichy pomruk.

-Jim! – poderwała się z ławki i szybko odwróciła.

-Co to jest Fiona? Co to ma być? -stał kilka metrów od niej zachowując dystans.

-Wiem, że możesz być skołowany i zdaje sobie sprawę, jak to wygląda…

-Wróciłaś do Filipa?- szczęki mu pulsowały.

-Słucham?- Fione wbiło w ziemię. -Co ty mówisz?

- Najpierw ze mną sypiasz!Później mnie nie chcesz! Potem ja się rozwodzę i wracam, ty się rozwodzisz! – mówił szybko… chaotycznie. -A potem  znowu jesteśmy razem i jest nam cudownie!- głos mu się złamał. – A teraz jesteś… tak… cholera, daleko ode mnie.

-Jim… – przerwała mu. – Nie wróciłam do Filipa! Przyjechał po chłopców! Jest ich ojcem do cholery! Co mam zrobić?! Nie wyrzucę go z mojego życia tak jak ty chcesz!  -tupnęła nogą na co Jim lekko się uśmiechnął – A ty nie powinieneś mi robić wyrzutów, hipokryto!

-Ja hipokryta?- krzyknął oburzony.

-Zasnęłam a ty uciekłeś jak tchórz. I to gdzie? Do Kolonii! Zatęskniłeś za żoną?!

-Jej do tego nie mieszaj!

-Ale ty możesz?! To jest właśnie hipokryzja Jim! Ja akceptuje Meike w twoim życiu. Ty musisz zaakceptować Filipa jeśli…- spuściła głowę.

-Jeśli co, Fiona?

-Jeśli chcesz być ze mną… – wyszeptała, skubiąc nerwowo guzik od płaszcza. Usłyszała jak głośno wypuszcza powietrze.

-Kochasz mnie?

-Nie, kiedy nie ma cię ze mną. – mówiła szeptem, lekko skulona, przypominała małą dziewczynkę przyłapaną na jakiejś psocie.

-No to może po prostu… nie będę cię już zostawiał?!- podszedł do niej szybko i namiętnie pocałował, lekko unosząc ją nad ziemię.

Za rogiem studia zabłysło małe, czerwone światełko i po chwili znikło. Wyłączył dyktafon. Zadowolony, że udało mu się to nagrać.- To będzie warte kupę kasy.- pomyślał.- Jimmy Kelly, jako kochanek mężatki. Pięknie! – naciągnął kaptur na głowę i skrył się w mrocznej ulicy, zostawiając całującą parę w spokoju.

 

796129e3d263b133673c8530c0e06406

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Trzymając dłoń Mikołaja krążył  między gośćmi. Wieczór dobiegał końca i co chwilę ktoś gratulował sukcesu, ściskał dłonie, żegnał się serdecznie. Kilka osób na pożegnanie poprosiło Paddiego o autograf i wspólne zdjęcie. Wszystko przebiegało w przyjaznej, lekkiej atmosferze i spokojnie można było stwierdzić, że impreza udała się dokładnie tak jak chciał Adam. Pociągnął Mikołaja za sobą, chowając się w ciemniejszy kąt sali. Podał mu kieliszek szampana i pogładził policzek wierzchem dłoni.

-Chciałem ci podziękować… że dzisiaj byłeś… ze mną. Wiele to dla mnie znaczyło. – spuścił wzrok i poczuł ciepło wylewające się na jego twarz.

-Wiesz, nie mogłem tego przegapić. Chciałem tu być… dla ciebie. Adam czy… – odchrząknął nerwowo- Czy ja mógłbym coś zrobić? -spojrzeli sobie w oczy, kiedy Mikołaj wstał z krzesła.-Coś na co miałem ochotę cały wieczór…-zrobił krok w jego  kierunku i ujął twarz Adama ciepłymi dłońmi.

-Wyprzedziłeś mnie… sam miałem na to ochotę… – uniósł lekko kąciki ust. – Ale chyba nie musimy się ścigać…- Usta Mikołaja delikatnie musnęły trzęsące się wargi Adama by po chwili spleść się w czułym uścisku całując namiętnie.

 

 

Reszta przyjaciół zaczekała, aż zostaną sami, zamknęli studio i rozsiedli się na białych, ogromnych kanapach zajadając niewielkie kanapki, koreczki i roladki z szynki i łososia. Każdy miał dość. Zmęczenie ich paraliżowało. Nie mieli siły nawet ruszyć ręką. Jedynie Pierre nie wzruszony ogólnym zmęczeniem siedział na stołku barowym paląc cygaro…kubańskie.

-Zróbmy przegląd. – Pola poderwała się podtrzymywana przez Paddiego. Sięgnęła po koreczka.- Kto gdzie jest i co się działo?

-Iglesias z Dominiką wyszli wcześnie. Źle się czuła, chyba nie wyleczyła tego przeziębienia do końca. – Adam usiadł obok.

-A mój głupi brat gdzie?- opierał głowę o zagłówek kanapy, zasłaniając ramieniem oczy.

-Chyba przeze mnie nie poszło mu z Fioną. – Will siedział obok Pierra, popijając whisky.

-Jak ty możesz pić nad ranem?-Paddy zrobił grymas obrzydzenia

-A jak ty możesz nie pić? – spojrzał na innych- No co? Mam sobie do drinka dorzucić płatków śniadaniowych, żebyście się odczepili?

-Dobra… mam to gdzieś!

-Cicho Paddy! A wracając do Fiony, Will…..- Pola wbiła spojrzenie w menadżera.-Co zrobiłeś?

-Wytłumaczyłem, że w towarzystwie tylu gołębi nie powinna rzucać się na Jima….

-Sępów!

-Nie, Jima!

-Mówi się sępów a nie gołębi głupku!-Paddy rzucił w Willa paczką zapałek.

-Chyba jednak nie podziałało… – Mikołaj cicho wtrącił.

-Co wiesz?- wszyscy wbili ciekawskie spojrzenie w Mikołaja.

-Chryste… faktycznie jak sępy! – odchylił się do tyłu odrobinę.

-Z tymi sępami to ja miałem na myśli dziennikarzy! -Will uniósł dłoń. – Wybacz Pierre!

-A mam to w dupie! – Zaciągnął się cygarem lekko się uśmiechając.

-Widziałem jak Fiona wychodzi w pośpiechu przed studio. – Mikołaj kontynuował. -Długo nie wracała, więc jak Adam rozmawiał z prasą…- ścisnął dłoń mężczyzny odrobinę mocniej.- Dyskretnie zerknąłem przez okno. Był tam Jim i ona… no i całowali się… pod drzewem… o ile ma to jakieś znaczenie…

-To drzewo już nie koniecznie…-Paddy z jęknięciem podniósł się z kanapy i sięgnął po kanapkę. – Starzeje się.

-Kurwa…. Jim robi fatalny błąd! – Will kiwał głową

-Cały Jim. – Paddy zauważył beznamiętnym tonem – Nie myśli…

 

-Fiona też…-Adam dodał

-Dobrze, że nikt ich nie widział.- Pola masowała skronie.

-Ustalmy coś. -Paddy objął czule Polę – Nie ma nas wszystkich a reszcie powiemy jutro.

-Kurwa, hajtają się! – Adam zasłonił usta dłonią.

-Co?-Pierre zakrztusił się dymem z cygara do tego stopnia, że Will musiał klepać go po plecach.

-Tak… i mówię to w towarzystwie po pijackich zombie nad ranem w studiu fryzjerskim… Adam… ogarnij się! A serio, pod koniec listopada jedziemy do Niemiec w trasę. Zagramy kilka koncertów w kameralnych klubach, jeden większy…zejdzie nam trochę.Pola jedzie ze mną…- nikt nie zareagował.

-Sadziłam, że chociaż zatęsknicie… buce! -udała obrażoną.

-Jak starczy czasu, chciałbym odwiedzić Manuela. Ostatni koncert jest blisko granicy. Moglibyśmy podjechać.

-A co z corocznym przyjęciem u Fiony? W tym roku nie będzie? -Adam wyraźnie posmutniał.

-Jakie przyjęcie?- Paddy wydawał się zbity z tropu.

-Fiona na kilka dni przed świętami zawsze robiła imprezę dla przyjaciół. Potem każdy rozjeżdżał się do swoich ale w ten dzień mieliśmy taką swoją wigilie. -Pola wzruszyła ramionami. -Ale teraz nie wiem… Filip… rozwód.. pogadam z nią.

-Weźcie ją do Kolonii. -Will rzucił od niechcenia.

-Zabrać Fionę na święta do mojej rodziny?! -Paddy otworzył szeroko oczy by po chwili zastanowienia wygiąć usta w podkówkę.  - No moglibyśmy!

-Szybciej Jim ją zabierze. -Mikołaj dodał.

-A może zostawcie ich w spokoju i niech robią co chcą?-Pierre gasił cygaro.

-A ja czuje, że imprezę zrobi… -Pola kontynuowała niewzruszona.

-Tylko teraz zamiast Filipa będzie mój brat…

-Aleeee to będzie dziwne! – Adam zasłonił twarz dłońmi.

-Dobra Martin, idziemy! -Paddy chwycił Polę za rękę i wstał z kanapy. – Jeszcze chwilę i usnę na stojąco.

-Ja też idę.- Pierre zaczął się zbierać. A za nim cała reszta.

 

Nicea, 43 lata wcześniej. 

Młodzi mężczyźni pakowali swój skromny dorobek w postaci rzeczy osobistych. Różaniec z cedrowego drewna powycierany palcami Manuela. Małe skórzane pudełeczko z jedynym zdjęciem matki Artura. Stosik listów przewiązanych starym sznurkiem. Nigdy nie wysłane, pisane bardziej w formie terapii. Artur zapełniał karty raz na miesiąc. Adresował je do przyjaciela, księdza, który kiedyś uratował mu życie. Nigdy ich nie wysłał a i ksiądz do końca swojego życia nie miał szczęścia ich przeczytać.

Jeden z nich  czytał książkę zajmując kąt rozlatującego się łóżka. Co jakiś czas rzucał spojrzenia pełne wyrzutu i pretensji. Odłożył „Małego Księcia”, splótł ramiona na piersi i prychnął pogardliwie.

-Po raz kolejny przypominam ci Edek, że to nie nasza wina. Wychodzimy z Manuelem, ty zostajesz. Takie jest życie, brutalne ale chyba powinieneś do tego przywyknąć. Wystarczy tego burdelu, syfu i ogólnego wkurwienia! Czas pożyć!

-Edek… – Manuel usiadł obok przyjaciela i objął go ramieniem.- Zostało ci jeszcze dwa lata. Zleci… Paczki ci przyślemy… tyle możemy zrobić.

-No wiem wiem!

-Nie tyle! Możemy więcej… – Artur uniósł tajemniczo kąciki ust.

-Co chcesz zrobić?- Manuel spojrzał wystraszony.

-Właśnie, co ty kombinujesz?

-Mam plan. – Artur usiadł naprzeciwko mężczyzn i cicho kontynuował. – O ile kontakt mi się nie wykruszył to mogę dotrzeć do znajomego psychiatry…

-Będziesz się leczyć i to ma mi pomóc?-Edek pochylił się jeszcze bardziej.

-Nie imbecylu! Ten mój znajomy to stary dziad już ale… na pewno kogoś zna. Może uda nam się załatwić ci przeniesienie do psychiatryka.

-Pojebało cię? Z pierdla do czubków?! Tak chcesz mi pomóc, przyjaciel cholera.

-Nie zrozumiałeś Artura…-Manuel wtrącił cicho- Od psycholi łatwiej spierdolić….- Edek z Manuelem spojrzeli na uśmiechniętego Artura.

-Co ja bym bez ciebie zrobił…-Edkowi złagodniał ton.

-Może za kilkanaście lat mi się odwdzięczysz.- poklepał przyjaciela po ramieniu.

pół roku później…

Drzwi celi powoli otworzyły się. Edek zmrużył oczy i nieufnie spojrzał na postać siadającą naprzeciw niego. Mężczyzna był starszy od niego. Najwyraźniej był zaraz po studiach. Włosy miał gęste, czarne przypominające błyszczące skrzydła sroki, kontrastujące z bielą koszuli wystającej spod marynarki.

-Czego chcesz? Kolejny adwokacina próbujący się popisać?- spuścił nogi z łóżka.

-Nie tym razem. Nazywam się Leon Dega. Jestem psychiatrą… – opadł na oparcie krzesła. -Artur pozdrawia serdecznie. – uniósł złowieszczo kąciki ust i zmrużył oczy. – Myślę, że się polubimy… Edmundzie.

 

 

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 7 komentarzy

64.I can’t stop the love

Nicea. ok 45 lat wcześniej.

 

Poprawczak na obrzeżach miasta wyglądał jak wszystkie inne budynki. Szaro- brązowy, brudny, zaniedbany z odpadającą kawałkami elewacją, spod której wystawały gdzieniegdzie elementy cegieł. W każdym oknie znajdowały się grube, czarne kraty. Na tyłach budynku, w czymś co przypominało ogród jedynie po kilku krzakach, znajdowało się prowizoryczne boisko i kilka ławek. Wokół  panowała cisza, zadziwiająca, jak na ilość młodych, nie okiełznanych dusz jakie znalazły się w tym nieszczęsnym budynku.

nzk1

Cela, która wprawdzie wyglądała jak pokój młodych chłopców, jednak kraty i zamek w drzwiach, skutecznie przypominały o stanie, w jakim znajdowało się dwóch młodych mężczyzn, była mała i ciemna. Mięli ok 15 lat. Włosy ogolone na krótkiego jeża, szczęki zaciśnięte i bunt pomieszany z goryczą w oczach. Trafili tu razem i razem milczeli jak zaklęci.Nie mięli nikogo, kto by ich uratował, ocalił. W momencie trafienia do poprawczaka zostali zapomniani przez wszystkich. Młodszy, Manuel nie do końca zdawał sobie sprawę z sytuacji w jakiej się znaleźli. Jego oczy widziały dużo a dłonie wyrządziły ogrom nieszczęścia. Nie aż tyle, co jego przyjaciel, Artur. Osoba bliska z potrzeby zagłuszenia samotności, bo w czasach w jakich przyszło im żyć, bez przyjaciela nie dało się przetrwać. Artur przyglądał się znad czytanej książki, Manuelowi. Był odrobinę grubszy niż większość dzieciaków wychowanych na ulicy. Cerę miał śniadą i duże, przestraszone, brązowe oczy, z których ilekroć patrzył w na Artura, biło ciepło i serdeczność. Czytał mu wieczorami a kiedy Manuel się nie buntował, uczył go pisać i czytać. Czuł się za niego odpowiedzialny, choć co dzień zadawał sobie pytanie, właściwie dlaczego.

Zamek wydał z siebie trzy trzaski, usłyszeli jęknięcie klamki i drzwi uchyliły się. Strażnik wrzucił na podłogę tuż pod nogi Artura, młodego chłopca. Tak sądzili, ciężko było ocenić jego wiek. Twarz miał poobijaną, umazaną krwią, wargi nie pozwalały zamknąć ust. Wytarł rękawem oczy i widząc błękitne spojrzenie Artura, wpatrujące się w niego z nieskrywaną ciekawością, splunął krwią w bok celi.

-Tu się nie pluje… Nie sra się we własne gniazdo! – wrócił do lektury- Pierwsza lekcja!

-W dupie to mam!

-Jak masz na imię?-Artur przewrócił kolejną kartkę.

-Kaligula, kurwa jego mać!

-Butny jesteś. Tutaj to źle. -odłożył książkę – Trzeba wiedzieć, kiedy i gdzie schować ogon pod siebie! Druga lekcja!- wskazał palcem na siadającego na krześle chłopaka.- Czemu się zlali?

-Nie słuchałem… – uśmiechnął się półgębkiem.-Nie rozumiem języka kundli.

-I o tym mówię. Co ci przyszło… stłuczony pysk i nic poza tym.

-Honor obroniłem.

-A honor, powiadasz? – odłożył książkę i pochylił się nad nowym lokatorem- A gdzie teraz jest twój honor, kretynie?! – ujął jego opuchniętą twarz. – Czas! Czas jest twoim przyjacielem. Poczekaj… przyjdzie i na ciebie pora! Lekcja trzecia! – Zobaczył coś w jego oczach. Hardość, nieustępliwość, zaciętość i… mądrość. – Jak masz na imię? Czy to też ujma na honorze?

-Edmund… mówcie mi Edek. – poprawił poplamioną koszulę.

-No to Edku… sądzę, że dobrze będzie nam się razem żyć.

 

WARSZAWA dzień dzisiejszy.

Siedziała przed wielkim stołem kreślarskim coś szkicując i mierząc.Nie potrafiła zebrać myśli, które rozproszone biegały gdzieś w okolicy Kolonii. Usilnie próbowała skupić się, więc prawie podskoczyła na krześle, kiedy usłyszała pukanie do gabinetu. Nie lubiła kiedy ktoś jej przeszkadza.

-Co jest? Proszę! – warknęła

-Hej Fiona… Nie przeszkadzam? – przechylił głowę przez uchylone drzwi- Możemy zamienić kilka słów?

-Filip? O ile coś pilnego… wejdź, proszę. – Usiadł naprzeciwko niej lekko się uśmiechając.

-Domyślam się,że idziesz na otwarcie studia Adama…- zaczął niepewnie.

gvpktkqTURBXy9lMTZjNmZlNWJjODAxMWRlM2JiNDM3YmU2N2NjNGJjNy5qcGVnk5UDAcyKzQLXzQGYkwXNAxTNAbyVB9kyL3B1bHNjbXMvTURBXy8xNDBiMWNmZTdmMGFjNTJlZGMwMTBkNzA5NzhlODRiZS5wbmcAwgA

-Tobie radziłabym tego nie robić…- parsknęła stłumionym śmiechem, opadając na oparcie krzesła i przygryzając lekko ołówek. – Czego chcesz? Bo nie przyszedłeś tutaj na towarzyską rozmowę.

-Chcę coś dla ciebie zrobić…Coś dobrego. I pomyślałem, że… -spojrzał jej w oczy.- Zabiorę chłopaków na weekend.

-To są też twoje dzieci wiec nie jest to jakaś duża przysługa.

-No tak…- uniósł kąciki ust. -Za 10 dni pierwsza sprawa…mogę zapytać… jak sobie radzisz?-mówił cicho, łagodnie.

-Generalnie, całkiem nieźle, choć bywa różnie…Ale radzę sobie, jak zawsze.- wytrzymała jego spojrzenie, które było dla niej teraz jak obcego człowieka.

-Jak zawsze…- powtórzył i skierował się do wyjścia. – Przyjadę po chłopaków w piątek wieczorem.

-Dobrze. – rzuciła okiem na swój laptop – A i Filip, szkic projektu dla tego nowego klienta zrób… o ile jeszcze nie zrobiłeś….

-Jutro będziesz go mieć na biurku…. szefowo. – uśmiechnął się i zamknął za sobą drzwi. Nieswojo się czuła. To była dziwna sytuacja i osobliwa scena. Filip był miły… za miły. Upiła łyk kawy z ogromnego kubka i zerknęła na telefon. Nieodebrana wiadomość. Poczuła przyjemny dreszcz… może to od niego? Po sekundzie odczytała „Wybacz, że się do ciebie nie odezwałem, nie mogłem… Zadzwonię wieczorem, wszystko ci wytłumaczę. Jim”. Mimowolnie uśmiechnęła się do telefonu, który nagle zaczął dzwonić.

-Proszę?- odebrała szybko. – Dzień dobry. A wieziecie meble? – szybko otworzyła swój terminarz.- Wieczorem będę w domu, jasne. Pasuje ta godzina. Do zobaczenia. – oparła czoło o stół kreślarski. – Choleraaa i jeszcze skręcanie mebli! Gdzie on jest, jak jest potrzebny?!- mówiła sama do siebie. -A tak… w innym kraju!- napisała wiadomość do reszty przyjaciół. „pomożecie mi stanąć na nogi, wieczorem?”. Jedna Dominika odpisała: ” mówiłam ci, nie pij tyle!”

 

 

Stał wpatrzony w redakcyjne okno. Myślał, planował. Co się z nią działo przez weekend. Mógł zadzwonić… chociaż nie… nie mógł. To było poza jego kontrolą. Liczył na to, że Paddy nie zawali sprawy. Gdyby tak się stało… zacisnął szczęki… musiałby ją zabrać. Porwać, wyrwać z jej życia. A co najgorsze, musiałby powiedzieć jej prawdę.

tumblr_okaziuPMO81uovio9o6_1280 (1)

Czas działał na jego korzyść. Z dnia na dzień wszystko układało się tak, jak ma być. Całą swoją nadzieję na powodzenie, pokładał w Patricku i Poli… musiało się udać.

-O czym tak myślisz, misiaczku? – Do gabinetu wszedł Łukasz.

-O sprawie. Nic konkretnego. – zmierzył przyjaciela wzrokiem – Nie interesuj się! – opadł na małą sofę – A w ogóle to zamknij się!

-Coś taki drażliwy?

-Bo nie wiem co się tam stało! Wiesz jak cholernie nie lubię wiedzieć.

-Pola zaraz przyjdzie to się dowiesz, cierpliwości!

-No tak! Cierpliwość to jedyna twoja zaleta…

-Jakbyś popracował choć odrobinę nad sobą, to cierpliwość byłaby twoją pierwszą zaletą! – rzucił na biurko Poli pokaźną teczkę.

-Co to jest?

-Materiały do artykułu. Pierdoła, nie przejmuj się. – usłyszeli pukanie do drzwi i zamilkli natychmiast

-Tu się teraz odbywają spotkania z naczelnym?Zwolniliście Polę?- Edyta stała w drzwiach.

-Czekamy na nią. – Łukasz posłał jej rozbrajający uśmiech. – Spóźnia się.

-Może nie chce z wami gadać….- spojrzała w papiery trzymane w dłoni. – Pierre, możemy pogadać?

-Co jest? Mów.- zmroził ją spojrzeniem.

-Na osobności. Wybacz, Łukasz.

-Dobra. -wysyczał przez zęby i otworzył drzwi, puszczając przodem Edytę. Po chwili znajdowali się w ciemnym, wąskim korytarzu prowadzącym do wyjścia z redakcji. Stał z rękami w kieszeni i wzrokiem wbitym w podłogę. -O czym chcesz rozmawiać?

-Wiem, że nie jesteś tym, za kogo się podajesz…- zrobiła krok w jego kierunku i ze zdziwieniem zobaczyła jak Pierre uśmiecha się pod nosem.

- Za kogo się podaje? Co ty bredzisz?

-Dzwoniłam na twoją uczelnię. Nie studiowałeś tam…- przyglądała mu się coraz uważniej.

-Wybrałaś sobie wyjątkowo kiepski dzień na takie zabawy…- przeczesał dłonią włosy. Jego twarz, poza uśmiechem, nie zdradzała żadnych innych emocji.

-Wiem, że nie robiłeś dyplomu we Francji?

-Mylisz się… – z twarzy powoli znikał mu uśmiech a szczęki tężały w mocnym uścisku.

-Czyżby? – podsunęła mu pod twarz dokumenty- Nie było cię nigdy na tej uczelni ani w poprzedniej gazecie… – schowała pod ramię papiery. -Kim ty jesteś, do cholery?!

-Czemu o to pytasz?!- nie wytrzymał. Przycisnął ją do ściany i zamknął ramionami drogę ucieczki.- Czemu koniecznie musisz wiedzieć? – zbliżył twarz do jej ust -Czemu musisz drążyć?

-Bo coś jest na rzeczy, a ja chcę znać prawdę.- szepnęła, patrząc mu odważnie w oczy.

-Ale to nie jest twoja sprawa, do cholery! – uderzył dłonią w ścianę, tuż koło ucha Edyty tak mocno, że dziewczyna podskoczyła z wrażenia.

-Co tu się dzieje?!- kilka metrów od nich stała Pola. W dłoni trzymała dużą, papierową torbę.

-Nic. -Pierre opuścił ręce, uwalniając Edytę. -Coś sobie… wyjaśnialiśmy.- Szczęki pulsowały mu do granicy wytrzymałości.

-Muszę już iść. Wybaczcie… – spuszczając wzrok szybkim krokiem uciekła do swojego gabinetu.  Pierre z Polą odprowadzili ją wzrokiem czekając, aż zamknie za sobą drzwi.

-Co to miało być? Skaczesz na dziewczynę? Co ty cholera, psychol jesteś?! – Pola popchnęła Pierra delikatnie w ramię.

-Możesz chociaż ty mnie nie denerwować?I nie szturchaj mnie! – bezsilnie machnął dłonią. – Chodź, Łukasz czeka.

-Pogadamy później o tym co się stało?-przekroczyli próg gabinetu Poli

-A jak ci odmówię, to odpuścisz? – pokiwała głową- No właśnie. – westchnął- Baby….

-Witaj Polka. Dobrze, że się zjawiłaś… w końcu. – Łukasz zwrócił uwagę na papierową torbę- Zakupy w godzinach pracy? Pochwalisz się co takiego ciekawego kupiłaś?

-Nic ciekawego. Spóźniłam się z innego powodu ale pisałam do ciebie. Widocznie nie odczytałeś. A to….- odłożyła torbę na sofę, obok Pierra – coś osobistego, powiedzmy i wolałabym aby na tym stanęło.

-Ok. Nie moja sprawa! – opierając się o parapet wskazał na grubą teczkę leżącą na biurku Poli. – Materiały, o które prosiłaś. Zerknij czy to te. – Kobieta na tę prośbę podeszła do biurka i zaczęła wertować kartki. Łukasz dyskretnie skinął głową na Pierra, który odrobinę rozchylił papierową torbę zerkając do środka. -Dawno nie gadaliśmy, jak się masz Pola? U was wszystko dobrze?

-U nas? Masz na myśli mnie i Patricka?

-A masz innych „nas” na myśli? Tak o Patricka chodzi.

-Dobrze. – wzruszyła ramionami. -Nie idzie przechwalić. – spojrzała na torbę i serce odrobinę przyspieszyło rytm.

-Dobra, to w takim razie…-klasnął w dłonie- Ja już sobie pójdę. Mam nieco spraw i takie tam… a nieważne. Do zobaczenia.-szybko opuścił gabinet.

-Kłamać to ty nie umiesz!-wtrącił po wyjściu Łukasza.

-Yhy… -wczytała się w zawartość teczki-… Co? Umiem kłamać! – uśmiechnęła się do niego- I wiesz co, bardzo cię lubię! Wręcz ubóstwiam twoją czułą wnikliwość?

-Czułą, co?- zmarszczył brwi

-No widzisz, mój drogi. To było właśnie kłamstwo.

-Co masz w torbie?- szybko zmienił temat

-Leki….- wwiercała się w jego tęczówki

-Na co?

-Przecież wiesz. Widziałeś mnie w sobotę. A to… hormony…. chyba… muszę przeczytać.

-Paddy wie?

-Już tak. Możemy zmienić temat? Nie chcę o tym rozmawiać… z tobą.

-Dobra! – podrapał się po brodzie.

-Co? Zarost młodzieńczy ci się sypnął?- Pola parsknęła śmiechem

-Wiesz, że ja też będę na otwarciu Adama? A powinienem czuć się oburzony, że o mnie zapomniał.

-I tak już ma dużo gości. Jakim cudem też idziesz?

-Prasa, kochana. Prasa! -pomachał identyfikatorem. – Ty jesteś stronnicza więc po raz kolejny nie byłabyś obiektywna.

-Cholera… tam będzie prasa…. – przełknęła ślinę-Plotkarska. O Boże, o Boże!-szybkim krokiem przechadzała się po pokoju- Byłam tak zajęta innymi sprawami, ze przeoczyłąm taką oczywistość! Cholera Pierre!

-Oświeć mnie albo przestań gadać bez sensu. -Pierre szybko mrugał nic nie rozumiejąc.

-Oficjalnie pokażę się z Paddym… A następnego dnia…

-Zrobią cię narzeczoną. I dobrze! Nie będziesz „żona widmo”. Najwyższy czas,żeby cię pokazał!

-Tylko czy on tego chce, czy zostanie zmuszony! Skup się! – rzuciła w niego kulką papieru.

-Będzie chciał się pochwalić. Zobaczysz. – wstał, zakładając kurtkę – Ja bym się chwalił na jego miejscu! – puścił jej oczko i wyszedł.

 

 

 

Czwartkowy dzień kończył się jak kilka ostatnich. Godzina była jeszcze wczesna ale jak przystało na połowę listopada, zmrok zapadał znacznie wcześniej. Wyszedł ostatni ze studia. Wciągnął do płuc rześkie, wilgotne powietrze i delektował się zaskakującą ciszą. Wiedział, że nie powinien mieszać się ale nie mógł tak po prostu zostawić tego samemu sobie. Wykręcił numer Jima i z nadzieją przyłożył do ucha. Nagranie poczty głosowej włączyło się od razu. Nie nagrał się. Nie było sensu. Zrobił to już tyle razy i teraz nie miał nic nowego do powiedzenia. Napisał szybko do Angelo „Jak ten kretyn się znajdzie to daj mi znać”. Wsiadając do auta otrzymał odpowiedz „Ok. Problem w tym, że ja go wcale nie szukam.”. Westchnął i powoli jechał w kierunku domu.

Już na klatce schodowej czuć było orientalne przyprawy i słodki zapach ryżu jaśminowego. Ściągnął kurtkę i buty. A potem sweter i  jeszcze jeden i wszedł do kuchni. Oblizywała łyżkę wczytując się w książkę kucharską. Uśmiechał się lekko a kiedy zobaczyła go opartego o futrynę w kilka kroków podbiegła do niego całując namiętnie.

-Witaj w domu kochanie!

-Witaj. – pocałował ją jeszcze raz-Aż promieniejesz! Nie zauważyłem czegoś? Coś się stało?

-Mała rzecz ale jednak! Mamy co oblewać. Daj wino… czy kupiłeś jednak szampana?- zobaczyła minę Paddiego. – Pisałam ci.

-Cholera, nie usłyszałem. – spojrzał na komórkę – Faktycznie. To skończ gotować a ja szybko pobiegnę do sklepu i usiądziemy w spokoju.

-Tylko pospiesz się. – jednym susem zniknęła wśród garnków i przypraw.  Paddy założył wysokie buty nie sznurując ich i narzucił na siebie jedynie kurtkę. Szybko zamykając za sobą drzwi, a chcąc od razu złapać windę, nie zauważył kogoś stojącego za nim. Wpadł na młodą kobietę w dresie i ze związanymi w koka blond włosami, powalając ją na podłogę.  -Przepraszam! Cholera! Nic pani nie jest? – Przytrzymał ją za łokieć, pomagając stanąć na nogi. – Spieszyłem się. Nic się nie stało?

-Nie… nic …. -kobieta przyglądała mu się uważnie, a z sekundy na sekundę robiła się coraz bledsza. – czy ja cię znam?

-Obawiam się, że tak…

-Paddy? Paddy Kelly? W moim bloku…- przytrzymała się ściany- To znaczy, nie w moim ale obok, za ścianą… – zaczęła mówić sama do siebie, nie mogąc w to uwierzyć.  - Ciotka mówiła, że jakiś muzyk rzępoli na gitarze od rana do wieczora…. Ale jaja! Przecież nikt mi nie uwierzy! – zgarnęła włosy z czoła- Kobieto, ogarnij się!

-Wiesz, że zaczęłaś mówić po polsku? Hej, wszystko dobrze?

-E co? A tak, dobrze! To znaczy z psychiką pewnie nie do końca ale obrażeń żadnych nie mam… chyba? A ty…. cześć! Paddy, tak?

-Zawsze tak chaotycznie mówisz?- uśmiechał się. Bawiła go, była rozkojarzona, speszona i najwyraźniej mocno zakręcona. -Jeszcze raz. Od początku. – podał jej dłoń. – Jestem Paddy, miło mi sąsiadko.

- Mnie również miło…

-Imię.

-Tak, posiadam.

-Jakie?

-A to, Emilka. Emi w skrócie. – przestąpiła z nogi na nogę. -Idziesz gdzieś? Zresztą, nie moja sprawa. Po co pytam… głupia.

-Do sklepu, po wino. A ty?

-Do sklepu, po kawę dla cioci.

-To chodźmy razem, Emi.- wcisnął guzik windy.

-A ty tak po prostu, wychodzisz sobie po wino… i nie masz z tym problemu?

-Jak nie mają mojego gatunku to trochę mam problem- śmiał się. – Ale poza tym, raczej nie.

- Ale to takie… normalne… ludzkie… nie gwiazdorskie.

-A powiem ci coś jeszcze… czasem kupuje takie gwiazdorskie rzeczy jak szampon do włosów, mleko a nawet,wyobraź sobie, papier toaletowy! – był wyraźnie rozbawiony zdziwieniem dziewczyny. -Takie normalne, ludzkie zachowania…- wsadził do koszyka dwie butelki wina i czekoladki jogurtowo- truskawkowe a kiedy stali już przy kasie, Paddy wrzucił jeszcze dwie świece zapachowe.

-Ciężki dzień, powiadasz? Potrzebujesz relaksu przy świecach? -wskazała brodą na zawartość koszyka.

-To dla dziewczyny. Dla mnie tylko to – podniósł butelkę wina.

-Ta to ma szczęście. – mruknęła pod nosem, kiedy już szli w kierunku domu.

-Nie Emi, to ja mam… Miło było cię poznać. Do zobaczenia.

-Mnie również Paddy. Boże, jak to brzmi! Mam nadzieję, że to nie sen…

-W śnie byłbym przystojniejszy! – puścił jej oczko i zniknął w swoim mieszkaniu.- Gotujesz curry Pola? Pachnie jak w Indiach. – położył zakupy na blacie w kuchni.

-Kurczaka curry, zgadza się. – oczy jej błyszczały radością. – Chodź, pokaże ci coś. – odłożyła  łyżkę, ujęła jego dłoń i zaprowadziła do salonu, gdzie na stole leżała biała, papierowa torba.- Zajrzyj.

-Co to jest? – zajrzał do środka. -Leki? – po chwili oczy Paddiego zwiększyły swój rozmiar.-Te leki? Udało ci się je sprowadzić?

-Nie. Znalazłam na drugim końcu miasta. Wydałam prawie całą pensję ale są nasze! -podskakiwała z radości.

-Kochanie tak się cieszę! -zamknął ją w ramionach mocno ściskając.-Faktycznie, mamy co oblać. Otwieram wino!

-Poczekaj. – poszła za nim do kuchni. – Będziesz musiał mi załadować w tyłek.

-Co będę musiał?! – Patrickowi wypadł korkociąg z dłoni. -Jestem tolerancyjny ale chyba nie aż tak Polka!

-Boże! – potarła czoło- Źle się wyraziłam. Wybacz. Ale minę masz nieziemską!

-Wróć z tematem do swoich pośladków i wytłumacz bo czuje niedowład w rękach!

-Zastrzyk głupolu! Zastrzyk musisz mi zrobić w tyłek. – kopała futrynę – No sama sobie nie zrobię. Nie wbije sobie igły.

-Chcesz, żebym na zawał padł?! Chryste!- zaczął otwierać wino. – Ale przyznać trzeba, że to było zabawne!

-Głupie a nie zabawne. – wróciła z salonu z dwoma kieliszkami w dłoni.

-Jakby ktoś nam pisał takie durne dialogi! – z uśmiechem i dwoma talerzami curry zasiedli przy stole.

-Ta.. pewnie Fiona. – uśmiechnęła się na myśl o przyjaciółce.

 

 

 

W salonie wyposażonym w nowe meble, na stole stała duża torba, do której co chwila podbiegał któryś z chłopców wrzucając do środka potrzebne rzeczy. Fiona cierpliwie wyciągała wszystko i składała w równą kostkę. Spojrzała na zegarek i wzięła kilka łyków czerwonej herbaty.

-Chłopaki, za chwilę kolacja! – krzyknęła w kierunku schodów.

-A cooo?

-Omlet…. z groszkiem.

-Fuj! Mamo a nie mogą być lody?

-Nie. Omlet i nie będziemy o tym rozmawiać. – zaczęła przygotowywać posiłek. Przykryła drugą patelnię i wtedy usłyszała dzwonek do drzwi.

-Tataaa! – dzieci pobiegły otworzyć.

-Cześć szkraby! Gotowi?- usłyszała z holu.

-Mam każe nam zjeść jeszcze wstrętny groszek!

-A nie możemy zjeść z tobą lodów?

- Przykro mi chłopaki ale mama ma rację. Groszek jest zdrowy a jak mamy szaleć dwa dni to musicie mieć siłę. – stanął w drzwiach kuchni. -Hej.

-Hej. – zerknęła na niego i uśmiechnęła się nieśmiało. – Chodźcie młodzież do jedzenia! – postawiła dwa parujące talerze na stole i dzbanek herbaty. – Będą trochę jeść. – zwróciła się do Filipa.- Może napijesz się kawy?

-Chętnie, dziękuję. Doceniam… – spuścił wzrok.

-Usiądź.

-Widzę, że sobie radzisz całkiem nieźle. Kupiłaś nowe meble, zdążyłem zauważyć.

-A ty jak się masz? Jak sobie radzisz?- jak najszybciej chciała odwrócić od siebie uwagę.

-Kiepsko! Matka doprowadza mnie do szału. Myśli że znowu mam 15 lat. – spojrzał w jej oczy i niespodziewanie oboje wybuchnęli śmiechem.

-Zawsze taka była, tylko tego nie zauważyłeś! – rozmawiali jeszcze z pół godziny. Nie byli jednak sami…

Chciał jej zrobić niespodziankę więc zaparkował wcześniej i te kilkanaście metrów przeszedł na nogach. Otaczała go ciemność a jedyne światło pochodziło z jej domu. Bał się ponownie ją spotkać. Ostatnio zostawił ją bez słowa i bez wyjaśnienia, wyjechał z Polski. Znowu tu był. Najpierw zauważył czerwone, terenowe auto zaparkowane na pojeździe. Czyżby? Cofnął dłoń z dzwonka drzwi. Cicho wycofał się na bezpieczną odległość i pod osłoną mroku zobaczył w oknie, to czego obawiał się najbardziej. Zobaczył ją, uśmiechniętą. Obok zobaczył Filipa. Pili i rozmawiali, co najwyraźniej sprawiało im przyjemność. Obok dwójka małych chłopców jadła posiłek, rękami wkładając  do ust kawałki jedzenia. Znowu poczuł się samotny. Znowu doznał tego uczucia, że nie tu jest jego miejsce.Czuł się jak piąte koło u wozu. Włożył dłonie do kieszeni kurtki, postawił kołnierz i cicho wrócił do auta odjeżdżając natychmiast.

 

 

 

Studio wyglądało zjawiskowo. Jasnoszara elewacja podświetlona była punktowym światłem i przyozdobiona ciemnofioletowymi kawałkami płótna. Co chwilę podjeżdżały taksówki, z których wysiadały wesołe grupki młodych ludzi. Z środka słychać było dudniące basy muzyki, przeplatanej salwami śmiechu. Paddy z Polą przyjechali wcześniej i pomagali Adamowi w ostatnich organizacjach.

-Sępy z prasy. – Pola szepnęła Paddiemu do ucha. – Zaraz cię zauważą. Jesteś gotowy?- spojrzeli sobie w oczy.

-Od dawna. – ścisnął jej dłoń i wyszli naprzeciw nadciągającej grupie dziennikarzy.

Adam witał przybyłych gości do których podchodził od razu kelner z kieliszkiem szampana. Był uroczy, uśmiechnięty i czarujący. Nie było osoby, której Adam by nie zaczarował.

026e5353e0884d5ca5fed615916d5eb9

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przyjaciele rozdzielili się. Adam witał gości. Paddy z Polą udzielali krótkich wywiadów i pozowali do zdjęć, pod bacznym okiem Willa. W tłumie dało się zauważyć dawno nie widzianego Alexa z Gwen. Opierając się o ścianę, z drinkiem w dłoni, Pierre obserwował całe towarzystwo. W pewnym momencie podjechała kolejna taksówka, wysiadły z niej cztery osoby. Iglesias poprawił garnitur i chwycił pod ramię Dominikę a pod drugie Fionę. Przeszli kilka kroków i ucałowali Adama na powitanie.

-Wszystko wygląda rewelacyjnie! Dałeś radę kochanie! – Fiona pocałowała przyjaciela w policzek.

-Dużo prasy jest, uważajcie.

-Za kogo ty mnie masz?! – Iglesias udawał obrażonego. – Jeszcze będziesz z nas dumny! Uszczypałbym cię w policzek… no ale wiesz… jest prasa…

-A jeśli już musisz nas mieć za kogoś to… – Dominika puściła Pawła i odsłoniła kogoś, kto stał za nimi. – Zobacz, kogo przyprowadziliśmy.- przyjaciele odsunęli się na bok i z ciepłem w sercu obserwowali scenę. Nawet Pola z Paddym zerkali co chwilę.

341a1cfc865cfd9c19ab1c89f1176502

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Mikołaj, cieszę się, że jesteś! – uściskał mężczyznę, który od razu chwycił jego dłoń splatając palce. Spojrzeli sobie w oczy i otaczający ich świat na chwilę zwolnił swój bieg. Adam z Mikołajem za rękę, skierował się w głąb studia pozwalając na kilka zdjęć i przyjemną, krótka rozmowę z gośćmi. Paddy przeprosił wszystkich i wyszedł do zaplecza, chcąc się przebrać i przygotować. Zobaczył go siedzącego w kącie.

-Kurwa Jim! Aleś mnie przestraszył! – Paddy chwycił się za pierś. -Chcesz, bym tu padł na zawał?

-Nie przesadzaj! Za młody jesteś na zawały! – machnął beznamiętnie na brata.

-Co ty tu robisz? Czemu nie dałeś znać, że wróciłeś? – poprawił opadający kosmyk włosów. – Czemu w ogóle nie powiedziałeś, co się z tobą działo? Ile ty masz lat?

-Nie za dużo tych pytań? Jakie było pierwsze?- zmrużył oczy

-Co ty tu robisz, stary? Co?- usiadł obok niego.

-Zaproszony byłem. – wzruszył ramionami.

-Wyjechałeś! Bez pożegnania…. Jak tchórz!

-Hej! – wstał i wskazał palcem na młodszego brata. – Nie jestem tchórzem! Wyjechałem, bo musiałem.

-Dlaczego? – podszedł bliżej niego

-Dla niej!

-Dla niej? Dla Fiony? Pieprzony bohater! Zostawiłeś ją bez słowa i to ma być w porządku? Chyba kpisz! – Paddy zobaczył w oczach Jima wstyd, pomieszany z wyrzutami sumienia. -A teraz jesteś tu, bo?

-Tez dla niej…

-Dobra, mam dość! Nie rozumiem cię bracie. – zarzucił sobie gitarę na plecy. -Później o tym pogadamy. Możemy sie zwyzywać albo jak masz życzenie to nawet się pobić ale teraz mam coś do zrobienia.- zmierzył go wzrokiem. – Przyjaciel czeka, a ja dotrzymuję słowa.

-Zrobisz coś dla mnie? Jedną rzecz…bracie.-

-Zrobię… no wiadomo, że zrobię… zawsze robię! Dawaj, co chcesz?-tupnął nogą w złości.

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 4 komentarzy

63. Knick Knack Paddy Wack

Dwie ciemnowłose kobiety spacerowały między rzędem kanap i różnego rodzaju mebli. Co chwilę któraś siadała na sofie bądź krześle a sekundę później szły dalej. Pola opowiedziała przyjaciółce wydarzenia z ostatniego weekendu i teraz obie siedziały na jednej z kanap w idealnym środku wystawy.

-No i zadzwoniłam do tej kliniki, umówiłam się na kolejną wizytę. Z Paddym. – mimowolnie uniosła kąciki ust. -Zmienił się, Fiona. Jest stanowczy, władczy. Tak jakby przestał się bać. Jest taki…

-Zdeterminowany?-Fiona rozsiadała się wygodnie testując mebel. – Zależy mu na tobie, na rodzinie. Jak cię tylko głaskał to chciałaś uciec dla jego dobra. Teraz może zacznie cię chłostać bacikiem to zmądrzejesz. Ty, to skóra?- gładziła materiał.

-Źle zrobiłam co?

1

-No źle! Od kiedy to taka bohaterka jesteś? – usiadła bokiem i spojrzała Poli prosto w oczy przybierając poważny ton- Posłuchaj, Paddy wie na co się pisze. Wie, że jeśli uda się wam zajść w ciążę to możesz poronić. Zdaje sobie doskonale sprawę z jakimi konsekwencjami wiąże się bycie z tobą. Wie wszystko a mimo tego dalej jest i chce. Dlatego postąpiłaś jak idiotka… – zmierzyła ją wzrokiem.- Chociaż cel miałaś szlachetny i twoje argumenty tez do mnie przemawiają ale reasumując… O zobacz jaki piękny stół. – Poderwała się i po sekundzie była już po drugiej stronie sklepu.

-Ale co?- krzyknęła do Fiony.

-Jesteś kretynką!

-No wiem… – powłócząc nogami poszła za przyjaciółką, która siedziała już  za wielkim, drewnianym stołem. Usiadła naprzeciw.

-I powiedz mi jeszcze, że udało ci się namówić boskiego Kelly na zrobienie do słoiczka?

-Nie musiałam namawiać. Zależy mu.

-Wiedziałam, że z niego taki fetyszysta! Chodź jemu przyda się bardziej dzban… kanister… no nie wiem… wiadro?! – obie zaczęły śmiać się na cały sklep.

-Pamiętaj, że mówisz o ojcu moich przyszłych dzieci! Chociaż jak taki wyposzczony będzie to faktycznie może to wiadro?

-Tyle istnień… -Fiona teatralnie westchnęła – I nie przejmuj się, ojciec moich dzieci to skretyniały dupek – wstała i powoli zaczęła odchodzić. – Więc twój może być koniem – fetyszystą.

-Jak ty coś powiesz… – Zrobiły kilka zdjęć mebli i dodatków i udały się na obiad.

Rozsiadły się się w niewielkiej restauracji i zamówiły obiad. Czekając na posiłek Pola oparła o cukiernice telefon i włączyła wideo-rozmowę z Dominiką.

-Cześć sieroty! I jak, znalazłyście kanapę na te nasze wielkie tyłki?

-Wystarczy twój jeden!

-Jest kilka ciekawych rzeczy. Jak ty się czujesz?

-Coraz lepiej. -kaszlnęła.

-Widzimy właśnie..- Pola dodała z ironią.

-Domi ty wiesz, że na sobotę musisz być zdrowa?-Fiona puknęła w ekran telefonu. -Pamiętaj, otwarcie studia Adama!

large

-Lepiej mi! Poważnie! Gorączka coraz niższa i gardło boli mnie coraz mniej, chociaż mam węzły powiększone. No może przeżyje! Opowiadajcie jak u was. Jak tam Jimboooo?

-Właśnie Fiona? Jak Jim? Tak mnie ochrzaniasz o Paddiego a ty co?

-Jak o Paddiego? Co żeś zrobiła?- Dominika zmarszczyła brwi i przestała się uśmiechać.

-Chciała z nim zerwać, żeby poszukał sobie kogoś zdrowego! Rozumiesz ją?

-Nie. Ale Polkę trudno zrozumieć.

-Dzięki! – Pola machnęła dłonią i zamyśliła się na ułamek sekundy- Hej! Że ja głupia jestem?

-Mądra też nie skoro tak postępujesz! A ty, aniołku? Co bez przerwy zmieniasz temat?- Dominika nie odpuszczała.

-A cholera nic! -Fiona opadła czołem o blat stołu

-Dzień dobry panu! – Dominika pomachała kelnerowi. -Pan im to tu postawi, i niech pan ucieka bo tu się dyskusje toczą! – poczekała aż mężczyzna się oddali. -Gadaj cholera!

- Był u mnie. Było super. Rozwaliłam kilka mebli!

-Dzień jak co dzień! -Pola wtrąciła.

-Wypiliśmy kilka piw i usnęłam na kanapie. Rano obudziłam się u siebie w łóżku…

-Ubrana?

-Tak Domi! Ubrana! – westchnęła i pokiwała głową. – A jego nie było. – ukroiła kawałek pieczeni- A teraz nie odzywa się. I od rana nie odbiera ode mnie telefonów. – wzruszyła ramionami. -No to przestałam dzwonić.

-Mało danych!- Pola kiwnęła palcem.

-Zgadzam się z Matką Teresą!

-Bo cię wyłączę!

-Wiem gdzie mieszkasz!

-No i? Zakaszlesz mnie na amen?!

-Nic więcej nie wiem dziewczyny ale chyba wiem kto może nas doinformować….- Dominika z Fioną spojrzały wymownie na jedzącą Polę.

-Co? No co? Przecież ja nie pogadam z Jimem, co wy?!

-Weź może gluten odstaw albo zacznij inne leki brać, bo coraz gorzej z tobą!

-Dominice chodzi o to, że mamy w rodzinie jeszcze jednego Kelly, czyż nie?

-Paddy? Paddy ma z nim pogadać? – prychnęła śmiechem- No w sumie, mógłby! Ale sama go nie poproszę bo się nie zgodzi.

-Aj tam, nie zgodzi się! To powiemy, że nie zajdziesz. Wystraszy się! -Dominika aż podskakiwała.

-Ale powiem, że to wasz pomysł. Nie chcę mieć z tym nic wspólnego!

-Przyjaźnisz się z nami więc siłą rzeczy, masz dużo z tym wspólnego! – Fiona poklepała załamaną Polę po plecach.

-Dobra to jutro. Najdalej w środę! Ale żadnych odwiedzin w czwartek! Jedziemy do tej kliniki, więc musicie wytrzymać bez nas jeden dzień!

- Oby tylko świat przeżył bez was! – Dominika wywróciła oczami.

-Zamknij się! Idź lecz się. -Pola sięgnęła po telefon.

-Jutro u Polki! – Fiona krzyknęła w ostatniej chwili.

-Byś chociaż raz zapytała! – Pola wtrąciła po zakończeniu połączenia.

-Byś chociaż raz się tym przejęła! – wydęła wargi. – Jedz, bo ci wystygnie.

 

 

 

 

-Zacznijmy inaczej… – Paddy gryzł długopis- Basti… wejdź pierwszy ale troche szybciej. Chris włączysz się w połowie. Spróbujmy.Raz… Dwa… Trzy… – Siedział na niewielkim krzesełku z kubkiem kawy w dłoni i notatkami na kolanach.

-Padd, lepiej wychodzi poprzednia wersja. -Chris ściągnął z ramion gitarę.

-Tez tak myślę… – wpatrywał się w notatki.

2

-Chris ma rację, przerwa na kawę. Ćwiczymy od czterech  godzin! Daj żyć Padd!

-Macie rację. Nie zauważyłem, ze tyle czasu minęło! – Zmierzwił dłonią włosy. – Mam trochę innych spraw na głowie.

-Coś poważnego?- Christian położył dłoń na ramieniu Patricka.

-A takie tam. Nic poważnego! Dzięki za troskę. – powiedział cicho. – Panowie, pół godziny przerwy. Zjedźmy coś. -Kątem oka zobaczył wiadomość od Pawła: „Masz czas wieczorem? Nasz Adaśko trzęsie się jak ratlerek na wietrze przed sobotą. Może odwiedzimy go? Dawno nie gadaliśmy. Ps. Nie mogę dodzwonić się do twojego głupiego brata. Jak zapytasz którego to ci nakopie! Wieczorem u Adama.” Odpisał „Będę. Faktycznie, dawno nie siedzieliśmy we trójkę. A Jim… nie wiem. Do zobaczenia”.

 

Jadąc taksówką do mieszkania Adama wykręcił kilka razy numer Jima. Raz nagrał się na pocztę głosową, prosząc brata o telefon. Czuł lekki niepokój, jednak Jim był dorosły i mógł robić co chciał ze sobą i własnym życiem. Jeszcze nie panikował, zacznie go szukać jeśli nie odezwie się do jutra albo chociaż nie włączy telefonu. Pola, wykończona zakupami z Fioną i obładowana pakunkami wróciła do domu późnym popołudniem chwilę po powrocie Paddiego. Z nieskrywaną ulgą przyjęła wiadomość o odwiedzinach u Pawła. Sama chciała położyć się wcześniej, poczytać i odrobinę odpocząć. Dokuczała Paddiemu żeby jakoś specjalnie nie spieszył się z powrotem do domu. Teraz właśnie podjechał pod budynek gdzie mieściło się mieszkanie Adama. Podszedł bliżej drzwi i usłyszał głośny śmiech Iglesiasa i krzyk oburzenia Adama. Nie pukał, wszedł od razu.

-Co się nabijasz! Zobacz jaki on śliczny! – oboje siedzieli na kanapie z telefonem Adama w dłoni, oglądając zdjęcia z ostatniego koncertu. – Mikołaj jest taki…. o, cześć Artysta!

-A już myślałem, że to o mnie mowa…No to jaki jest ten Mikołaj?-Paddy opadł na fotel i ostatkiem sił ściągnął wysokie buty.

-Taki Adam, tylko mądrzejszy! – Paweł podał Paddiemu piwo. -Miło cię widzieć, stary!

-Jest mądrzejszy!  I śliczny! Tańczyłem z nim. A jak pachnie!

-E ty Homo-Romeo! Zakochałeś się! -Paweł rzucił w przyjaciela turkusową poduszką.

-Fajnie uczucie co? Tak jakby mieć motyle w żołądku!-Patrick przyglądał się przyjacielowi

-Paddy, my mamy motyle… Iglesias ma pszczoły!

-I ciągle tylko bzykają i bzykają!

-Miejmy nadzieję mały, że i ty za niedługo pobzykasz! -Paweł zatrzymał wzrok na muzyku -A jak tam Pola przyjacielu? Przeżyła weekend bez ciebie?

-Ledwo ale jednak. – powiedział szybko – Adam masz wszystko przygotowane na otwarcie?

-Ty, a co ty tak temat zmieniasz, co? Gadaj!

-A takie nasze sprawy! – machnął dłonią.

-Wasze? – Adam złożył ręce na piersi. -Nie wiesz, że od czasów Gliczarowa nie ma wasze?! Gadaj! Nawet jak to coś wstydliwego! Przełkniemy wszystko!

-I kto to mówi! Zbok! – Paweł odrzucił poduszkę.

-Dobra cholera, bo mi spokoju nie dacie! Ale krótką wersję. Bez szczegółów ok? I bez oceniania! Bo was zatłukę.

-Co najwyżej Adama. -Paweł opadł na fotel.

-Ty dostaniesz rykoszetem!

-A gadaj w końcu bo sie tu Adam zestarzeje i nie bzyknie Mikołaja… w tym życiu! – spojrzał w sufit.- Bzyknąć Mikołaja, kurwa ale to brzmi.

-Nie słuchaj debila! Mów co z Polą.

-Była w klinice. Okazuje się że jak już jej się uda zajść w ciążę, to istnieje duże ryzyko, że poroni… – Paddy przymknął na chwilę powieki i głośno przełknął ąślinę zaciskając szczęki. – A w niedzielę zostawiłem ją z tymi rewelacjami na cały dzień i szukałem Pierra… – zobaczył spojrzenia przyjaciół- …. małoistotny wątek, nieważne! Ale ona została sama!Jak kretyn ją zostawiłem a potem ona chciała zostawić mnie, pokłóciliśmy się.

-Czyli generalnie nic się nie wydarzyło?! – Paweł uderzył Paddiego w tył głowy. – Pojebało cię? Teraz mówisz?

-Kurwa poniedziałek jest! Kiedy miałem ci powiedzieć? Zresztą, dzwoniłem! Balowałeś w Krakowie!

-A fakt, mój błąd!

-Uderz mnie jeszcze raz to… – zmrużył oczy- Adam ci odda!

-No i na czym stanęło?

-Zabrałem ją do domu. Nie pozwoliłem zerwać. A rano kupiłem kwiaty i zrobiłem  śniadanie.

3

-Nie no… po tym to pewnie cała twoja! I po dramacie, co? Bo przecież „nie pozwoliłeś”!

-Udam, że nie słyszałem tej uwagi!

-Kurwa, możesz przestać mu przerywać?! Paddy co dalej?

-Muszę oddać spermę.-Patrick odskoczył na bok fotela- oplułeś mnie piwem, kretynie!

-Lepsze piwo niż…

-Po co? Gdzie? -Paweł nic nie rozumiał.

-W klinice. Taka procedura par, które się starają. Nic wielkiego…- muzyk zrozumiał swój zły dobór słów i wystraszony zerkał na przyjaciół

-Nic wielkiego? MAŁA rzecz?- Paweł ledwo powstrzymywał śmiech.

-Mały ale wariat, powiadasz?-Adam podchwycił humor przyjaciela.

-Mówcie co chcecie! Nie będę wam się tłumaczył głąby!

-Wyświadczasz Poli…. drobną przysługę?- Adam spływał z kanapy ze śmiechu.

-Ty mi zazdrościsz bo ja bzykam a ty nie! – wskazał na Adama.- A ty się nabijasz, bo sam idziesz na ilość a nie na jakoś! Głupki…. – powstrzymywał wybuch śmiechu. – Oko by wam wybił, taki wariat!- strzepnął okruszki ze spodni. – jestem niski to gdzieś ten rozmiar musiał iść, nie?

-Nooo proszę! Jak się wyrabiasz!! Brawo! My i twój słoiczek miłości jesteśmy z  ciebie dumni.

-Nie przypominaj mi! Do czwartku zero seksu a na koniec…. słoiczek…

-No to kochany, statystyki ci … zmaleją!

-A odwal się już od tego rozmiaru łajzo!

- Z innej beczki! Zagrasz na moim otwarciu?

-Mam nadzieję ze pytasz mnie a nie tego ślicznego beztalencia?-Paddy próbował kopnąć Iglesiasa.

-Ciebie. Może Jimmy też by zagrał? Zrobiłbym furorę.

-Ja zagram, chętnie! Jim nie wiem, nie odbiera ale pewnie też.

-Tiaaa, zagra… jak mu ręka nie odpadnie po wizycie w tej klinice. Musisz Paddy nadgarstki trenować.Zaufaj mi, wiem co mówię….

-Komu ty to mówisz! W klasztorze był!

-Jesteście obrzydliwi! Jak ja mogę się  z wami przyjaźnić?!

-I tak długo już wytrzymałeś! Kochasz nas… dlatego! Spójrz prawdzie w oczy i przyznaj się.

-Idziesz z Mikołajem i jego rózgą, tak oficjalnie na tą imprezę.

-Chciałbym. Fajnie by było, jakby stał obok i trzymał mnie za rękę.- Adam westchnął- Uprzedzam wasze pytanie, nie ludzi się obawiam a tego ze to może za wcześnie…Nie chcę go wystraszyć…

-To lekarz! Gorsze rzeczy widział!

-Wyjdzie samo w praniu. Nic na siłę. Wyczujesz moment i samo pójdzie. -Paddy zamyślony wstał i podszedł do okna.

-A tobie co? Rozczulają cię dwa całujące się geje czy jak?

-Chciałem się jej oświadczyć…. – Schował dłonie do kieszeni i powoli odwrócił się twarzą do przyjaciół. W pokoju nastąpiła głęboka cisza. – Wiedziałem że was zaskoczę. Nie zrobię tego jednak…

-Bo? Nie kochasz jej?

-Nigdy nikogo tak nie kochałem! Ale nie oświadczę się teraz, kiedy wyniknął ten cyrk z kliniką i ciążą. Pola pomyśli, że to na siłę. Że coś jej próbuje zrekompensować.

-Kiedy chciałeś to zrobić?

- W święta… u mojej rodziny. Wiem, że się zgodzi ale chciałem żeby było tak… kurde… romantycznie no!

-Faktycznie, nie rób tego. – Paweł przybrał bardzo poważny ton – Na bank odbierze to jako rekompensatę za brak dziecka. Tak nie może być.

-Albo teraz się oświadcz…. zanim jeszcze na dobre się nie zaczęło!-Adam zamyślił się, skubiąc dolną wargę.

-Ona wczoraj chciała go zostawić a ten się oświadczać będzie… no rewelacja! Już wiesz, dlaczego jesteś do tej pory singlem?

-Zasadniczo, już nie jest! A po sobocie, to już na pewno nie będzie! Doktorek leci na ciebie, widać jak na dłoni! -skończył butelkę piwa i odstawił na stolik. – Oświadczyć się mogę zawsze, teraz faktycznie, nie jest dobry czas. Wystarczy tych emocji.

 

 

 

-Widziałeś, jaki idiota? Dzięki Angi za info. -rozłączył się i wrócił do przeglądania kilku stron internetowych. Zerknął na Polę, myła naczynia po śniadaniu. Mógł spokojnie sprawdzić kilka informacji, nie martwiąc się, że zostanie nakryty.

-Kto dzwonił?- Zapytała nie odrywając się od wykonywanej czynności.

-Hm? A to? Angelo. Dał znać, że Jimbo znalazł się w Kolonii.

-Tam go wyrzuciło! Ciekawe czemu?- wycierała dłonie w suchą ściereczkę.

-Nie wiem.Dalej ma wyłączony telefon. – Paddy w pośpiechu zamknął laptopa- Angelo dostał info, że był tam widziany. Żyje… reszta mnie nie obchodzi.

-Trzymaj.

-Co? Odkurzacz? Tak z rana, Polka zlituj się!

-Nie marudź, szybko posprzątamy i wypijemy kawę.

-Jestem artystą wielkiego formatu a muszę…-powiedział hardo.

-Ty artysta wielkiego formatu co podkrada dziewczynie krem na pryszcze!- poklepała go po policzku.

-…Odkurzać. – wplótł palce we włosy. – A może zrobimy coś innego… – porwał ją w ramiona, składając na jej ustach namiętny pocałunek.

-Próbujesz się wykręcić? Żadnego seksu, Kelly! Do czwartku musisz wytrzymać. – pocałowała go ponownie.

-Nie pomagasz….

-Odkurzaj. – zniknęła w sypialni

-Ja może jednak do studia pojadę… pracować muszę…

- Odkurzaj!

-Dobra no… już! – mruknął pod nosem, rozciągając kabel od odkurzacza.

Godzinę później oboje siedzieli na kanapie, rozmawiając na temat studia, prób, chłopaków z zespołu i kiedy rozmowa zbiegała w kierunku kliniki usłyszeli dzwonek do drzwi. Spojrzeli na siebie i ze zdziwioną miną Pola poszła otworzyć.

-Jak to Pierre to idę jeszcze okoliczny park odkurzyć! – przechylił się przez oparcie kanapy.

-Nie słodziutki, to tylko my!- Do salonu wkroczyły Fiona i Dominika. Obie usiadły po bokach Paddiego biorąc go pod ramię.

- O coś chodzi? Co się tak głupio uśmiechacie?- Patrick zerkał raz na jedną, raz na drugą.-Wiesz o co im chodzi Pola?

-Pewnie zaraz się przekonasz.- Stała nad nimi z figlarnym uśmiechem.

-Co chcecie, sępy?-próbował się wyswobodzić – Jaka ty jesteś silna Dominika!

-Zadzwoń do Jima.- Fiona trzymała Patricka z drugiej strony. – Dowiedź się, co jest grane.

-Zostawił Fionę w pół słowa i zniknął. Chyba powinien powiedzieć jej gdzie jest… Albo chociaż tobie, cytrynka!

-Aaa, chciałybyście wiedzieć! Nie ma nic za darmo! Co z tego będę mieć?- nie powstrzymywał śmiechu.

-Polka ci da! -Dominika poluzowała uścisk

-I tak mi da! – Pola wywróciła oczami i poszła zrobić kawę.

- Ale przed czwartkiem!-Fiona uniosła brwi.

-Blefujesz! – Paddy pochylił się bliżej twarzy Fiony i zmrużył oczy.- Wiesz, że nam nie wolno…. mała cholero!

-Tez cię kocham! – Fiona pocałowała Paddiego w czubek nosa.

-Powiedz im, bo nie odpuszczą…- Pola usiadła naprzeciw wyraźnie rozbawiona.

-Dobra! Ale nie dam się przekupić seksem! Zapamiętajcie to sobie! – westchnął i udał, że wyciera pot z czoła. – Jimmy jest w Kolonii. I nieee…. nie mogę z nim pogadać bo nie ma go pod telefonem! Wyłączony ma od kilku dni. Przykro mi… Fiona.

-Cholera… co jest? Nic z tego nie rozumiem.- kobieta zanurzyła usta w gorącej kawie.

 

 

 

Czwartkowy wieczór czarne auto Patricka podjechało pod Jasny budynek kliniki. Fasadę wieńczyły zdobione gipsowe ornamenty. Wokół rosły różnego gatunku iglaki, starannie przycięte do kulistych kształtów. Wokół wszystko wysypane było białym, drobnym kamieniem. Zaparkowali na parkingu, z tyłu budynku. Chwilę siedzieli w ciszy ciężko oddychając. W końcu Paddy bez słowa wysiadł z auta, otworzył Poli drzwi i podał jej dłoń. Spojrzała na niego.

-Damy radę. Wszystko będzie dobrze! Cokolwiek się nie stanie, przejdziemy to razem. Chwyć moją dłoń…- uniósł kąciki ust- i już nie puszczaj!

-Załóż kaptur, żeby nikt cię nie widział.

-Nie mam takiego zamiaru! Nie zrobimy tego aż tak po kryjomu. – ścisnął mocniej jej dłoń. -Idziemy!

Weszli do środka i skierowali się do rejestracji. Miła, młoda blondynka po wpisaniu danych, poprosiła o poczekanie w wygodnych, białych fotelach. Nie puszczał jej dłoni. Chcąc zająć czymś myśli zaczął rozglądać się po pomieszczeniu. Ściana naprzeciw nich cała ozdobiona była zdjęciami noworodków i malutkich dzieci. W tle sączyła się spokojna muzyka. Wszędzie królowały pastele i jasne kolory. Było całkiem przytulnie i przyjemnie. Miła blondynka z rejestracji podeszła do nich i cicho zapytała czy może napiją się kawy, herbaty bądź wody. Grzecznie podziękowali. Pola zdawała się być skupiona, spięta. Mało się odzywała a jedyną oznaką zdenerwowania były wykręcane palce dłoni. Bardzo się starał nie okazywać stresu. Dla niej musiał być silny, choć wewnątrz siebie toczył walkę z bardzo dużymi emocjami.  Po jakimś czasie z gabinetu wyszła kobieta w średnim wieku i uśmiechnęła się serdecznie do Poli. Podeszła do rejestracji i cicho powiedziała coś do młodej blondynki po czym wróciła do gabinetu zamykając za sobą drzwi.  Blondynka ponownie podeszła do Poli I Paddiego i podając Poli formularz do wypisania poprosiła Paddiego na stronę.

-Proszę wybaczyć, nie powiedziałam wcześniej. Do narzeczonego proszę mówić po angielsku. Nie jest polakiem.

-Rozumiem. Oczywiście. – zwróciła się do Patricka. – Panie Kelly, proszę ze mną. Odda pan materiał, pani Pola zaraz będzie badana.

cd1bfa295fa8409a85f04e224389d8f4

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Nie zgadzam się.

-Słucham?

-Co ty, Paddy?

-To znaczy zgadzam się ale później. Chcę być teraz z nią. – splótł palce z dłonią Poli.

-Oczywiście, rozumiem. Czekam na pana w takim razie. – uśmiechnęła sie ciepło i wróciła za kontuar.

-Może ci pomoże, skoro tak czeka na ciebie… – Pola uśmiechnęła się do Paddiego.

-Faktycznie, głupio to zabrzmiało. -prychnął.

-Pani Martin, zapraszam. -Doktor Woźniak gestem zaprosiła Polę do środka. Usiedli na wygodnych krzesłach pi drugiej stronie biurka.

-Aleksandra Woźniak. Miło mi, panie Kelly. – podała mu chłodną dłoń. -Mam pani wyniki badań, poziomy hormonów, krew, białko. – rozłożyła cienką teczkę i przeglądała wyniki. – Pani usg i obraz konsultowałam z kolegą i jednym specjalistą z Monachium. Nie jest najlepiej ale można coś z tym zrobić.

-Pani doktor, zrobimy co w naszej mocy. – Pola ściskała dłoń Patricka.

-Wiecie z czym to się wiąże?Jak płód się zagnieździ, może nie utrzymać się. Musicie być tego świadomi.

-Jesteśmy pani doktor. I…- spojrzała głęboko w granat oczu Paddiego otoczony malutkimi zmarszczkami. – … i chcemy podjąć to ryzyko.

-Dobrze. W takim razie mam dla was propozycję kuracji. Lek nie jest wprawdzie tani ale  może pomóc na zmniejszenie pani bliznowca na macicy. – podąła receptę. – ważne jest aby aplikować zastrzyk codziennie, na noc. To bardzo ważne aby nie przeoczyć dawek ale sądzę, że mam do czynienia z odpowiedzialnymi ludźmi.

- Jak długo będę musiała brać ten lek?

-Przez kolejne trzy, maksymalnie cztery cykle. Potem się zbadamy i zobaczymy jak to wygląda.

-Pani doktor a przez ten czas możemy dalej się starać jak dotychczas?

-Jak najbardziej! Proszę tylko często robić testy. Jeśli dojdzie do zapłodnienia wcześniej, proszę wtedy odstawić ten lek a brać jedynie te pomocnicze, z drugiej recepty. Nie zaszkodzą testy na owulację, dodatkowo.

-dziecku nic się nie stanie od tych zastrzyków?

-Nie panie Kelly. Trzeba tylko szybko reagować. Każdy dzień jest ważny. – zamknęła teczkę.-Zapraszam panią do badania i jeśli nie mają państwo więcej pytań to pana do gabinetu obok. Mamy tam kilka materiałów pomocniczych. – uśmiechnęła się.

-Nie da się tego określić bardziej subtelniej, doceniam.- Paddy uścisnął dłoń lekarki, pocałował Polę i wyszedł do gabinetu obok.

Pokój był ciemny, w oknach zaciągnięte szczelnie rolety. Paddy przekręcił klucz i usiadł na wygodnym fotelu. Obok znajdował się biały plastikowy stolik na kółkach, na którym znajdowało się sześć sterylnych kubeczków, szczelnie zamykanych.

-Przeceniają mnie. – wziął do ręki jeden i przyjrzał mu się uważnie. Na wprost stał telewizor i półka płyt z filami dla dorosłych. Po drugiej stronie fotela leżał stos gazet. – Jak jaskinia porno! -wypuścił głośno powietrze i odłożył kubeczek. – Tak bez czułości… – rozejrzał się jeszcze raz. – … no to do roboty Paddy! Inaczej stąd nie wyjdziesz! – zamknął oczy i zaczął się relaksować. Po 30 minutach wyszedł z pokoju na krótki korytarz a z niego do poczekalni gdzie zastał Polę pijącą kawę. Młoda blondynka podeszła do niego i uśmiechając się ciepło zapytała czy wszystko się udało i czy zostawił materiał tam gdzie powinien. – Jakoś poszło. Ale na kolację z tym słoiczkiem to się nie umówię. Mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku a teraz przepraszam, narzeczona czeka.

 

 

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 7 komentarzy

62.No One But You

LISTOPAD

„Przewodnią myślą mego życia jest on. Gdyby wszystko przepadło, a on jeden pozostał, to i ja istniałabym nadal. Ale gdyby wszystko zostało, a on zniknął, wszechświat byłby dla mnie obcy i straszny, nie miałabym z nim po porostu nic wspólnego.”

 Emily Jane Brontë – Wichrowe Wzgórza

 

 

-Odchodzę Patrick.- wyszeptała

-Co?- wstrzymał oddech.

-Masz jeszcze szansę…Tak będzie lepiej. -zwiesiła wzrok.

-Dla kogo?! Dla ciebie?! Dla mnie?! Do cholery, co ty wygadujesz?- podniósł głos i wstał z ławki.

17952528_1579094178780907_7260593236220239531_n

 

-Nie jest mi łatwo.Czasu nie cofnę! Codziennie odczuwam ból tamtych czasów.Wiem jak cię krzywdzę…

-Właśnie, że nie krzywdzisz! Bo ja się na to nie zgadzam! Nie zgadzam się, rozumiesz?!Nie zostawisz mnie, żebym poszukał sobie innej!To tak nie działa!- krzyknął na pół parku

-Wiem ale…

-Nie zgadzam się! Myślisz, że tak łatwo ci odpuszczę? Nie znasz mnie? Jak możesz?-krzyczał

-Myślisz, że mi jest łatwo?! Codziennie budzić się koło ciebie wiedząc, że nie mogę dać ci tego o czym marzysz? -zaczęła krzyczeć. – Nosze na sobie to piętno, które codziennie przypomina mi jaką jestem kobietą! – podniosła bluzę do góry ukazując fragment tatuażu.-Wybrakowaną. A jeśli nigdy nie będziemy mieć rodziny? – twarz miała zaciętą, hardą ale z oczu wypływały łzy przy każdym mrugnięciu. -Zajdę w ciążę i poronię. Nie chcę dla ciebie takiego życia. Nie zasługujesz! Nie chcę żebyś przechodził to wszystko! Nie wiesz jak to jest, stracić dziecko!

-A kto dał ci prawo decydować o tym co jest dla mnie najlepsze a co nie?- krzyknął – mam rozumieć, że to, z kim chcę być, już się w ogóle dla ciebie nie liczy? Podjęłaś decyzję za nas oboje!

-Sam nie byłbyś w stanie odejść. Ty masz jeszcze szansę, Paddy. Możesz być szczęśliwy…z kimś innym…

-Polka, co ty gadasz?!-zmrużył oczy – I to jest powód twojego odejścia? Bo chcesz dla mnie dobrze?-roześmiał się czym zaskoczył kobietę. Zrobił kilka kółek wokół ławki, na której siedziała. – Problem w tym, że ja cię doskonale rozumiem! Jednego tylko nie wzięłaś pod uwagę… mojego zdania na ten temat. – usiadł obok niej i ujął jej chłodną dłoń. – Przestań na sekundę kierować się czym podobnym do altruizmu i odpowiedz mi, jak jest na prawdę. Kochasz mnie? Chcesz ze mną być?Te dwie rzeczy się liczą!- wyrwała swoją dłoń z jego uścisku.

-Patrick…Ja nawet nie wiem jak opisać skalę miłości jaką cie darzę! Nie potrafię bez ciebie oddychać.Kocham cię tak mocno, że aż mnie przytyka!   – spojrzała na niego mokrymi oczami. -Nie chcę cię krzywdzić. Nie wiem co mam z tym zrobić, jak postąpić!

-Jesteś w stanie ode mnie odejść? – pochylił się nad nią, badawczo jej się przyglądając.- Odpowiedz, do cholery! Jesteś w stanie mnie opuścić?- ich usta dzieliło kilka centymetrów. -Odpowiedz!- wytrzymał jej spojrzenie

-Nie. Nie potrafię! Myślałam, że tak będzie lepiej ale nie potrafię, kochanie… Nie potrafię bez ciebie żyć…- ujęła jego twarz w dłonie. -A jeśli nie dam ci dzieci? Znienawidzisz mnie…- łza spłynęła po jej policzku.

-Nie to jest wyznacznikiem naszego być albo nie być Pola. Nawet bez dzieci będziemy razem. Nie dam ci odejść tak łatwo. – ujął jej dłonie -Dopiero, jak przestaniesz mnie kochać.Dopiero wtedy puszczę cię wolno.I nawet wtedy nie znienawidzę cię!

-Będziesz cierpiał.-powiedziała cicho.

-Nieprawda! Cierpieć mogę jedynie bez ciebie kochanie! Z tobą nic mnie nie ruszy. – pociągnął ją do siebie i zamknął w ramionach. Czuł jak cała dygocze. -Przestań już zachowywać się w ten sposób! Uszczęśliwiając mnie na siłę i decydować sama o naszym losie.

-Paddy…- dyszała spazmatycznie- Umarłabym bez ciebie. Nie chcę odchodzić! Nigdy nie chciałam cię opuszczać!- zacisnęła dłonie na jego kurtce.- Nie chcę… – powiedziała cicho wtulając się w niego jeszcze mocniej.

-No to masz szczęście kochanie, bo nigdzie się nie wybieram. – Pogłaskał jej potargane włosy i wypuścił powietrze z westchnieniem ulgi. – Tyle już przeszliśmy… przejdziemy i to.

-Przepraszam cię. – uwolniła się z jego uścisku. – Wybacz mi… przepraszam cię za dzisiaj… za wczoraj… za wszystko!

-Nie możesz w nas wątpić! Nigdy, słyszysz? – chwycił ją za ramiona

-Nigdy… Wiesz, że będzie trudno? Że może to się nie udać?

-Wiem… Ale jeśli dalej chcesz, możemy spróbować. Powalczymy o to dziecko.Razem!

-Paddy… zabierz mnie do domu.- ujęła jego dłoń

-Dobrze ale pod jednym warunkiem.-uśmiechnął się i zobaczyła znowu jego cudowne zmarszczki wokół granatowych oczu.

-Każdym…

-Będziesz jak się obudzę?

-Będę. Nigdzie już nie ucieknę….- obejmując się powoli szli w kierunku domu.

-Chodźmy spać… To był długi i ciężki weekend. Resztę przemyślimy jutro. W końcu jutro tez jest dzień.   – pocałował czubek jej głowy.

 

 

k,MjI5NzIzNzUsMTQxNDk2,f,Ohne_20Titel-14 (1)

Krople deszczu nieśmiało stukały w szybę sypialni przy każdym podmuchu wiatru, który wył między drzewami. Tego wieczora rozmawaili do późna siedząc na podłodze, między rozkręconymi meblami. Po którymś piwie Fiona wpadła na pomysł spalenia wszystkich mebli w kominku, na co Jim ledwo ją powstrzymał tłumacząc, że lakierowanego drewna nie pali się w kominku i zdziwił się, że Fiona taka ignorantka i nie wie tak podstawowych rzeczy! Ona nabijała się z niego,że zachowanie drwala już ma ale brakuje mu jeszcze długiej brody i koszuli w kratę no i siekiery. Na sam koniec wieczoru leżąc na dywanie opowiadali  o swoich dzieciach. Widziała jak ten temat jest bolesny dla Jima. On natomiast cieszył się, że na Boże Narodzenie pojedzie do Kolonii i zobaczy się z córkami. Na ten temat z kolei Fiona posmutniała. Święta dla niej zawsze były wyjątkowym czasem. Czasem spędzonym z rodziną.Te będą pierwsze z którymi będzie musiała się zmierzyć. Co jakiś czas wracał temat Filipa, skrzętnie omijany. Po jakimś czasie przenieśli się na kanapę w salonie i Jim opowiadał Fionie o swoich młodych latach, omijając niecne uczynki jakich się dopuścił. Skończył opowiadać kolejną anegdotę i zerknął na Fionę. Zasnęła. Jej głowa spokojnie opadła na wezgłowie przytulnego wypoczynku. Uśmiechnął sie ciepło i ostrożnie wyjął z jej dłoni butelkę niedopitego piwa. Okrył ją kocem, zebrał butelki i talerze po kolacji. Talerze wstawił do zmywarki a butelki postawił na blacie w kuchni. Wrócił do salonu. Było cicho i jak dla Jima niepokojąco. Cały wieczór czuł się źle w tym domu, co starał się ukryć przed Fiona. Teraz, kiedy nic nie mówiła a jedyne co słyszał to jej miarowy oddech, uczucie niechęci tylko w nim rosło.  Rozejrzał się po zdemolowanym pokoju i choć mało przypominał swoją pierwotna wersję, Jim nadal widział wszędzie Filipa. Nie potrafił powstrzymać tych myśli. A może na tej kanapie ona kiedyś całowała się ze swoim mężem…albo się z nim kochała? Czuł się naiwnie, zastanawiając się nad takimi rzeczami. Oczywiście, że to robiła! Na blacie w kuchni pewnie razem gotowali i spędzali wspólnie wieczory przy lampce wina, tocząc niekończące się dyskusję. Rozejrzał się po domu. Nie powinien ale było to silniejsze od niego. Wszedł na piętro. Otworzył pierwsze drzwi. Łazienka. Na wieszaku jej atłasowy szlafrok, obok niedbale przewieszony brzoskwiniowy, koronkowy biustonosz. Koło umywalki stał mały flakonik perfum. Wychylił się, upewniając  że Fiona dalej śpi i cicho otworzył buteleczkę. Wziął głęboki wdech wdychając słodki jej zapach. Przymknął oczy, przenosząc się do tamtego wieczoru, kiedy pierwszy raz do niego przyszła.Pamiętał również ukłucie w sercu, kiedy bez słowa od niego wyszła po wszystkim. Pośpiesznie wyszedł z łazienki i zajrzał obok. Pokój jej dzieci. Nie wchodził, czuł że nie powinien. Zaświecił światło i omiótł spojrzeniem pomieszczenie. Na każdej półce stały kolorowe ramki ze zdjęciami Filipa, dzieci i Jej. Razem, jak szczęśliwa rodzina. Poczuł mdłości w żołądku. Zaczął nerwowo drapać swoje ręce, źle się czuł. Bardzo źle. To nie było jego miejsce. To nie była jego rodzina. Teraz odczuwał to aż za bardzo. Zacisnął dłonie na swoich włosach i szybko zbiegł do salonu. Delikatnie uniósł Fionę, przytulając ją do siebie. Mocno trzymając ją na rękach zaniósł do sypialni. Ułożył ją na łóżku i czule nakrył ciepłym kocem. Widok jej w tej sypialni był dla niego nie do zniesienia. Filip miał rację, kiedy mówił, że miejsce po nim w łóżku jeszcze nie wystygło. Nie mógł tu zostać. Pogłaskał Fionę po policzku i cicho wyszedł z domu. Nie zamawiał taksówki. Było już nad ranem więc postanowił iść na piechotę. Naciągnął kaptur na głowę, dłonie schował do kieszeni i powoli nie podnosząc spojrzenia, kierował się w stronę swojego mieszkania.

 

 

FB_IMG_1479589405014

Otworzył oczy i chwilę trwało zanim złapał ostrość spojrzenia skupiając uwagę na sufitowej lampie. Kilka godzin temu o mało nie stracił Poli. O mały włos by go zostawiła. Nienawiść do Pierra zasłoniła mu jasność umysłu. Kiedy ona sama próbowała uporać się z tak ciężkimi emocjami, on myślał jedynie o swojej urażonej dumie. Na tamto wspomnienie zacisnął mocno powieki i dłońmi przetarł twarz otrzeźwiając się odrobinę. Spojrzał w bok. Spała obok niego. Wyglądała spokojnie, oddychała rytmicznie. Okrył ją szczelniej kołdrą i odgarnął długie, czarne włosy i twarzy. Była może odrobinę blada, oczy przyozdobione sinymi podkówkami a skóra na dłoniach jakby otoczyła jedynie kości. Paddy doskonale wiedział co ona przechodzi, widział ile ją to kosztuje. Sam miał mieszane uczucia. Jeśli jest tak jak mówi Pola, to czy może skazywać ją na kolejne cierpienie jakim jest poronienie? Czy może samolubnie podjąć taką decyzję? Wstał i po szybkim przemyciu twarzy, wstawił wodę na kawę i zabrał się za robienie jajecznicy. Jego myśli krążyły wokół jednego tematu. Pragnął mieć rodzinę, dzieci. Pragnął tego bardzo mocno ale tylko z nią. Nie chciał jej krzywdzić, nie zniósłby takiego cierpienia jakie by ściągnął na nich swoją decyzją. Mieszał beznamiętnie kilka jaj z wcześniej podsmażoną szynką. Miał jechać do studia. Sięgnął po telefon i napisał do Sebastiana wiadomość „coś mnie zatrzymało. Będę jutro. ” Za niecałe trzy tygodnie jedzie w trasę. Ostatnią przed świętami a po nowym roku zamyka się w studiu pracując nad nowym albumem. Nie powinien teraz omijać prób. Dzisiaj jednak nic nie liczyło się tak jak ona. Była jego całym światem a o świat trzeba dbać.  Przerzucił jajecznicę do termicznego półmiska, zrobił ogromny dzbanek kawy i wszystko ustawił na stole w jadalni. Stał nad swoim dziełem i jeszcze ostatni raz pomyślał o wydarzeniach ostatnich dni.

-Paddy, dość! Koniec użalania się!- zrugał sam siebie. – Nie tego nam teraz trzeba. Ktoś musi pozbierać ten cały cyrk w jedną całość! – założył na bokserki czarne dresowe spodnie, trampki i bluzę z kapturem. Najciszej jak potrafił wyszedł z domu i szybko zbiegł po schodach na zewnątrz. Było zimno, mokro, wietrzne i nieprzyjemnie. Podbiegł kilka kroków i dysząc wpadł do najbliższej kwiaciarni a w drodze powrotnej odwiedził jeszcze piekarnie. Mimo pogody powoli wstępowała w niego nadzieja. Czarne myśli ustępowały miejsca jasnym promieniom. Z czasem i uśmiech pojawił się na jego twarzy a kiedy wrócił do mieszkania był już pełen życia i chęci do działania. Bukiet białych jaskrów wstawił do różowego wazonu. Pieczywo przełożył do małego koszyczka i nalał sobie duży kubek kawy. -Od teraz będzie inaczej… – szepnął sam do siebie zatapiając wargi w gorącym napoju. Postanowił włączyć cicho muzykę. Usiadł na kanapie i pilotem przeglądał kanały w telewizji. Jego uwagę zwróciła wystająca spod stosu gazet biała wizytówka. Nie potrafił przeczytać kogo przedstawiają te dane jednak rysunek małego dziecka w prawym rogu i nazwa kliniki pozwoliło mu zorientować się z czym ma do czynienia. Schował ją pod swój talerz w jadalni i czekał na Polę. Kilka minut później w kucni pojawiła się i ona. Rozczochrana, ziewając zawiązywała w pasie puszysty szlafrok. Dla niego była cudowna właśnie taka.

ce5e524d97be3e44d52e9dd5035b49a7

-Kochanie, muszę powiedzieć, że wyglądasz rześko i kwitnąco! – podpierał dłonią brodę siedząc przy stole

-Nie kpij. – stawała się poprawić włosy. – Wyglądam strasznie! – Jej wzrok skupił się na zastawionym stole. – Co to jest?- nieśmiało zagościł mały uśmiech na jej twarzy- Przygotowałeś śniadanie? I świeże pieczywo? I takie piękne… skąd masz takie piękne kwiaty? Tylko mi nie mów, że leżały na wycieraczce z jakimś liścikiem?

-Pobiegłem po nie. – uniósł zawadiacko brwi. – No i po bułki też!

-Jak to pobiegłeś? Przecież ty nawet po schodach nie wchodzisz. – przeciągając się usiadła naprzeciwko Paddiego.

-Dzisiaj jest nowy dzień i nie będzie przesadą jak dodam, że czas na zmiany? A tak serio…- ujął jej dłoń- Chciałem zrobić dla ciebie coś miłego.

-Wiesz, że wystarczyłaby kawa. Ale kwiaty cudowne! – pocałowała wnętrze jego dłoni.

-Kocham cię Pola. Nic tego nie zmieni.

-Nie zasługuje na…

-Dość! Miałaś skończyć z takim głupim gadaniem! – przekrawał bułkę. – Zasługujesz na wszystko co najlepsze a teraz wcinaj jajecznicę. Narobiłem się przy niej. Doceń kunszt mistrza!

- Ten kunszt to ta szynka?- uniosła jedną brew.

-Wiesz jak ciężko pokroić tak drobne paseczki, nie raniąc sobie przy tym tych cennych palców? – uniósł dłonie do góry.

-No tak! Artysta i jego genialne palce.- dobry humor wypełniał pokój z minuty na minutę.

-Pij kawę bo głupio gadasz! Wyjątkowo dobra jajecznica! Nawet jak na mnie!

-Nawet jak na ciebie…- Pola prychnęła śmiechem przyglądając się z czułością swojemu mężczyźnie. Zamyśliła się popijając gorącą kawę i przez chwilę była jakby nieobecna. -Mogę jakoś wynagrodzić ci ostatnie dni?

-Chyba możesz…- powiedział cicho i przesunął po stole w kierunku Poli wizytówkę kliniki.- Zadzwoń tam. – dodał z pełną powagą i troską.

- Nie chcę. Boję się. – zaczęła kręcić się na krześle.

-Czego Pola? Dowiemy się więcej i tyle. Nikt nas do niczego nie zmusi. Zadzwoń, nie bój się. Jestem z tobą.- mówił ciepło lekko zachrypniętym głosem.

-Chcesz zrobić ten krok?

-Oczywiście. Chcę spróbować. Ale sam tego nie zrobię. Aż tak genialny nie jestem! – podsunął wizytówkę blisko niej.

-Dobra zadzwonię. – sięgnęła po telefon i wykręciła numer. Stukając paznokciami w stół oczekiwała połączenia. – Dzień dobry Pani doktor. Pola Martin z tej strony. Chciałabym jeszcze raz panią odwiedzić. Kiedy ma pani wolny termin? Tak szybko? A rozumiem, ktoś odwołał wizytę. Świetnie. Chciałabym jeszcze zaznaczyć, że tym razem przyjdę z partnerem.- Paddy widział jak nieznacznie się uśmiecha i choć nie rozumiał ponad połowę, z tonu głosu Poli wnioskował, że jest dobrze.- No to jesteśmy umówione. Czwartek o osiemnastej. Pozdrawiam. – rozłączyła się. Spojrzała na Paddiego i tylko uśmiechała się szyderczo.

-I teraz będziesz się pastwić nade mną i nic mi nie powiesz?

-Powiem powiem ale uroczo się denerwujesz.

-Mów bo usiedzieć nie mogę.

- Czwartek popołudniu mamy wizytę.

-Tak szybko?- Paddiemu odrobinę zrzedła mina.

-Powiedziała, że to dobrze się składa, że ze mną przyjdziesz…- posmarowała bułkę masłem

-Bo? Dlaczego?- Paddy przechylał się w kierunku Poli.

2016-11-19 21.05.30

-Bo oddasz spermę.- smarowała bułkę dalej lekko się przy tym uśmiechając

-Jaką spermę? Moją? – Paddy splótł dłonie z tyłu głowy

-No a czyją? Chcą się upewnić, że u ciebie wszystko ok. Taka procedura. Nie musimy iść jak nie chcesz.

-Idziemy. Po prostu raczej nie robię takich rzeczy za często?

-Ale co jakiś czas, tak?- śmiała się już na całego.

-Przestań bo aż mi słabo! – Paddy udawał urażonego.

-I zero seksu do czwartku.

-Ee, bez sensu taka robota! – machnął rękami.- Ja chyba jednak pojadę do tego studia w takim razie! Spożytkuję jakoś tą energię! – wstał i mrucząc pod nosem coś o badaniach, seksie i spermie poszedł do łazienki.

- Cały dzień będziesz w studiu?- robiło jej się ciepło na duszy. Po dzisiejszym poranku wiedziała, że nie jest sama i już nie musi mierzyć się ze wszystkim. Czuła się bezpiecznie i z każdą chwilą mrok opuszczał jej serce.

- Słuchaj… – wyszedł z łazienki z plamkami kremu na twarzy.- Za trzy tygodnie jadę w trasę do  Niemiec, kilka miast.

-Pamiętam. -stanęła w drzwiach z kubkiem kawy w dłoni. -Coś się zmieniło?

-Jedź ze mną. Nie było cię przy mnie w Krakowie.

-Nie przypominaj.

-Nie o to mi chodzi. Po prostu czułem się fatalnie, kiedy nie było cię obok. Chcę żebyś była blisko kiedy śpiewam. To jak, pojedziesz?

-O ile Pierre da sobie radę sam.

-Założę się, że da sobie doskonale radę…. sam.

- Nie zauważyłam złości w twoim głosie. Coś sie zmieniło?

-Powiedzmy, że się dogadaliśmy w kilku kwestiach. To jak?

-Pojadę. Oczywiście, nie musiałeś nawet pytać. – wyszła do kuchni.

-Nie chciałem cię do niczego zmuszać…- powiedział cicho sam do siebie i zaczął układać włosy.

 

 

Obudziła się zadziwiająco wyspana. Spojrzała na zegarek. Była spóźniona. Umówiła się że odbierze dzieci wcześniej. Założyła jeansy, zapięła długi sweter a na niego zarzuciła płaszcz. Zdążyła jeszcze umyć zęby i wybiegając z domu związała włosy w niedbały kucyk. Minęła salon i kątem oka zobaczyła kilka pustych butelek po piwie.

ba51538d4a5f43c7a279361aed1bc5f8

-Boże, Jim! – wróciła do salonu rozglądając się po każdym kącie i wszędzie gdzie mógłby się znajdować. Nie było go. W domu panowała cisza. -Kurwa mać! – warknęła i z telefonem w dłoni wsiadła do auta ruszając jak najszybciej do swojej teściowej. W połowie drogi wykręcała już trzeci raz numer Jima. Miał wyłączony telefon. Jedyne co słyszała to sygnał poczty głosowej. Podjechała pod dom rodziców Filipa. Chowając telefon do kieszeni płaszcza cicho przekroczyła próg. Z kuchni wyłoniła się jej teściowa wycierając dłonie o małą ściereczkę.

-Dobrze, że jesteś bo ja lada moment muszę wyjść. Już myślałam, że nie przyjedziesz po chłopców.

-Jak mogłabym po nich nie przyjechać?

-Może o nich zapomniałaś? Zważywszy na to jak wyglądasz…- starsza kobieta uniosła znacząco brwi

-Zapomniałam? O własnych dzieciach? Nie przesadzasz? – z tymi słowami dwóch małych chłopców wszczepiło się w nogi Fiony z głośnym okrzykiem „mama”- Zaspałam…. po ludzku zaspałam.

- Właśnie widzę. Cóż… układanie swojego życia na nowo bywa męczące.- zauważyła wyniosłym tonem.

-Chłopcy zabierzcie swoje rzeczy i ubierzcie sie. – Fiona uśmiechnęła się do synów i zaczekała jak znikną z przedpokoju. – Przypomnę ci jedynie, że to twój syn mnie zdradzał wiec czy możesz już odpuścić i skupić się na Filipie? – rozejrzała się – A właśnie, gdzie on jest?

- Już od dawna w pracy. Nie będzie przecież się spóźniać!

-Jakby nie robił tego do tej pory. – Fiona mruknęła pod nosem. Poczuła wibracje w kieszeni płaszcza. – Wybacz… klient.

-Pewnie zastanawia się, czemu nie ma cię w biurze.

-Na szczęście jest w nim twój kryształowy syn. – warknęła za wychodzącą do kuchni teściową. – Chłopaki! Pospieszcie się! – zerknęła na telefon. Wiadomość. „Abonent jest już dostępny.” Ucieszyła się i wykręciła pośpiesznie numer Jima wychodząc przed dom. Po trzech sygnałach znowu odezwała się poczta. – Rozłącza mnie! Co jest cholera? Znowu wibracje „wybacz, nie mogę teraz rozmawiać. Odezwę się. Jim.”

-Mamoooo… jedziemy do domu?

-Nie. Od razu do szkoły i przedszkola. Chodźcie bo się spóźnimy. Pocałowaliście babcie?

-Tak! A ty się nie żegnasz?

-Chyba nie jest to konieczne. – Spojrzenia jej i teściowej w oknie, spotkały się i Fionę przeszedł lodowaty dreszcz. Szybko odjechała.

 

 

Paweł wstał skoro świt. Postanowił przed praca w agencji odwiedzić siłownię. Czuł się odrobinę zaniedbany czego wyjątkowo nie lubił. Spakował swoją torbę i czule pocałował śpiącą Dominikę. Ta na chwilę otworzyła oczy.

-Witaj. I jak się czujesz?

-Jak z krzyża zdjęta. Chyba faktycznie nie powinnam pić tego zimnego piwa. Wszystko mnie boli. – mruczała zachrypniętym głosem.

- Zostań dzisiaj w łóżku. dam ci jakieś leki a w drodze z pracy kupię ci co trzeba ok?

-Zgodzę się na wszystko!

-No właśnie widzę! Do popołudnia. Postaram się wrócić jak najszybciej. – pocałował Dominikę w czoło – Aaa żadnych ust! Nie zarażę się! Paaa kochanie.

-Wszystko jedno! – Dominika obróciła się na drugi bok i zasnęła ponownie.

 

 

 

-Łukasz! Jest Pierre? Muszę z nim pogadać! -Pola krzyknęła w kierunku gabinetu szefa.

-Będzie później. Coś dla mnie załatwia. A co chcesz?-Łukasz również krzyczał w kierunku gabinetu Poli.

-Hej, łazjy!- Edyta stanęła w połowie drogi między dwoma pokojami – Istnieje taki wynalazek jak telefon, wiec bądźcie uprzejmi skorzystać z niego, skoro już wam nie chce się nawet do siebie iść! Ogłuchnąć idzie! Jezu co za lenie!- uniosła w górę ręce.

-Edzia, nie jęcz! Jak do niego pójdę to każe mi ze sobą rozmawiać a mi się nie chcę! -Pola dalej nie wychylała się z gabinetu

-Nie muszę w tobą gadać! Będziesz coś chciała! Zobaczysz… A właściwie to nie zobaczysz! – usłyszały śmiech i szelest gazet.

- Jak dzieci, dosłownie! Jak dzieci! – Edyta zrezygnowana wróciła do swojego pomieszczenia zamykając za sobą drzwi. Upewniła się,że każdy zajęty jest swoimi sprawami i wstukała w wyszukiwarkę nazwę uczelni. Université d’Aix-Marseille. Znalazła numer na sekretariat.

c7211afddede002f9b88136c32344a0d

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-Witam. Chciałabym uzyskać od państwa podstawowe informacje o jednym z waszych byłych studentów. – Spojrzała na akta leżące na biurku. – Dzwonię z gazety w Polsce. Potrzebujemy potwierdzić dane naszego pracownika. Sama pani rozumie, taka konkurencja w dzisiejszych czasach. Można? A więc nazwisko to Pront. Jean Pierre. Tak, zaczekam.- stukała paznokciami w blat biurka. po kilku minutach kobieta ponownie odezwała się łamaną angielszczyzną, udzielając informacji. – Nie studiował nikt taki u państwa. Rozumiem. Dziękuję. – rozłączyła się, wpatrując w zdjęcie mężczyzny na widok którego serce szybciej jej bije. -Kim ty jesteś, do cholery? – zamyśliła się.

 

 

Z zamyślenia nad kolejnym artykułem wyrwał Polę dźwięk telefonu. Zerknęła na wyświetlacz. Fiona.

-Słucham cię. Już się stęskniłaś?

-Nie mam mebli. Odwiozłam dzieci do szkoły a nie mam mebli.

-Okradli cię? – Pola kończyła zdanie i zapisywała plik.

-Rozwaliłam…

-Mówiłam ci nie pij tyle…. a przynajmniej nie beze mnie! – odchyliła się na oparcie fotela rozpuszczając mocno spięte włosy. -Po co je rozwaliłaś?

-Nie mogłam na nie  patrzeć! Nie sądzisz ze odbiegamy od tematu?

-A to nie mogłaś kupić nowych, zanim te stare rozwalisz? Co ty, wariatka jesteś?

-Jim…

-A, czyli wariatka! No i czego ode mnie oczekujesz? Mam ci stolarza poszukać? Tobie to by się od razu Noe przydał! – zaśmiała się.

-Tak, i cieśla Jezus do kompletu! Jedziesz ze mną obejrzeć kilka sklepów?

-Pytasz? Mam wybór?

-Nie masz. Przykro mi ale jesteś na mnie skazana. Kupię ci miodownik i kawę.

-No nie wiem…

-Dużą kawę i lody.

-Dobra. Przyjedź po mnie do pracy. A Domi?

-Chora.

-Fuksiara! – westchnęła – No dobra, obejrzę tobą kilka kanap i komód,skoro muszę!

-Cieszę się, że z takim entuzjazmem do tego podchodzisz.

-A Jim?

-Nie oddzywa się. Nie wiem… Do zobaczenia. – pośpiesznie rozłączyła się.

 

Jim wrzucił małą torbę na tylne siedzenie swojego auta, dopił kawę z plastikowego kubka, kupioną na stacji benzynowej. Niepewnie rozejrzał się po okolicy, kiwnął głową jakby sam siebie chciał utwierdzić w przekonaniu, że dobrze robi. Napisał jeszcze jedną, ostatnią wiadomość: „Meike, będę za kilka godzin. Jim”. Zobaczył powiadomienia od Fiony i ze smutnym westchnieniem wyłączył telefon.

-No to kierunek Kolonia…- szepnął sam do siebie wbijając pierwszy bieg.

Opublikowano paddy kelly | 8 komentarzy

61.what have you done?

Powoli przekręciła klucz w zamku. Torbę podróżną rzuciła niedbale w kąt ciemnego holu. Dom był cichy i ciemny. Chłopcy dalej przebywali u Filipa rodziców a i jej mama postanowiła na weekend pojechać do siebie. Fiona została sama. Jim nie naciskał. Zaproponował, że ją odwiezie do domu ale grzecznie odmówiła tłumacząc, że chce być przez chwilę sama. Pocałowała delikatnie jego usta na pożegnanie i teraz stojąc w ciemnym pokoju te wspomnienia wracały do niej w postaci przebłysków scen. Poczuła przyjemne ciepło zalewające całe jej ciało. Przypomniała sobie miękkie, delikatne dłonie Jima na jej ciele i po kręgosłupie przebiegł ją przyjemny dreszcz. Masując kark weszła do kuchni, zapaliła małą lampkę stojącą na stole. Nalała wody do czajnika a do kubka wrzuciła torebkę rumianku. Poczekała chwilę patrząc beznamiętnie na obłoczek pary unoszący się nad czajnikiem. Ogrzewając dłonie o gorący kubek podkręciła temperaturę na piecu gazowym i rozsiadła się na wygodnej kanapie. Włączyła telewizor i bezmyślnie przełączała kanały, zatrzymała dopiero na jakimś programie muzycznym. Przyjrzała się uważniej, leciał blok „the best of 90′”. Uśmiechnęła się znowu, lata świetności Jima, pomyślała. Sięgnęła po laptopa i zaczęła przeglądać pocztę, której nazbierało się przez weekend. Usłyszała pierwsze dźwięki dobiegające z telewizora i natychmiast podniosła szeroko otwarte oczy.

Zamknęła laptopa i wsłuchała się w jego głos. Dotknęła swojej szyi na której jeszcze chwilę temu czuła jego usta. Stukała paznokciami w blat stołu.

-A cholera, pieprzyć to! – przechyliła się i sięgnęła po telefon. Wykręciła numer.

-Proszę. – odezwał się już po trzech sygnałach

-Jim. Przyjedziesz? Wiem, że mówiłam, że chcę być sama ale…

-Przyjadę. Przecież wiesz. Piłem piwo więc przyjadę taksówką.

-Czekam. A i Jim!

-Tak? – mówił cicho. Jej głos sprawiał mu radość.

-Przywieź to piwo! – rozejrzała się po salonie. – Mam pewien pomysł…. – dodała tajemniczo.- Do zobaczenia.

 

 

 

Lubił ćwiczyć wieczorami albo wcześnie rano. Łukasz odstawił go pod mieszkanie dosyć późno. Chwycił tylko torbę sportową, wiszącą zaraz przy drzwiach i przesiadł się do swojego auta. Jechał na pamięć. Myśli pływały bardzo daleko od niego.Bał się a na pewno martwił się o Polę. Informację uzyskane w Krakowie całkowicie zburzyły mu plan, jaki wykonywał. Nie będzie mógł spuścić oka z Poli, jednocześnie nie narażając związku Patricka z nią. Coraz trudniej było ją chronić, coraz trudniej było być blisko niej. Ma jeszcze trochę czasu, coś powinien wymyślić. Wszedł do szatni małej siłowni. Zorientował się, że ma na sobie uprząż z bronią. Zaklął pod nosem, taki błąd. Rozejrzał się, był sam. Sciągnął kaburę i schował między ubrania w metalowej szafce. Założył słuchawki, włączył muzykę i odpłynął na bieżni. Ćwiczył krótko, nie miał dotego głowy ani za specjalnie chęci. Po godzinie stał pod prysznicem. Owinął biodra niewielkim ręcznikiem i pośpiesznie założył na siebie ubranie. Broń schował z tyłu, za pas, spakował się i powoli wracał do swojego mieszkania. Zaparkował w najmniej widocznym miejscu i zamyślony zaczął wchodzić po schodach na swoje piętro. Nie korzystał z windy, nigdy nie wiadomo, kogo można spotkać po rozsunięciu drzwi. Jak sam twierdził, łatwiej cię trafić w windzie. Szedł powoli, zaprzątnięty swoimi myślami. Wszedł na piętro trzecie i usłyszał nad sobą szurnięcie buta o podłogę. Zamarł. Nasłuchiwał w bezruchu. Znowu niewielki hałas. Ktoś wypuścił głośno powietrze. Ten ktoś jest odrobinę za głośno. Pierre ruszył dalej ale jeszcze wolniej. Nikogo się nie spodziewał a na samej górze było tylko jego mieszkanie. Wyjął broń zza paska, odbezpieczył magazynek i bacznie obserwując otoczenie, wchodził na swoje piętro. W półmroku zobaczył niskiego mężczyznę, który dobijał się do jego drzwi.

Czarny-kominek

-Paddy?!- Rozpoznał go po kilku sekundach i szybko schował pistolet do torby. -Co ty tu robisz, do cholery?! – podszedł do drzwi, wpuszczając gościa do środka. Ten milczał ale szczęki mu pulsowały.

 

- Czego ty od niej chcesz co? Czego kurwa?- Patrick popchnął Pierra na pobliską  ścianę.

-A ty co?! Przyszedłeś się bić?

-Tak chcesz to rozegrać?! Będziesz dobrym przyjacielem, wyrozumiałym i serdecznym i tylko poczekasz jak mnie zostawi dla ciebie?! – wykrzyczał mu w twarz. Nie potrafił powstrzymywać złości. Wiedział, że pod tą emocją kryje się ogromny strach. Strach o nią, o sytuację, która wymyka mu się spod kontroli, strach przed utratą przyszłości z nią.

-Co? – Pierre zmarszczył brwi – Jak chcę co rozegrać? – rzucił torbę w kąt i ściągnął kurtkę i bluzę. – Przede wszystkim uspokój się i powiedź coś taki narwany jak Chihuahua na sterydach?

-Byłeś z Polką w Poznaniu? – oparł się o drugą ścianę.

-A co?- Pierre najeżył się.

-Odpowiedz do cholery!

-Tak byłem z nią! – Pierre wszedł do pokoju.

-Gówno prawda! -Paddy wszedł za nim.- Powiedziała mi…- dodał cicho z założonymi dłońmi na piersi.

-A… – Podszedł do szafy i wyciągnął z niej czystą koszulkę. Szybko ściągając z siebie ubranie z całego dnia. – To zmienia postać rzeczy.

-No właśnie kurewsko zmienia. -Paddy usiadł na fotelu. Przez chwilę przyglądał się plecom Pierra. Zobaczył dwie okrągłe blizny na wysokości łopatki. Jedną bliznę długości ok. 20 centymetrów biegnącą w poprzek jego prawego boku. Na ramieniu miał tatuaż ale Paddy nie zdążył mu się przyjrzeć. -Wiem o klinice, Pierre. Wiem jaka jest diagnoza i wiem, że gnoju byłeś z nią!

-Ty! Nie pozwalaj sobie na za dużo! -Pierre warknął

-Dlaczego mi nie powiedziałeś? Kurwa!

-Bo jej obiecałem! Bo tak robią przyjaciele!

-I ty niby masz się za jej przyjaciela mam rozumieć?

-Paddy, o co tobie tak na prawdę chodzi?-spuścił z tonu

-Nie zrozumiesz! -spuścił głowę.

-Przyszedłeś tutaj. Siedzisz w moim fotelu, jesteśmy sami. Nikt nas nie usłyszy więc może ośle jeden naleje ci whisky i pogadamy?-Pierre przyglądał się milczącemu Paddiemu,który od kilku minut nie ruszył się nawet centymetr. -Hej, halo! Ziemia do artysty! Co jest? Paddy?

-Ona..nie może mieć dzieci…nie, że ze mną…. w ogóle… – wykręcał palce dłoni do białości. Podniósł głowę i Pierre zobaczył kilka łez spływających z jego policzka. – Nie wiem co robić…. Czuje się bezsilny… Kurwa stary… co ja mam zrobić?!No co?! – wplótł palce we włosy.

-Eee… po pierwsze przestać się mazać jak baba! Nie wiedziałem, że z Polą jest tak źle. Nie rozmawiała ze mną.Wybacz stary… – położył dłoń na ramieniu Patricka, który natychmiast gwałtownie ją zrzucił.

-I za to cię kurwa nienawidzę! – Paddy warknął i gwałtownie wstał z fotela- Właśnie za to! Że z nią rozmawiasz, że jesteś blisko, że ci się zwierza! Dlaczego akurat tobie, co? Ja powinienem być na twoim miejscu! Dlaczego ciebie wzięła do tej kliniki?!Przecież to ja powinienem z nią tam być! Ja cholera a nie ty!- popchnął Pierra

-Nie wzięła mnie! Wprosiłem się! Kurwa, ona była sama, co miałem zrobić?! Zostawić ją tak jak sobie życzyła? Musiałem działać trochę wbrew niej!- odepchnął Paddiego na fotel.

-Ale nie zadziałałeś wbrew niej i nie zadzwoniłeś do mnie! To już nie w twoim stylu czy jak?

-Zlazłbyś ze sceny i byś zapieprzał tutaj kretynie, klub zostawiając bez wokalisty! Pięknie by było, nie powiem!

-W dupie mam ten klub! Nie rozumiesz, ona jest najważniejsza! Klub może poczekać, cały cholerny świat może poczekać jeśli o nią chodzi. -chwycił Pierra za koszulkę

-A ja?-mierzyli się wzrokiem

-Co ty?!- warknął prosto na niego.

-Ja nie mogę poczekać? -Paddy puścił koszulkę Pierra a mina powoli mu rzedła. -Gdzie ona jest Patrick? – Pierre cedził każde słowo bardzo powoli. Podszedł do barku i nalał gin z tonikiem do szklanek.

-Jest w domu… zostawiłem ją samą… bo…

-Bo oślepłeś z nienawiści do mnie! I nie widzisz kretynie tego co masz przed nosem! – pochylił się nad siedzącym, zszokowanym Paddym.

-Boże… Ale ze mnie dupek!

-Nie jest z tobą tak źle… muszę przyznać. -usiadł naprzeciwko. – Wiesz czemu Polka postąpiła tak a nie inaczej? Bo cię kocha na zabój a jednocześnie ma poczucie bycia gorszą. Chciała zrobić cos tylko dla ciebie. Opuściłeś klasztor….- spojrzał mu w oczy. -Tak, coś wspominała a zresztą jest internet! Wracając do tematu, przyjechałeś do innego, obcego kraju…Spotkałeś ją i zakochałeś się.

-To źle?!- pociągnął solidny łyk ginu. Nie chciał mu przerywać. Pierre mówił a o to chodziło Patrickowi.

c9c8658edb21f12b1975081b7b72b525

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

-No nie ale w jej oczach ty poświęciłeś wszystko, przewartościowałeś swoje życie i zostałeś tu, dla niej. I teraz pomyśl… ona jedyne co może zrobić to cię kochać, co zresztą robi bardzo dobrze, o ile zauważyłeś łajzo skończona!

-Ale…

-Nie przerywaj! Pomyśl jak ona się czuje skoro nawet i aż, nie może dać ci dziecka. A ty zamiast być z nią, urządzasz sobie pogawędki ze mną… chociaż nie! -podniósł dłonie do góry- Ty przyszedłeś mnie pobić! Głupek!

-Zamknij się! – nastąpiła chwila ciszy – Jak ty to robisz, co Pierre? Z nią?

-Nie wiem. Samo wychodzi. Pozwalam jej decydować. Słucham, a przynajmniej udaje, że słucham. Staram sie, żeby czuła się przy mnie swobodnie.Weź ze mnie przykłąd, chociaż… -wygiął usta w podkówkę- Tobie to się nie uda.

-Oświeć mnie. Dlaczego?

-Wiesz czym się różnimy, artysta?

-Tym, że ja tak do ciebie nie mówię?- uśmiechnął się lekko – Wiem czym się różnimy, Pierre. Ona mnie kocha a ciebie nie….-odchylił głowę do tyłu.

-Własnie! Jej jest obojętne czy mnie obrazi, jak coś odbiorę jak ona coś zrobi. Nie jestem przyjacielem na zawsze. A ty… ty jesteś jak jej skarb, za dużo do stracenia wiec pewnie czasami odczuwa lęk, że cię straci. Dlatego nie mówi ci wszystkiego. Tak podejrzewam…

-Może masz rację.- pomyślał jak wielu rzeczy Pierre nie wie o Poli i ostatnich wydarzeniach jakie się zdarzyły w ich życiu. Pocieszył się, że jednak nie wszystko mu mówi a ich związek jest dla Poli tajemnicą, której nie odkryła przed Pierrem. Poczuł ciepło w sercu. I po chwili zalewający go strach pomieszany z wyrzutami sumienia. Ogromnymi wyrzutami.

-Jasne, że mam! Baranie jeden! – Odłożył szklankę i pochylił się – Nigdy nie byłem zakochany, nigdy nie kochałem i uważam, że to wybitnie nie dla mnie! Ale znam się na ludziach. Porozmawiaj z Polą, jeśli macie przez to przejść to tylko razem. A ja dalej będę jej przyjacielem i w razie czego będę ją przed tobą krył! – uśmiechnął się szeroko. – Tak wiem, wiem… nienawidzisz mnie i masz ochotę wyrwać mi wątrobę.

-No właśnie nie… Coś zrozumiałem… – Paddy myślał nad czymś intensywnie

-Co zrozumiałeś?Ej, gdzie idziesz? -Pierre odprowadzał Paddiego który prawie wybiegł z mieszkania.

-Jestem zaszczycony, że ona ma takiego przyjaciela jak ty! I może kiedyś ci nakopię dupku!  -zbiegał ze schodów.

-Kretyn! – Pierre krzyknął za znikającym z oczu Paddym.- No! Załapał! – dodał cicho sam do siebie i spojrzał na pustą szklankę – Że tez zawsze są puste i nie ma kto mi polać…

 

 

 

Dom Fiony otoczony był z dwóch stron wykarczowanymi polanami, za którymi zaczynał się niewielkich rozmiarów las. Mieścił się na wzgórzu co potęgowało uczucie spokoju i ciszy panującej wokół. Do domu prowadziła uklepana szosa, która zimną była prawie nie do sforsowania. Taksówka zaparkowała pod samą bramą zostawiając za sobą chmurę kurzu. Mężczyzna w czarnej bluzie i zgniłozielonej kurtce zapłacił i poprawiając włosy cicho zapukał do drzwi. Prawie natychmiast otworzyły się a w nich pojawiła się Fiona trzymając w jednej ręce wkrętarkę a w drugiej szlifierkę kątową. Zobaczyła zdziwioną miną Jima.

-Co? Niektóre śruby nie chcą puścić! Właź! – odwróciła się na pięcie i pognała wesołym krokiem w kierunku salonu. Jim ściągając z siebie kurtkę, bluzę i buty zdążył zauważyć na Fionie koszulę w kratę zawiązaną w pasie co podkreślało jej szczupłą talię, jeansy z wysokim stanem i solidnym rozcięciem pod pośladkiem. Szybko potrząsnął głową i dodał sam do siebie.

-Czy ja widziałem wkrętarkę?-Na te słowa usłyszał dźwięk ciętego metalu-Fiona! Poczekaj! Co ty wyprawiasz?!- wbiegł do pokoju i zamarł. Kobieta jedną nogą przytrzymywała jakiś mebel, drugą opierała o podłogę. Pochylała się i próbowała odciąć jakiś metalowy element, wypinając pośladki w kierunku stojącego z opadniętą szczęką Jima.

15284916_551612081694827_5690858028836236504_n

-Pomożesz mi, czy tak będziesz stał jak słup soli?- podeszła do niego, sięgnęła do torby na ramieniu, wyciągając puszkę piwa. Spojrzała Jimowi w oczy i złożyła na jego ustach delikatny pocałunek. -Hej… – zamruczała- Tęskniłam.

-Ale… no ja też… ale – rozłożył ręce- Co ty do cholery robisz?

-Rozwalam meble. Nie widać?- Otworzyła piwo i usiadła na czymś co kiedyś chyba było biurkiem.-Napij się ze mną.

-A wytłumaczysz dlaczego to robisz?-usiadł koło niej na jakimś meblu

-Nie mogę na nie patrzeć! Za bardzo przypominają mi…

-Męża?

-Za chwilę byłego. – Jim wstał. – Nic nie poradzę Jim.On już zostanie w moim życiu czy ci się to podoba czy nie. Tak jak Meike…

-Masz rację.Trochę z drugiej łapanki jesteśmy…- prychnął

-Nooo… takie gorszy sort! – spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem.

-A w ogóle to panienko od dupy strony się za to zabierasz!

-Bo to mam najfajniejsze.

-Co?

-No dupę!

-Nie zgadzam się! – puścił jej oczko. -To masz najpiękniejsze!- pocałował ją jednocześnie delikatnie przytulając do siebie. -chociaż to rozdarcie pod pośladkiem aż się prosi….

-Nie, Jim! – ze zniewalającym uśmiechem wetknęła mu do reki wkrętarkę.- Czy wolisz młoteczek… chłopczyku? – wspięła się na palcach i ugryzła delikatnie jego dolną wargę.

-Daj to babo! Źle to wszystko robisz! Chodź, pokaże ci jak się powinno rozkręcać meble.

-Wiedziałam, jesteś taki męski… – zamruczała sztucznie- Jeszcze taki pas z kluczami na biodra by ci się przydał.

-Uspokoisz sie? Co w ciebie dzisiaj wstąpiło?

-Idzie nowe! Postanowiłam, że rozwalę tą chatę i umebluje od nowa. – rozejrzała się z satysfakcją po pomieszczeniu- I zrobię wszystko po swojemu. Nie jak sobie życzył mój mąż dupek!- pociągnęła łyk piwa- Ani jego mamusia.

-Teściowa ci się wtrącała do meblowania domu?! Proszę cię!

-No nie… ale wiesz… teściowa to teściowa…- uderzyła dłońmi w kolana- To co bierzemy się do rozwalania?

-To może ja rozwalę a ty zrób coś do jedzenia? – zmrużył oczy. -Proszę?

-Absolutnie nie! – powtórzyła takim samym piskliwym głosem jak Jim.- I nie bądź takim szowinistą tylko zapieprzaj z tymi śrubkami!

-Ja szowinista? Chodź to pokażę ci jak szanuję kobiety! – zrobił krok w kierunku Fiony lecz ta uciekła do kuchni śmiejąc się jak nastolatka.

-Dobra, rozejm! Bo mi przepona pęknie! Zrobimy tak Kelly! Najpierw rozkręcimy te głupie meble i wyniesiemy je przed dom a potem zrobimy kolacje. Razem!

-Lubie to twoje „razem” – uniósł brwi i podkręcił wkrętarką.

-Nie przesadzaj! – chwyciła pudło z zawartością swoich rzeczy i wyniosła do gabinetu.

-Kiedy wracają chłopaki?- Jim krzyknął za Fioną.

-Jutro rano mam po nich jechać do mamy Filipa. A co?

-Tak pytam. – starał się przybrać obojętny ton. – Zobaczysz się z nim?

-Z Filipem?- wróciła z gabinetu. -Nie wiem czy będzie, ale pewnie tak. – przyjrzała mu się. – Masz z tym problem, prawda?

-Nie… – odkręcał tył sporej komody- To znaczy, nie wiem… trochę.Wolałbym, żebyś się z nim nie widziała…

-Jimmy…. Jimbo…. – pochyliła się nad nim obejmując jego szyje i przytulając się do jego pleców. -Nic z tym nie możesz zrobić. Możemy cieszyć się tym wieczorem i nie rozmawiać o czymś, co jest trudne zarówno dla ciebie a już na pewno dla mnie?

-Możemy… jasne… -powiedział smutno całując wnętrze jej dłoni.

-Chodź, ugotujmy coś. – pociągneła go za rękę do kuchni chcąc odwrócić jego uwagę i zmienić temat.

 

 

Przekroczyli próg mieszkania Dominiki. Oboje ledwo żywi powoli zrzucali z siebie kolejne warstwy ubrań tworząc ścieżkę prowadzącą do sypialni. Było już późno, kiedy dotarli do Warszawy, do własnego domu. Powieki same im się przymykały. Oboje padli na pościelone łóżko i ostatkiem sił okryli się kołdrą. Paweł objął Dominikę kładąc dłoń na jej ciepłym brzuchu i wdychając zapach jej włosów. Kaszlnęła kilka razy.

-Chyba będę chora… gardło mnie boli odrobinę.

-Mogłaś nie pić tego zimnego piwa. Mówiłem ci. Nigdy mnie nie słuchasz. – wyszeptał jej do ucha

-Czasem słucham…Jak dobrze mówisz. – splotła palce z jego dłonią

- Kocham cię. – ziewnął

-O właśnie jak tak mówisz.

-Weź jutro jakieś leki.

-Yhy… daj mi już spokój, spać idę!

 

 

Na zewnątrz panował mrok, kiedy Paddy w pośpiechu opuścił mieszkanie Pierra. Postanowił nie czekać na taksówkę. Szedł szybkim krokiem w kierunku swojego domu. Drżącą ręką wybrał z szybkiego wybierania numer swojej ukochanej.

-Szlag! – warknął. – Poczta! – wykręcił jeszcze raz, uchodząc kilka kroków. -Kurwa! Wyłączony! – zaczął biec. Coraz szybciej. Po jakimś czasie poczuł palenie w przełyku więc zwolnił kroku pozwalając sobie uspokoić oddech. Oparł dłoń o mijane drzewo, wziął kilka wdechów i wykręcił do Poli jeszcze raz. Od razu zgłosiła się poczta. Poczekał na sygnał oznaczający początek nagrywania. -Kochanie… pamiętasz co ci mówiłem, kiedy pierwszy raz powiedziałaś mi, że mnie kochasz? Że jedyne czego pragnę to być z tobą. Niczego więcej, żebyś była ze mną, żebym mógł być przy tobie… -głos mu się złamał, poczuł dziwny ucisk na gardle. Przełknął ślinę i spróbował opanować emocje…. bezskutecznie – Skarbie… jesteś dla mnie jedyna… idealna…Jesteś moim marzeniem… – zamilkł na kilka sekund – …przepraszam i kocham cię. – trzęsącą dłonią rozłączył połączenie. Rękawem wytarł nos, telefon schował do kieszeni i biegł dalej.

Znajdował się na prostej drodze do swojego i Poli mieszkania. Bał się spojrzeć do góry. Powoli uniósł głowę, policzył piętra i poczuł jeszcze większy strach. Było ciemno. W każdym pokoju panował mrok. Miał jeszcze nadzieję, jedną ostatnią… że może najnormalniej w świecie śpi. Nie wiedział dokładnie co jej powie, ale wiedział co czuje… co ma w sercu, w duszy… i to jej powie. Bez ubierania wszystkiego w piękne słowa.Nie były tu potrzebne. O ile będzie mu dane cokolwiek powiedzieć, pomyślał wjeżdżając windą na swoje piętro. Na korytarzu nie było śladu żywej duszy. Otworzył drzwi od mieszkania i cicho wszedł do środka świecąc jedynie małą lampkę stojącą na komodzie w salonie. Czuł się dziwne. W mieszkaniu panowała nieprzyjemna atmosfera, a może to z jego winy i on sam tak to odczuwał.

5d026f783d47cf7bb867a1d1ed51a675

Salon był jak zawsze, ze średnim porządkiem i śladami użytkowania. Wszedł do kuchni. W lodówce zobaczył zafoliowane porcje obiadu a na stole otwarte i ponownie zakorkowane wino. -Nie piła.- powiedział sam do siebie. Dotknął czajnika i palników pieca. Wszystko było zimne. Tak jak to mieszkanie…. bez niej. -Paddy, skup się! – zrugał sam siebie i rozejrzał się po pokoju i kuchni. Zauważył kluczyki od auta Poli na stole, podpiętą ładowarkę do telefonu, brak jej kurtki i butów. Wyszła. Ostatnią nadzieją wszedł do sypialni. Zmieniła pościel i starannie pościeliła łóżko. Paddy miał wrażenie, że przez jego żołądek przebiega stado koni. Otworzył szafę, wszystko było na miejscu. Jej ubrania, rzeczy, kosmetyki. Brakowało tylko jej. Usiadł na łóżku i schował twarz w dłonie. Już nie oddychał a spazmatycznie dyszał.-Kochanie, gdzie jesteś? -podniósł wzrok i zatrzymał na zdjęciu stojącym w ramce na szafce przy łóżku. Była tam Pola i on… razem… uśmiechnięci, szczęśliwi. Zdjęcie robione latem na…- Ławka w parku! Wiem, gdzie jesteś! – wybiegł z mieszkania nie zamykając go nawet. Pół godziny. Tyle trwało , zanim dobiegł we właściwe miejsce. Siedziała tam.Tyłem do niego. Na głowie miała naciągnięty kaptur od bluzy, spod którego rozwiewały się czarne pasma włosów. Splecione palce dłoni spoczywały spokojnie na udach. Obserwowała przestrzeń przed sobą, co jakiś czas patrząc w niebo. Była spokojna. Nie płakała. Powoli, z mocno bijącym sercem, podszedł i usiadł obok. Wyswobodził jedną jej dłoń i złożył na niej ciepły pocałunek nie puszczając jej później.

FB_IMG_1476601656569_1476646618477

-Wybacz mi…- szepnął- Błagam cię, wybacz mi, że cię dzisiaj zostawiłem… Przysięgam, nie zrobię tego nigdy więcej! Zawsze już będę przy tobie. – na te słowa Pola wzięła głęboki oddech ale dalej milczała. Próbował odczytać z jej oczu, twarzy, cokolwiek co mogło by mu pomóc. Nic nie widział. Siedzieli w ciszy kilka minut. – Pamiętasz co ci kiedyś powiedziałem…Dawno temu… Kiedy zakochiwałem się w tobie?- spojrzała na niego. Prosto w jego oczy. - Jesteś całym moim życiem Pola- szepnął. -Całym moim światem… moją duszą…Jeśli ty przestaniesz istnieć, ja też zniknę, bo nie potrafię oddychać bez ciebie…Pamiętasz, jak to mówiłem? Nic się nie zmieniło kochanie! – czuł jak ziemia usuwa mu się spod nóg. Bał się. – Powiedz cokolwiek bo oszaleje zaraz! – ścisnął jej dłoń.

-Odchodzę Patrick.-powiedziała cicho.

-Co?- wstrzymał oddech.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 4 komentarzy

60. Angel on my shoulder

Jej wystraszony umysł szybko analizował sytuację. Stała naprzeciw Johna, przed jej własnym mieszkaniem. Było około 2 w nocy. Coraz bardziej zdawała sobie sprawę, jak kiepsko to wygląda. Spuściła wzrok starając się ukryć ślady płaczu i mocno liczyła na to, że słabe światło na klatce schodowej ułatwi jej to zadanie.

-Pola? Co ty? Tutaj? O tej godzinie? – pochylił się. – Płakałaś? Boże coś się stało?!-położył jej dłoń na ramaieniu.

-Nie. John. – uniosła dłoń- Wszystko w porządku. – powiedziała zmeczonym tonem. Miała dość dzisiejszego dnia. Pragnęła jedynie zasnąć. Zamknąć oczy i zapomnieć. Przestać czuć strach, który dławił ją od środka.-Co ty tu robisz?- zmrużyła oczy otwierając drzwi od mieszkania.

-Wstyd się przyznać…- wszedł za Polą do pomieszczenia. – Jechałem już do domu.

-Hiszpania, dobrze zapamiętałam?-Pola wtrąciła stawiając czajnik z wodą na ogniu. Bardzo chciała zachować pozory normalności.

-Tak, masz rację.- przyglądał jej się uważnie. – Tak jak mówiłem, jechałem już do domu, kiedy uświadomiłem sobie, że nie miałem przyjemności poznać cię osobiście. Zboczyłem więc z trasy i niewiele myśląc, przyjechałem. Byłem tak szczęśliwy, że nie pomyślałem iż możecie spać o tak późnej godzinie. – wywrócił oczami. – Już miałem zapukać ale coś mnie tknęło i napisałem do Paddiego wiadomość. -przybrał poważny ton. Serce Poli przyspieszyło  rytm.- O dziwo odpisał od razu. Napisał,że grał w Krakowie koncert a teraz właśnie imprezuje. Nie to mnie zdziwiło… – stukał palcami w blat stołu- A mianowicie wzmianka o tym, że wyjechałaś do Poznania, w interesach z niejakim Pierrem. I dodał, że zarówno ty jak i on, wracacie dopiero w niedzielę.  Wyobraź sobie moje zdziwienie, kiedy już miałem odejść i szukac jakiegoś hotelu gdy nagle stajesz przede mną, zapłakana, w środku nocy, twierdząc, że wszystko w porządku. Nie znamy się ale sądzę, że jest wszystko ale na pewno nie jest w porządku…

-Faktycznie źle to wygląda. – położyła kubki z kawą na stoliku w kuchni i usiadła naprzeciw Johna podpierając dłonią opadającą głowę. – Ale wolałabym o tym nie rozmawiać. – mieszała kawę – Niezły początek znajomości, prawda?

-Pola… zdradzasz Paddiego?

-Nie! – odpowiedziała natychmiast.

-Okłamujesz go?- nie doczekał się odpowiedzi przez dłuższą chwilę.- Dlaczego?

-Nie chcę o tym mówić John.-odpowiedziała stanowczo.

-Powiedz mi jedynie, miałaś swoje powody? Musiałaś tak postąpić? Nie zapytam o nic więcej.

-Musiałam…- wypuściła głośno powietrze – Ja… ja go nie skrzywdziłam John. Nie mogłabym! Musiałam być dzisiaj w innym miejscu, dlatego tak powiedziałam Paddiemu. Nie zdradzam go! Musiałam go okłamać! Zrozum proszę! -wytrzymała jego przenikliwe spojrzenie.

-Skoro musiałaś. Ale nie podoba mi się to.- machnął ręką.

-Mnie tez nie. Uwierz…Przykro mi i bardzo wstyd, że musisz oglądać mnie w takim stanie. A pierwszy raz widzimy się na żywo. – uśmiechnęła się smutno skubiąc skórkę przy paznokciu.

-Mogę ci jakoś pomóc?

-Chciałabym się położyć.- przetarła oczy.

-Jasne. Zamówię taksówkę. – John wstał.

-Nie, czekaj. Wybacz, nie o to mi chodziło. Jeśli nie masz nic przeciwko to zaproponuje ci naszą kanapę, miękką poduszkę i przytulny koc. Jak ci się nie spodoba to jutro możesz poszukać hotelu ale miło będzie rano wypić z kimś kawę. – Pola wysiliła się na uśmiech.

-Mi tez będzie miło. – pogłaskał jej ramię. – Z przyjemnością skorzystam z waszej kanapy.- Pola ostatkiem sił przyniosła z sypialni komplet pościeli, powiedziała gdzie jest kawa w kuchni i że ma się czuć jak u siebie w domu. W końcu bądź co bądź, ale jest u rodziny. Kiedy Pola stała już w drzwiach sypialni, zwrócił się do niej jeszcze raz. -Powiesz mu, prawda? Nie będziesz budować życia na kłamstwie?

- Powiem… – oparła czoło o futrynę drzwi. – Dobranoc John. Miło było cię poznać. – uśmiechnęła się ostatni raz i zniknęła w ciemności pokoju. Wykończona i zmaltretowana psychicznie zasnęła od razu.

 

 

Paddy obudził się jako jeden z pierwszych. Czuł się odrobinę głupio, że nie był duszą towarzystwa ostatniego wieczoru. Nie potrafił się wyluzować. Rozebrał się, ściągnął z szyi różaniec i ułożył go na brzegu umywalki. Wszedł pod ciepły prysznic. Może gdyby z nim była… na pewno gdyby z nim była,czuł się pewniej, mając ją obok o nic by się nie martwił… a tak… ten sms. Ktoś był po drugiej stronie. Żywy człowiek. Nie urojenie, przewidzenie. Ktoś coś wiedział i informował go aby do niej wracał. A jeśli… zamknął oczy: ” Ona umrze Patricku…” jak na zawołanie zobaczył wspomnienie z łąki w Gliczarowie. Uderzył dłonią w ścianę. A jeśli coś jej się stało? A on jest tu. Nie daruje sobie tego. Miał jednak obietnice Pierra. Widział jak patrzył na Polę. Jak przy niej mięknie. Jedynie przy niej. Nawet jeśli ją kocha… a to przecież takie łatwe… pokochać ją… to o nią zadba. Nic jej się nie stanie. Warknął sam do siebie i szybko wyszedł spod prysznica. Zarzucił na siebie szlafrok i zadzwonił do Willa.

2017-03-16 20.20.57

- Za 20 minut w holu hotelu niech czeka kierowca. Muszę wracać do Warszawy, Will. Jak najszybciej! Dziękuję. – odłożył słuchawkę i wrócił do suszenia głowy i zakładania ubrań. Pół godziny później duże terenowe auto sunęło w kierunku stolicy.

 

 

Była godzina 8 rano, kiedy John nie móc dłużej spać, nastawiał wodę na kawę. Za oknem deszcz przybierał na sile. Stał chwilę zamyślony, obserwując spływające krople po szybie. A może nie powinien przyjeżdżać akurat teraz? Czuł się odrobinę jak piąte koło u wozu a bardzo nie chciał jechać dalej, tym właśnie wozem. Zalał kubek kawy wrzątkiem i usłyszał chrobot kluczy w zamku. Paddy wrócił. Ucieszył się i wyszedł mu na spotkanie. Patrick stał w przedpokoju i niepewnie ściągał z siebie płaszcz i dwa swetry. John był już prawie przy nim, chcąc go uściskać.

- Gdzie ona jest John? – Nic nie zdradzało jego emocji. Ani nie był zdziwiony, zastając brata u siebie w domu, nie przytulił go a nawet delikatnie odepchnął. Twarz miał zaciętą, szczęki mu pulsowały.

-W sypialni. Śpi. – bez odpowiedzi minął  brata i szybkim krokiem wszedł do pokoju zamykając za sobą drzwi.

 

Na stoliku przy łóżku zobaczył niedopitą kawę. Na podłodze rzucone niedbale ubrania. Nie czuć było alkoholu. W pokoju pachniało jej perfumami. Spała tyłem do niego, zwinięta w kłębek i okryta szczelnie ciepłą kołdrą i dodatkowym kocem, którego rąbek ściskała między palcami. Dobiegł go dźwięk włączanego telewizora. Dobry John… nie chciał podsłuchiwać. Obszedł łóżko i kucnął przy jego wezgłowiu. Czuł niebywałą ulgę, że ona tu jest i tak po prostu śpi. Nic jej się nie stało, dlatego czuł się jak skończony kretyn, który panikuje z byle powodu. Powoli zaczynał dostrzegać detale, niewidoczne na pierwszy rzut oka. Pola miała mokre włosy, które nieznacznie oblepiały jej czoło. Odchylił koc i dostrzegł, że zasnęła w grubym, bawełnianym szlafroku. Tak jej było zimno? Zwrócił na to uwagę i odrobinę rozejrzał się. Z niedomkniętej szufladki dojrzał biało – czerwone pudełko. Leki na uspokojenie. Nie było trzech tabletek. Wzięła je na raz? Czy może bierze od jakiegoś czasu? Czuł powoli narastający niepokój i poczucie, że coś mu umyka. Przyjrzał się ciepło twarzy Poli. Zauważył wyschnięte, wręcz popalone i spękane usta.Była blada, porcelanowa.  Zobaczył sińce pod oczami i białe ślady zaschniętych łez. Co się działo? Czego była świadkiem, że tak wygląda? Przeraził się i czule dotknął ciepłą dłonią jej zimnego policzka.

-Nie! Błagam, nie zabierajcie jej! -Nagle poderwała się na łóżku, czym przestraszyła Paddiego do tego stopnia, że opadł na podłogę.

-Pola! Pola, jestem! – doskoczył do niej natychmiast zamykając ja w ramionach i mocno ściskając. -Cicho kochanie! Jestem. Nic się nie dzieje.- poczuł jak lekko zaczyna się trząść.

-Paddy! Jesteś! Boże jak dobrze! – objęła go ramionami jeszcze mocniej wtulając się w jego koszulkę. -Musimy porozmawiać! Natychmiast…- zaczynała płakać- … muszę ci coś powiedzieć!

-Cokolwiek to jest, może poczekać! – pocałował czubek jej głowy lekko bujając ją w ramionach. – Zrobię ci kawy. – chwyciła jego dłoń patrząc mu w oczy. Wyglądała jak swój własny cień.

- Nie może poczekać! Jeśli teraz wyjdziesz to ja stracę odwagę i nie będę potrafiła wyznać ci tego co muszę. Boże, to jest jakiś koszmar!

-Skarbie co się dzieje? – usiadł naprzeciw niej nie spuszczając przerażonych oczu. Widział, że Pola walczy z czymś co ją dosłownie zabija od środka. Wzięła głęboki oddech

- Byłam wczoraj w klinice. Jest duże prawdopodobieństwo, że nie będziemy mogli mieć dzieci! – wyrzuciła z siebie na jednym tchu, zacisnęła szczęki i zamknęła oczy z której polały się potoki łez.

-Rozumiem. – powiedział chłodno. Bez słowa wstał i szybko wyszedł z sypialni. Usiadł koło Johna i przez chwilę milczał. – Musisz iść, John. Bardzo się cieszę, że przyjechałeś ale teraz naprawdę musisz iść. – spuścił wzrok. – Chcemy zostać sami.

-Powiedziała ci?

-Ty wiesz?!

-Nie. Ale radziłem, żeby nie okłamywała cię. Nie buduje się związku na kłamstwie. – poklepał brata po kolanie i zaniósł kubek do kuchni. -Będę jeszcze dobę w Polsce. Spotkam się z Jimem. -usłyszeli ciche jęknięcie dochodzące z sypialni. – Idź do niej.Ona cie potrzebuje! Sam wyjdę. – uściskał brata i zaczął zbierać swoje rzeczy.

-John… dziękuję bracie.- Paddy bawił się skórzaną bransoletką na nadgarstku. Poczekał jeszcze chwilę aż zostali sami. Wrócił do sypialni. Siedziała na łóżku. Nie płakała. Głowę miała spuszczoną nie patrząc na niego. -Dlaczego?- zapytał z narastającym zdenerwowaniem, siadając naprzeciwko niej. -Dlaczego, do cholery nic mi o tym nie powiedziałaś?! – krzyknął.

-Termin pokrywał się z twoim koncertem w Krakowie. -wydukała cicho.

-No i co z tego?! – krzyczał dalej nie próbując nawet się uspokoić.

-Odwołałbyś wszystko.

-Oczywiście, że bym odwołał! Albo przełożył! Cokolwiek! Nie to jest teraz ważne, Polka!

- Dla ciebie jest! Przecież muzyka to twoje życie!- spojrzała na niego. Zabolał go widok jej oczu.

-Ty jesteś moim życiem! – chwycił ją za nadgarstki- Nie muzyka! Nigdy nic nie będzie ważniejsze od ciebie! Ale… – puścił ją – Okłamałaś mnie… zataiłaś to przede mną.Jak mogłaś?! – cisnął na ścianę kubek z resztką kawy zostawiając ogromny kleks.

-Wiem. Przepraszam. -objęła się ramionami.

-Jak mogłaś Pola! Jesteśmy razem! W tym wszystkim- zatoczuł dłonią krąg – W całym życiu. Jesteśmy równi, jak… nie wiem… cholera… jak partnerzy! -krażył po pokoju.

-Nie jesteśmy równi… ja jestem wybrakowana, gorsza… Nawet ciąży nie doniosę! Więc nie mów mi o równości. Nie takie powinno być twoje życie! Nie zasługujesz!

-To dziecko byłoby tez moje! Myślisz,  że ja tego nie odczuwam?! Że to tylko twoja sprawa bo ty zajdziesz w ciążę?! A ja to co? Mam cie zapłodnić bez emocji? I czy zajdziesz czy nie to już twój problem? Aż tak mnie postrzegasz?! – zagrzmiało w pokoju. Patrick nie panował nad złością.

-Co ty wygadujesz? To kompletnie nie tak! -usiadła na brzegu łóżka. Paddy siedział w fotelu na drugim końcu pokoju. – Chciałam, żebyś nie musiał wybierać! Żebyś nie musiał poświęcać dla mnie…

-Dla nas Pola! Dla nas! Nie dociera do ciebie, że odsunęłaś mnie od czegoś ważnego dla nas a nie tylko dla ciebie?! -usiadł koło niej na łóżku. – Wiesz jak się teraz czuje? Ja dawałem koncert i bawiłem się na imprezie a ty przechodziłaś to sama, płakałaś a mnie nie było? Nie musisz być bez przewry bohaterką, która sama wszystko załatwi! Mnie nie musisz chronić.

- Kocham cię…. – dotknęła jego napietego barku.- Chciałam, żebyś się spełniał. Żebyś realizował swoje marzenia. To wszystko.

- Pomyślałaś przez chwilę o sobie? – ton mu złagodniał. Ujął delikatnie jej brodę i uniósł jej twarz móc spojrzeć w oczy. Zaprzeczyła głową.-Każda twoja łza zostawia na moim sercu trwały ślad. Nigdy więcej tego nie rób. Nigdy! Rozumiesz?! – dłonią delikatnie otarła spływającą łzę z jego zaciśniętego policzka. Opadli na poduszki i wtuleni w siebie chwilę leżeli w ciszy.

-Muszę ci to powiedzieć…. wiesz o tym. – westchnęła po kilku minutach

-Wiem. Nie chcę tego słuchać ale wiem, że muszę…- głaskał jej plecy.

-Uciekłam stamtąd… nie wzięłam wyników z badania. Wstępnie pani doktor powiedziała, że mam na macicy ogromnego bliznowca jaki utworzył się po… – głos jej się złamał.

-Tak wiem… po czym. – przycisnął ją mocniej do siebie bacznie obserwując.

-Stąd podstawowym ryzykiem jest, że zarodek się nie zagnieździ a jeśli to się uda to czy macica wytrzyma a dokładnie ten bliznowiec. – mówiła rzeczowo, chłodno. Starała się,przypomnieć sobie wszystko to co usłyszała wczoraj. Przekazać mu jak najwięcej informacji. Nie mogła dopuścić do głosu emocji. Nie mogła płakać bez końca. Paddy milczał. Wypuścił ją z objęć i położył się obok niej. Teraz bez problemu mógł patrzeć na jej twarz i głaskać jej włosy.

- Wiesz, jak byłem dzieckiem a potem nastolatkiem, zawsze otaczał mnie tlum ludzi. Wszędzie gdzie się nie obruciłem było moje rodzeństwo. Zawsze był głośno, zawsze ktoś z kimś żartował albo z kimś się kłócił. Zazwyczaj Jimmy ale to już inna historia. – uśmiechnął się lekko – Doświadczyłem życia w ciągłym hałasie, gwarze, pędzie. Nie było wtedy miejsca na moje emocje. Na przemyślenia. – głaskał jej włosy i plecy.- Potem zapragnąłem życia w pojedynkę. Spróbowałem… nie jest to fajne… – zobaczył cień uśmiechu na jej twarzy. – Wieczorami, kiedy było już ciemno ale nie na tyle by wszyscy spali, przechadzałem się między obcymi domami bądź blokami a czasem nawet siadałem na ławce i obserwowałem…

-Co takiego?

-Życie innych ludzi. Zawsze fascynowało mnie światło żyrandolu zawieszonego u kogoś w salonie. Dawał ciepłe, przytulne światło. W takim miejscu, musi mieszkać ktoś bardzo dobry… dochodziłem do takich wniosków. Czasem widziałem zarys postaci, dzieci, za firaną bądź roletą. Lubiłem wyobrażać sobie jaka jest ta rodzina, czy taka jak moja? I co właśnie robią. Wyobrażałem sobie całą tą otoczkę tak długo dopóki nie czułem ciepła w sercu i dopiero wtedy wracałem do domu.

-Chyba wiem co próbujesz mi powiedzieć. – wyszeptała.

- Możemy wyobrazić sobie nasze wspólne przyszłe życie i dążyć do niego. To co się wczoraj stało nie zmieni naszych celów. Będziemy mieć dziecko, obiecuje ci to. – również zniżył głos do szeptu, głaszcząc ją po policzku.

-Jak, Paddy? Zaryzykujemy?- ścisnęła jego dłoń.

-Nie wiem…Może powinniśmy iść do tej lekarki jeszcze raz? Zapytać jakie mamy opcje. Pomyślimy o tym. Mamy czas. – pocałował czubek jej nosa. – Zrobię ci kawy, ok?

-Ok. Wezmę prysznic. – usiadła na brzegu łóżka.

- Pola…nikt mi nic nie powiedział w Krakowie… – stał w drzwiach sypialni. – Wiedzieli?

-Nie o terminie. – poprawiała włosy.

-Ktoś jednak wiedział, prawda? – głos mu stężał. – Powiedz mi, że Pierre nie był z tobą ,zamiast mnie?- warknął

- Zawiózł mnie jedynie… – spuściła głowę. Usłyszała jak wypuścił ciężko powietrze, wyszedł do salonu, zabrał klucze i bez słowa opuścił mieszkanie.

 

 

 

 

-Dlaczego wyglądasz jak siedem nieszczęść? – Łukasz mierzył Pierra stojącego w drzwiach.

-Nie mam cholernego prądu! – zdmuchiwał kosmyk włosów opadający na czoło. -Suszarka nie działa! Żelazko nie działa!

-Rachunków nie zapłaciłeś czy pokonała cie technika? – Łukasz uśmiechał się na całą twarz

-Do dupy z taką techniką! – wszedł do salonu. – Kawy mi zrobisz, czy mam tak czekać jeszcze z godzinę?

-Może coś mocniejszego? Na uspokojenie? – Łukasz wyszedł do kuchni.

-Potrzebuje pasty do włosów! – Pierre poszedł w kierunku łazienki i po kilku sekundach wrócił do kuchni. -Ktoś jest w łazience, wiedziałeś o tym?- zobaczył minę Łukasza- A tak, wiedziałeś!

-Napijmy się kawy. – usiedli w salonie.

-Stary dotarł bezpiecznie do Francji? – Pierre nerwowo poprawiał włosy.

-Cii, nie teraz. -Łukasz przyłożył palec do ust. – Z innego tematu. Jak nasza dziewczyna?

-Nie rozmawiałem z nią. Ale wiem, że badania wyszły kiepsko. Z tym całym dzieckiem może być problem.

- Na szczęście mamy jeszcze ciebie! Cała nasza nadzieja w tobie, francuziku!

-Powiedz do mnie tak jeszcze raz a wsadzę ci dłoń do żołądka! Twoją własną! – przez salon przemknęła zjawiskowo piękna kobieta o długich nogach i kaskadzie złotych włosów. Podeszła do Łukasza i pocałowała go namiętnie. Obdarzyła Pierra lekkim uśmiechem i wyszła.  -Kto to był? – wskazał palcem na zamykające drzwi.

-To, mój drogi była niedziela. A właściwie niedzielne śniadanie.

-Nic się nie zmieniasz. A co z twoim ustatkowaniem się, zakładaniem rodziny?

-Z nią nie. Czy ona wyglądała ci na matkę?

- Oo, stary! Takim fetyszystą to nie jestem!

-Nie mówiłem o twojej matce, kretynie! – krzyknął za przyjacielem znikającym w łazience.

-To jakie mamy plany?

-Jedziemy do Krakowa.

tumblr_okem7byclr1ug6c27o4_1280

-O, do Mareczka? – powiedział z sarkazmem wcierając resztę pasty we włosy nadając im odpowiedni kształt.

-Nie. – Łukasz odstawiał filiżankę na kuchenny blat. – Odwiedzimy Kamila. Jest niedziela, pewnie spędza czas z rodziną. – zakładał marynarkę.

-Rodzina? Nie za ostro?-Pierre chwycił skórzaną kurtkę.

- Nie, jeśli to pozwoli nam się dowiedzieć dlaczego do kurwy nędzy Marek ma zamiar w marcu opuścić więzienie. – Łukasz warknął i oboje wyszli z domu.

 

Około pięć godzin później przeciskali się przez zatłoczone ulice Krakowa. Podjechali pod duży, okazały dom. Pierre wysiadł z auta i natychmiast odpalił papierosa opierając się beznamiętnie o maskę samochodu. Łukasz poprawił czarną marynarkę i przygładził dłonią włosy.

- Myślisz, że już wie i nas oczekuje?

-Zapewne, monitoring na ogrodzeniu. – Pierre wskazał brodą małe, ukryte kamerki.

-No i świetnie! Nie muszę się anonsować! – uśmiechnął się szyderczo i przeszedł przez bramę wprost do drzwi prokuratora. Po kilku minutach obejmując Kamila ramieniem podprowadził mężczyznę koło samochodu.

- Mów, co jest grane! – Pierre warknął.

-Nie tutaj! Jedziemy! – Pierre bezceremonialnie wpakował prokuratora do auta uderzając jego głową o kant drzwi.

-Bolało? Będzie guz! Strasznie mi z tego powodu wszystko jedno! -trzasnął drzwiami i podbiegł z drugiej strony szybko wsiadając.

-Bijesz prokuratora?! -Łukasz powstrzymywał śmiech.

- Nie specjalnie! – obrócił się do mężczyzny z tyłu. – specjalnie mogę później! -puścił mu oczko

-Pierre! Nikogo nie będziesz lał! Rocky Balboa się znalazł, w mordę jeża! – po niecałej godzinie wjechali w niewielki las i gwałtownie skręcili w jedną z bocznych ścieżek. Zatrzymali się na niewielkiej, wykarczowanej łące w środku lasu.

-Czemu to zawsze musi być las?! Ty poważnie, nie boisz się kleszczy?! Dzików? Wilków?

- I czego jeszcze? Niedźwiedzi grizzly? Hien cmentarnych?-Łukasz prychnął

-Jelonków Bambi?- Kamil wtrącił

-Nie bądź taki mądry, psie!

-Pierre! Panuj nad sobą! Nie zabijesz prokuratora o jelonka Bambi! – Łukasz przeniósł wzrok na Kamila. – A teraz do rzeczy. Opowiadaj, co się dzieje w tym waszym burdelu?

-Sprawę przejmuje prokurator generalny. Przenoszą Dębskiego do Warszawy na zakład otwarty.

-Z możliwością wyjścia?

-Przepustek…. częstych.

-Marek będzie często wychodził…-Pierre składał w całość wszystko.

-O ile ugada się z generalnym ale chyba nie będzie miał z tym problemu.

-I będzie wychodził… w Warszawie…. -Spojrzenie jego i Łukasza skrzyżowało się – Gdzie mieszka… Ja pierdole! Robi dokładnie jak chce!!

-Tak więc widzicie, że moja jurysdykcja tu się kończy! Teraz Dębski będzie na waszej głowie a po co zaprzątać ją sobie kolejnymi problemami….

-Co sugerujesz? -Łukasz zmrużył oczy

-Że może lepiej będzie pozbyć się problemu…Człowiek w dzisiejszych czasach taki zajęty! -Dodał z ironią.

-Nie my o tym decydujemy! -Pierre stanął między przyjacielem a Kamilem.

-No tak, przecież wy jesteście jedynie pionkami w tej grze, zapomniałem!

-I za to nie pojedziesz z nami! – Mężczyźni wsiedli do auta.

-To jak mam wrócić?! Zgłupieliście?! Kurwa, panowie?!

-Zadzwoń po taryfę! Tylko uważaj na Bambi…. – Pierre puścił oczko pozostawiając prokuratora w środku niewielkiego lasku.

 

 

Było zimno a on miał na sobie tylko jeden sweter i gruby, czarny płaszcz. Siedział na oparciu ich ławki nad brzegiem małego stawu w środku parku. Początek listopada był chłodny, mokry i nieprzyjemny. Nie chciał wracać do domu, jeszcze nie. Kipiała w nim złość! Na nią, na Pierra, na to, że pojechał z nią! Czemu nie on?! Jego podświadomość podpowiadała mu, że nie to powinno być powodem jego złości i smutku. Nie Pierre jest teraz ważny i jego przyjaźń z Polą, o którą Paddy był tak niewyobrażalnie zazdrosny. Ważna była ona,ciąża, wydarzenia tego mijającego powoli weekendu. Czuł się żałośnie, siedząc na tej ławce nie wiedząc co robić ani do kogo iść. -Jestem dupkiem… – wyszeptał sam do siebie. Musiał z kimś pogadać, uspokoić się alby móc do niej wrócić. Wyciągnął telefon i wykręcił pierwszy numer jaki wpadł mu do głowy.-Iglesias?

-Nie, Papież! Czego potrzebujesz, mój ty kochany krasnoludku?

-Jesteś u siebie? -usłyszał w tle śmiech Dominiki i okrzyki, że całuje Paddiego.

-Jesteśmy jeszcze w Krakowie. Wracamy razem z Fioną i Jimbem wieczorem. Pewnie w nocy. Zostaw mi tą frytkę! Podobno się odchudzacie?! Fiona, zjadaj z talerza Jima! Co mówiłeś, Paddy?

-A nie nic. Tak chciałem wyciągnąć cię na piwo. Bawcie się i do zobaczenia.  - szybko rozłączył się.Napisał wiadomość do Johna. Ten, jak okazało się że Jim jest w Krakowie, postanowił jednak wrócić wcześniej do Hiszpanii i właśnie do niej zmierza. Chwilę spacerował po parku, odwiedził niewielki bar, w którym wypił dwa kufelki grzanego wina, aż wpadł na pomysł, z kim tak naprawdę powinien porozmawiać. Usłyszał dźwięk sms. „Paddy, proszę, wróć do domu. Martwię się. Pierre sam zaproponował, że mnie zawiezie. Nie prosiłam go o to. A wiedział, bo miał mnie kryć. To wszystko. Proszę, wróć, porozmawiajmy!”. Dopił wino pachnące goździkami i kardamonem i po krótkim namyśle odpisał dokładnie tak jak czuł: „Boli mnie to, że ufasz jemu bardziej niż mnie. Że nie masz ze mną tego co masz z nim. Muszę pomyśleć, uspokoić się i wtedy wrócę. Porozmawiamy. Nie martw się. K.C. „.Wyszedł przed bar. Wykręcił jeszcze jeden numer. -Edyta? Podaj mi proszę adres Pierra. Mam do niego sprawę. A przy okazji, co o nim wiesz?  - wysyczał przez zaciśniętą szczękę.

Opublikowano Bez kategorii, kelly Familly, miłość, opowiadania, paddy kelly, romans | 4 komentarzy